Recenzje

 

Rzut popcornem, siorbnięcie colą, wielki multipleks i na ekranie trzecia część przygód agenta Ethana Hunta. Oto jak może przedstawiać się majowy wieczór. Najnowszy film o misjach niemożliwych wprowadza w polskich kinach letni sezon, szykujcie zatem pieniądze na popcorn, bo w zapowiedziach grzeją się już komercyjne hity.

"Mission: Impossible" ma swoich sympatyków, jak i wrogów. O dziwo i jedni i drudzy nienawidzą/uwielbiają film z tych samych powodów. Od zawsze bowiem cykl był wybuchowy, pełen akcji, drogich gadżetów, niemożliwych scen kaskaderskich. Nowy reżyser Abrams, pomimo, iż MI 3 jest jego debiutem na wielkim ekranie, sprostał zadaniu. Najnowsze MI bowiem nie traci klimatu, choć wiele rzeczy się zmienia. Wprowadzenie debiutanta do takiego filmu nie jest znowu takim przypadkiem. J.J. Abrams wyreżyserował bowiem popularne w Polsce i na świecie seriale: "Agentka o stu twarzach" ("Alians"), oraz "Zagubieni" ("Lost").

Ethan Hunt zmienia nieco swoje życie. Chce się ustatkować, od kilku już lat zszedł nieco na boczny tor i teraz trenuje rekrutów. Pobiera się z piękną lekarką Julią i zaczyna prowadzić podwójne życie. Gdy tak naprawdę bierze udział w tajnych akcjach, bliskim mówi, że zajmuje się transportem drogowym. Wkrótce zostaje wezwany na misję odbicia jednej z agentek, którą sam trenował - Lindsey. Tam dowiaduje się o Owenie Davianie, groźnym terroryście, który może być w posiadaniu Króliczej Łapki - tajemniczego przedmiotu będącego prawdopodobnie potężną bronią. Wkrótce Ethan będzie walczył nie tyle o dobro świata, co o życie swojej porwanej żony.

Trzecia część cyklu czerpie garściami z obydwu poprzednich części. Choć Abrams, nieco bardziej nawiązuje do pierwszego obrazu De Palmy, niż do kontynuacji Johna Woo. Jednak i w tej części mamy maski, które są już chyba 

znakiem rozpoznawczym cyklu i które są szczerze mówiąc dosyć irytującym elementem wszystkich filmów, bowiem w bezkarny sposób twórcy mogą robić zwroty w fabule. Jest też motyw zdrady w agencji, znany z pierwszej części. Jest jednak nawiązanie do MI 2, gdzie to Hunt zmierzyć musiał się nie tyle z wirusem, co z upływającym czasem, aby uchronić swoją ukochaną.

MI 3 nie wybija się jednak spośród swoich poprzedników. Nie ma w nim scen, które utkwiłyby w pamięci na długie lata. Pierwsza części to niezapomniana scena z wiszącym na linie Huntem, który przygląda się bezradnie kropli potu, spływającej po okularach. Druga, to z pewnością otwarcie filmu sceną wspinaczki bez zabezpieczenia. W trzeciej części na uwagę zasługuje demolka na moście. A przede wszystkim znana już ze zwiastunu scena, gdy to podmuch wybuchu rzuca Ethana na samochód obok, którego przebiega. Kto wie, może to wywrze wpływ na kinematografię? :)

Tom Cruise zadziwia mnie pod jednym względem. Mając już dobrze po czterdziestce wcale nie sprawia wrażenia, jakoby nie mógł już uczestniczyć w ujęciach kaskaderskich. Ponoć we wszystkich wystąpił bez dublera. Jasne, że to Cruise gra pierwsze skrzypce, to jego film, jego cykl i kontynuacja bez jego twarzy nie byłaby chyba możliwa. Jego gra jednak nie powala. Tom robi co do niego należy, ma swoją granicę, poniżej której nie schodzi i tak jest tym razem.

Na uwagę zasługuje odtwórca czarnego charakteru - Philip Seymour Hoffman. Jego Owen Davianie to z pewnością jeden z lepszych złych typów. Ale czy powala 

na kolana? Zdecydowanie nie, bo nie ma takiej możliwości. W lwiej części filmu po prostu go nie ma. Warto wspomnieć, że Hoffman jest laureatem tegorocznych Złotych Globów, Oscarów, oraz BAFTY. Doceniono go bowiem za główną rolę w filmie "Capote".

Reszta aktorów ani mnie ziębi, ani parzy. Obowiązkowo obok Cruise'a jest Ving Rhames, ale szczerze mówiąc gra tak, że równie dobrze mógłby nie grać. Twórcy zaopatrzyli się w jeszcze jedną gwiazdę: Laurence'a Fishburne'a, który jest przede wszystkim Morfeuszem z "Matrixa". Szkoda, że nie potrafi sobie poradzić z tym wizerunkiem i właściwie wszędzie gra tak samo i to samo.

Pojawia się podstawowe pytanie, czy MI 3 zasługuje na uwagę widza. W sumie nie sądziłem, że zdarzy mi się to kiedykolwiek stwierdzić, ale trudno powiedzieć. Sympatycy i tak pójdą, przeciwnicy raczej nie. Ja powiem od siebie, że o ile jedynka mnie oczarowała, dwójka się w sumie podobała, to trójka mająca zapędy do przedstawienia Hunta jako emerytowanego agenta zaczyna być nie do przyjęcia. Mam nadzieję, że na trylogii się skończy.

 

»Ocena: 6+/10

 

»Autor: Dishman