|
Jeffery Deaver
-
Dwunasta karta
Masz
krewnych i masz przodków. Sam wybierasz tych, których chcesz uważać za swoich
przodków, a z wyznawanych przez nich wartości tworzysz siebie.
Ralph Ellison
Rozdział 1
Z twarzą mokrą od potu i łez, mężczyzna biegnie co sił w nogach, biegnie, by
ocalić wolność i życie.
- Tam! Tam jest!
Były niewolnik nie wie, skąd dokładnie dobiega głos. Zza jego pleców? Z prawej,
z lewej? Z dachu jednej ze zrujnowanych kamienic przy brudnych brukowanych
ulicach?
W gorącym lipcowym powietrzu gęstym jak płynna parafina szczupły mężczyzna
przeskakuje końskie łajno. Zamiatacze ulic omijają tę część miasta. Charles
Singleton przystaje obok wyładowanej beczkami palety, usiłując złapać oddech.
Pada strzał. Pocisk trafia daleko od niego. Huk natychmiast przywodzi mu na myśl
obraz wojny: okropne, szalone godziny, gdy stał na stanowisku w granatowym
mundurze, mierząc z ciężkiego muszkietu do ludzi w ciemnoszarych strojach,
którzy celowali do niego ze swojej broni.
Rusza jeszcze szybciej. Znów do niego strzelają, ale kule ponownie chybiają
celu.
- Niech go ktoś zatrzyma! Pięć dolarów w złocie dla tego, kto go zatrzyma.
Ale spośród garstki ludzi, którzy tak wcześnie znaleźli się na ulicy -
irlandzkich handlarzy starzyzną i robotników zmierzających do pracy z kilofami i
kozłami do noszenia cegieł na ramionach - nikt nie kwapi się, by zatrzymać
muskularnego Murzyna o dzikim spojrzeniu, przerażającego w swej determinacji.
Obietnica nagrody padła z ust miejskiego konstabla, co oznacza, że za pojmanie
uciekiniera nie będzie żadnej zapłaty.
Przy malowidłach na Dwudziestej Trzeciej Charles skręca na zachód. Traci
równowagę na śliskim bruku i pada. Zza rogu wyłania się policjant na koniu,
unosi pałkę i rzuca się na leżącego mężczyznę. A potem...
A potem? - pomyślała dziewczyna.
A potem?
Co się z nim stało?
Szesnastoletnia Geneva Settle przekręciła gałkę czytnika mikrofiszek, ale
natrafiła na opór. Dotarła do ostatniej strony w karetce. Wyciągnęła metalowy
prostokąt z głównym artykułem numeru "Coloreds' Weekly Illustrated" z
dwudziestego trzeciego lipca 1868 roku. Przeglądając pozostałe ramki ułożone w
zakurzonym pudełku, zaniepokoiła się, że nie ma w nim reszty artykułu i nigdy
się już nie dowie, co się stało z jej przodkiem Charlesem Singletonem. Słyszała,
że archiwa dotyczące historii czarnoskórych, jeżeli nie zaginęły, często były
zdekompletowane.
Gdzie reszta artykułu?
Ach... Wreszcie znalazła i ostrożnie włożyła mikrofiszkę do szarego
sfatygowanego czytnika. Pokręciła niecierpliwie gałką, by odnaleźć ciąg dalszy
opowieści o ucieczce Charlesa.
Bujna wyobraźnia Genevy - i lata pochłaniania niezliczonych książek - pozwoliły
dziewczynie ubarwić suchą relację z pościgu za byłym niewolnikiem przez
rozgrzane, cuchnące ulice dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku. Miała wrażenie,
jak gdyby widziała wszystko na własne oczy, a nie czytała artykuł prawie sto
czterdzieści lat później, siedząc w pustej sali biblioteki na piątym piętrze
Muzeum Kultury i Historii Afroamerykańskiej na Pięćdziesiątej Piątej Ulicy na
środkowym Manhattanie.
Kręcąc gałką, zaczęła przesuwać stronice na ziarnistym ekranie i znalazła
pozostałą część artykułu zatytułowanego:
SKANDAL
ZBRODNIA WYZWOLEŃCA
CHARLES SINGLETON, WETERAN WOJNY
MIĘDZY STANAMI, W GŁOŚNYM INCYDENCIE
SPRZENIEWIERZA SIĘ SPRAWIE
NASZEGO LUDU |
|
Towarzyszące artykułowi zdjęcie przedstawiało dwudziestoośmioletniego Charlesa
Singletona w mundurze z czasów wojny secesyjnej. Był wysoki, miał duże dłonie, a
mundur, ciasno opinający pierś i ramiona, ukazywał silne mięśnie. Szerokie usta,
wysokie kości policzkowe, okrągła głowa, bardzo ciemna skóra.
Wpatrując się w jego poważną twarz, spokojne i przenikliwe oczy, dziewczyna
dostrzegła podobieństwo między nimi - miała kształt głowy i rysy przodka, i tę
samą bardzo ciemną barwę skóry. Budowy ciała na pewno jednak nie odziedziczyła
po Singletonie. Geneva Settle była chuda jak chłopiec z podstawówki, co
uwielbiały jej wytykać dziewczyny z osiedla Delano.
Wróciła do czytania, ale przeszkodził jej jakiś hałas.
W sali coś trzasnęło. Zamek u drzwi? Po chwili Geneva usłyszała kroki. Ktoś
przystanął. I znów zrobił krok. W końcu zapadła cisza. Dziewczyna obejrzała się
za siebie, lecz nikogo nie zobaczyła.
Przeszył ją dreszcz, ale powiedziała sobie, że nie ma co panikować. To tylko złe
wspomnienia wytrąciły ją z równowagi: o laniu, jakie sprawiły jej dziewczyny z
Delano na boisku za szkołą imienia Langstona Hughesa i o tamtym dniu, gdy Tonya
Brown i jej ekipa z St Nicholas zaciągnęły ją do alejki i stłukły tak mocno, że
straciła ząb trzonowy. Chłopcy obmacują, czepiają się i dogryzają. Ale prawdziwe
rany zadają dziewczyny.
Łapać ją, dowalić, dowalić suce...
Znów kroki. I przerwa.
Cisza.
Charakter miejsca nie pomagał się jej uspokoić. Półmrok, zapach stęchlizny,
cisza. Piętnaście po ósmej rano we wtorek nikogo tu nie było. Muzeum było
jeszcze zamknięte - turyści spali albo jedli śniadanie - ale bibliotekę
otwierano o ósmej. Geneva tak bardzo chciała przeczytać artykuł, że czekała pod
drzwiami. Siedziała teraz w boksie na końcu przestronnej sali ekspozycyjnej,
gdzie stały manekiny bez twarzy ubrane w dziewiętnastowieczne stroje, a ściany
zdobiły obrazy przedstawiające mężczyzn w cudacznych kapeluszach, kobiety w
czepkach i konie o dziwnie chudych nogach.
Ktoś zrobił jeszcze jeden krok. I znów przystanął.
Powinna wyjść? Zaczekać z doktorem Barrym, bibliotekarzem, aż ten dziwny gość
sobie pójdzie?
W tym momencie tajemniczy człowiek się zaśmiał.
Wcale nie diabolicznie, ale wesoło.
A potem rzekł:
- Dobra, zadzwonię później.
Trzask zamykanego telefonu. To dlatego przystawał. Słuchał osoby, z którą
rozmawiał.
Mówię, że nie ma się czego bać, dziewczyno. Ludzie nie są groźni, kiedy się
śmieją. Nie są groźni, gdy przyjaznym tonem rozmawiają przez telefon. Człowiek
szedł powoli, bo tak chodzą ludzie, kiedy mówią. Chociaż co to za prostak
rozmawiałby przez telefon w bibliotece? Geneva odwróciła się do ekranu czytnika,
zastanawiając się: Uciekłeś, Charles? Mam nadzieję.
Odzyskał jednak równowagę, lecz zamiast przyznać się do niegodziwego czynu, jak
postąpiłby człowiek odważny, tchórzliwie rzucił się do dalszej ucieczki.
No i masz obiektywną relację, pomyślała ze złością.
Przez pewien czas uchodził pogoni. Ale jego pojmanie było tylko kwestią czasu.
Pewien murzyński handlarz siedzący na werandzie ujrzał wyzwoleńca i zaczął go
błagać w imię sprawiedliwości, by się zatrzymał. Twierdząc, że słyszał o zbrodni
Singletona, oskarżył go o to, że okrywa hańbą wszystkich kolorowych w kraju.
Obywatel ten, niejaki Walker Loakes, cisnął w Singletona cegłą, aby go
przewrócić. Jednakże...
Charles uchyla się przed ciężkim kamieniem i odwraca się do napastnika,
krzycząc:
- Jestem niewinny! Nie zrobiłem tego, o czym mówi policja!
Wyobraźnia Genevy zainspirowana tekstem zaczęła na nowo pisać relację z pościgu.
Wydawnictwo: Prószyński i S-Ka
|