Return-Path: Received: from smtp.wp.pl (smtp.wp.pl [212.77.101.1]) by mx.poczta.interia.pl (Postfix) with ESMTP id 9765E2C1863 for ; Sat, 8 Apr 2006 13:56:32 +0200 (CEST) Received: (wp-smtpd smtp.wp.pl 5618 invoked from network); 8 Apr 2006 13:56:30 +0200 Received: from ayk167.neoplus.adsl.tpnet.pl (HELO [10.0.0.14]) (or5@[83.27.122.167]) (envelope-sender ) by smtp.wp.pl (WP-SMTPD) with AES256-SHA encrypted SMTP for ; 8 Apr 2006 13:56:30 +0200 Message-ID: <4437A4F0.6030709@wp.pl> Date: Sat, 08 Apr 2006 13:56:32 +0200 From: "Radek W." User-Agent: Mozilla Thunderbird 1.0.7 (Windows/20050923) X-Accept-Language: pl, en-us, en MIME-Version: 1.0 To: qnik@poczta.fm Subject: pech Content-Type: multipart/mixed; boundary="------------000707090005000809050201" X-WP-AV: skaner antywirusowy poczty Wirtualnej Polski S. A. X-WP-SPAM: NO AS1=NO AS2=NO(0.500007) AS3=NO AS4=NO X-SPAM-Result: Innocent X-SPAM-Confidence: 0.9991 X-SPAM-Probability: 0.0000 X-Spam-Status: No, hits=-4.8 required=5.0 tests=BAYES_00,HTML_50_60,HTML_FONT_BIG_B,HTML_MESSAGE, HTML_WITH_BGCOLOR,USER_AGENT,X_ACCEPT_LANG version=2.55 X-Spam-Level: X-Spam-Checker-Version: SpamAssassin 2.55 (1.174.2.19-2003-05-19-exp) This is a multi-part message in MIME format. --------------000707090005000809050201 Content-Type: text/plain; charset=ISO-8859-2; format=flowed Content-Transfer-Encoding: 7bit --------------000707090005000809050201 Content-Type: text/html; charset=WINDOWS-1250; name="pech.htm" Content-Transfer-Encoding: 8bit Content-Disposition: inline; filename="pech.htm" "Pech" Radmir

PECH

 

          Nie mam siły pisać. Nie mam siły myśleć. Nie mam siły żyć. Nie mam siły... nie mam... nie... nie rozumiem tego, co się dzieje, a może nie chce zrozumieć, a może tego po prostu zrozumieć się nie da. Starałem się, naprawdę się starałem nie przejmować się, przejść z tym do porządku dziennego, przeczekać. Przeczekać. Więc czekam. Czekam dzień, dwa, tydzień, miesiąc. To już miesiąc. Miesiąc, od kiedy nie ma dnia, aby coś nie poszło nie tak. Aby cos się nie spierdoliło. Abym ja czegoś nie spierdolił. Pech, klątwa, fatum. Jak zwał tak zwał. Fakt jest taki, ze czuję się coraz gorzej, wszystko mnie wkurwia, a światełko w tunelu okazuje się pędzącym w moja stronę pociągiem.

          Jestem realistą, człowiekiem trzeźwo patrzącym na świat, 'idealistą'. Nie wierzę w boga, chrzest, komunia św. i bierzmowanie powinny wystarczyć w tym śmiesznym kraju, żeby później nie robili człowiekowi problemów choćby ze ślubem. Co z tego jednak, skoro od jakiegoś czasu otacza mnie czarna poświata niepowodzeń. Jak na ironię, kiedy u mnie się pierdoli, to osobom w moim najbliższym otoczeniu sprzyja zajebiście szczęście. I to dobija mnie po stokroć.

          Człowiek jest egoistą. Ile by sie nad tym nie rozwodzić i kłócić (vide polemiki PG) prawda jest właśnie taka, a wszelkie odstępstwa od normy są albo zaburzeniami w psychice (bez urazy, to tylko moje zdanie), albo wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie po to Darwin wymyślił ewolucję, żeby nadal wierzyć w Adama i Ewę oraz odcinać sie od naszych korzeni, których natura jest głęboko wryta w naszym DNA. A skoro tak jest, to chcemy, aby nam było jak najlepiej. Bo my, a raczej 'ja' jest najważniejsze i jeżeli komuś pomagam, to dlatego, że JA będę miał satysfakcję, MI ktoś później pomoże, ogólnie liczę na korzyść z mojego działania krótko- bądź długoterminową.

          Bóg. Fajnie by było, gdyby wiara była taka prosta, jak teoria: rób dobre uczynki, będzie Ci dobrze. Gdyby ta zasada faktycznie istniała, to pisałbym tego arta w mojej prywatnej rezydencji na wyspach karaibskich. Troszkę tą teorię naciągnąłem i wyolbrzymiłem, ale takie ona ma mniej więcej przesłanie. Bo czy dobra materialne czy nie, to wszystko sprowadza sie do jednego: szczęścia. A co z tymi, którzy nie wierzą? Albo się nawrócą, albo, sorry Winetou? Dzięki, ja wysiadam.

          Podobno wszystko jest w naszej głowie. Wszystko, to znaczy od naszych myśli, nastawienia, postaw zależy jak się czujemy, jakie emocje nami kierują i w końcu czy chcemy żyć dalej, czy popełnić samobójstwo (taki chwytliwy przykład). Bo tak naprawdę nikt nie jest w stanie wywołać w nas żadnych emocji. To my sami je wywołujemy, dając się podpuścić innym. Sztuką więc jest tak kierować swoją sferą psychiczną, aby reagować zgodnie z tym jak sami chcemy, a nie jak chcą inni abyśmy reagowali. Tak naprawdę te wszystkie niekorzystne wydarzenia, których jestem świadkiem i uczestnikiem nie powinny mieć na mnie żadnego emocjonalnego wpływu, a zamiast złości i bezsilności powinny wzbudzić we mnie chęć postawienia na swoim i motywacje do zmiany tej beznadziejnej sytuacji.

          I to jest właśnie sztuka, której dotąd nie udało mi sie osiągnąć. Jednak mam jej świadomość i wiem, że jest to wykonalne, dlatego też chciałem podzielić się z wami tą wiedzą i zachęcić do walki. Do walki z samym sobą, gdyż jest to jedyny, a zarazem najpotężniejszy przeciwnik, z jakim toczymy bój przez całe życie. Bo nie jest sztuką pokonać innego człowieka. Sztuką jest być świadomym uczestnikiem życia, potrafiącym pokonać swe słabości i wykorzystać życie w jak największym procencie, gdyż mamy je tylko jedno, a na życie wieczne się nie zanosi. Z wiekiem czas przyspiesza. Będąc po dwudziestce zaczynam odczuwać to na własnej skórze. Dopiero, co 'budowałem' autostradę dla moich zabawek w piaskownicy pod blokiem (ulubione miejsce osiedlowych psów), dopiero, co zmieniałem budynki przechodząc z III do IV klasy szkoły podstawowej, dopiero, co rzucałem sie owocami i kawałkami ciasta na komersie na zakończenie VIII klasy, dopiero, co wstawiłem sie nieźle dwoma piwami na pierwszej zielonej szkole, dopiero, co umierałem ze strachu przed egzaminem na prawo jazdy (mój największy do tej pory stres w życiu, poważnie), dopiero, co dostałem sie na studia, dopiero, co zaliczyłem kolejną, piątą już, sesję... można tak wyliczać bez końca, a to 'dopiero, co' zamieniać sie będzie z godzin w dni, z dni w tygodnie, z tygodni w miesiące, z miesięcy w lata. Znajduję się obecnie w trzeciej dekadzie mojego życia. Kurde, jak to w ogóle brzmi. Trzecia dekada. Ale jestem stary...nie! Nie jestem stary. Znajduję sie właśnie w najwspanialszym okresie mojego życia. Jest to wiek doskonałości biologicznej człowieka. Całkowicie rozwinięty układ nerwowy, mięśniowy i psychika (oczywiście, można ją dalej doskonalić). Żyć, nie umierać. Zamiast tego zamartwiam się sie jakimiś pierdołami, które, gdy spojrzeć na życie szerzej, są tak małe, ze aż niewidoczne. W trakcie pisania tego arta zmarła moja babcia. To dodatkowo dało mi do myślenia. Nie chce sie powtarzać i pisać, ze należy brać z życia pełnymi garściami (a jednak się powtarzam), gdyż jest ono kruche i ulotne, a drugiego nie będzie.

             Ktoś kiedyś spytał mnie, czego się najbardziej boję. Pierwsza myśl - śmierć, druga - starość. Jednak po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że tak naprawdę boję się momentu, w którym mógłbym zdać sobie sprawę, ze zmarnowałem swoje życie. To byłoby straszne. Dlatego koniec z depresją, koniec z myśleniem o najgorszym. Nie każę nikomu poszerzać sobie sztucznie uśmiechu od ucha do ucha za pomocą noża, nie. Zamiast tego wystarczy świeże i szerokie spojrzenie na otaczający nas świat...

            Zdaję sobie sprawę, ze odbiegłem od głównego wątku nie raz i dotknąłem wielu innych tematów - rzek. Mam nadzieje, że ten tekst, o ile się ukaże, choć troszkę da do myślenia. Mi dał (skromność ponad wszystko).

 

 

PS. Słuchałem Katatonii.

 


Radmir

or5@wp.pl

--------------000707090005000809050201--