|
17 maja 2006 roku, wraz z otwarciem festiwalu w Cannes, na ekrany kin wkracza najnowszy film Rona Howarda, oparty na bestsellerowej powieści Dana Browna "Kod Leonarda da Vinci". Książka, która od premiery w marcu 2003 roku została przetłumaczona na 40 języków i którą przeczytało około 25 milionów ludzi na całym świecie. Prawdziwy czytelniczy hit!
Co sprawiło, że dopiero trzecia książka Dana Browna zyskała taki medialny sukces? Z pewnością chodzi o jej treść. O teorie, które zawiera, o tajemnicę i wzbudzenie w czytelniku uczucia odkrywania tajemnicy chrześcijaństwa. Wszystko to oprawione w łatwej i wciągającej formule kryminału z elementami
thrillera, historii naukowca rozwiązującego kod zawarty w arcydziełach Leonarda da Vinci.
Robert Langdon znany historyk sztuki zostaje wezwany w nocy do muzeum w Luwrze, gdzie bestialsko zamordowano kustosza - Jacques'a Sauniere'a. Zmarły zdążył jednak przed śmiercią zostawić kilka tajemniczych znaków. Langdon jest podejrzewany o dokonanie tej zbrodni. Musi w krótkim czasie wraz z młodą agentką Sophie Neveu rozwiązać zagadkę zarówno śmierci, jak i tajemniczych śladów, które prowadzą do rozwikłania tajemnicy, która ma wstrząsnąć całym chrześcijańskim światem.
» Ze znalezieniem chętnych nie było
problemu
Książka, która zrobiła wokół siebie tyle szumu musiała doczekać się ekranizacji. Kto jak kto, ale Hollywood takiej szansy nie marnuje. Prawa do fabuły wykupił producent, przedstawiciel firmy Sony John Calley, za sumę oficjalnie nie znaną. Szacuje się jednak ją na ok. 6 milionów dolarów. Do Calley'a wkrótce zgłosili się producent Brian Grazer, oraz reżyser Ron Howard. Podpisali oni współpracę z Sony i się zaczęło... .
Ron Howard to 52 letni reżyser z dużym dorobkiem. Obok dość pokaźnej filmografii aktorskiej, ma jednak w dorobku kilka wyreżyserowanych, znakomitych filmów. Niestety, nie są to filmy, które byłyby w jakimś stopniu agresywne, kontrowersyjne. Nie ma za bardzo nic, co mogłoby choć po części przypominać "Kod da Vinci", jeżeli nie tematyką, to choć stylem, lub klimatem. Takie filmy jak "Kokon", "Ognisty podmuch", "Apollo 13", "Grinch - świąt nie będzie", "Piękny umysł", czy "Człowiek ringu" nie za bardzo można porównać do ekranizacji powieści Browna.
Co z tego wynika? Zapewne dosyć dużo, w końcu Howard młodzieńcem nie jest, ma swój styl i trudno oczekiwać, żeby czymś niekonwencjonalnym zaskoczył. "Kod Leonarda da Vinci" ma trzymać w napięciu, odkrywa tajemnicę, która teoretycznie powinna zachwiać religią miliarda ludzi na globie. Czy zatem spokojny reżyser ma być tu antidotum na drapieżność fabuły?
Wiele zależy również od scenarzysty Akivy Goldsmana, który przecież przełożył język autora książki na potrzeby filmowe. Sam przyznaje, że nie było to proste zadanie:
"Byłem pod wielkim wrażeniem "Kodu Leonarda da Vinci" i muszę przyznać, że początkowo nie bardzo wiedziałem jak się zabrać do tej bądź co bądź zawiłej historii, która obfituje w nieoczekiwane i zaskakujące zwroty akcji. Dopiero seria spotkań z Ronem i jego wyrazista wizja realizacji adaptacji natchnęła mnie do określenia jaki ostateczny kształt powinien mieć
scenariusz". Goldsman z Howardem znają się choćby z "Człowieka ringu", czy "Pięknego umysłu". Goldsman ma w dorobku niezbyt lubiane przez fanów serie "Batman i Robin", oraz "Batman Forever". Jednak trudno oczekiwać, żeby scenarzysta nadał filmowi jakiegoś innego wymiaru. Ci, którzy przeczytali książkę wiedzą jak film się zacznie i jak skończy. Znakiem zapytania będzie tylko to, czy i jeżeli tak to ile
treści książki wyrzuci Goldsman ze scenariusza.
Miłośnicy muzyki za to już zacierają ręce. Muzykę komponować będzie bowiem jeden z najlepszych ludzi w tym fachu - Hans Zimmer, który od wielu już lat tworzy podkłady do najlepszych filmów, znanych i cenionych na całym świecie.
» W aktorach siła!
Nie zabrakło również znanych aktorów. O rolę Roberta Langdona biło się kilku aktorów. George Clooney, Hugh Jackman, Russel Crowe, Biil Pullman, czy Bill Paxton. Clooney odpadł, bo nie pasował do charakteru zarówno postaci, co i filmu. Hugh Jackman miał być zbyt przystojny. Bill Pullman za mało znany, czyli za mało komercyjnie i za słabo by się sprzedał, Russel Crowe natomiast współpracował z Howardem w dwóch głośnych filmach w ostatnich latach i dlatego uznano, że trio Howard-Goldsman-Crowe będzie dalej nierozerwalne. Obsadzono jednak nie tak źle, a można by powiedzieć, że bardzo dobrze - Tom Hanks to w końcu nie byle kto, tylko zdobywca dwóch Oscarów. Czyżby Hanks powracał do swojej świetności z czasów roli Forresta Gumpa?
Podobne zamieszanie było z rolą Sophie Neveu. O nią zabiegał ponoć sam Jacques Chirac zapraszając Howarda na spotkanie i próbując wymusić na nim przyjaciółkę swojej córki. Plotkowano jednak, że do roli głównej pasują Kate Backinsale, Sophie Morceau, Juditch Godreche, Julie Delpy i Virginie Ledoyen. Backinsale przegrała na starcie bo rolę Neveu miała zagrać Francuzka. Producent Brian Grazer zaproponował jednak Audrey Tautou, znaną wszystkim jako główna bohaterka "Amelii".
» Wkrótce zaczęły piętrzyć się
problemy
O ile ze znalezieniem chętnych do kręcenia filmu i grania w nim nie było problemu, to potencjalni współpracownicy nie byli tak przychylnie nastawieni. Władze Opactwa Westminsterskiego odmówiły zgody na kręcenie filmu w ich murach, uzasadniając to, iż
"książka oparta na nieprawdziwych przesłankach z teologicznego punktu
widzenia".
Zresztą filmowcy nie uznali życzliwości od Kościoła. Jeszcze przed premierą sekretarz watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary ks. arcybiskup Angelo Amato zaapelował o bojkot "Kodu da Vinci". Uzasadniał to antychrześcijańskimi teoriami i błędami historycznymi, oraz teologicznymi. Tym samym wykopał sam pod sobą dołek, w który przyjdzie
m wpaść. Bowiem antyreklama, jaką w ostatnich latach stosuje Kościół jest najlepszą kampanią reklamową jaką można sobie wymarzyć. Przekonał się o tym Mel Gibson, który 2 lata temu nie wydał ani dolara na kampanię reklamową. "Pasja" zarobiła ze sprzedanych biletów kinowych 380 milionów dolarów. W Polsce to zysk rzędu 40 milionów złotych i frekwencja na rekordowym poziomie trzech i pół miliona widzów.
Okazało się, że im bardziej zwierzchnicy Kościoła nawołują do bojkotu, tym bardziej ludzie chcą zobaczyć co tam jest takiego grzesznego. Im więcej osób protestujących przed kinami, tym większe kolejki do kas biletowych. Z "Kodem da Vinci" jest identycznie. Nie zapowiada się jednak, aby było tak gorąco jak w przypadku "Jesus Christ Superstar" z 1973 roku, czy "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku w reżyserii Martina
Scorsese.
» O mały włos, a zekranizowano by...
plagiat
Autor książki już jednak zmuszony był stawić się w sądzie. Sprawa dotyczyła obwinienia jego książki o plagiat. Pierwszy miał miejsce rok temu, gdy to Lewis Perdue, autor "The Da Vinci Legacy" (1983 rok), oskarżył Browna o wykorzystanie jego dwóch rozdziałów. Żądanie 150 milionów odszkodowania i zakazu dalszych wznowień książki legły w gruzach, bo sędzia plagiatu się nie dopatrzył. Podobna historia miała miejsce na początku roku 2006, gdy to Michael Baigent i Richard Leigh posądzili Browna o to samo. Sąd nie zauważył, aby Don Brown korzystał z ich "Świętego Graala. Świętej krwi". Złośliwi twierdzą, że sąd innego werdyktu wydać nie mógł, jeżeli już powstała ekranizacja w którą zaangażowały się potężne firmy, wpływowi ludzie i 125 milionów dolarów.
Twórcy o filmie wypowiadają się niechętnie, mało jest przecieków, wszystko objęte tajemnicą. Nic więc dziwnego, że Howard niechętnie mówi o sporych warunkach na jakich można było kręcić zdjęcia w Luwrze. Zatem pracować można było od 22 do 4.30 rano i pod żadnym pozorem nie wolno dotykać obrazów wiszących w muzeum. Prace nad Mona Lizą prowadzono na falsyfikacie. Reżyser jest zdania, że takie ciekawostki zabijają klimat filmu.
» A i tak wiadomo, że
"Kod..." to stek bzdur
Czy sensowne jest zatem wprowadzanie bojkotu filmu, skoro na rynku wydawniczym, oraz w prasie pojawiło się całe mnóstwo informacji o fałszerstwach i kłamstwach Browna? Autor w swojej książce zapewnia bowiem, że wszystkie informacje są prawdziwe i sprawdzone:
"Wszystkie opisy dzieł sztuki, obiektów architektonicznych, dokumentów, oraz tajnych rytuałów zamieszczone w tej powieści odpowiadają rzeczywistości". Tymczasem w tytułach mających za zadanie zmieszać "Kod Leonarda da Vinci" z błotem czytamy o wielu drobnych i
poważnych błędach. Według Browna:
"Historia Zakonu Syjonu obejmuje ponad tysiąc lat, Zakon został założony w 1099 roku
(...)". Po pierwsze gdyby Zakon został założony ponad tysiąc lat temu, to mielibyśmy rok przynajmniej 2100. A po drugie z Zakonem Syjonu wiąże się udowodnione kłamstwo. Zakon został założony bowiem w 1956 roku przez Pierre'a Plandarta. W książce można dopatrzeć się nieścisłości takich jak topografia Paryża, fakt, że "Ewangelia wg Filipa" napisana była w języku koptyjskim, a nie jak chce Brown po aramejsku.
Przed wejściem do Luwru jest 674 kawałków szkła, a nie 666. Nic więc dziwnego, że przewodniczący Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski - bp Stanisław Wielgus mówi, że "Kod..." to zręczna manipulacja, mająca na celu zdyskredytowanie Kościoła katolickiego.
Nie zmieni to faktu, że 19 maja w kinach w Polsce będą tłumy ciekawskich, którzy zechcą zestawić sobie książkę z filmem, oraz Ci, którzy na przeczytanie powieści Browna są zbyt leniwi i ograniczą się do emocjonującego filmu Howarda. Ludzie mogą być albo przekonani, albo będą się z tego co usłyszeli śmiać. Jedno jest pewne, zostawią pieniądze i znów okaże się, że filmy antyreligijne są jednymi z najbardziej dochodowych.
»Autor:
|