Recenzje

 

Reżyserskie dokonania Davida Finchera to nie kilkadziesiąt filmów, z których jeden odniósł kasowy sukces, a to i tak dzięki podstarzałej gwieździe chwytającej się angażu tam gdzie zapłacą więcej. Fincher kręci mało, to prawda, ale jak już zasiądzie na reżyserskim krzesełku to można się spodziewać kolejnego kinowego killera, który odniesie sukces zarówno komercyjny jak i artystyczny. Nazwisko reżysera nie urosło może jeszcze do rangi Hitchcock’a nowej ery, ochrzcić go jednak mianem mistrza współczesnego thrillera powinno się jak najbardziej, a niech poświadczą o tym choćby filmy: „Siedem”, „Podziemny krąg”, „Niezniszczalny” czy „Gra”. 

Typowa fincherowska sceneria – znaczy mrok, dudniący o parapet deszcz i wielkomiejski zaduch – wywołuje ciarki na plecach również w najnowszym jak dotąd projekcie reżysera. Szkoda, że nim zasiadłem do obejrzenia „Azylu” nie nauczyłem się na zapowiedzianą przecież kartkówkę dla nerwów. Po seansie natomiast z otwartymi ustami i trzęsącymi rękami mogłem już tylko żałować, że nie przygotowałem się na ten psychiczny, szargający nerwy odlot, który zaserwował mi Fincher – być może wziąłbym coś na uspokojenie, moje nerwy bowiem zostały wystawione na naprawdę ciężką próbę. 

Reżyser wciska nas tym razem do tytułowego azylu – miejsca będącego w teorii ‘niezdobywalnym’ schronem, swego rodzaju sejfem dla ludzi, w którym można się skryć, gdy w domu stanie się coś złego – wraz z rozwiedzioną kobietą i jej nastoletnią córką, które w samą porę zorientowały się, że w środku nocy źli ludzie hasają po ich domu. Przestraszone lokatorki ukrywają się we wspomnianym pokoju i tam poprzez kamery zamontowane w całej posiadłości obserwują poczynania przebiegłych złodziejaszków próbujących się do azylu wedrzeć. 

Z ogromną wprawą buduje Fincher klimat niepewności i zdaje się grać na nerwach widzom (jako, że „Azyl” jest thrillerem uznajmy to za komplement) – jak choćby w scenie wyciągania komórki z pod łóżka, będącej chyba najdłuższym pięć sekund w historii kina, a jednocześnie najlepszym momentem do obgryzania paznokci z przestrachu, chciało się aż zeskoczyć z krzesła i zakrzyknąć: „Uciekaj!”. Do całej tej salwy nerwówki i nagłych zwrotów akcji należy dodać świetne wykonanie techniczne filmu. Warstwa dźwiękowa jest tu niezwykle ważna, podobnie jak potęgująca napięcie muzyka – oba te elementy przywodzą na myśl „Znaki” M. Night Shyamalan’a (jest to swoją drogą jeden z niewielu twórców thrilleru dorównujący Fincherowi). Sama natomiast praca kamer zmusza by piać z zachwytu, że wspomnę choćby fenomenalne przejścia między ścianami ukazujące jak daleko, a zarazem jak blisko siebie są przestraszone kobiety i żądni zysku bandyci. Wszystko to przyprawione różnymi wizualnymi smaczkami, które widz chłonie łapczywie! 

Nie można co prawda stawiać „Azylu” na równi z kultowym już „Siedem” czy „Podziemnym kręgiem”, lecz film daje porządnego, nerwowego kopa, a to chyba najważniejsze. Dobrze, że są jeszcze reżyserzy, którzy nie zawodzą i nadal tworzą swoje, mocne kino...

 

»Ocena: 7/10

 

»Autor: Bezimienny Grzegorz