SKIZM


 

            Stoję przed lustrem. Widzę swoje odbicie. W ręku trzymam rzutki. Rzucam nimi w lustro. Jedna trafia w odbicie mojego oka. Czuję ból. Kolejna trafia w czoło. Czuje ją. Rzucam trzecią, trafia w tętnicę szyjną i wbija się w nią. Krew płynie delikatna strużką po mojej szyi. Rzucam następne w kierunku lustra. Moja twarz pokrywa się nimi. A krew ciągle płynie… Ciemnieje mi przed oczyma. Nie widzę już odbicia. Czerń. Wszędzie czerń…

            Jestem na dworcu. Jest 13.30. Przede mną tablica odjazdów, na niej tylko jedna pozycja. Raj. Przed nią wyskakuje godzina. Maszynka przewija, przewija, przewija. W końcu wyskakuje 13.[]5. Dziesiątki minut ciągle skaczą, skaczą mi przed oczyma. Napięcie, wyczekiwanie. W końcu staje na dwójce. Spóźniłem się. O 5 minut. A chciałaby dusza do raju…

            Tkwię w szczerym polu. Pole gdzie okiem sięgnąć. Z jednej tylko strony widać niewielki kształt. Jest daleko ode mnie, ale idę ku niemu. Kształt przybiera postać drogowskazu, a u jego spodu widać kolejny. Podchodzę bliżej, ów drugi kształt okazuje się być człowiekiem. Wreszcie docieram. Pod znakiem leży człowiek. Znak zawiera treść: „Proszę nie kopać leżącego”…

            Dzwoni telefon. Jeśli odpowiem teraz na proste pytanie wygram kawalerkę w Sieradzu. Pytanie brzmi: podaj wartość pi do 250 miejsca po przecinku. Jako, ze wartość liczby pi to mój konik, podaje liczby bez wysiłku. Głos z słuchawki stara się zbić mnie z tropu, ale nic z tego. Gdy jestem przy 235 miejscu po przecinku słyszę dźwięk informujący o rozładowaniu baterii.  Zawsze k*** coś…

            Jestem zegarkiem. Czuję jak każda część mojego ciałka współpracuje ze sobą tworząc harmonijną, niezaburzalną całość. Do czasu aż przypadkiem nie spadnę z szafki. Diagnoza jest wstrząsająca. Zawał. Zawał tylnej ściany. Późnię się. Póóóżnięęę. Stop. Jeszcze iskra nadziei na reanimację u zegarmistrza. Gaśnie. Za drogo. Nie opłaca się…

            Jem jogurt. Ruchami kołowymi wybieram łyżką końcówkę mlecznego kremu osadzoną na plastikowych ściankach kubka. Oblizuję ją. Właśnie zżarłem kilka milionów żywych kultur bakterii, które zapewnią mi zdrowie, urodę i witalność. Sprawią, że będę czuł się młody i rześki jak zefirek. A nawet jeśli im się nie uda, to jak mam mieć pretensje do mikroskopijnych żyjątek, że nadal jestem flakowaty i rozlazły…

            Szczekam na sąsiada. On do mnie mówi, żebym się uspokoił, co jeszcze bardziej mnie drażni. Zaczynam go gonić, ale on jest szybszy, wszak gorzej biegam na czterech łapach niż on na dwóch. Za to dorwę niczego niespodziewającą się sąsiadkę. Zagryzę ją, zatopię w niej swe śmiercionośne kły, a jeśli nie będą wystarczająco śmiercionośne, zatłukę ją ciosami z bańki. Potem mnie uśpią jako krwiożerczą bestię. Co tam, i tak nie zrozumiem. Instynkt nie rozum, nie pojmę, że za chwilę padnę, że ta strzykawa to spowoduje, i ze mnie zakopią na polance, naprzeciwko instytutu weterynarii…

            Swędzi mnie mózg. Rozcinam więc jeden z dwudziestu siedmiu szwów na mojej lewej nodze i wsadzam przez niego rękę. Przeciskam się przez miednice, żołądek, klatkę piersiową i szyję. Zaczyna mi brakować ręki, żeby dotrzeć do mózgu, więc szew w nodze pochłania mnie bez reszty. Wreszcie dosięgam, i drapię swędzące miejsce, ale nie jestem w stanie wyhamować i reszta mnie, łącznie z lewą nogą wpada do szwu w lewej nodze. Zapadam się w sobie…

            Stoję przed lustrem. Widzę swoje odbicie. W ręku trzymam szczoteczkę do zębów. Chyba się troszkę zamyśliłem…

 


 

JĘDRZEJ IV ŚNIADY