CZYM JEST PŁEĆ?

 

Zgaduję, że większość z Was ma już swoje określone poglądy na ten temat, nawet, jeżeli nie myśli o tym zbyt często. Większość z tej większości wyznaje pewnie teorię, że płeć definiuje się wraz z okresem poczęcia, genetycznie lub też psychologicznie. Też tak myślałem, do czasu aż pewnego dnia (dziś :) zacząłem się zastanawiać, czy to może być rzeczywiście takie proste...

Mała inscenizacja powinna pomóc wam uzmysłowić sobie, co mi w głowie siedzi: Wyobraźcie sobie, że pewne centrum naukowe adoptuje (bądź zdobywa w inny, bardziej prawdopodobny i jednocześnie mniej etyczny sposób, dla naszych rozważań nie ma to znaczenia) dziecko płci - biologicznie - męskiej. Tworzy się mu coś w rodzaju rzeczywistości znanej z filmu "Truman Show" (dla niewtajemniczonych - producenci telewizyjni robią gościowi o imieniu Truman reality show, o którym on nie ma pojęcia, konkretnie - symulację życia, nadawaną na żywo na cały świat). Dostaje więc nasz chłopak prawdziwych 'rodziców', chodzi do prawdziwej 'szkoły', ma prawdziwych 'przyjaciół', ale - jak to bywa w rzeczywistości wirtualnej - wszystko jest trochę inaczej, bo:
- mamusia, mimo że wyposażona jak każda zdrowa mamusia, ma na imię Stefan, a tatuś, uwierzcie mi - zdolny do spłodzenia naszego brzdąca - Grażyna,
- najlepszy przyjaciel bohatera to Kaśka,
- a naszemu bohaterowi dano Aneta.
- w szkole uczy się, że zarówno związki mamusia-tatuś, jak i te mamusia-mamusia i tatuś-tatuś, są całkowicie naturalne.
Aby nie było jednak tak łatwo, eksperymentatorzy odeszli jednak nieco od tematu i tak:
- na porządku dziennym jest bicie słabszych i ogólny brak moralności, za co nie ma negatywnych konsekwencji,
- w szkole nie trzeba się uczyć, by dostawać dobre stopnie - wręcz przeciwnie, za trafne spostrzeżenia dostaje się jedynki, a za chamstwo i marnowanie cennego czasu nauczyciela - piątki,
- i wiele, wiele równie abstrakcyjnych rzeczy...

Jak myślicie, co na to nasz chłopak (Aneta)? Czy zaprotestuje przeciwko wypaczonej, nienormalnej rzeczywistości? Jestem pewien, że nie, a przynajmniej nie od razu. Na początku przyjmie rzeczywistość taką, jaką tworzy dla niego jego otoczenie. Jeżeli nigdy w życiu nie spotkał się z innymi zachowaniami, lub jakimś cudem spotkał się ale sporadycznie, nie przyjdą mu one na myśl jako zwyczajne, nie wpłyną na jego pierwotne postrzeganie rzeczywistości i prawdy o sobie.

Wiem, że ten przykład nie oddaje pełnego realizmu tego, co dzieje się w psychice dziecka, tudzież młodego człowieka, gdy kształtuje się jego tożsamość płciowa, ale prezentuje mój tok myślenia. Bo co, jeżeli nie stajemy się kobietami i mężczyznami automatycznie, a jest to kształtowane przez nasze jednolite otoczenie, jego wciąż taki sam wpływ na psychikę i coś w rodzaju 'płciowych stereotypów'? Może bycie kobietą lub mężczyzną jest 'tylko' charakterystycznym typem roli społecznej, którą większość z nas przyjmuje bez słowa sprzeciwu pod presją społeczną.

Mogę się oczywiście mylić, gdyż to tylko nie poparta dowodami teoria, ale myślę że w ten właśnie sposób mogą kreować się tożsamości np. transwestytów. Może od najmłodszych lat odczuwali przyzwolenie na bycie 'innymi', widzieli w tym coś ponadkulturowego, natomiast nie zauważali w swojej odmienności niczego tak nienaturalnego, by było to w stanie sprowadzić ich do zastanowienia się nad sobą na nowo.

Nie wiem, czy dostanę moralne przyzwolenie od homoseksualistów i transwestytów do siania tego typu twierdzeń, ale wydaje mi się, że zjawisko to może być wyjaśnieniem ich, nienaturalnego w naszym rozumieniu, zachowania. Z tym, że wtedy każde 'odstępstwo od płciowej normy' możemy potraktować dwojako: Albo uznać, że jednak kulturowe i cywilizacyjne (i teoretycznie biologiczne) uzasadnienie stereotypów daje prawo większości do negowania wszelkich przejawów nie bycia 'pospolitym' przez mniejszość (wtedy ta większość miałaby usprawiedliwioną społeczną powszechnością sposobność do wpływania i zmieniania lesbijek i gejów w heteroseksualistów), albo uznać rację mojej hipotezy i spróbować zaakceptować to, że homoseksualiści nie są hetero z nie własnej winy, a z winy otoczenia, w którym przyszło im dojrzewać.

Tekst ten nie miał być w żaden sposób moralizatorski, a przed chwilą przyszło mi do głowy, że tak mógł zostać odebrany. Nie ma on nawet charakteru informacyjnego, a wręcz przeciwnie, mam nadzieję że poświęcicie kilka chwil na przemyślenie go i wyciągnięcie własnych wniosków. Pytanie tytułowe pozostaje więc aktualne, a ja cieszę się, że mogłem dodać jeszcze jedną potencjalną odpowiedź :)

 

Remember_The_Name

 

4.04.2006