Recenzje

 

Tanie linie lotnicze, to wspaniała rzecz dla ludzi, którzy uwielbiają niespodzianki, na przykład w drodze z Warszawy do Madrytu obudzić się na postoju w Moskwie. „Plan lotu” Roberta Schwentke można by więc nazwać „filmowymi tanimi liniami”, gdyż widz wie skąd startuje, ale nie może mieć najmniejszego pojęcia dokąd doleci. Być może jest to porównanie wysnute zbyt na wyrost, acz myślę, że trafne. 

Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że film winien zacząć się od burzy, a później jeszcze podkręcać napięcie. Niemiecki reżyser widocznie zrobił coś zupełnie na przekór słowom Mistrza thrilleru i prawda, zaczął od burzy, która żwawo hula przez pierwsze pół godziny seansu, lecz później napięcie opada i przekształca się w podręcznikowy wręcz przykład spartolenia w gruncie rzeczy niezłego pomysłu. Miało być „inaczej” i oryginalniej, a wyszło jak zwykle sztampowo i wtórnie. Obraz ratuje jedynie laureatka dwóch Oskarów - zwyczajowo w wysokiej formie - Jodie Foster, która tym razem wcieliła się w role matki – Kyle - wracającej samolotem do ojczyzny, wraz z córką i ciałem martwego męża pod pokładem. Gdy Kyle budzi się z drzemki jej pociecha znika, a co gorsze nikt nie odnotował, że dziewczynka kiedykolwiek wchodziła na pokład. Zrozpaczoną matkę posądza się o obłęd, docierają nawet informacje, że jej córka zginęła wraz z ojcem, to jednak nie wyjaśnia faktu, że tylko jedno ciało spoczywa w ładowni samolotu. Gdzie znikła dziewczynka? Oto główne pytanie filmu, który z początku przywodzi skojarzenia z „Szóstym zmysłem”, a nawet zdaje się trzymać równie wysoki poziom. 

Przez pierwsze pół godziny film zaskakuje niczym hipotetyczne pojawienie się u szczytu władzy kolejnego, już trzeciego – o zgrozo! – bliźniaka, lecz w miarę rozwoju fabuły znika gdzieś kolejno groza, napięcie, a i zaciekawienie filmem, który zaczyna męczyć widza serią absurdalnych zdarzeń i sztampowych zwrotów akcji znanych z setek innych, mniej lub bardziej udanych produkcji. „Plan lotu” z psychologicznego dreszczowca o klimacie gęstym niczym budyń zmienia się w podrzędny, typowy thriller, który jedynie dzięki Jodie Foster, znanej przecież z obycia w tym gatunku („Milczenie owiec”, „Azyl”) uchował się od totalnej klęski. Gdyby nie ona obraz Schwentke byłby kolejnym, niewartym obejrzenia thrillerem z rządnymi pieniędzy terrorystami na pokładzie samolotu pasażerskiego. 

Niestety, taki właśnie jest ten film, poza jednym - warto go obejrzeć, dla Foster... tylko raz, bo choć tym razem tanie linie lotnicze nie dowiozły pasażera do docelowego miejsca, to jednak miło było spędzić czas w takim towarzystwie.

 

»Ocena: 4/10

 

»Autor: Bezimienny Grzegorz