strona: 33 xx        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Suche Gnaty

Popis VI


14. Nauczyciele WF-u Tuxedo:W swojej kilkunastoletniej karierze królika doświadczalnego polskiego systemu szkolnictwa miałem do czynienia z kilkoma osobnikami, którzy w rubrykę zawód wpisują "nauczyciel w-f", jak również z takimi, którzy wpisywali tam "nauczyciel języka polskiego". Zastanawiający jest fakt, że zarówno pierwsi, jak i drudzy, mieli niewątpliwą przyjemność prowadzenia lekcji wychowania fizycznego. Moja podstawówka nie była szkołą dużą, w porywach liczyła nieco ponad sto osób. Nie dziwi zatem fakt, że specjalisty stricte wuefowego nie było. Pierwsze zajęcia z tego przedmiotu miałem z moją ukochaną wychowawczynią, która w dodatku nosiła to samo nazwisko, co ja - pokrewieństwa jednak brak. Nie bardzo pamiętam, co z nami robiła. Ot, może kilka godzin na korytarzu, gdzie poznawałem podstawy gry w tenisa stołowego i w ciągu paru dni z poziomu doskocz-podbij-w-górę-odskocz-doskocz-uważaj-na-ścinę doszedłem do podkręć-podskocz-i-patrz-jak-ten-frajer-ładuje-ścinkę-prosto-w-siatkę :) Niemała w tym zasługa naszej pani, z którą udało mi się zagrać kilka sparingów, ale ogólnie... hm, może przemilczę poziom lekcji, na których grałem w ringo, dwa ognie i czołgałem się po wąziutkich ławkach ;-) W kolejnych klasach szkoły podstawowej wychowawczyni się zmieniła, nauczyciel W-Fu też. Co dziwniejsze, to znów była ta sama osoba, chyba więc obowiązywała zasada "trenujesz i wychowujesz" :) Pewnym urozmaiceniem był fakt, że za złe zachowanie mieliśmy zamiast rozruchu zajęcia z historii, fizyki lub języka polskiego, zależnie od tego, kto miał akurat "okienko". Te sześć klas było jednak okresem, w którym jeszcze względnie często przywdziewałem strój sportowy w szkole, bo później zamiast kilku dwutygodniowych zwolnień miałem już jedno, za to całoroczne. Chociaż... w zasadzie było jeszcze gimnazjum, ale tu już tak różowo nie było - jakieś idiotyczne skoki w dal, biegi, gimnastyka... komu to potrzebne? Piłka ręczna - kuku na muniu naszego wuefisty i dyrektora (znów łączenie stanowisk, hm, ciekawe...) sprawiło, że nie tylko ja zbytniej ochoty do ćwiczeń nie przejawiałem. Jak była pogoda - graliśmy w ręczną na boisku. Kiedy pogody nie było - graliśmy w ręczną na sali. Kiedy przyległa do gimnazjum podstawówka radośnie ganiała za futbolówką, my - domyślcie się - tak, graliśmy w ręczną! Wreszcie nadeszła szkoła średnia, w której to w zajęciach wychowania fizycznego nie brałem udziału ani razu. Poczyniłem za to pewne obserwacje - stałych wuefistów było dwóch, od czasu do czasu pojawiał się jakiś bodzio-miodzio praktykant, o nim jednak później. Ci stali dzielili się na dwie grupy (jednoosobowe wprawdzie) - jeden spokojny, zadowolony z życia i z uczniów, stonowany w krytyce i ogólnie w porządku koleś, drugi krzykacz, awanturnik i Wielki Teoretyk Sportu - ileż to razy obserwowałem, jak moim kolegom puszczają nerwy, gdy po raz n-ty przerywał mecz i udowadniał, że o taktyce wie wszystko :) Natomiast co do praktykantów... zwykle przychodził taki młodzieniec w błyszczącym nowością i szeleszczącym fałszywymi dolarami dresie, i zachowywał się jak młody bóg, podczas gdy tak naprawdę, oględnie mówiąc, była z niego zwyczajna dupa. Wiadomo - pierwsza praca, nerwy, chęć wykazania się - to wszystko brało górę i facio zwykle zgrywał ważniaka przed nami, by lizać buty profesorom. Szacunku w ten sposób nijak zdobyć nie mógł - ani naszego, ani tym bardziej starszyzny.

JIVŚ:Przez pierwsze dwa lata podstawówki miałem w-f z kim popadnie. Raz była to nauczycielka rosyjskiego, potem moja wychowawczyni, a na końcu nie wiem kim była ta pani, ale o w-f-ie to ona pojęcia nie miała. Potem wszystko się zmieniło. W-f miałem z prawdziwą w-f-menką. Uczyła mnie też muzyki. Dziwny to zestaw, ale może dodam, ze pan Szwajcarski Scyzoryk uczył informatyki, fizyki, matematyki i techniki, zaś moja druga wychowawczyni z wykształcenia była rusycystką, na ogół uczyła polskiego, a mnie akurat plastyki :P Wracając do wf-u to w czwartej klasie zaczęła się sielanka. Pan Dziuniu przychodził na zajęcia nawalony jak zielony orangutan, rzucał piłkę futbolową, szedł chlać, wracał pod koniec, zabierał piłkę, wstawiał piątki tym, co strzelili bramki, tudzież asystowali. Co jakiś czas jednak zmieniał upodobania, przychodził mniej więcej trzeźwy i wtedy następowało coś, co niektórzy nazywają Armageddonem. To wyglądało mniej więcej tak, że jeśli w-f był w piątek koło 14, to w niedziele o 11.30 mogłem dopiero ruszyć jakimś mięśniem. To się nazywa katorga, wojsko się chowa! Tak przeżyłem do siódmej klasy, w ósmej miałem zwolnienie (nie pamiętam za co), w pierwszej średniej też (spadłem ze schodów i obiłem sobie kopułę), dopiero w drugiej powróciłem. W stylu dość marnym, dwa lata bez w-f-u (acz nie bez piłki) robią swoje, toteż na semestr miałem ledwo 4, ale potem już jakoś poszło. Zajęcia mieliśmy koedukacyjnie, gdyż z sześciu chłopaków w mojej klasie trudno byłoby stworzyć grupę ćwiczącą. Wf-istów było chyba pięciu, cztery miejsca do wyboru (boisko, sala, scena, siłownie), tylko co z tego, jak nie ma z kim w nogę grać? Z nas sześciu prosto piłkę umiało kopnąć trzech, ale zgłaszaliśmy się na turnieje. Od drugiej do czwartej klasy przegraliśmy wszystkie mecze i nie zdobyliśmy żadnej bramki. Dopiero strzelecką niemoc przełamała moja ułańska szarża na bramkę osłabionej drużyny przeciwnika. Wyczyn powtórzyłem chwilę potem, ale wtopiliśmy 2-3, reszta jak wyżej. Lepiej szło w halówce, mieliśmy raz trzecie miejsce, raz wygraliśmy, pierwszy i jedyny raz trzymałem w ręku puchar. Teraz na uniwerku jestem w grupie futbolowej na w-fie, gramy raz w tygodniu po półtora godziny na hali w środę, potem wracam do domu, w TV Liga Mistrzów. Nawet zapominam o tym, że rano był sprawdzian z cywilnego i że mi nie wyszło:)

Publo:W porównaniu do Was to widzę, że miałem raj na ziemi ;-). Od pierwszej klasy podstawówki lekcję wychowania fizycznego jak się patrzy. Może i w podstawówce warunków „lokalowych” nie miałem za dobrych (jedna sala gimnastyczna wielkości boiska do siatkówki + jedna mała salka, która miała wymiary sali lekcyjnej oraz oczywiście boisko) to jednak nie narzekam, bo inwencja nauczycieli była nawet, nawet. Pierwsze lata to oczywiście jakieś śmieszne dwa ognie itd. Jednak później robiło się ciekawiej: kosz, unihockey, trochę ręcznej, podstawy siatkówki, piłka nożna na czworakach oraz tradycyjna kopana. Gimnazjum mieściło się w tym samym budynku co podstawówka więc w sumie było podobnie, jedyną różnicą było to, że doszła siłownia no i fakt, że przez 3 lata gimnazjum miałem wf z trzema nauczycielami (z czego ostatni z całą pewnością był najfajniejszy ;)). Liceum to już czasy naprawdę fajnych zajęć wfu. Moja szkoła posiadała dwie duże sale (z czego ta największa miała wymiary jakoś cztery razy większe od boiska do siatki, a ta druga była o połowę mniejsza), siłownię, salkę do aerobicu oraz dwie sale w podziemiach do pingla i darta. Oprócz tego teren czyli dwa boiska (w tym jedno prawie wymiarowe do nogi, drugie betonowe do ręcznej, nogi, kosza), bieżnia 100m, boisko do plażówki. Wf-iści też bardzo w porządku. No, opłaca się w Poznaniu mieszkać ;P




15. Zima
Tuxedo:Cholerka, chciałoby się, żeby już był czerwiec i by wszyscy kibice mogli cieszyć się meczami Angoli i Wybrzeża Kości Słoniowej, do których prawa wykupiła ostatnio nasza niedoceniana telewizja publiczna. Chciałoby się oglądać piękne porażki Polaków na mistrzostwach i, miejmy nadzieję, niczym nie zagrożony marsz Brazylijczyków po drugi z rzędu triumf. W zasadzie obawiam się tylko jednego - może im zabraknąć miejsca na gwiazdki nad herbem, jakie zwycięzcy mundialu mogą dumnie nosić na piersi. Chciałoby się wreszcie samemu wybiec na murawę i poganiać trochę za łaciatą. Tak, chciałoby się, tymczasem za oknem minus 2, chociaż zbliża się powolutku południe. Domyślam się również, że przez te kilka godzin nie zniknie z okolicznych łąk zielonych śnieg, tak samo, jak nie grozi nam nagłe ocieplenie klimatu. Wypadałoby się więc rozejrzeć za jakąś Inteligentną i w miarę Bezpieczną rozrywką w te trudne dla Prawdziwego Kibica(tm) dni. Przede wszystkim zalecam wszelkie spacery, połączone oczywiście z ćwiczeniami rekreacyjnymi. Spacer - najlepiej główną arterią miasta. Ćwiczenia - zatrzymujemy się na skraju chodniku i pokazujemy środkowy palec przejeżdżającej ciężarówce. Ważne, by ciężarówka jechała po pasie jak najbardziej od nas oddalonym. Innym ćwiczeniem (dobrym raczej na peryferiach) jest zabawa kciukiem, którego nieustannie wystawiamy w dobrze widocznym miejscu. Kiedy jakiś zbłąkany kierowca usłużnie zatrzyma się, odkręci szybkę z sympatycznym "dokąd?" należy mu wytłumaczyć, że po prostu uprawiamy codzienny aerobik i to absolutnie nie było do niego. Podobne tłumaczenie można w zasadzie stosować do ćwiczenia pierwszego, o ile oczywiście znamy podstawy samoobrony. Kolejne ćwiczenie to tzw. "śnieżkowanie". (Jeśli pomyślałeś sobie w tym momencie o czymś mocno erotycznym - udaj się do najbliższego seksuologa i postaraj się wyleczyć z manii seksu). Śnieżkowanie polega na rozsypywaniu największych zasp celnymi kopniakami. Najlepiej do tego ćwiczenia nadają się zatłoczone przystanki autobusowe, gdzie współpodróżni na pewno będą wdzięczni za naszą pomoc w odgarnianiu śniegu. W tej zabawie najważniejsze jest, byśmy na końcu nie musieli nikomu zwracać forsy za pralnię, bo chyba wszyscy wiedzą, że teoretycznie bielutki śnieżek to tak naprawdę masa błota. Wszyscy - więc wszyscy sobie winni :) Przed rozpoczęciem ćwiczenia byłoby też więcej niż wskazane sprawdzić, czy wśród oczekujących nie ma przypadkiem reprezentanta okolicznego blokerstwa, dresiarstwa, skinerstwa itp. W zasadzie nawet nie okolicznego, tylko czy w ogóle kogoś takiego nie ma. W sumie siniaki pozostawione przez przyjezdnych bolą równie mocno.

JIVŚ:Tak, też się nie mogę doczekać czerwca. Pięć egzaminów plus z języka, za oknem ładna pogoda, w telewizji zaś mistrzostwa świata. Chlip! A jak zachcę robić drugi kierunek to jeszcze jeden teścik... Ale tylko z tego powodu nie spieszy mi się do lata, mam nadzieję, że czeska TV pokaże wszystko co trzeba na mundialu, bo na polską liczyć nie można. A jak nie to znowu będzie kombinowanie z anteną, radiem, a jak będę wtedy we Wrocku to z oglądaniem mogę się pożegnać :/. Co można robić zimą? Najbardziej ekstremalny sport to jazda autobusem linii numer 5 przez ulicę Wysockiego w Wałbrzychu. Po ostatnich mrozach ów trakt wygląda jak krater księżycowy, a pasażerowie podskakującego na nierównościach środka lokomocji kombinują jak się da, żeby nie zaryć głową w sufit. W piłkę można grać zawsze, powoli topnieje lód skuwający płyty boisk, więc warunki tworzą się wprost wymarzone. Chłodno, nie pada, więc ni się nie napocisz, ni nie zamokniesz, żyć nie umierać! Pochwalam Twoją kreatywność w tworzeniu nowych dyscyplin. Któż wie, może za parę lat śnieżkowanie będzie dyscypliną olimpijską, a Ty, jako ceniony specjalista będziesz głównym sędzią zawodów. Wszak zmiany w dyscyplinach są już zapowiedziane, biatlonowy bieg masowy jest do, nomen omen, odstrzału, trzeba szukać nowych rozwiązań. Przy tych dyscyplinach z fakosem i kciukiem trudno byłoby wskazać zwycięzcę. Tu zaś jest to możliwe. Ja bym dorzucił do olimpijskiego moją ulubioną konkurencję, jaką jest propagowana w kreskówce "Krowa i kurczak" jazda figurowa na łyżwach Wilhelma Tella. „Nasampierw” należy udać się na lodowisko z (bingo) łyżwami oraz (fanfary) łukiem. Konkurencja polega na tym, żeby wykonać na tafli piękny piruet, po czym oddać z łuku strzał w kierunku jabłka, umieszczonego na głowie ochotnika. Jeśli strzał jest celny (trafia w jabłko znaczy się), strzelec zdobywa punkt. Jeśli nie trafia - punktu nie zdobywa, a jeśli trafi trochę poniżej to rodzi to pewne komplikacje... Trzeba to jeszcze dopracować...

Tuxedo:W tym momencie miałem zamknąć to wydanie Gnatów i zająć się tylko liczeniem honorarium, ale Śniady mi przypomniał, że istnieje jeszcze coś takiego jak idea. A ta, niestety, nie pozwala usiąść na tyłku po napisaniu zaledwie jednej kolejki wypowiedzi... Cóż, czego się nie robi dla pie... eee, zaspokojenia ambicji i Czytelników znaczy :) Z zimą nierozerwalnie wiąże się Adam Małysz. I jakkolwiek nie byłby to oblatany (:P) temat, to nie wypada nie wspomnieć, aż dziw, że się uchował przed naszym czujnym okiem... Ale do rzeczy. Od trzech lat nie mamy już najlepszego skoczka świata i nic nie wskazuje na to, byśmy go mieli znowu szybko posiąść. Dlatego w tym sezonie odpuściłem sobie oglądanie niektórych konkursów, co jednoznacznie potwierdziło, że kibicem skoków byłem okazyjnym. Inna rzecz, że w tak zwanym międzyczasie przestało mnie też kręcić parę innych rzeczy, a do tego podupadającego grona nie zaliczę jedynie szeroko pojętego piśmiennictwa i wpatrywania się w przecudnej urody niewiasty jak w obrazki. Skoki narciarskie jako sport, który oglądam, przechodzą zatem powoli do historii. Zaczynają mi przypominać siatkówkę, którą najchętniej oglądałbym dopiero od stanu 20-20. Hautamaeki bez zwyczajowej, końcosezonowej formy sprawił, że właściwie nie miałem komu kibicować. Obecny sezon był dla mnie, jak i zresztą poprzednie, mało ciekawy. Zamiast wyrównanej walki do końca sezonu ostatnie konkursy przynosiły jedynie kolejne rozczarowania słabą formą tych, którzy na belce startowej zasiadali jako ostatni i przedostatni skoczek. Fakt, wystrzeliła młodzież w osobach Happonena i Morgensterna, ale przy słabej postawie naszych Nabierających Doświadczenia i Oskakujących Się nielotkach to było za mało, by przyciągnąć uwagę. Co zamiast skoków? Ano pewnie nic, bo w sumie co publiczna jeszcze transmituje na śniegu? Że co, że łyżwiarstwo? A dajcie spokój, to dobre do reklam sieci handlowych, a nie dla poważnego kibica :P

JIVŚ:Właśnie, na każdym kroku podkreślamy, że jedynym co nam przyświecało na początku była idea. Sława, pieniądze, popularność, pieniądze, splendor, honory, uznanie i pieniądze przyszły dopiero później. Tak więc trzeba wlać jeszcze parę kilosów wody, żeby czytelnicy nie odchodzili z poczuciem niedosytu i nie wydzwaniali do redakcji prosząc o jeszcze :). Skoki oglądałem kiedy tylko mogłem od parunastu lat, co w czasach przedmałyszowych uchodziło za zboczenie, ale ostatnio i u mnie jakoś entuzjazm ku temu opadł. Nie wiem czy to okazjonalizm, ale skoro oglądałem przed Małyszem to (prawie) po też powinienem. Może przesyt? Może się starzeję? Może Szaranowicz? Jak to co zamiast skoków? Śnieżkowanie! Hej, wdziej kurtkę, rękawice i hen w zaspy. Ino s psytupem janicku! Ze śniegu nie mo? W Totrach śniegu pełno, a u ceprow jak śniegu nie mo, to możno użyć błota. Ino to taka ekstrymalna wersja będzie :)

O śniegu za długim
I emocjach prosportowych
Pisali Jędrzej i ten drugi


Autor: Tuxedo

Jędrzej IV Śniady

Skomentuj na forum >>



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>