|
Piłka nożna
Pozabijają się
2001, Rybnik, po meczu Odry
Wodzisław z katowickim GKS ginie 20-letni Piotr. 2004, Chorzów, szesnastolatek
ze śmiertelnymi poparzeniami racą. 2006, Kraków, 21-letni Marcin zginął, bo
zniszczył flagę wrogiego klubu. Tak ma wyglądać kibicowanie?
W Polsce już od dawna nie chodzi się na mecze całymi
rodzinami. W zasadzie to na bramach stadionu powinien wisieć szyld
"powyżej 18 roku życia", a stosując oznaczenia telewizyjne - biały
kwadrat wpisany w czerwone koło. Kupujący bilet powinien jednocześnie
podpisywać dokument, że czyni to na własną odpowiedzialność, a warunkiem
wejścia na stadion winna być wykupiona polisa na życie i ukończony kurs
samoobrony.
To nic, że zbrodnie popełnione przez pseudo-kibiców najczęściej mają miejsce poza stadionem. Ale to właśnie na nich zaczyna się
tzw. "święta wojna", chociaż ja użyłbym tutaj raczej innego
określenia. Nie zmienia niczego fakt, że najagresywniejsi kibice to zaledwie
ułamek tych, którzy przychodzą na mecze. Nawet niewielka grupka agresorów jest w
stanie porwać do walki cały tłum. "Ustawki" są organizowane właśnie
przez takie kilkudziesięcioosobowe grupy. To na nich odnosi się największe
obrażenia, ale to przecież sprawa honorowa.
Ultrasi nie biją się ani z jakichś hiper-patriotycznych
pobudek, ani z miłości do klubu, o czym nieustannie zapewniają. Kiedy dochodzi
do starć, górę biorą najbardziej pierwotne instynkty. To już nie jest
kibicowanie, to po prostu forma odreagowania, wyżycia się. Nie wierzę w tę całą
ideologię, którą próbują dorabiać do swoich kolejnych wyskoków. Śmierć za
podarty, klubowy szalik?
Futbol zawsze oznaczał dla mnie starcie ambitnych ludzi, którzy biegając
po boisku starają się udowodnić, że są lepsi od przeciwnika. Rozumiem, że piłka
nożna może wywoływać różne emocje. Rozumiem podwyższone ciśnienie, szybsze
bicie serca, gdy nasz zespół w końcówce omal nie traci bramki. Jestem nawet w
stanie zrozumieć złość w stosunku do drużyny przeciwnej, pojawiającą się po
przegranym meczu. Ale przecież to nie o to chodzi - "prawdziwi kibice"
nie interesują się wynikiem zawodów sportowych, oni mają gdzieś, czy właśnie
piękną bramkę zdobywa gracz, z którego barwami się obnoszą, czy może
przeciwnik. Dla nich najważniejsze jest, by pod szyldem obrony honoru klubu
zwyczajnie się wyżyć, dowalić komuś tylko dlatego, że miał nieszczęście urodzić
się w innym mieście.
|
|
Poziomem sportowym jesteśmy daleko za Europą. Poziomem
kibicowania nie dorośliśmy nawet do pięt Francuzom czy Anglikom. Naprawdę
potrzebujemy jakiejś wielkiej tragedii, by wreszcie coś się zmieniło? Tylko że
coś takiego już nastąpiło - wszyscy pamiętamy kilkudniowe pojednanie kibiców po
śmierci papieża. Na monitoring klubów zwyczajnie nie stać, tak samo nie
zapewnią oni stuprocentowej ochrony przyjezdnym. Więc co - zamknąć stadion i pozwolić
zatriumfować garstce wyrostków, którym walka w słusznej sprawie pomieszała się
ze zwykłą głupotą i nieodpowiedzialnością? A może jednak pójdziemy śladem
Anglików, wprowadzając choćby dożywotnie zakazy wstępu dla
"najaktywniejszych" fanów?
Co gorsza, często od poziomu pseudokibiców nie odbiegają nasi działacze. Po ostatniej tragedii, gdy zginął
kibic Wisły Kraków, nagle okazało się, że Biała Gwiazda to symbol męczeństwa, a
Cracovia jest bandą zwyrodnialców. Smuci, ale i swoją ohydą odpycha fakt generalizowania
tych zajść na czyjąś korzyść. Natychmiast pojawił się podział na tych, co
zabijają (Cracovia) i na tych, którzy śmierć ponoszą (Wisła). Jakoś nikt nie
chce pomyśleć o tym, że przecież następnym razem nóż może znaleźć się w dłoni
innego kibica, a liczebną przewagę może mieć zgoła inna grupka osobników,
dumnie obwołujących się dumą i chwałą Krakowa, Chorzowa czy jakiegokolwiek
innego miasta.
Zbrodnie, bo trudno tu użyć łagodniejszego słowa, są wpisane w naszą ligową rzeczywistość od niepamiętnych czasów. Zaślepieni
"świętą wojną" oraz własnym brakiem rozsądku pseudofani brną w coraz
większą spiralę nienawiści. Koło śmierci kręci się dalej, nad wszystkim czuwa
odziana w czerń dostojna pani z kosą, która co jakiś czas zamienia się w nóż czy
kij bejsbolowy. Z drugiej strony PZPN stara się o organizację finałów
Mistrzostw Europy. Chyba nie tylko ja widzę tutaj spory dysonans. Wątpię, byśmy
mieli jakąkolwiek szansę w tej batalii, jeśli nie potrafimy wygrać nawet z
bandą chuliganów. Tym z kolei życzę coraz lepszych statystyk policyjnych, niech
się do cna powybijają, o ile będą mieli na tyle honoru, o którym tak
rozprawiają, by załatwić te swoje idiotyczne wojny między sobą. Albo niech
wrócą do ołowianych żołnierzyków. Frajda podobna, a szkodliwość społeczna
praktycznie żadna.
Autor: Tuxedo
Skomentuj
na forum >>
| |