Też chciałem być

Nigdy nie miałem zaplanowanego życia od początku do końca. Nigdy nie poświęciłem się jakiejś rzeczy z myślą, że kiedyś stanie się ona moim źródłem utrzymania. Zawsze najpierw przychodziła pasja, a dopiero później marzenia i plany. Nigdy nie byłem wyrachowany. No, ale chyba nie ma czym się chwalić - przecież dzięki takiemu postępowaniu teraz mam tak niewiele. Chciałem być lekarzem. Babranie się w ludzkich bebechach zawsze mnie odrażało, jednak postanowiłem sobie, że zostanę ginekologiem. Byłem wtedy w takim wieku, że mało wiedziałem na czym ta fucha polega, jednak moja mama była wówczas w ciąży z moją siostrą, a ja chłonąłem wszystkie ciążowe gazetki, które rodzicielka przynosiła do domu. Oprócz tego interesowałem się biologią, której wkuwanie przychodziło mi z łatwością. Byłem świetnym materiałem na lekarza dla pań, jednak po roku czar prysł - ciąża się rozwiązała, oceny z biologii poszły w dół, a ja odkryłem magię koszykówki. Wiadomo - codziennie kilka meczyków ze starszymi od siebie i wielka radocha z biegania za pomarańczową piłką. Byłem dobry. Podziwiałem Michaela Jordana i pragnąłem tak jak on ubrać biało-czerwony strój "Byków" i wyjść na parkiet po mistrzostwo NBA. Zapisałem się w szkole na treningi. Trenowałem może z rok, później trener zachorował i cała szkolna drużyna się rozpadła. Miłość do gry została mi do dzisiaj, jednak bez treningów nie miałem szans na karierę. Oczywiście patrzę na tę sprawę oczami dwunastolatka, bo dzisiaj już wiem, że i tak na swój wiek byłem za słaby, aby do czegoś w tym sporcie dojść. W wieku trzynastu lat dostałem komputer i zapragnąłem zostać informatykiem. Na początek nauczyłem się HTML-a i języków pochodnych. Zrobiłem swoją pierwszą stronę, nawet osiągnęła sporą popularność. Nie wiem, czy przez to, że była dobra, czy przez to, że traktowała o popularnej wówczas grze video. Ważne, że ludzie na nią wchodzili. Później miałem jeszcze kilka innych lepszych i gorszych tworów. Nawet paru klientów na komercyjne stronki mi się trafiło. Fakt, że kokosów na tym nie zarobiłem, ale przynajmniej było mi miło, że ktoś potrzebuje mojej pomocy. Po jakimś czasie przyszedł czas nauki programowania w jakichś trudniejszych językach. Padło na Pascala i C++. Napisałem kilkanaście przydatnych programików, startowałem nawet w Mistrzostwach Wielkopolski w Programowaniu Zespołowym. Z średnim skutkiem, ale jednak. Do połowy 2004r. byłem niemal pewien pójścia na informatykę. Oceny z matematyki miałem w miarę dobre i to mnie trzymało przy tym pomyśle. Niestety - później coś się posypało, oceny robiły się coraz gorsze i postanowilem z infą dać sobie spokój. Z wielkim żalem, ale chyba nie miałem wyjścia... Gdzieś w połowie zainteresowania informatyką przyszedł rozwój mojego talentu pisarskiego. Zacząłem pisać do zinów - na początku większość tekstów odrzucano, ale byłem wytrwały i w końcu wyrobiłem sobie odpowiedni styl, aby dostać się na łama. Pisanie wciągało mnie coraz bardziej, rozszerzyłem nawet zakres miejsc, w których publikowałem swoje wypociny. W pewnym momencie zapragnąłem zostać dziennikarzem. Była to taka miłość z drugiej ręki, bo informatyka nadal cholernie mnie fascynowała. Pisanie traktowałem raczej jako typowe hobby, chęć podzielenia się ze światem swoimi poglądami. Poszedłem na studia. Politologia ze specjalnością dziennikarstwo, wybieraną po zakończeniu trzeciego roku. Na początku czułem, że to jest to, co chcę w życiu robić. Podobało mi się. Później jednak przyszedł taki okres, że nie mogłem wytrzymać. Zajęcia robiły się strasznie nudne, a część ludzi je prowadzących zachowywała się tak, jakby robili mi łaskę, że mogę studiować na ich uczelni. Typowe wykłady na "odpierdol się". Ale nie poddawałem się. Wmawiałem sobie, że prawdziwe studia zaczną się dopiero po zakończeniu trzeciego roku. Postanowiłem zahaczyć się w jakiejś redakcji w celu nabycia praktyki. Niestety - nawet na prasę lokalną okazałem się za słaby. Tylko wydawało mi się, że potrafię dobrze pisać. No, może to zbyt dużo powiedziane. Faktem jednak jest, że istnieje wielu lepszych pismaków, którzy bez problemu są w stanie wygrać ze mną w bezpośrednim pojedynku. Po prostu za słaby jestem na tę fuchę... I dochodzimy do dnia dzisiejszego. Jeszcze dwa lata temu z zamkniętymi oczami powiedziałbym, kim chciałbym zostać w przyszłości. Wyśmiałbym każdego w moim wieku, który miałby w tamtym czasie jakiekolwiek wątpliwości co do swojej kariery. Teraz mogę tylko się pokłonić przed tymi, którzy wybrali na ostatnią chwilę, a wybrali dobrze. Mnie pozostaje chyba tylko zapaść się pod ziemię i odpowiedzieć sobie na pytanie: czego ty w końcu chcesz, człowieku?


zabójca /zabojca@buziaczek.pl/