DAJCIE MI PIÓRO!
Lubię rozmowy, wiecie? Takie oralne, wynikające z czystej chęci wymienienia argumentów, poglądów czy kwestionowania jakości pośladów tej a tamtej aktorki/sąsiadki. Niekiedy przy ich pomocy dochodzi do sytuacji, zwanej przez pewne jednostki sporem. Ma on to do siebie, że często transmutuje np. w rękoczyn. Ale ja chciałem ponudzić o rozmowach, powiedzmy, stałych, pisanych. Każda wyewoluowana małpa wie, co to znaczy - bierzesz w rękę długopis/klawiaturę i mówisz nim (metaforycznie, jak by co). Są przeciwnicy tej formy wypowiedzi, ale są i zwolennicy, jak niżej podpisany.
Jest wiele powodów, dla których preferuję tekst - a nie usta. Z tym drugim narządem wiąże się problem czasowy. Podczas ględzenia wspomaganego przez potok wyseplenionej śliny odbiorca oczekuje odpowiedzi niemalże natychmiast. Co niekiedy dla mnie stanowi poważny problem, prawie jak zbuntowane jelita na klasówce. Rozmowa twarzą w twarz, paskudną bądź nie, zmusza do szybszej, gwałtowniejszej pracy tego zanikającego mechanizmu zamkniętego w czaszce, powodując że nadawca zaczyna się gubić. Mówi rzeczy, jakich później, gdy dotrze do niego sens wypowiedzi, będzie żałował. Problem ten dotyczy, nie ukrywam, mnie osobiście. Mówienie nieprawdy czy też półprawdy, mam wrażenie, zdarza mi się częściej niż mówienie samej prawdy. Przykład: Siedzę z kumplem na ławce i popijając co chwilę schłodzonego Eksporta celebrujemy wynalazek zwany "wagary". Rozmowa skręca na mocniej poskręcane, bo poważne, tory. Kara śmierci. W skrócie - ja jestem raczej na pewno na tak, on nie. Przez minut kilka jałowo okładamy siebie wzajemnie argumentami. Po powrocie na rozmowy bardziej luźniejsze każdy z nas jest dwukrotnie bardziej przekonany do swych racji. Potem w domu odświeżam pamięć i co się okazuje - zapomniałem o połowie trafniejszych, silniejszych w perswazji racjach. Taki problem nawiedza wiele osób, mądrzejszych i mondrzejszych, czarnych i białych, heteroseksualnych i homogenizowanych (i transsyberyjskich - D.)
Nie lubię, jak ktoś przerywa moją wypowiedź. Robię, co mogę, staram się zobrazować sytuację mówiąc tyle, ile to wymaga. A tu jakaś pluskwa w swojej nieograniczonej mądrości i pewności uważa, że takie zachowanie zalicza się do kulturalnych, rzuca krótki, lecz wybijający z rytmu komentarz. Wtrącanie się w zdanie zaliczam do publicznych wykroczeń pierwszego stopnia, tym bardziej, jeżeli robione jest to celowo, na złość i z premedytacją. Gdy spotykam się z tą tendencją, a niefortunnie dzieje się to często, przypominam sobie słuszność kary śmierci. Tu także słowo pisane sprawdza się doskonale. Zupełnie jak teraz, piszę głupoty, które przeczytacie, i prędzej zbudujecie sobie bazę na Marsie, niż mi przerwiecie ich produkcję. Tutaj ja rządzę, cokolwiek bym nie bredził. Obecnie znajdujecie się w mikroświecie zarządzanym przez lorda Chmielewskiego.
Ponadto asertywność, problem pewności siebie. Do tej grupy niedojd muszę zaliczyć siebie. Zdajecie sobie z całą pewnością sprawę z pospolitości i istoty tego upośledzenia. Jeśli nie - poczytajcie Doorshlaqa. Komu jest obca sytuacja, gdy na usta cisnęło się pewne zdanie, będące czystym poglądem - nie poglądem pod publiczkę, choć na głos wypowiada to drugie? Nie mi. Właściwie to mam z tym przeboje niemal dzień w dzień. Raz częściej, raz rzadziej, nieraz wcale, ale owszem, mam. Zdajecie sobie sprawę, ile razy chciałem spokojnym tonem oznajmić wychowawcy mojej klasy, że jest cwanym, nieuczciwym i tępym konusem o dowcipie ciętym jak mydło? No nie, pewnie nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale zapewne chwytacie, o co chodzi. Poza tym użytkownicy tekstu w szerzeniu swoich prawd, jakkolwiek idiotyczne by one były, mogą robić to lekkim serduszkiem. Nie zawsze, ale przeważnie. Gdy piszesz, załóżmy, "w celu masturbowania swojego własnego spuchniętego ego piszesz polemikę", nie ćmi cię lęk przed niezapowiedzianym kopem w przeponę, ponieważ odbiorca nie ma takiej możliwości (prawda, PG? :) pozdrawiam). Podobnie jest z oddziaływaniem treści. Tu również zastosuję siebie jako przykład. Muszę wyznać wam, że ja, idealny materiał na karzełkowatego anorektyka, posłuchu mogę oczekiwać najwyżej od chomika - i to tylko, gdy zabiorę mu miseczkę z jedzonkiem. Jestem za mały, za chudy i za dziecinny z wyglądu, by cokolwiek z moich monologów zainteresowało potencjalnych słuchaczy. A tekst - to jest dopiero środek na zyskanie zwolenników swojej idei. "Słodkie kłamstewko Busha", dajmy na to, z mych ust nie dotarł dosłownie do nikogo, z kim o tym mówiłem. Nie traktowali tego poważnie. Mnie zresztą też. A wysyłając go tutaj skazałem się na istną nawałnicę SMSów i e-maili podziwu, co dowodzi skuteczności tekstu i właściwości mojej filozofii.
Tekst jest zbawieniem, powiadam wam. Daje szansę tym, których improwizacja nie dotyka, którzy wolą się zastanowić nad swoim przekazem, którzy chcą dotrzeć do bardziej rozległej publiki, w końcu tym, którzy wolniej myślą. Jest mi dobrze i komfortowo z tym, że należę do po części do każdej, ale głównie do czwartej kategorii. Chciałbym tylko, by po obrzuceniu mnie zarzutem czy obelgą zawsze mógł zacząć kontratak głośnym "dajcie mi, k..., pióro!".
Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
kom: 511969234