|
Stał odwrócony do mnie plecami, ale i tak czułem na sobie jego spojrzenie. Śledziło mnie z każdego zakamarka tego jego przeklętego psychokrystalicznego sześciopiętrowego konstruktu, który nawet pozostając w półistnieniu szarpał otaczającą nas rzeczywistość. Wszechobecny chłód panujący w tej twierdzy był jego oddechem, opinająca nekrytowe ściany pajęczyna krystalostruktów była jego systemem nerwowym, miarowe dudnienie alkemicznej machinerii zasilającej replikowanie krystalostruktów było biciem jego serca.
Na rany Chrystusa, w życiu nie widziałem tak szybko przebiegającej syntezy duszy z rzeczywistością. Ona mu się oddawała nie stawiając najmniejszego oporu. To był fenomen technomistyki, arcydzieło wyższej matematyki sieci psychokrystalicznych, czy uciekając od tej fachowej suchej terminologii - to był pieprzony cud.
I ja przybyłem tu, by go ocalić, albo przynajmniej zabić. Ale zdałem sobie sprawę, że już jest za późno.
Max Abreu, siódmy Apostoł, oszalał.
Ten wycieńczony długotrwałą walką z rakiem człowiek, który stał teraz na tarasie swojej twierdzy, właśnie wygrywał wojnę z nieuchronnością śmierci, pokonując zdawałoby się niepodważalny aksjomat przemijania. Tym drobnym zwycięstwem Max Abreu wypowiadał jawną wojnę potędze Kościoła. Nie chciał prowadzić jej w cieniu, uciekając przed wysłannikami Watykanu i skrywając się w Sanktuariach - martwych strefach rozsianych po całym wszechświecie. To było wypowiedzenie totalnej wojny, postawienie swojego umysłu i duszy naprzeciw liczącej wieki machiny, która miażdżyła już całe narody.
- Skąd wiesz, czego pragnie ode mnie Bóg? - spytał mnie, wpatrując się w spowite ciężkimi chmurami niebo. - ponoć Jego ścieżki są niezbadane.
Wiedziałem, że o to spyta. Taka była natura jego wiary, nieuchronny fatalizm oparty na założeniu jednoczesnej wszechpotęgi i marności ludzkiej woli. Rzucenie wszystkiego na szalę i równoczesne zaakceptowanie nieuchronnej klęski. Z zażenowaniem skryłem ręce w rękawach habitu i spuściłem wzrok.
- Mówisz o buncie, Abreu. Ta ścieżka nigdy nie będzie Jego ścieżką. - powiedziałem z przekonaniem.
- Kto się buntuje, ojcze? Ja? Przecież to wy Go zabiliście. Już po raz drugi zresztą...
- Więc to prawda? - nie mogłem opanować drżenia głosu.
- Tak. - odpowiedział suchym, wibrującym od wszczepionych krystalicznych żył, tonem. - żadnych aktów męczeństwa, żadnego poświęcenia. Po prostu kilka chwil. Zabili go w katedrze w Kijowie, szybko i po cichu. Spętali zawiłym psionicznym mirażem, zakrzywili rzeczywistość... potem tylko trzynaście pocisków w klatkę piersiową i pięć w głowę.
Westchnąłem i przymknąłem oczy. Niech Bóg nas chroni, jeśli Jarosław Kętrzyński był naprawdę Mesjaszem, a nie jednym z upojonych manipulacją rzeczywistością cyberfaustów. Podniosłem głowę i wbiłem spojrzenie w plecy jednego z ostatnich Apostołów Kętrzyńskiego-Mesjasza-Uzurpatora. Po prawdzie, to tylko on już został. Resztą zajął się Patronat Koheletański, watykański wydział do spraw walki z herezją i łamaniem rzeczywistości. Nie zdziwiłbym się gdyby wszyscy bliscy Kętrzyńskiego byli już martwi a ich umysły, zamrożone w ciągach liczby były torturowane w Bazylice Koheleta.
- Jakby nie patrzeć, ojcze, od ostatniego razu minęło 2500 lat. - Abreu wolno kontynuował. - Nauczyliście się dokonywać pewnych rzeczy bardziej... hmm... dyskretnie. Żadnych świadków, żadnej nasączonej mitami propagandy dla nowych wyznawców, żadnych symboli, w które można uwierzyć za kilkaset lat. Kto w końcu da wiarę leżącym na posadzce katedry, rozerwanym kilkunastoma pociskami skupiskowymi zwłokom? Kto dojrzy prawdę w oczach wypalonych przez psioniczny miraż, który sparaliżował jego układ nerwowy, pozbawił nawet tej drobnej szansy obrony przed fizycznym atakiem?
Odwrócił się w moją stronę.
Dopiero teraz mogłem dojrzeć, jak wysokie stadium syntezy osiągnął. Przez jego skórę przenikały nasiąknięte czernią psychokryształu żyły, oczy jarzyły się dziwnym blaskiem. Jak jego organizm wytrzymał tyle wszczepów? Jak jego umysł wytrzymywał połączenie z tak rozległą kryssiecią? Kim on się stał? Jakiego odkrycia dokonał, że udało mu się w ciągu kilku tygodni to, na co tacy technomistycy cyberfaustyki jak Kilburne, czy Ravchenko potrzebowali dziesiątek lat?
Zrobił kilka kroków w moją stronę. Z Abreu, którego znałem z uniwersytetu w Rzymie i dyskofilmów wywiadu pozostały tylko rysy, ale nawet one nabrały ostrości, wypaczone w drastycznym kontraście z pokrywającą jego twarz siecią krystalicznych żył, które przebijały jego skórę pajęczyną czerni, cudownym wzorem technomistyki.
Spojrzał mi prosto w oczy.
Dopiero teraz odczułem jego obecność z całą mocą. Rzeczywistość uginała się pod ciężarem jego świadomości, zniewolona wyła w bólu, rozrywana jego umysłem. Na Boga! On naprawdę dążył do metaformy i był bliski jej osiągnięcia.
- Przyszedłeś mnie zabić, Piotrze. - powiedział cicho.
Tak, pomyślałem. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie nic mu zrobić. Szkoda, że nawet gdybym mógł, to nie chciałem tego zrobić. Pozostawię jego los przeznaczeniu, kryjącemu się wśród szczytów okalających twierdzę. Czterech watykańskich farsighterów, uzbrojonych w mordercze dalekosiężne Omnisy, siedziało tam i obserwowało każdy ruch mój i jego. Niech oni wezmą na siebie to jarzmo. Ja nie mogę.
Wyjąłem ukrytą w rękawie broń i rzuciłem mu ją pod nogi. Nekrytowa posadzka jęknęła dziwnie, gdy dotknęła jej zimna stal mojego wykonywanego na osobiste zamówienie Harbringera. Po chwili czerń posadzki ustąpiła szkarłatnemu światłu i rozwarła się. Psychokrystaliczne macki pożądliwie chwyciły moją jedyną broń, jaką wziąłem na spotkanie z nim.
Patrzyłem jak rozbierają ją na komponenty proste i rozkładają na ciekły kryształ, który przesiąkał posadzkę i wchłaniał się w wiecznie głodną matrycę konstruktu Abreu.
- Przyszedłem cię ostrzec. - powiedziałem. - Oni już tu są...
Patrzył na mnie zdziwiony, jakby nie rozumiał moich słów. Jak makabrycznie wygląda zaskoczenie na twarzy prawie-absolutu. On cały czas wiedział, po co przyszedłem. Cały czas czekał, aż strzelę mu w plecy specjalnie opracowanym pociskiem, który po kontakcie z ciałem zamieniłby się w ciernistą sieć, przeżynającą mięśnie i przebijającą wszelkie organy.
- A więc to ty będziesz tym, o którym myślałem. - spojrzał zdziwiony. - Czemu nie strzeliłeś?
O co mu chodziło? Czyżby był naprawdę szalony?
- Nie mogłem, Abreu.
Zaśmiał się głośno, jakby w odpowiedzi na moje myśli. Cały konstrukt aż zadrżał od wibracji jego śmiechu i zaczął formować zapętlone układy, by wyciszyć ten powtarzany przez echo dźwięk, który rozrywał co słabsze wiązania i dewoluował je do subkomórkowych struktur, jakimi były zanim poznał je człowiek.
- A więc to prawda... - powiedział do siebie z zagadkowym uśmiechem. - Nic jeszcze nie jest stracone. Wciąż jest nadzieja, Piotrze. Rozumiesz to? Wciąż jest nadzieja!
Nadzieja?
Jaka nadzieja?
Dostrzegłem kątem oka cztery seledynowe błyski. Farsighterzy dokonali kompletnej analizy rzeczywistości i wypalili. W ciągu ułamków sekundy, pociski nabiorą szybkości podrzeczywistej, umożliwiającej teleportację i pojawią się w losowo wybranych miejscach w pewnej odległości wokół celu. Będą na tyle daleko, by wciąż mogły zmienić kierunek lotu, gdyby cel zmanipulował bieg czasu, by ich uniknąć. Będą też na tyle blisko, by cel nawet po tej manipulacji nie mógł ich uniknąć.
Abreu wyczuł je swoimi rozwiniętymi zmysłami. Na chwilę stracił kontrolę nad procesami replikacyjnymi psychokryształu. Ta sekunda trwała minutę, Abreu gigantycznym wysiłkiem woli musiał zwolnić czasoprzestrzeń wokół siebie, pozostając jedynym objektem nie objętymi prawami, które sam narzucił rzeczywistości.
Przez tą chwilę był jak tancerz, manewrujący na podrzeczywistych parkietach, wokół jaśniejących złowrogim seledynem smug. Pełen gniewu okrzyk odbijał się na zwolnionej linii czasu wielokrotnym przeraźliwym echem, od którego zadrżały nawet wiązania strukturalne twierdzy. Niemal niedostrzegalne ruchy wokół kilkunastu osi, minimalne zmiany trajektorii smug, które zmierzały w jego stronę. Tylko dzięki moim nadpobudzonym zmysłom mogłem obserwować ten pojedynek niemal-absolutu z nieuniknionym.
Czyżby ciało Abreu było już metaformą...?
Jedna ze smug zniknęła w czerni kolumny, całkowicie(minimalnie) zmylona opętańczym zwodem Abreu. Eksplodowała rozjaśniając całe pomieszczenie na sekundominutę. Dwie pozostałe nie były już w stanie na tyle skorygować trajektorii, by sięgnąć celu i ponownie zniknęły w teleportacyjnym błysku.
Dopiero czwarta eksplodowała seledynowym płomieniem, rozrywając mu ramię. Kolejny ruch tancerza nie był już zwodem, ale paroksyzmem bólu. Widziałem wykrzywione nienaturalnie ciało i ramię wiszące tylko na kilku wciąż tak krystalicznie czarnych wiązaniach.
Tylko przez ułamek minutosekundy.
Ramię upadło bezwładnie na posadzkę, a pozbawione kończyny ciało eksplodowało szkarłatem. Abreu padł na kolana - przez chwilę nasze spojrzenia spotkały się. Dostrzegłem ten błysk w oku, zdradził się na chwilę a ja pojąłem całą prawdę, ten cały spektakl iluzji, mit tworzony w zarodku. On cały czas grał, budował napięcie, jak by to był jakiś film. Czterech farsighterów... on wiedział o nich cały czas, mógł ich wykończyć już dawno temu.
Wiedział, że jest namierzany, że farsighterzy prowadzą żmudne kalkulacje systemów celowniczych. Był w stanie zaatakować ich właśnie w tym newralgicznym momencie. Ale nie zrobił tego. Teraz już było za późno. Widziałem, jaki jest zmęczony, jaki niewiarygodny wysiłek wkładał w to, by przetrwać jak najdłużej. Na rany Chrystusa, po co walczył z takim zacięciem, skoro praktycznie zgodził się na własną śmierć?
Abreu był już zbyt wycieńczony, by kontrolować linie czasowe. Wszystko dookoła nabierało właściwego rzeczywistości tempa. Błyski wychodzących z podrzeczywistości seledynowych linii nie trwały już ułamka sekundy. Były niemal niedostrzegalne. Pociski farsighterów stawały się coraz dłuższymi liniami, poruszającymi się z coraz większą szybkością. Max nie mógł już ich uniknąć.
Więc skąd ten błysk w jego oczach?
Nagle cała posadzka eksplodowała otaczając go kryształowymi cierniami. Patrzył mi w oczy, gdy dwa pozostałe pociski zgasły z cichym sykiem na tej opoce, która otoczyła jego ciało. Nie było bólu w spojrzeniu, uśmiechał się pogodnie, gdy z ciała tryskał strumień zanieczyszczonej czernią krwi.
Tylko czemu tak?
Czemu nie zrobił tego od razu, tylko bawił się w ten taniec ze śmiercią?
Wolno powstałem wpatrując się w niego. Po raz kolejny zrozumiałem, że nic do tej pory nie rozumiałem. To takie proste...
To ciało już od dawna nie było Maxem Abreu...
Doszukiwałem się metaformy w zwykłej kukiełce, stworzonej na potrzeby tego całego spektaklu. Max Abreu nie był Maxem Abreu, cyberfaustem manipulującym rzeczywistością, narzucającym swoją wolę wzorom wszechświata. On był rzeczywistością! Synteza dokonała się już dawno temu, a ja rozmawiałem ze zwykłym golemem. Zwykłą kukłą... tarczą strzelniczą dla farsighterów, drwiną z legendarnej dalekosiężnej broni Kościoła. Z ludzi, którzy uśmiercili Pseudomesjasza...
Abreu był ledwie zabawką w rękach psychokrystalicznych wiązań twierdzy, które dopiero teraz zaczęły ujawniać swoją prawdziwą naturę. Dostrzegłem ruch na ścianach, szept wiązań, które formowały nowe, nieznane mi wzory. Wzory... Rysy... Twarz.
Max Abreu patrzył na mnie tysiącem twarzy z sufitu, ścian, kolumn, każdego fragmentu krystalicznej czerni jaka mnie otaczała. Padłem mimowolnie na kolana, zdając sobie sprawę z tego co(kto) mnie otacza. Jakby na potwierdzenie tego widziałem, usłyszałem telepatyczny wrzask rozrywanych umysłów. Abreu ich dosięgnął. Jednym leniwym skinieniem woli.
Zaraz po tym straciłem przytomność.
- Czy pojmujesz, czego byłeś świadkiem, ojcze?
Podniosłem na niego wzrok, wolno lustrując otoczenie. Znajdowałem się w małej celi. Była rozświetlona jakimś mdłym, ciężkim, pełzającym po nekrytowej posadzce światłem. Anomalia rzeczywistości dochodziły już do stadium, w którym ich brak byłby największą anomalią z możliwych.
Abreu stał w swojej lekkiej przewiewnej szacie, identycznej z tą jaką miał wtedy, gdy ostatnio rozmawialiśmy. Nawet materiał był rozdarty w miejscu, w którym przeszył go pocisk. Ale ciało było nienaruszone.
Czy to była ta szata? Czy była po prostu kolejnym elementem tej szalonej maskarady, triumfem człowieka nad Kościołem. Efemerycznym zwycięstwem nad niepokonanym.
- Czy pojmujesz, czego byłeś świadkiem, ojcze? - powtórzył pytanie ...
- Synteza doskonała. - powiedziałem. - Nie jesteś zwykłym cyberfaustem, hakerem rzeczywistości. Abreu, ty nie władasz rzeczywistością. Ty nią jesteś.
- Niemal-absolut, ojcze. Nie darmo Watykan wybrał właśnie ciebie. - uśmiechnął się kiwając głową z uznaniem. - Jesteś prawdziwym uczonym, o umyśle niespętanym dogmatami. Czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie zaprzeczyłeś podstawowym prawom technomistyki, arkaniki, psioniki i krystaliki?
Wiem. Jakby nie patrzeć, zaprzeczyłem wszystkim zasadom nauki, bo byłem świadkiem tego, że są one jedynie pustymi twierdzeniami, które w żadnym razie nie odnoszą się do Abreu. Wielu na moim miejscu odmówiłoby zaakceptowania faktu, że to, co wpajano im przez lata, okazało się stekiem bzdur.
- Jestem dumny, że to pojąłeś. - ukłonił się przede mną. - Rozumiesz, czego jesteś świadkiem. Ale czy rozumiesz, dlaczego jesteś świadkiem tego procesu?
Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem do czego zmierza. Nie byłem pewien, czy chcę znowu uczestniczyć w kolejnym spektaklu, który mi fundował.
- Czy rozumiesz? - powtórzył pytanie.
- Dałeś Kościołowi szansę, by cię unicestwił. - powiedziałem ostrożnie, lustrując każdy jego ruch. - Pozwoliłeś farsighterom uderzyć, choć mogłeś wypalić im umysły w momencie, gdy cię namierzali. Ty grasz, Abreu. Grasz z Kościołem.
Pokiwał głową na znak akceptacji, jakby właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Wolno ruszył korytarzem. Niemrawo dołączyłem do niego, obserwując z uwagą grę świateł na ścianach.
- Jednak to nie jest zwykła rozgrywka, ojcze.
- Jak to nie? Pozwoliłeś, by Kościół cię spętał, by rzucił cię na kolana. Bawiłeś się w tą maskaradę, tylko po to, by w jednym momencie rozerwać te pęta skinieniem woli. Apostoł uśmierconego w zamachu Pseudomesjasza rzuca Watykanowi w twarz taką obelgę. Tego pragniesz, prawda? Chcesz dokonać tego, w czym zawiódł twój Pseudomesjasz. Człowiek naprzeciw Kościołowi...
- Nawet nie wiesz, jak jesteś blisko prawdy i jak daleko od niej. Ale w tym masz rację. Rzucam wyzwanie Kościołowi. Mit musi się narodzić. Dam człowiekowi opowieść o tym, że Kościół też można rzucić na kolana. Nie pokonam Kościoła, ale pokonam jego mit. Po mnie nikt już nie powie, że Kościół jest niepokonany.
- Nie, Abreu. - pokręciłem ponuro głową. - Nie będzie mitu. Nie wiem, w jaki sposób osiągnąłeś tak wysokie stadium syntezy. Ale nie jesteś pierwszym cyberfaustem, który poszedł tą ścieżką. Był Drugi Mahomet, był Isaac Mantane, był Struktor... I gdzie oni są? Gdzie są ich mity?
Spojrzał na mnie dziwnie. Całe swoje życie spędziłem na badaniu historii takich ludzi jak on. Napisałem dziesiątki prac, w których wskazywałem na to, jak się wykorzenia takie zjawiska. Wiedział, że ja wiem. Pod tą fasadą mocy krył się jakiś zgubny aksjomat. Błąd, który miał go doprowadzić do zguby.
- Już przegrałeś, Abreu.
- Tak?
- Nie zniszczysz mitu o potędze Kościoła. Ty go jeszcze umocnisz.
- Wszystko co poczynisz Kościołowi, zwraca się w dwójnasób? - odezwał się z pobłażaniem. - O to ci chodzi, ojcze? Naprawdę wierzysz w jedenaste przykazanie?
- Wyczułem wahania rzeczywistości, jakie wywołało twoje uderzenie w farsighterów, Abreu. - mówiłem z pasją. - To była czysta moc. Odbiła się w każdym psychokrysztale na tej kolonii. Watykan już wie, z kim ma do czynienia. I uwierz mi, oni nie zatają tego przed nikim. Nie muszę być prorokiem, by wiedzieć, że już teraz jesteś na ustach dziesiątek miliardów ludzi. Mit się tworzy. I wiesz co myślą teraz ludzie? Że być może można przeciwstawić się Kościołowi. Że być może ta aura wszechmocy, którą się otacza to gra pozorów.
Patrzył na mnie. Przenikał mnie wzrokiem, jakby chciał, bym umilkł. Jakby nie chciał słuchać tych słów. Albo odwrotnie - prowokował mnie, bym właśnie je wypowiedział.
- I wiesz co robi Kościół? - mówiłem wyzywającym tonem. - On pielęgnuje twój mit. Podsyca ten sen o wolności, daje ludziom marzyć, że wyzwolenie jest w zasięgu ręki. Że ten koszmar, w który zawsze wierzyli, jest tylko mrzonką. Tylko po to, by zgasić go jednym leniwym ruchem ręki. Zagrać dokładnie tą samą kartą co ty.
- To się tak nie skończy, ojcze.
Byłem adwokatem Kościoła. Rzeczywistość mogła klękać przed Abreu, ale przed prawdą, którą teraz usłyszał, nie było ucieczki. Jak on mógł sobie nie zdawać z tego sprawy? W pewnej chwili poczułem do niego sympatię. On po prostu marzył o wolności. Był po prostu zwykłym głupcem, który miał w swych dłoniach zbyt wiele mocy.
- Wiesz, ilu tak mówiło przed tobą? - powiedziałem - Dwieście lat temu Hamas Nova poderwał ludy islamskie do Ostatniej Jihad. Też odnosił zwycięstwa, wyzwolił Saraph, zagroził samej Ziemi. Bitwa o Ascendi IV? Masakra pod Żelaznym Sanctum? Islam wygrywał, bo miał wygrywać. Struktura powstawania mitu. Ten pancerz wszechmocy, którym otaczał się Kościół, zaczął się kruszyć jak beton pod pocałunkiem Trupieja Ptasznika. Kruszył się tylko po to, by ukazać pod sobą kolejną zbroję, daleko doskonalszą i tysiąc razy twardszą. Gdyby nie Drugi Mahomet, islam dogorywałby wiekami. A tak, został unicestwiony w ciągu jednego dziesięciolecia, w obozach zagłady rozpościerających się na całe kontynenty. Każdy kto w ciebie uwierzy, Abreu, umrze przeklinając twoje imię.
On po prostu westchnął głęboko i uśmiechnął się. Podszedł do mnie i delikatnie przesunął ręką po mojej twarzy. Była chłodna jak lód. Chciałem się odsunąć, ale byłem jak sparaliżowany. Coś było w tym człowieku. Coś tak dziwnie unikalnego. Czy Drugi Mahomet też był kimś takim?
- Uwierzysz we mnie, ojcze. Będziesz drugą osobą, która we mnie uwierzy.
Dostrzegłem w jego oczach jakąś desperację. A co jeśli on zdawał sobie sprawę z każdego słowa, które do niego powiedziałem? A co jeśli on wiedział, że tak właśnie to się musi skończyć, że rozumiał na co się waży? Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o tym, że być może Kościół mordując Pseudomesjasza Kętrzyńskiego popełnił duży błąd w ocenie sytuacji.
Tragiczny błąd.
I tak mijały kolejne dni.
Abreu pozostawił mi względną swobodę, choć wiedziałem że jestem więźniem. W każdej chwili co prawda mogłem opuścić jego twierdzę, ale wiedział, że tego nie zrobię. Byłem już jej częścią, kolejnym wiązaniem.
Zresztą musiałem obserwować.
Skoro nie mogłem go pokonać, to musiałem go chociaż zrozumieć. Oboje o tym wiedzieliśmy i pod tym względem byliśmy na siebie skazani. On sam nie utrudniał mi niczego, objaśniał i odpowiadał na każde moje pytanie. Przez te kilka dni, może tygodni, nauczyłem się o technomistyce więcej niż przez ostatnie sto lat.
Ale nasiąknąłem już jego rzeczywistością, zarówno duszą jak i ciałem. Sama jego obecność, niekończące się rozmowy z nim, zmodyfikowały cały mój kryszkielet i rozbudziły jego wewnętrzne wiązania do poziomu o którym nie mogą marzyć nawet watykańscy Mistrzowie Ciała, którzy wykonali mi tą powłokę.
Moje ciało nie było już moje. W pewnym sensie nigdy nie było, ale odczułem to dopiero przechadzając się z Abreu po rozległych halach jego twierdzy. Mimowolnie czułem punkty koncentracji mocy, umieszczone w sklepieniach i centralnych kolumnach tego psychokrystalicznego kościoła. Zawiłość wzorów, twardość monolitycznych filarów, anatomia psychokryształu. Byłem teraz jego częścią, kimś odrobinę ponad subświadomościami niezależnymi wykształconymi przez niektóre zaawansowane struktury psychokrystaliczne.
Najwięcej ich było w pasie okalającym konstrukt właściwy. Tam moc Abreu była jeszcze na tyle silna, by przyśpieszać procesy ewolucyjne i replikacyjne, ale zbyt słaba, by odciskać piętno kształtu i woli. Tam właściwa rzeczywistość i rzeczywistość Abreu wchodziła w dziesiątki mezaliansów.
To było szaleństwo.
Zdałem sobie z niego sprawę dopiero pewnego poranka, podziwiając wschód słońca. Żeby go zobaczyć, trzeba było czekać kilka tygodni czasu ziemskiego. To właśnie czyniło go widokiem, którego nie można było zapomnieć. Majestat wyłaniającego się zza Hioba Main purpurowego tytana przewyższał chyba wszystko, co mogłem ujrzeć podczas moich badań w najróżniejszych skrawkach znanego wszechświata.
To był mój drugi wschód słońca na Hiobie III, pierwszy w cytadeli Abreu. Jednak to, co ujrzałem, nie było piękne. Dopiero w mdłym świetle dnia zobaczyłem, jak głęboko szaleństwo wgryzało się w rzeczywistość tej planety. Krystalostrukturalny wirus wżerał się w planetę, wypalał ją na nowo w piekielnym ogniu Abreu. Jego konstrukt osiągnął poziom replikacji, w którym nie mógł piąć się już w górę. Teraz już rozprzestrzeniał się po powierzchni całej planety, pochłaniając kolejne połacie ziemii.
Patrzyłem na to z tarasów jego cytadeli. Patrzyłem, co robi ze światem, delikatnym ekosystemem, który i bez niego z trudnością utrzymywał równowagę. Rzeczywistość Abreu była brutalna dla flory i fauny. Psychokrystaliczne żyły dostały się do rzeki, zamrażając ją u źródeł, zatrzymując ciecz w krystalicznej stazie. Dopiero kilka kilometrów dalej wyrywała się z okowów tego morderczego lodu i płynęła pełna mikroskopijnych drobin kryształu, niezauważalnie replikujących.
I tak dalej, aż do wodopoju.
Nieomal czułem zapach padliny. Każdego zwierzęcia, które piło tę skażoną wodę. Jedna trykora umierała na moich oczach, drgając w agonalnych drgawkach, rozrywana od środka przez przedwcześnie dojrzewającą drobinę psychokryształu. Inne zwierzęta nosiły w sobie ziarno Abreu, roznosiły je po kolonii. Kiedy psychokryształ dojrzewał, uwalniał się, rozrywając je i tworząc kolejne gniazda wiązań.
Nagle zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy.
Na Hiobie znajdowali się ludzie, skupieni w przeludnionej kolonii walczącej o przetrwanie w tych warunkach. Znałem metropolitę tej kolonii, wspaniałego człowieka, który poświęcił życie tym osadnikom, zbałamuconym przez polityków i Kościół.
Rany Boskie...
Abreu pojawił się przy moim boku jak cień. Spoglądał beznamiętnym wzrokiem na to wszystko, jakby wiedział, że mam wątpliwości. Nie mówił nic.
- Niszczysz wysiłki wieloletniego terraformingu, Abreu. - powiedziałem patrząc na jego dzieło. - Gorzej, ty mordujesz tą kolonię. Najdalej za kilka tygodni ekosystem nie będzie w stanie generować tlenu. Za kilka miesięcy będzie to wypalone pustkowie a zakładając, że psychokryształ zagnieździ się zbyt głęboko w strukturze tej planetoidy, to już nigdy nie przywrócimy jej do pierwotnego stanu.
- Pierwotnego stanu, ojcze? Nie ma czegoś takiego jak pierwotny stan czegokolwiek. Jest tylko stan, w którym zastajemy jakąś rzecz. Pewien etap na ciągu zmian, wywołanych zarówno samoistnie, jak i poprzez ingerencję.
Pomyślałem o Hagenie i jego przeludnionym osiedlu i desperackiej walce jaką toczył, by z ekosystemu obliczonego na dwadzieścia tysięcy ludzkich osadników, wyżywić te czterdzieści tysięcy bezdomnych uciekinierów z Hioba III. O tym balansowaniu pomiędzy pasożytniczą eksploatacją zasobów planetoidy a trwaniem w symbiozie z ekosystemem.
- Na tej planetoidzie mieszkają ludzie. - powiedziałem. - Kilkadziesiąt tysięcy ludzkich osadników. Ten ekosystem już i tak ledwo ich utrzymywał. Twoja ingerencja doprowadzi do upadku kolonii. Czy ich też chcesz mieć na sumieniu?
Utkwił wzrok w horyzoncie. Dostrzegł konającą trykorę, zamyślił się przez chwilę. Niedostrzegalne uniesienie brwi, drgnięcie kącików ust i zwierzę eskplodowało w fontannie krwi, rozerwane od wewnątrz rozrastającym się psychokryształem, akcelerowanym przez wolę Abreu.
Akt łaski. Jedyne na co może się zdobyć istota wyższa wobec istoty niższej.
- Nie ma już ludzi na Hiobie III. - powiedział nagle zmienionym tonem. - Jesteśmy tylko my dwaj.
- O czym ty mówisz?
- Atak orbitalny. - powiedział, odwracając ode mnie wzrok. - Użyli wirusów degenerujących sieci psychokrystaliczne. Moje wyewoluowały i zwalczyły to plugastwo, zanim zdążyło się wkodować w strukturę. Sieci kolonii nie miały szansy się obronić. Padły wszelkie systemy podtrzymujące życie.
Spojrzałem na niego, nie wierząc w ani jedno słowo.
- Niemożliwe. - odpowiedziałem gwałtownie. - Nie użyliby tego przeciwko tobie. Nie istnieje żaden wirus zdolny zainfekować tak rozległą strukturę krystaliczną. Zresztą, przy takim zaawansowaniu twojego konstruktu, nawet przy infekcji to nie miałoby żadnego sensu. Konstrukt samoistnie wyizolowałby zarażone struktury na czas potrzebny do wykształcenia antidotum.
- Kto mówi, że uderzenie było skierowane we mnie?
Cokolwiek Abreu chciał mi wmówić, nie miało to żadnego sensu. Chciałem coś odpowiedzieć, zaprzeczyć, ale wobec tak absurdalnego kłamstwa? Po co Kościół miałby wykańczać własnych wyznawców?
Dostrzegł moje wahanie.
- Nie rozumiesz, ojcze. - westchnął. - Ty naprawdę nic nie rozumiesz
Odwrócił się i chciał odejść, ale szarpnąłem go za ramię. Przez chwilę poczułem w ręce przeraźliwy chłód, a posadzka nagle oplotła moje nogi szkarłatnymi kajdanami. Zacisnąłem rękę na jego ramieniu, tylko po to by upaść na kolana, spleciony wibrującymi złowieszczo więzami.
Dopiero wtedy się odwrócił i spojrzał na mnie. Właśnie takim chyba chciał mnie widzieć. Zgiętym w pełnym bezsilności hołdzie, klęczącym przed nim jak przed Bogiem. I walczącym z całą siłą z tymi pętami, które on narzucił mi nawet o tym nie myśląc.
Patrzył na mnie, dokładnie tak samo jak przed chwilą na tą trykorę. Smutnym, pełnym współczucia spojrzeniem, w którym politowanie mieszało się z surową bezwzględnością.
- Pomyśl, ojcze. - powiedział wolno. - Przeanalizuj wszytko, co mi powiedziałeś. Nawet, gdyby Kościół dysponował bronią konwencjonalną na tyle silną, by strzaskać mój konstrukt, czy on by jej użył? Struktura powstawania mitu, pamiętasz?
Oczywiście, żeby nie użył takiej broni.To byłoby zbyt proste. Abreu był człowiekiem, który upokorzył Kościół. Na tym etapie nie wystarczyło go wyeliminować. On musiał zostać upokorzony. Strzaskany żelazną pięścią Kościoła.
- Już nie jestem człowiekiem, który był Apostołem Kętrzyńskiego. - wolno kontynuował. - Teraz jestem cyberfaustem, którego igraszki z rzeczywistością doprowadziły do śmierci kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Ty żałujesz Hagena, człowieka, który mógł spędzić swoje życie w luksusach Esperanzy albo Compostela Nova, a zamiast tego walczył o to, by każdy człowiek w jakiejś zapadłej kolonii miał swój przydział pożywienia i energii. Żałujesz tych kilkunastu tysięcy ludzi, którzy zostali zapomniani przez Kościół i cywilne władze.
- To nie może być prawda, Abreu!
- Ty ich żałujesz, żałować będą inni. Teraz w ich oczach jestem ludobójcą.
Tak oczywiste. Tak proste. Najłatwiej zabija się na cudzy rachunek.
Pierdolone mitotwórstwo.
Niecierpliwe oczekiwanie na uderzenie Kościoła zamieniało się w ponure wyczekiwanie. Abreu znosił to jeszcze gorzej ode mnie. Jego cytadela osiągnęła apogeum mocy, miał coraz mniej do roboty. Tkwił ufortyfikowany w rzeczywistości, gotowy na rozstrzygnięcie, które wciąż nie następowało.
Bezczynność go męczyła.
Mnie zresztą też. Coraz częściej się kłóciliśmy, ja byłem zanadto dociekliwy a on zanadto skryty. Spędzaliśmy zbyt wiele czasu razem. Tematy zbyt często poruszane spełzały na jałowe dysputy. Nie dało się też ukryć, że oboje zbyt nawykliśmy do samotności, by tolerować zbyt blisko siebie drugą osobę.
Pamiętam, jak raz słuchając jego wynurzeń na temat Kościoła, straciłem nagle cierpliwość.
- Kim ty właściwie jesteś, że tak mówisz o Bogu? - zapytałem z głupia frant.
- To nie jest czas na takie pytania, ojcze.
Próbował mnie zbyć jak zawsze. Kiedy wchodziłem na pewne tematy, momentalnie zaczynał mnie traktować jak dziecko.
- Kim ty jesteś, Abreu? Na Boga, pytam cię!
Ukłuło go to chyba, bo poderwał się nerwowo. Oczy mu zapłonęły pasją, czerń żył nabrzmiała tak samo, jak podczas walki z farsighterami. Rozbłysła aura mocy, urósł w oczach optycznym złudzeniem.
- Ty mnie pytasz, ojcze? - wyrzucił mi z wściekłością. - Ty nie masz Boga poza Kościołem! Nie masz wiary poza dogmatami, ekstazy poza dyscypliną, miłości poza przykazaniami! Nie masz nic poza Kościołem, ojcze. Więc nie mów mi o Bogu.
Wstałem i odsunąłem się o krok, bojąc się jego gniewu. Nie wiem nawet, czy zrobiłem to sam, czy mój organizm zadziałał pod nieświadomym wpływem jego woli. Doprowadziłem go do pasji, po raz pierwszy podczas mojego pobytu tutaj wreszcie udało mi się wytrącić go z równowagi.
- Ten Bóg cię powali. - wycedziłem.
Spojrzał z pogardą. On też nie potrafił się już powstrzymać. Nie potrafiliśmy powiedzieć sobie prawdy, więc musieliśmy w końcu ją wykrzyczeć.
- Jaki ty jesteś ślepy, ojcze. Mało ci tego, co tutaj ujrzałeś? Na straży jakiego Boga stoi Kościół, ojcze?
- Mówisz jak Antychryst.
Chciał chyba coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się.
- To nie jest czas i miejsce na tę rozmowę. - rzucił tylko.
I wtedy się zaczęło.
Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Poczułem, jak wszystko podchodzi mi pod gardło, przeraźliwy smutek, zniechęcenie. Zapragnąłem śmierci, ucieczki w nicość. Nie wiem, jak długo trwało. Gdy odzyskałem władzę nad sobą, zdałem sobie sprawę, że jestem na klęczkach. Coś weszło w mój umysł i świadomie lub nie, próbowało zdeptać całą moją wolę życia.
Drżałem na całym ciele. Podniosłem wściekle wzrok na Abreu, ale to nie pochodziło od niego.
On też był zdezorientowany, wodził wzrokiem po całej cytadeli, która drżała w wyczuwalnym rytmie niepokoju. W przebłysku świadomości zdałem sobie sprawę, że skończył się czas oczekiwania.
- Otworzyli komory, Abreu. - powiedziałem z przejęciem. - Nawet ja czuję, że tu zmierza, mimo że nie wszedł jeszcze w nasz system. Chciałeś mierzyć się z Kościołem? To masz.
- Ojcze...
- Mówisz, że to nie jest czas i miejsce. - przerwałem mu. - ON tu zmierza. Kościół przebudził jednego z Niszczycieli, Abreu. Rany Boskie! Jak mogłem być tak ślepy? Ty musisz być Antychrystem, tylko to usprawiedliwia JEGO przebudzenie.
Pożałowałem tych słów, zaraz jak je wypowiedziałem. Nie chciałem go definiować, nie zrozumiawszy go najpierw. Spojrzał na mnie pełen wyrzutu, kręcąc tylko głową.
- Myliłem się, ojcze. - odpowiedział nieobecnym tonem. - Ty jeszcze nic nie rozumiesz.
Nie, Abreu. To ty niczego nie rozumiesz, pomyślałem. Z lękiem spojrzałem na gwieźdźistą pustkę, rozpościerającą się nade mną. Nie mogłem powstrzymać chłodnych dreszczy przenikających moje kości. Ktoś z NICH tu zmierzał.
Rzeczywistość jest tylko zmienną.
Cyberfaustyka, podług Traversa, jest manipulowaniem tą zmienną. Rzeczywistość właściwa jako zmienna zostaje poddana zmiennej, którą jest wola i technomistyczny potencjał cyberfausta. Travers był pierwszym, który zdefiniował skalę krytyczną, w której zmienna manipulująca wypala na zmiennej manipulowanej takie piętno, że praktycznie nie można mówić o jakiejkolwiek rzeczywistości właściwej.
Rzeczywistość jest tylko zmienną. W pewnych warunkach jest zaledwie zmienną śladową, o wartości nieistotnej dla równania. Jedynką po rzędzie zer i przecinku.
Na swoje nieszczęście, Travers nie był tylko matematykiem. Był też filozofem. Popadł w obłęd kreśląc swoje równania, bazując na wartościach wtedy abstrakcyjnych i nieskończenie wielkich. A jednak, z nieodłącznym petem w ustach, kreślił te równania. Sytuację, w której zmienna manipulująca wykracza poza skalę krytyczną, nazwał Paradoksem Traversa.
Polegało to mniej więcej na tym, że istniała możliwość zaistnienia sytuacji, w której cyberfaust nie manipuluje rzeczywistością a po prostu się nią staje. Jego siła tak daleko przekracza tą skalę krytyczną, że zmienna rzeczywistości właściwej jest po prostu nieistotna. Dla ówczesnego pokolenia był to paradoks.
Ale potem była Krucjata.
Floty i armady międzygwiezdne, wielomilionowe armie były tylko żetonami na mapach. Nikt nie interesował się kolejnymi bitwami o kolejne miasta. Głodna sukcesów ludzkość chwytała z zapartym tchem nowiny o upadku całych kontynentów, potem planet. W końcowym etapie nadawano już tylko informacje o podbitych systemach. Koniec końców, Kościół został sam na placu boju w swoim pięknym, oczyszczonym z życia wszechświecie.
Paradoks Traversa nie był paradoksem, eskalacja konfliktu szybko uczyniła wartości niewyobrażalne osiągalnymi. Operacje zakrojone na lata? Milionowe desanty? Bitwy międzygwiezdne? Kto się już tym interesował? W krytycznej fazie wojny, gdy kończyła się ludzkość, którą można uzbroić i wysłać na drugi skrawek znanego wszechświata, Kościół sięgnął po te wartości.
Wysyłał dwóch, czasem trzech. Raz nawet wysłał czterech, ale wtedy naprawdę rozpętało się piekło. Ilu wyśle teraz?
Abreu stał się już zagrożeniem dla całego Kościoła. Gorzej, on był dla niego wyzwaniem, idealną okazją, by wysłać któregoś z NICH. By ludzkość znowu mogła zobaczyć, jak straszliwy jest gniew Kościoła i jak wielka moc drzemie w każdej z tych pięciu komór kriogenicznych, otwieranych tylko w ostateczności.
Ale wracając do Traversa, czy może raczej uciekając myślami od tego, co miało nieuchronnie nadejść. Ciekawostką jest, że Travers definiując swój Paradoks, nie zastanowił się nad jednym wnioskiem, który musiał się narzucić samo przez się. Rzeczywistość poddana zmiennej spoza skali Traversa staje się nieistotną zmienną, praktycznie nie ma prawa bytu. Jest tylko zmienna manipulująca, która praktycznie zastępuje rzeczywistość, wpisując swoją wartość w jej rejestr. Słowo staje się ciałem.
Ale co jeśli rzeczywistość nie zostanie poddana jednej zmiennej spoza skali?
Co, jeśli zostanie poddana większej liczbie zmiennych?
Nie jestem geniuszem pokroju Traversa, nie odpowiadam na pytania, które zostaną zadane za kilka wieków. Ale mogę je przynajmniej sformułować.
Pomyślałem o Abreu. Człowiek nie może przekroczyć skali Traversa, chyba że jest tworem Kościoła, jednym z NICH, tych pięciu, którzy budzą się tylko w ostateczności. I zadaję to pytanie. Co się stanie, jeśli rzeczywistość nie zostanie poddana jednej zmiennej spoza skali Traversa?
Od czasu, gdy nazwałem go Antychrystem, nie rozmawialiśmy ze sobą. Oboje powiedzieliśmy za dużo i nie wiedzieliśmy, jak się z tego wycofać. Odzywał się tylko, gdy odizolował mnie całkowicie od siebie i swojej rzeczywistości. Mówił suchą terminologią, tłumacząc mi, że w ten sposób będę całkowicie poza tym, co tu się będzie działo. Niszczyciel nie uderzy we mnie, chyba że inna jest wola Kościoła. Chciał mi chyba zasugerować, że jeśli zginę, to za wolą Kościoła, nie jego. Nie odpowiedziałem nic.
Widziałem wschód słońca nad Hiobem. Nie zapomnę go nigdy, nie zapomnę też Abreu, ani żadnego ze słów, które do mnie wypowiedział. Ale przede wszystkim, nie zapomnę go jako człowieka, którego pamiętałem z dawnych lat - wątłego teologa .( Siła leży w sposobie, w jakim walczymy ze słabością, zwłaszcza tą atakujacą od wewnątrz. Ale pokora leży w akceptacji nieuchronności.
Abreu tej pokory w sobie nie miał. I dzisiaj miał za to zapłacić.
Dnia 29 stycznia, roku pańskiego 2573, rzeczywistość po raz pierwszy została poddana w jednej chwili dwóm zmiennym, każdej o potencjale przekraczającym skalę kryzysową.
Niszczyciel Trupiej Ptasznik postawił stopę na Hiobie III.
Kim jest Niszczyciel?
Czym jest Niszczyciel?
Zgłębić ich istotę, to jak spróbować zrobić aparatem kilkanaście zdjęć Boga. Każde z nich będzie inne, połączone tylko jednym pierwiastkiem, którym jest On. Każdy z Niszczycieli jest w pewnym sensie takim zdjęciem. Uchwyconym w pojedynczym momencie odbiciem doskonałości i wszechmocy. Odbiciem Boga.
Kościół wykradł Bogu nawet Sekret Stworzenia. Ale w przeciwieństwie do Niego, nigdy nie nadał swoim dziełom wolnej woli. Byli niemymi wykonawcami woli Kościoła, jego ostateczną bronią, po którą sięgał tylko w ostateczności.
Doskonałość formy zamknięta w prostej definicji.
Zniszczenie.
Trupiej Ptasznik zmęczonym krokiem szedł traktem wiodącym z opustoszałej kolonii Hagena. Był przeraźliwie chudy, co czyniło go jeszcze wyższym niż był w rzeczywistości. A miał dwa i pół metra wzrostu. Ucieleśnienie rozkładu i pustki, istota zbudowana z rezygnacji i apatii.
Miał twarz wysuszoną od dziesiątek słońc, oczy ledwo widoczne spod krzaczastych czarnych brwi. Na głowie futrzana czapa, na plecach wytarty płaszcz, na nogach ciężkie buciory. Brakowało tylko papierosa w ustach i wystającej z kieszeni butelki.
Ja tkwię w stazie, oddzielony od rzeczywistości. Niemy świadek tego, co się stanie. Nietykalny i bez możliwości ingerencji. Choćby z tego powodu jestem bezcenny dla obu stron tego pojedynku. Zastanawiam się, czy Kościół pozwoli mi zachować pamięć, gdy zdam raport z tego, co tu się stało. I czy w ogóle zrozumiem cokolwiek.
Widzę Niszczyciela.
Samego Trupieja Ptasznika.
Przysłali jego, pomyślałem. Nie Egidę, nie Brychnika, nie Xian'Chenga, nie Turaja Sokoła, ale właśnie Trupieja Ptasznika. Kościół zagrał najmocniejszą kartą, wybierając jego - pielgrzyma zagłady, potęgę wśród potęg - tego, którego ledwie kontrolował, bo przecież nie rozumiał.
I on szedł, zgarbiony, ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi, nie ponad wszystkim, ale poza wszystkim.
Abreu stanął naprzeciw niego, otoczony krystalicznymi mackami wijącymi się dookoła niego jak bicze. Nie wiem czy było to złudzenie optyczne, czy jakaś subtelna manipulacja, ale cała jego twierdza nachyliła się ku niemu obejmując go i przybierając drapieżną postawę.
Trupiej Ptasznik zatrzymał się i podniósł wzrok.
- Czy wiesz, po co przybyłem? - powiedział suchym, świszczącym szeptem.
Abreu nie odpowiedział, otaczając się czarną, krystaliczną siecią. Twierdza zasyczała tylko na dźwięk jego głos złowrogą wibracją. Czuła go, czuła moc, nieuchronny konflikt.
- Wiem. - przerwał ciszę Abreu. - Ale czy to naprawdę jest aż tak istotne?
- Przybyłem po człowieka, którego tu więzisz.
- Nie spadnie mu włos z głowy.
Trupiej uśmiechnął się blado i skinął głową z szacunkiem. Uniósł palec wskazujący do góry a rzeczywistość zadrżała pod jego wolą. Czułem tylko syk palonego kryształu, gdy sieć Abreu starała się go opleść, przerżnąć przez jego ciało. Potem słyszałem już tylko świdrujące wycie rozrywanego od wewnątrz kryształu - wibracji rozdzieranych od wewnątrz wiązań psychokrystalicznych.
Niszczyciel niszczył, Abreu tworzył. Na każde rozerwane wiązanie, twierdza replikowała kolejne dwa. Leniwym pomrukiem Ptasznik cisnął chmurą rozkładu w samego Abreu. Ten skinieniem woli, pozwolił się porwać krystalicznej smudze, wystrzelił w niebo na cokole poza zasięg tego ucieleśnionego zniszczenia. Cały czas akcelerował replikację, tworzył nowe wiązania psychokrystaliczne w miejsce zdegenerowanych.
Nie wierzyłem w to co widzę. Patrzyłem na to, byłem niemym świadkiem tego wszystkiego. Obserwatorem wyłączonym z przebiegu tego pojedynku na niemal-absoluty. Ale widziałem jak Abreu dotrzymuje placu Niszczycielowi. On się mu opierał, zwodził go, więził go w tym labiryncie swojej woli. Trupiej nie mógł zogniskować woli na pojedynczym celu, zresztą celem było wszystko poza nim. Czego ledwie dotknął myślą, to poddawało się tej jego apatii, zamierało w stagnacji. Ale każdy skrawek rzeczywistości, który umknął temu jego ojcowskiemu dotykowi, momentalnie replikował, rozprzestrzeniał się jak wirus.
Ile to mogło trwać?
I wtedy Abreu uderzył. Jego forteca drgnęła, ożywając jak golem, wydobywając spod ziemi fundamenty. Rozpostarła szkarłatnoczarne skrzydła i bluzgnęła deszczem ostrzy, nieobliczalnymi trajektoriami szponów i kłów. Przez twarz Niszczyciela przemknęło coś na kształt zdziwienia.
Kryształ eksplodował w apogeum replikacji, przybierając nieomal czystą metaformę. Deszcz w oczy, bicz w ciało, ostrze w duszę, miraż w zmysły - Abreu uderzył całym sobą, przezwyciężając zdziwionego Trupieja, cofającego się o krok. On tracił kontrolę, nie pojmował tego szaleństwa, niezliczonej liczby form ukrytych w tej perfekcyjnej metaformie. Czas ruszył do przodu z szaleńczą prędkością, zakłócenie przestrzenne zniwelowało całą przewagę Ptasznika.
Krystaliczna smuga, wijąca się zwodniczo, przeszyła jego ciało.
Ptasznik przyklęknął na jedno kolano. Z ust sączyła mu się strużka krwi. Podniósł wzrok na Abreu. Po raz pierwszy mogłem spojrzeć w oczy Niszczyciela, zobaczyć w nich jego strach. I coś jeszcze, coś niezdefiniowanego, jakiś przebłysk zrozumienia w tym niewzruszonym wzorze.
- A więc to prawda. - wyrzęził. - Zawsze się bałem, że w końcu się spotkamy. Każdy z nas zastanawiał się na kogo padnie. I padło na mnie.
Co on pojął, czego ja nie pojmowałem?
Abreu wyciągnął w jego stronę rękę a twierdza przybrała formę twardego monolitu, przeczuwającego atak. Trupiej nie podnosił się z klęczek. Po prostu przymknął oczy i wyszeptał Słowo a rzeczywistość znowu oszalała. Jedna z ciernistych baszt konstruktu Abreu eksplodowała w wibracjach czystego bólu.
Odczułem ten ból.
Widziałem stagnację, apatię, zmęczenie i znudzenie. Teraz miałem ujrzeć furię Niszczyciela. Ptasznik wrzasnął, wkomponowując się w pęd, który nadał czasoprzestrzeni Abreu. Stał się chmurą, która wystrzeliła we wszystkie strony, korzystając z przyśpieszonego strumienia czasowego. Pełne zaskocznie - twierdza musiała ustąpić, filary nie wytrzymały ciężaru potężnej korony, legła grzebiąc pod sobą skażone wiązania.
Abreu runął z cokołu, ciskając całą swoją wolę w odtworzenie zniszczeń. Ale i on osiągnął swoje apogeum, dotarł do swoich granic wytrzymałości. Nie mógł, nie potrafił. Rzeczywistość należała do Ptasznika i nie było w niej miejsca na odtworzenie czegokolwiek.
I wtedy Ptasznik przerwał.
Oddychał ciężko, skażony mocą, którą sam uwolnił. Z lękiem patrzył na rozkładający się psychokryształ, niemrawe filary drżące pod walącym się sklepieniem. Nie twierdza a mauzoleum, nie akt woli i mocy a ostatni bastion szaleńca, wijącego się w bólu, walczącego o każdy oddech w Ptasznikowym powietrzu.
- Nie może być. - świszczący szept przeszył ciszę. - Nie może być, żebym ja był silniejszy.
Abreu drgnął, desperackim wysiłkiem woli wiążąc psychokryształ w sieć ostrzy i tarcz, tańczących wokół niego. Jak on wyglądał, w tym mizernym akcie woli, wysepka ruchu na zastygłym morzu bezwładu.
Ptasznik opuścił ręce.
- Błagam cię, odstąp. - zaświszczał.
Nie pojąłem. O co chodziło w tym wszystkim? W jakiej matni tkwił umysł Ptasznika, co wstrzymywało kata milionów przed aktem uśmiercenia tego szalonego Antychrysta cyberfaustów? Jakim prawem Niszczyciel mógł się wahać?
- Wierzę w ciebie. - powiedział nagle Ptasznik, opluwając się czarną krwistą mazią.
I w tym momencie przypomniał mi się Abreu i jedna z rozmów, które prowadziliśmy podczas mojego pobytu w jego twierdzy.
Będziesz drugim, który we mnie uwierzy.
I pojąłem. Kętrzyński faktycznie był tylko Pseudomesjaszem. Tarczą, która miała przyjąć w siebie pociski, odciągnąć uwagę od Abreu. Od prawdziwego Mesjasza, który przyszedł do nas po raz drugi.
- Wierzę w ciebie. - wyszeptałem bezwiednie.
Słyszał te słowa, bo odwrócił się w moją stronę. Posłał mi blady uśmiech, przez chwili z jego twarzy zniknęło to nieludzkie wycieńczenie i ból. Poczułem w sobie całą Jego miłość do nas, całe to poświęcenie. On był Życiem, Miłością i Prawdą. I po raz drugi zmagał się z Śmiercią, tym razem ucieleśnioną, bezwolnym narzędziem w rękach Kościoła.
Nawet to straszliwe, nieobjęte dzieło Kościoła, jakim był Trzeci Niszczyciel się zawahało. Trupiej Ptasznik też na mnie spojrzał, przez chwilę byłem epicentrum wszechświata, zwróciła na mnie uwaga Śmierć i Życie. Rozumiałem, widziałem, stałem poza nimi i w nich jednocześnie. Spojrzałem w ich serca, dusze, umysły. I pojąłem, czego lękał się Trupiej. Kościół nie zmarnował tych dwóch i pół tysiąca lat. Przygotował się na jego drugie nadejście. Niszczyciel przewyższał mocą Syna Bożego, syntetyczny, hodowany w genokomorach Watykanu absolut przeważył nad Nim.
Czy tak miało być?
Nie wiedziałem ja, nie wiedział Ptasznik, wiedział tylko On. I wtedy wypowiedział swoje ostatnie słowa.
- Wybaczam ci twoje grzechy, Iwanie Nikolajewiczu.
Trupiej Ptasznik uderzył, Longinus dwudziestego szóstego wieku wypluł z płuc cały rozkład, śmierć, pustkę i ból, jaki gromadził w sobie. Psychokryształ zawibrował agonalnie, pęknął od środka, szkielet twierdzy Abreu został odarty z ciała, tylko nagie kości kolumn wytrzymały dłużej niż sekundę. Podniosła się chmura pyłu. Wdzierała się do gardła, paliła płuca, wyciskała łzy z oczu, otuliła, potem cisnęła na kolana.
Czułem straszliwy ból. Nieliczne ludzkie organy, których nie wymienili mi Mistrzowie Ciała, płonęły żywym ogniem. Poczułem na ramieniu chłodny dotyk czyjejś ręki. Sparaliżował mnie, wyssał cały ból.
Usłyszałem rzężenie Ptasznika, jak przyjmował w siebie z powrotem wszystko co wypluł. Zasłonił mnie sobą i ocalił. Pozwolił mi stracić przytomność, osunąć się z tego piekła rzeczywistości. Nie oszczędził mi tylko widoku konającego Abreu, desperackiej obrony, która nie mogła mieć szans powodzenia. Tam nawet nie było walki.
Tylko akt łaski, jedyne na co może zdobyć się istota wyższa wobec istoty niższej.
* * *
Kiedy się ocknąłem, nie mogłem już Go dostrzec.
Był tylko Ptasznik i wszechobecność rozkładu. Stałem pośrodku idealnego bezwładu, miejsca odartego z życia. Apatia, znudzenie, o każdy oddech musiałem walczyć siłą woli. Lęk przed istnieniem zamienia się w odrazę do jakiejkolwiek egzystencji. Jego piętno, piętno Trzeciego Niszczyciela.
On tam stał.
- Spójrz, ojcze. - powiedział, wyciągając dłoń w kierunku ruin twierdzy. - I módl się.
Spojrzałem w stronę wskazywaną mi przez niego. I tam On był, ukrzyżowany w czystym, jasnym, metamorficznym krysztale. Wyglądał jakby śnił, miał ten wyraz twarzy zmęczonego człowieka, który kładzie się do snu po ciężkim dniu pracy. Ja tam stałem, malutki pośrodku tego wszystkiego, skąpany w Jego blasku. W obliczu prawdziwej nieskończoności.
- Już drugi raz oddał siebie za nas.
Ptasznik stał obok mnie, wpatrzony w krzyż.
- Czy on?
- Tak. Zwyciężył Śmierć po raz drugi. Nie pokonał jej, bo dzisiaj nawet On nie mógł jej zdzierżyć. Zamiast tego sprawił, że zaczęła mu służyć. Nie jestem już Trupiejem Ptasznikiem, nazywam się Iwan Nikolajewicz. Byłem menelem spod mostu, człowiekiem tak przesiąkniętym tymi wszystkimi truciznami codzienności, że byłem w stanie udźwignąć brzemię Niszczyciela. Jako jedyny z wielu milionów, którzy skonali w kazamatach Watykanu.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
- Wiem, tylko nieliczni wiedzą, że byliśmy... jesteśmy ludźmi. - uśmiechnął się, ukazując poczerniałe zęby. - A skoro dla mnie jest nadzieja, to jest i dla całego rodzaju ludzkiego. On naznaczył nas już dawno - ciebie i mnie.
- Do czego?
- Przecież wiesz, Ojcze. Nikt poza tobą i mną nie był z nim wtedy. A ja tu muszę zostać do czasu, gdy zejdzie z krzyża.
Wiedziałem. Po raz pierwszy od dawna wszystko wreszcie było jasne.
- Idź, Piotrze. Idź i głoś Jego Ewangelię.
Szymon "Alkioneus" Chojnacki
[ szymon_chojnacki@o2.pl ]
|