NA ZIEMNIAKI, RODACY!
P...olę od tyłu ten kraj, spadam za granicę - tak oto moi drodzy kochani rówieśnicy z klasy prorokują swoje niedalekie perypetie. Planują zdać maturę zamówionymi wcześniej pracami (od 50zł wzwyż), może jeszcze dyplom technika, jak wiatry będą sprzyjać, i pa-pa. Nikt nie widzi siebie w roli robola na ojczyźnie, bo żeby dostać tu zajęcie z przyzwoitym wynagrodzeniem, trzeba spędzić połowę życia na uczelniach, choć i tyle to za mało. Wybierają zatem rolę robola na obczyźnie.
Gdy ostatnio spojrzałem w przyszłość, doszedłem do wniosku, iż żeby wypić piwo z kumplem, będę musiał przejechać trzy kraje. Wszyscy moi znajomi deklarują się tanią siłą roboczą, coś pomiędzy Strawberry Raider a Potatos Digger. Motywacją jest miesięczna wypłata - żeby jej dorównać, w Polsce musieliby spędzić połowę roku na budowie tudzież ciastkarni. Mój starszy brat na przykład przeprowadza renowacje dachów w Austrii, przywożąc z powrotem wystarczająco dużo kasy na używany, acz bardzo dobry samochód - i to za dwa miesiące tyrania.
Są też bardziej przedsiębiorczy główkarze. Ci posprzątają w hiszpańskich/angielskich/irlandzkich barach jakiś czas, wrócą i otworzą własny biznes (do tej kategorii zaliczam swojego brata). Będzie to coś w deseń transportu sanitarnego, mebli itp., własnej wypożyczalni płyt DVD w okolicach ubogich w takie nowości marketingowe, czy knajpy dla miejscowych pijaczków. W każdym razie wszystko sprowadzi się do czystego płodzenia pieniędzy - żeby kupić sobie mieszkanie, regulować comiesięczne wymogi państwowe, kupić sobie farbowaną żonę na dyskotece (kilka drinków + zapylenie w tamtejszym kiblu), pokryć koszty dzieciaka, potem znowu do brytyjskiej fabryki cyrkli i tak do czasu, gdy będzie się popuszczać w gacie, jeżeli nie zdąży się na czas do kibla.
Ponura wizja ponurej rzeczywistości. W tym wszystkim zabrakło czegoś. Wyeksponuję siebie dla przykładu. Mi, dajmy na to, nigdzie się nie spieszy. Zamierzam zostać w polskiej wiosce, na polskim łajnie i w ciuchach polskiej produkcji. Nie kieruje mną żadna idea - miłość do kraju itp. - tylko coś bardziej głupszego. Ja nie widzę sensu życia w pieniądzach, wyobraźcie sobie. Naprawdę. Marzy mi się praca, uczciwa praca, która prócz mamony faszeruje mnie także spełnieniem, świadomością robienia tego, co się lubi i chce. Ambicja godna przedszkolaka, mówią inni, myślący bardziej otwarcie na możliwości zarobkowe. Wiecie co, zgadzam się z nimi. Moja zatruta doczesnością część śmieje się ze mnie serdecznie, mówiąc coś w stylu "zapooomnij, stary!". Samodzielnie charcham na swoje ambicje, nikt w tym punkcie wtórować mi nie musi. Mimo to Serce Atlantydów, niegdyś propagowane tu przeze mnie, dalej we mnie bije, z każdym dniem słabiej, fakt, ale trzyma się dziarsko. Ten kawałek mojej osobowości krzyczy rozpaczliwie o chęci zaspokojenia swoich ambicji, tworzeniu czegoś, co poszczególna część ludzi chętnie przeczyta, a potem powie "ten to potrafi pisać". Ponadto ona przypomina mi o jeszcze jednym - ja naprawdę kocham ten kraj. Względy osobiste - tutaj rozbiłem sobie pierwszy raz kolano, tutaj dorastałem, tutaj stałem się tym, kim jestem (choć, to fakt, czasami kwestionuję opcję przyznawania się do tego). Krótko - chciałbym pracować tutaj, u nas. Tylko że w tym wszystkim tkwi pewien, drobny szczegół - chcieć, to ja sobie mogę.
Pytanie, czemu ludzie tak ochoczo wyjeżdżają, zadać może tylko totalny idiota, przy którym nawet szympans może być istotą wszechstronną. Pieniądze. Szczęścia ponoć nie dają, a jakoś wszyscy ich chcą. Osobiście nie miałbym nic przeciwko sprawdzeniu na własnej bladej skórze tej tezy. Wygodnie byłoby zrzucić też winę na polityków. Oni robią z Polski obiekt stereotypów, dowcipów i uprzedzeń z zewnątrz, oni wlewają więcej ciepłej wody do tego i tak już głębokiego bagna, oni oszukują, manipulują, kradną - i tak do wyczerpania pomysłów. Komfortem też byłby fakt, iż pełna ich - polityków - transfuzja wszystko by zmieniła, ciach-pach - i po smrodzie. Jednak problem masowych emigracji za szmalem napędza także coś głębszego. Mianowicie zerowa chęć dokonania czegoś, maksymalne pragnienie prowadzenia "tylko" życia, zakorzenienia w jednym, spokojnym miejscu, gdzie nie dochodzą krzyki Leppera, i bezstresowego wydawania pieniędzy. Brak chęci zmian, chyba że chodzi o miejsce zamieszkania i środki finansowe. Po co zmieniać wadliwe środowisko, skoro stosunkowo niewielkimi kosztami można je po prostu zamienić? Wystarczy tylko plastikowy dowód, albowiem jesteśmy w Europie!
Czas idei mija i zdaje się być mocno obrażony naszym stosunkiem do niego. Zostawia nam proste życie, telewizor, puszkę Heinekena, machinalne pieprzenie się z współmałżonkiem (albo solowe czochranie, gdy aparycja wadliwa), pracę, schematy, rutynę do odwalenia i w końcu ślicznego raka krtani lub innego, równie bliskiego towarzysza.
Podobno tylko Chuck Norris wie, gdzie są Smerfy i gdzie się podziały tamte prywatki. Jestem pewien, że za kilka lat na pytanie, co robią moi znajomi i przyjaciele, odpowie: "moczą pissem ten kraj".
Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
kom: 511969234