Reklamania

Czuję się osaczony. Poprzez pocztę e-mail miła pani próbuje mi sprzedać receptę na bogactwo, a ja mam ją zwyczajnie w dupie. Włączam telewizor, gdzie pan Zygmunt zachęca mnie do udziału w konkursie sponsorowanym przez producenta proszku do prania, a ja mam ochotę mu powiedzieć, żeby się wypchał. Otwieram lodówkę, a tam w bocznej szufladzie stoi kartonik z sokiem i dumnym hasłem: "jeden litr gratis". Myślę sobie, że tylko idiota byłby w stanie dać komuś cokolwiek za darmo i zamykam ten przybytek. Włączam sieć, wpisuję w przeglądarkę ulubiony adres i wita mnie pełnoekranowa, flashowa animacja z reklamą zupki w proszku. Przypominam sobie wakacje i czas, kiedy dzień w dzień spożywałem ten specyfik. Nie napiszę, co w tamtym momencie stanęło mi w gardle.

Nie wytrzymuję napięcia i postanawiam iść na spacer. Potrzebuję kilku minut spokoju. Jaki ja naiwny jestem... Już po pięciu minutach słyszę drącego się do mikrofonu osobnika, rozgłaszającego światu, że do miasta przyjechał cyrk i dla dzieci do lat 10, które przyjdą z opiekunem są darmowe bilety. Myślę sobie - już kilka razy dałem się na to nabrać, kiedy byłem dzieciakiem. Przyspieszam kroku, irytujący głos cichnie, ale po chwili słyszę coś innego. Człowiek z akordeonem i mikrofonem próbuje swoich sił w ludowych piosenkach. Wrzuciłbym mu te kilka złotych, ale to byłoby dla niego tylko motywacją, żeby nie zwijać interesu. Olewam go i zaczynam biec. Po piętnastu metrach zwalniam, bo na mieście zrobił się taki ścisk, że mógłbym spowodować jakąś kolizję.

Widzę grupkę dzieciaków. Rozdają ulotki. Świetnie. Biorę od każdego po kilka sztuk - ludzie szybciej będą mieli spokój, a dzieciaki zarobią, bo jednak widać, że uczciwie pracują. Pożyczki od ręki, nowy plan taryfowy w sieci telefonii komórkowej, jadłospis nowopowstałej pizzerii. Bosko. 10 bezuzytecznych śmieci ląduje w najbliższym koszu. Biedne drzewa...

Postanawiam wpaść po zakupy. Jako, że nie należę do bogatych to ląduję w supermarkecie. Tumult, ścisk - da się znieść. Po chwili jednak ożywają głośniki. Ding-dong, dzisiaj w naszej ofercie pyszne mięsko w specjalnej promocji. Zamówiliśmy za dużo i specjalnie dla państwa obniżyliśmy cenę. To co, że jego ważność skończyła się dwa dni temu, ale dzięki nocnemu moczeniu w wodzie wygląda jak świeże. Polecamy! Może do końca tak nie było, ale jakoś podczas pobytu w takich miejscach rzeczywistość miesza mi się z urojeniami...

Wychodzę ze sklepu częstowany wafelkiem przez młodą dziewczynę. Uśmiecham się i biorę z tacy jedną kostkę promocyjnego żarcia. Przynajmniej nie była nachalna. Po chwili jednak moją równowagę psychiczną załamuje chłopak od ciasteczek. Nie, kurde, nie mam ochoty na przepyszne ciasteczko firmy z długoletnim doświadczeniem. Spadaj! Jestem jednak dobrze wychowany i te uwagi zachowuję dla siebie, omijając gościa szerokim łukiem.

Postanawiam wrócić do domu. Jadę autobusem. Kierowca w pewnym momencie zapuścił radio. To były wiadomości sportowe, teraz zapraszamy na reklamy. Modlę się o ponowne "pstryk", jednak facet chyba lubi jak próbuje mu się zrobić z mózgu wołowinę w kosteczkach. Zmęczony sianą propagandą, wkładam do uszu słuchawki i zapuszczam ulubiną muzę. Na płytach na szczęście nie przerywają jeszcze utwórów reklamami.

W domu od mojego wyjścia wiele się zmieniło. W skrzynce informator z ofertą hipermarketu ze zdechłym mięsem, na wycieraczce katalog najtańszych i niezawodnych produktów sklepu nie dla idiotów, a w drzwiach wizytówka z adresem najlepszej myjni samochodowej w mieście. Ale zaraz! Po chwili zauważam, że na coś nadepłem. No tak - najtańsze korepetycje z angielskiego. Nie nachylam się nawet po ten śmieć i wchodzę do mieszkania.

O ósmej przychodzi czas na seans filmowy. Zasiadam wygodnie w fotelu. Mija pięć minut, dziesięć. Reklamy sie nie kończą. Piętnaście minut spóźnienia to normalka. W końcu seans się rozpoczyna, jednak zanim zdążą przemknąć napisy początkowe to już zmuszony jestem oglądać "przerwę pozwalającą stacji utrzymać się na rynku". Ze zrozumieniem przyjmuję taki obrót sytuacji, jednak kiedy po następnym fragmencie filmu w ekspresowym tempie na ekranie pojawia się losowanie lotto to wysiadam z fotela. Idę spać. We śnie przynajmniej nikt mnie nie osacza. No, chyba że kosmici, ale to się dzieje na tyle rzadko, że da się wytrzymać. A reklama to mania nie do wytrzymania!


zabójca /zabojca@buziaczek.pl/