Właśnie wróciłem ze szkoły.
Niestety tylko oficjalnie, ponieważ szkołę widziałem jedynie przez szybę
autobusu. Tak. Byłem na wagarach. Dziś mija czwarty dzień mojej nieobecności w
szkole (czwarty dzień wiosny jest). Nie piszę tego ze względu na to, że szczycę
się tym osiągnięciem. Robię to z kilku powodów a jednym z nich jest trywialny
brak tematu do napisania jakiegokolwiek tekstu. Żeby było śmieszniej dziś zacznę
od początku.
Pierwszy dzień laby jak łatwo sobie
policzyć był pierwszym dniem wiosny. Obchodzimy go z kolegą już od kilku lat i
nawet nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w ten dzień iść do szkoły. Zaczęło się
spokojnie od bodajże dwóch piw. Potem poleciało już z górki i zanim się
obejrzałem o 10.00 byłem pijany jak świnia. Umówiliśmy się na środę, bo jakoś
tak nie pasowało mi nie iść do szkoły tylko w pierwszy dzień wiosny – mogłoby
wydać się to podejrzane. Do domu trafiłem dopiero o 19.00 z racji tego że
poszedłem na próbę mojego ulubionego zespołu o wdzięcznej nazwie „Glass Prison”
(serdecznie chłopaków pozdrawiam). Cały dzień miałem utopiony w alkoholu, czyli
mogę go (oprócz tego cholernego bólu głowy) zaliczyć do udanych.
Środa to był koszmar. Udało mi się wyrwać na wagary
kilku chłopaków z mojej klasy i z racji tego, że razem na labę chodzimy rzadko,
trzeba było oczywiście kupić masę alkoholu. Zaczęło się od tego, że poszedłem z
jednym koleg