|
Trzy kobiety, trzy epoki, trzy różne sytuacje i te same odczucia, te same cierpienia i
przeżycia. Dążenie do szczęścia, próba osiągnięcia tego uczucia. Czy uda się zatrzymać chwilę, żyć w szczęściu? Czy bohaterki filmu Stephena Daldry'ego są szczęśliwe? Prowadzą przecież na pozór normalne życie. Mają kochających partnerów, zajmują się swoimi sprawami. Ale to tylko ułuda, życie na pokaz, uśmiech przez łzy, które spływają po policzkach gdy nikt nie widzi.
Dramat Dalry'ego oparty jest na książce Michaela Cunninghama pod tym samym tytułem. Z kolei powieść "Godziny" opiera się na książce "Pani Dalloway" Virginii Woolf. "Godziny" to książka, która wyszła w 1998 roku, nagrodzona została Pulitzerem, wywarła ogromne wrażenie i została książką roku wielu, poczytnych, światowych dzienników. Nic więc dziwnego, że doczekała się swojej ekranizacji.
Film opowiada o trzech kobietach, żyjących w trzech epokach. Pierwsza to Virginiia Woolf z lat '20 XX wieku, chora psychicznie kobieta pisząca swoja książkę ("Pani Dalloway"), mieszkająca poza miastem wraz ze swoim mężem Leonardem. Człowiekiem, który bardzo ją kocha, który chce dla niej wszystkiego co najlepsze, a przede wszystkim chce uchronić ją przed chorobą na którą cierpi.
Drugą kobietą jest Laura Brown z lat '50 XX wieku. Troskliwa matka i żona, która jest gospodynią domową, ma kochającego męża, dla którego jest
najważniejsza, synka, którego stać na powiedzenie "Kocham Cię mamo", a mimo to nie jest szczęśliwa, to nie jest życie którego pragnie. Męczy ją codzienność, ucieka w perfekcjonizm, aby zataić swoje prawdziwe uczucia.
Trzecią jest Clarissa Vaughn, żyjąca we współczesnym Nowym Jorku. Kobieta z przeszłością, opiekująca się Richardem, mężczyzną z którym przeżywała najszczęśliwsze chwile swojego życia, a który jest gejem chorym na AIDS u kresu swoich
możliwości. Jednocześnie poetą, który za napisaną książkę
ma zostać nagrodzony najważniejszą dla poety nagrodą. Clarissa ma u swego boku również partnerkę Sally z którą jest w homoseksualnym związku, oraz młodą, ale dorosłą już córkę Julię.
 |
Film charakteryzuje się tym, że
można w nim znaleźć szeroką interpretację, otwiera możliwości
dla naszej wyobrazi i umysłu. Mimo, iż wiele wskazuje na to, że "Godziny" chciały być hollywoodzką produkcją, to jednak zwinnie się z tego wywinęły. Doskonała obsada, nacisk na ucharakteryzowanie głównych postaci, nie mały taki znowu budżet produkcji, a jednak "Godziny" są filmem do refleksji i przemyśleń. Do zastanowienia się nad szczęściem, nad minutami, godzinami, dniami, miesiącami i latami, które nam przeciekają przez palce. Czas, który nie oglądając się na nikogo brnie do przodu, na momenty szczęścia w życiu trzech kobiet.
Virginię meczy choroba psychiczna. Jest pogrążona w książce, którą pisze. Żyje wręcz na jawie, po części w świecie przez siebie wykreowanym, po części w świecie realnym. Pragnie śmierci, uwolnienia się od trudów dnia, od niezrozumienia. Uderzająca jest scena z martwym ptaszkiem, któremu Virginia wraz z siostrzenicą
wyprawiają pogrzeb. Bohaterka sprawia wrażenie, jakby zazdrościła ptakowi. Nie boi się
śmierci, wręcz jej pożąda.
Podobnie jest z Laurą. Młoda kobieta, matka i żona. Wydaje się, że patrzymy na historię szczęśliwej rodziny. Męża jakiego ma Laura mogłoby jej pozazdrościć wiele kobiet. Pracowity, kochający, zajmujący się rodziną. Syn, który nie sprawia kłopotów, jest raczej ciekawy świata, zdaje się wertować myśli matki. Jako jedyny zauważa, że coś jest nie tak, że Laura nosi w sobie ból i rozpacz, że jest w stanie porzucić rodzinę i skłonić się ku ostateczności.
W ustach Richarda, Clarisse jest trywialna: "Pani Dalloway wydaje przyjęcia, by zagłuszyć ciszę". Jest kobietą twardo stąpającą po ziemi, zajmującej się prowizorycznymi zajęciami. Jej były mężczyzna natomiast zdaje się jej przeciwieństwem, potrafi zauważyć głębię, wręcz buja w obłokach, ale nie radzi sobie z codziennym życiem. Jest zależny od innych, chory na AIDS,
wycieńczały mężczyzna w średnim wieku. Nie chce przyjęć, nie chce gości. Nie to dla niego ma znaczenie.
 |
"Godziny" to przede wszystkim wspaniały aktorski popis. Julianne Moore, Nicole Kidman i Meryl Streep wcielają się w role trzech kobiet. Do tego są jeszcze świetni Stephen Dillane, czy Ed Harris. Właściwie to ta piątka aktorów tworzy film, jego nastrój. Sprawia, że widz ogląda film jak zahipnotyzowany.
Największym zaskoczeniem była dla mnie charakteryzacja Nicole Kidman. Nieco bowiem przed seansem o filmie słyszałem i po kilkudziesięciu minutach zacząłem szukać na ekranie tej aktorki. Odkryłem ją dopiero na zasadzie dedukcji i bardziej po oprawie oczu. To bowiem niesamowite, że nie trzeba aktorowi nakładać maski superbohatera, czy potwora, aby ukryć jego osobowość. Wystarczy przykleić inny nos, pozbawić cery wyzywającego makijażu i doskonale znanej każdemu kobiecie, nie będą mogli rozpoznać nawet wierni fani.
"Godziny" zostały niemal obsypane nagrodami z najwyższych półek, a już na pewno nominacjami do nich. Jak jeden mąż widzimy nominacje do Oscara, Złotych Globów, BAFTA, czy Złotych Niedźwiedzi. Wszystkie statuetki dla najlepszej kreacji kobiecej w tych festiwalach zdobyła Nicole Kidman, zapewne zawdzięczając to po części charakteryzacji. Widać więc trend w Oscarach, bowiem Charlize Theron za film "Monster" (2003) również zmieniła się nie do poznania i równie otrzymała za tą zmianę statuetkę.
"Godziny" to film wart polecenia. Z pewnością nie tak łatwo przystępny, choć każdy może zaryzykować. Pozostaje trudność w interpretacji, ale niemal dwie godziny seansu z pewnością nie pójdą na marne.
»Ocena:
8+/10
»Autor:
|