» Scena pościgu trwa dokładnie 9 minut 42 sekundy, jej nakręcenie zajęło 3 tygodnie;
Bardzo cenię sobie stare filmy. Zawierają one coś, czego brakuje współczesnym produkcjom - oryginalności, polotu, świeżości. Każdy z nas zna 'Ojca chrzestnego' od którego zaczęła się wielka kariera różnych aktorów takich jak Al Pacino czy Robert Duvall. Film ten przetarł szlak dla innych, pokazał drogę do wielkości. Takie obrazy pamięta się całe życie gdyż one są historyczne. Recenzowany tu 'Bullit' jest z 1968 roku - czy także jest filmem który można oglądać do dziś z zapartym tchem jaki na pewno udzielał się widzom kilkadziesiąt lat temu? Poniekąd... Frak Bullit [Steve McQueen] jest policjantem który ma za zadanie chronić świadka koronnego. Świadek zostaje zabity, Bullit chce dowiedzieć się kto za tym stoi... To by było na tyle jeśli rozchodzi się o fabułę. I wcale tu nie uogólniałem - właśnie tak prezentuje się cała historia zawarta w filmie. Wielu ludzi zarzuca filmowi, że fabuła jest tu tylko dodatkiem [który został wrzucony przymusowo, tak aby producenci mogli w jakiś sposób go zareklamować]. I to niestety prawda. Mamy tu jakieś sześć scen w których zamieszczone zostały strzępy fabuły, reszta to już akcja i refleksje czy perypetie miłosne Bullita. Przed obejrzeniem filmu przeczytałem też książkę Roberta L. Pike'a na podstawie której stworzony został film. Trzeba powiedzieć, że tam [tzn. w książce] fabuła jest. Co prawda jest dosyć kiepska [typowy kryminał który można kupić w jakimś kiosku na każdym dworcu], aczkolwiek twórcy filmu w znacznym stopniu historię tę okroili. W związku z tym wyszło coś, czego w sumie nie trzeba oglądać od początku bo i tak nic się nie straci. Początek nijak się ma do końca, nic tu się ze sobą nie łączy. Wykonanie filmu? San Francisco nie jest zbytnio eksploatowane w filmach więc nastawiłem się na poznanie tego miasta nieco bliżej. Strome ulice, tzw. garby, klimat 'tamtych lat' - to na człowieka działa, zaprzeczyć nie można. Szkoda jeno, że zabrakło zdjęć na Golden Gate. Pościg po tym moście mógłby wyglądać bardzo okazale. To co mnie trochę denerwowało to fakt, że na ulicach było zbyt pusto. Ja rozumiem, filmy w tamtych czasach nie dysponowały kosmicznymi budżetami no ale chyba można było wysupłać te pare groszy na większą ilość statystów... Siłą 'Bullita' są sceny pościgów. To one sprawiły, że film przeszedł do historii i jest rozpoznawalny. 10-cio minutowy pościg Bullita za dwoma bandziorami po ulicach Frisco i kolejna pogoń Bullita za prawdziwym Rossem na płycie lotniska i później
w terminalu. Obie sceny - samochodowa i 'na nogach' - pozbawione są dialogów, słychać tylko ryk silników, odpadające kołpaki, hałaś powodowany przez stłoczonych i spieszących się ludzi itp. Mi bardzo przypadła do gustu scena samochodowa w której zresztą osobiście udział brał McQueen. Dokładnie, jako amator szybkiej i niebezpiecznej jazdy, McQueen sam wykonywał wjazdy bokiem, szalone manewry między innymi autami. I ten jego samochód... Mustang, prawdziwe dzieło, Dorothy Black wśród czterech kółek. Dla mnie i cały film mógłby być niemy [co dałoby się zrobić, wszak producenci pozbyli się problemu fabuły więc czemu nie postawić na minimalizm?], jeśli tylko ciągle by słychać było wycie silnika Mustanga. Jeśli jednak spojrzeć na to bardziej realnie to niestety śmierdzi tu poważnymi brakami. Zastosowano tu przedłużenie sceny, dajmy na to wspomnianych już pościgów. Dwie akcje po 10 minut każda - z całym szacunkiem dla wykonania, ale bez przesady. Już jedna to dużo ale dwie...? I tak przez cały film, jakby twórcy chcieli nakręcić jak najwięcej jednej sceny żeby zrobić ich jak najmniej. Przez to owe sceny policzyć sobie możemy na palcach jednej ręki. I nie przesadzam tu zbytnio, 'Bullit' jest za mało urozmaicony i człowiek po pewnym czasie odczuwa znużenie. Aktorzy? Bullita gra Steve McQueen, którego po tym filmie ocenić można jako marnego. Taki Steven Seagal tamtych czasów - drewniany wyraz twarzy, małomówny. Można powiedzieć, że po prostu grał takiego bohatera. Zblazowany, wyprany z emocji, analizujący suche fakty i powoli dochodzący do prawdy Frank Bullit. Z tego co słyszałem, bardzo podobny do niego był właśnie McQueen więc specjalnie przygotowywać się nie musiał. Według mnie, najbardziej charakterystyczną postacią w filmie jest Robert Vaungh który gra Waltera Chalmersa. Jego postać, że tak powiem, śmierdzi brudem i taką dwulicowością. 'Pomóż mi a może szepnę o Tobie komu trzeba. Ja posiedzę za biurkiem z kieliszkiem wina, ty wykonasz całą robotę i dzielimy się po równo ale w przypadku niepowodzenia zrugam cię w gazetach'. Taka zwykła świnia która chce
na czyichś sukcesach wepchać się na stołek. Vaungh'owi udało się pokazać tą gorszą, bardziej cwaniacką i chciwą stronę człowieka. A jeśli chodzi o Jacqueline Bisset... mogę tylko zamruczeć:). Występuje tu tylko jako element dekoracyjny, nie ma co do tego żadnych wątpliwości i przyznać trzeba, że tę rolę odgrywa znakomicie. Na ten film wydałem 27 zł. Szczerze powiedziawszy - przepłaciłem. Ochłapy fabuły, jako taka realizacja, nierówne aktorstwo, nudy - 'Bullit' ma zbyt dużo wad, żeby sprzedawać go za taką cenę. Mimo że określany jest jako prekursor filmów sensacyjnych to jednak od tego gatunku oczekuję trochę więcej a przede wszystkim sprawniej opowiedzianej historii która przykuje mnie do ekranu. Przy 'Bullicie' siedziałem tylko dla Mustanga i Bisset a także miałem w sobie ukrytą nadzieję na jakieś rozruszanie się fabuły. Niestety, po raz kolejny potwierdza się, że nadzieja jest matką głupich. Jakby nie patrzeć to film trzyma równy poziom - bardzo niski, ale jednak. Jak dla mnie, 'Bullit' nie jest do oglądania ale do chwalenia się przed znajomymi. Bo ludzie znają 'Bullita'. Jeżeli ktoś spojrzy w Twoją filmotekę i znajdzie wzrokiem 'Bullita', może kiwnąć głową z aprobatą i stwierdzić, że klasykę gatunku zawsze warto mieć w swoich zbiorach. Więc niech sobie leży na półce i służy - podobnie jak Jacq Bisset - za ozdobę.
»Ocena: 4-/10
»Autor: Ryben
tytuł oryginalny: Bullitt