„Zmarszczyła twarz w swoim najbardziej babcinym uśmiechu, ale dostrzegłem, że
jej niebieskie oczy, spoglądając badawczo na Jamesa, były tak zimne, jak mogą
być tylko oczy babki. James Leer miał bladą i nieokreśloną urodę, która dla
kobiety w wieku Irene świadczyć mogła o chorobie, onanizmie, wadliwym wychowaniu
albo niemocy umysłowej. Przypuszczałem, że jest zupełnie możliwe, iż dorastanie
w dekadzie, która preferowała kolory awokado, przypalonej pomarańczy i nawłoci,
uszkodziło mu mózg”.
„James ukradł z kuchni Warshawów znicz upamiętniający śmierć Sama. Podszedłem do
stolika i podniosłem pustą szklankę. W którymś momencie jej
dwudziestoczterogodzinnej kariery wpadła do świeczki Yahrzeit ćma i utonęła w
kałuży wosku. Włożyłem do środka palec, wyciągnąłem ciało zbłąkanej ćmy i
położyłem na dłoni. Ćma była mała, niepozorna, piaskowego koloru, z
postrzępionymi skrzydełkami.
- Biedny mały pojeb – stwierdziłem”.
„Rozmyślnie lub bezmyślnie zostawił kluczyki w stacyjce, włączyłem więc radio.
Było nastawione na WQED. Zajmujący się sztuką miejscowy reporter, którego
niezbyt podziwiałem, przeprowadzał ze starym Q. wywiad i pytał go o jego życie,
pracę i prześladujące go demony. Zastanawiałem się przez chwilę nad
dziennikarskim eufemizmem przypisującym osobiste demony pisarzom, którzy byli
tylko pojebani”.
„- Nie wyglądam na ujaranego? – Zaczęło mi mocno bić serce. Klasycznym celem
ćpuna jest wyglądać zawsze na całkiem przytomnego – i jeśli to możliwe,
obsługiwać skomplikowaną maszynerię – podczas gdy w jego mózgu gromadzą się
wrzeszczące mgławice. Niepowodzenie tych wysiłków – odkrycie, że jest naćpany -
niesie ze sobą tajemniczy ciężar niepokoju i wstydu. – Jak tam moje oczy?
- Wyglądasz jakby cię zagazowano – warknął Crabtree”.
Michael Chabon, „Cudowni chłopcy”
|
„Vuko wpuścił powietrze przez nos, a wypuścił przez usta.
Ibuki. Energia chi. Droga ośmiu kręgów. Droga wojownika. Bla, bla, bla.
Pierdoły”.
„Eksperymentalnie zapalam zioła, które sobie kupiłem, ale zaraz kaszlę i
wystukuję wszystko za burtę. Szczypie w język i pachnie jak spalony majeranek.
Nie są na szczęście trujące ani narkotyczne, tylko po prostu bez sensu”
„Muszę zrobić coś całkiem innego niż Willard. Coś, żeby odwrócić klątwę.
Cokolwiek, by przełamać ten paniczny nastrój mgły, szaleństwa i matni.
Zaczynam śpiewać na całe gardło starą, dwudziestowieczną kantyczkę, która
kojarzy mi się bardzo bojowo.
I see a red door and I wanna paint it black
No other colors, just wanna turn it black
I see – girls are walking, wearing summer clothes
I need to close my eyes until my darkness goes…
Wrzaski na brzegu milkną. Zapada pełna konsternacji cisza. Na okręcie też.
Patrzą czujnie, jakby mi odbiło”.
„Stoję skromnie z boku wśród wrzeszczącego tłumu, bieganiny i szczekających
psów, niezgrabnych i przysadzistych jak hieny.
Czuje się jak alkoholik na arabskim weselu.
Nieadekwatnie”.
„Koniec – powiedział wreszcie Wędrowiec. – Teraz naprawdę ich zgubiliśmy. Tu mam
ostatni ślad. - Kopnął w ziemię. – A dalej, jakby unieśli się w powietrze. Teraz
zaczną się te wasze cholerne bzdety z zimnymi mgłami i inne magiczne gówna,
których naprawdę nie znoszę! Naprawdę, jebem ti duszu, da piczki materi, tego
nienawidzę! Przeszkadza mi to w pracy! Ktoś może wie, gdzie poleźli? Tam?! Tam?!
A może tam?! A może pofrunęli na dzikich gęsiach?! W tym kretyńskim świecie
pewno często się tak podróżuje!”
Jarosław Grzędowicz, „Pan Lodowego Ogrodu” tom I
Fauske
|