Przejdź do spisu treści...

Zakamarki umysłu. Szczury


- Ludzie umierają
- Co ty nie powiesz? - Zgasiła papierosa na przegubie własnej dłoni.

******

Leżała na podłodze dając upust wszelkim narkotycznym wizją wiszącym w jej umyśle. Błogi dla chorej psychiki dźwięk rozlegał się w podświadomości dziewczyny. Psychodeliczny pisk tablicy drapanej przez sadomasochistę samymi paznokciami. Można było aż poczuć na własnych palcach nienaturalne łamanie i wyginanie płytek. Strony bólu. Chora ekstaza człowieka z własnej woli palonego żywcem. Łaknąc bólu masochista SAM osobiście będzie zdzierał sobie skórę. Wstręt. Wstręt przebiegł po całym ciele dziewczyny. Oczami swej chorej wyobraźni widziała przerażające obrazy. Znała je już na pamięć. Najpierw była kobieta w białej sukni. Z wyrazem błogiej rozkoszy dawała się pożerać żywcem przez ogromnego węża. Kawałek po kawałku. Aż została sama głowa. Wtedy kobieta zaczynała śpiewać pieśń dziwnymi słowami do opętańczej melodii torturowanej tablicy. Wtedy wąż zaczynał wciskać swój łeb w głowę kobiety. Tak powstały stwór pełzł przez korytarz w rytm szalonej pieśni. Głowa kobiety stawała się jego własną głową, jej umysł jego umysłem. Podłoże, po którym przedtem pełzli było czerwonym dywanem teraz stało się zwykłą, kamienną posadzką. Wnet jego ogon zaczynał się rozdwajać i wyginać w stronę głowy. Tyłu gada wyrastała dziewczyna o okrwawionej, okaleczonej twarzy. Pasma wężowej skóry poczynały znów sklejać się w lej. Lej nabierał kształtów klosza i stawał się krwistoczerwoną spódnicą. Śpiew głowy cichł, lecz cały czas dobiegał skądś przytłumiony i niepokojący. Dziewczyna powstała z węża nie miała rąk ani nóg więc pełzła po ziemi jak on. Miała nieludzko rozszerzone źrenice i nienormalnie rozwarte usta. Wyglądała wtedy jakby szukała zdobyczy. Jak gad...
- Gad... - szepnęła przeżywając wizję.
Monstrum podobne i niepodobne człowiekowi. Pełzło dziko przed siebie. Nagle wyrastała przed nim ziejąca dziura. Studnia. Dziewczyna - wąż bezrozumnie wciskała się w nią i pełzła w dół. Tak. Pełzła. Nie utkwiła w wąskiej szparze, nie spadała w otchłań, tylko pełzła w dół. Szybciej i szybciej. Śliniła się. Śliniła się na myśl o zdobyczy? Myśl?! Czy to myślało? Na końcu tunel rozszerzał się w szerszą komnatę. Leżała tam bezwładnie jak lalka inna dziewczyna. Miała na sobie tylko lekką halkę. Jej puste oczy zdawały się nie widzieć niczego. Wyglądała jak pudełko skrywające uwięzioną duszę. Do niej właśnie brnęła wężyca. Zsunęła się na dół i klapnęła bezgłośnie. Otworzyła usta. Nie usta. Raczej paszczę. Otworzyła paszczę i poczęła odgryzać dziewczynie nogi. I ręce. Na koniec zdarła jej twarz, pod którą była o dziwo druga, tylko o bardziej ostra i nieprzyjemna. Wężyca wpychała członki dziewczyny tam gdzie powinny się znajdować u niej. Na koniec zakładała na swą okaleczoną twarz, twarz leżącej dziewczyny. Wtedy wszystko spływało jakby zmyte deszczem. Rozsypywało się jak popiół.
- Dlaczego mnie tym dręczysz? - Mówiła do szczura.
Szczur siedział gdzieś zawsze. Myślał, że nikt nie wie, że on tam jest, a wiedzieli wszyscy. Szczur siedział i uśmiechał się obleśnie. Na jego parszywej twarzy nie malowały się emocje. Z pod pomalowanych węglem powiek wyglądały zrezygnowane oczy. I szczur tam był. Siedział ubrany w szmaty, w podarte spodnie i koszulę. Miał węgiel we włosach i brudne paznokcie. I Szczur tam był. I myślał, nie mówił.
- " Abyś zrozumiała swe winy! Abyś zrozumiała!" - szeptał w myślach głosem pełnym zrezygnowania

******

Dzisiaj znowu ćpała. Nie mogła się już bez tego obejść. Bała się. Bała się jak cholera. Bała się to zobaczyć, ale nie mogła żyć bez używek. Coś ją dręczyło. Coś dręczyło ją tymi wizjami. Zabierało radość i ekstazę. Ten odjazd. Ten sens życia. Teraz, gdy wreszcie ją na nią stać. Wstała z podłogi, sponiewierana. Ledwo trzymała się na nogach. Jak po każdym seansie. Zemdliło ją. Chciała pobiec do łazienki ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Runęła jak długa na ziemię dusząc się własnymi wymiotami. Za nią przewrócił się wazon. Leżała wśród wymiocin, krwi i potłuczonego szkła zanosząc się płaczem. Ona i płacz? Pocięta szkłem, umazana krwią, ubrudzona wymiocinami. Wstała ostrożnie. Łzy rozmywały jej i tak już roztarty makijaż. Ostrożnie weszła do łazienki. Spłukała z siebie brudy i obmyła rany. Nieszczęście. A kiedy ona ostatnio była szczęśliwa? Zmyła stary makijaż. Musi dzisiaj pojawić się w firmie. Może z dala od tego domu poczuje się lepiej? Umalowała się na nowo, ubrała w czyste ubranie. Umyła podłogę i wyrzuciła skorupy. Mimo wszystko nie było jej lepiej. Wciąż to uczucie podświadomego strachu. Strachu, który siedzi w jej mózgu i rozrywa tkanki czyniąc pustkę. Psychodelicznie rozległą pustkę. Założyła marynarkę, wzięła torebkę i już zamierzała wyjść z domu... nie ma klucza. ....Nie ma klucza? Nie ma klucza. Nie ma klucza! Nie ma klucza?! Nie ma klucza....Nie ma klucza. Gdzie jest klucz? Sprawdziła wszędzie. Na stole, pod stołem, w szafie, w łazience, w łóżku, pod łóżkiem, na półkach, pod półkami, między książkami. Wszędzie. Usiadła. Ukryła głowę między kolanami. Kiwała się. Na boki. Czuła się jak więzień. We własnym mieszkaniu. W tym okropnym mieszkaniu, nawet nie jej. Jak w domu wariatów. Nie może nawet stąd wyjść. Okno. Podeszła do okien. Odsunęła modną zasłonkę. I... usiadła z wrażenia. Okna miały wstawione kłódki. Kłódki w oknach? Więzienie? Położyła się na podłodze. Co się dzieje. Co się z nią dzieje?! Krew odbiegła jej od twarzy. Oczy zgasły. I leżała. Leżała w tej apatii. Nawet nie wiedziała ile leżała. Martwo, z szeroko otwartymi ustami i oczami. Gdy odzyskała świadomość pierwsza rzecz jaką poczuła było niesamowite wręcz przesuszenie oczu. Potem śmiertelne pragnienie i cholerny głód. Na sam koniec bolące odleżyny na ciele. Prawie bezwładnie popełzła do kuchni. Jak zdeptany wąż. Otworzyła lodówkę. Pustka. Tylko jakieś pieprzone majonezy czy musztardy. Piiiiiiić. Podniosła się z trudem i wsadziła głowę do zlewu. Piła prosto z kranu. Jak zwierzę. Usiadła na ziemi. I wtedy znów ją wzięło. Ten głód. Głód pomieszany ze strachem. I ten dylemat... brać czy nie? Z jednej strony było to dobrowolne i samobójcze oddanie znienawidzonym wizjom. Z drugiej strony nie mogła bez nich żyć. Trzęsła się przez chwilę starając się powstrzymać ale podświadomie już wyciągała rękę w stronę swojej skrytki. Bezmyślnie rzuciła się do sypialni. Wyciągnęła szufladę i łapczywie wyrwała z niej niewielki samozamykający się woreczek. Dzikim okiem odmierzyła porcję i rozsypując ścieżkę na posadzce wciągnęła nosem.... i teraz powinno być jej błogo.

******

Najpierw była kobieta w białej sukni. Z wyrazem błogiej rozkoszy dawała się pożerać żywcem przez ogromnego węża. Kawałek po kawałku. Aż została sama głowa. Wtedy kobieta zaczynała śpiewać pieśń dziwnymi słowami do opętańczej melodii torturowanej tablicy. Wtedy wąż zaczynał wciskać swój obleśny łeb w głowę kobiety. Tak powstały stwór pełzł przez korytarz w rytm szalonej pieśni. Głowa kobiety stawała się jego własną głową, jej umysł jego umysłem. Podłoże, po którym przedtem pełzli było czerwonym dywanem teraz zwykłą, kamienną posadzką. Wnet jego ogon zaczynał się rozdwajać i wyginać w stronę głowy. Z ogona bestii wyrastała dziewczyna o okrwawionej, okaleczonej twarzy. Pasma wężowej skóry poczynały znów sklejać się w lej. Lej nabierał kształtów klosza i stawał się krwistoczerwoną spódnicą. Śpiew głowy cichł, lecz cały czas dobiegał skądś przytłumiony i niepokojący. Dziewczyna powstała z węża nie miała rąk ani nóg, więc pełzła po ziemi jak on. Miała nieludzko rozszerzone źrenice i nienormalnie rozwarte usta. Wyglądała wtedy jakby szukała zdobyczy. Jak gad... Monstrum podobne i niepodobne człowiekowi. Pełzł dziko przed siebie. Nagle wyrastała przed nim ziejąca dziura. Studnia. Dziewczyna - wąż bezrozumnie wciskała się w nią i pełzła w dół. Tak. Pełzła. Nie utkwiła w wąskiej szparze, nie spadała w otchłań, tylko pełzła w dół. Szybciej i szybciej. Śliniła się. Śliniła się na myśl o zdobyczy? Czy to myślało? Na końcu tunel rozszerzał się w szerszą komnatę. Leżała tam bezwładnie jak lalka inna dziewczyna. Miała na sobie tylko lekką halkę. Jej puste oczy zdawały się nie widzieć niczego. Wyglądała jak pudełko skrywające uwięzioną duszę. Do niej właśnie brnęła wężyca. Zsunęła się na dół i klapnęła bezgłośnie. Otworzyła usta. Nie usta. Raczej paszczę. Otworzyła paszczę i poczęła odgryzać dziewczynie nogi. I ręce. Na koniec zdarła jej twarz, pod którą była dziwo druga, tylko o bardziej ostra i nieprzyjemna. Wężyca wpychała członki dziewczyny tam gdzie powinny się znajdować u niej.
To wszystko... te wizje... niby te same co zawsze... ale inne. Ona czuje jakby tam była. Ona pełzała. Ona gryzła. Ona zdarła twarz. I czuje jakby nakładała ją na swoją. Czuje. Czuje, że tam jest. Czuje jak lepka skóra twarzy przylega do jej policzków. Czuje smród krwi. Dotyka palcami nowej twarzy. I czuje tą skórę, obrzydliwą, na sobie. Czuje maskę. Ohyda. I nagle całość runie w dół... Członki wrastają w jej ciało, zniekształcają się. Tak samo wrasta skóra na twarzy. I też się zniekształca. Części ciała dziewczyny przybierają kształt... jej części ciała? Nie ma już tych różnic. Nie ma dziewczyny w halkach. Jest ona. I spada. Spada w dół. Wszystko wiruje, kręci się okrutnie. Co się dzieje? Co się stanie? Spada. Spada chorym tunelem swoich wizji. Kuli się. I nagle upada. Leży bez ruchu. I leżała tak przez chwilę bojąc się otworzyć oczy. Nie chciała zobaczyć znów tych majaków. Trzęsła się. Męczyła. Starała się otrzeźwieć. Obudzić. Bezskutecznie. Przewalała się z boku na bok. Szarpała za włosy. Nie działało.
Został tylko jeden sposób. Ostateczny. Jeśli spróbuje otworzyć oczy albo uda się jej otworzyć je normalnie albor30; zobaczy majaki. Ryzyko. Spróbowała.
Odchyliła lekko powieki, potem śmielej, i ostro rozwarła. Była w... domu. Na posadzce pokoju. Zaśmiała się histerycznie. Śmiała się chyba trzy minuty poczym wybuchła płaczem. I płakała nie wstając przez dziesięć. Zestresowana przewróciła się na brzuch i wypełzła z pokoju. Zbierało się jej na wymioty, ale nie miała już czym rzygać. Była głodna. Cholernie. Wczołgała się do kuchni, otworzyła lodówkę i zeżarła cały ten cholerny majonez. Wyrzyga go zaraz, ale co z tego?! Ważne, że ma coś w żołądku. Choćby na chwilkę. Ostrożnie wstała. Podeszła do okien w kuchni. Kłódki. Kto je tu założył do cholery? Szarpnęła. Nic z tego. Cholerstwo mocno trzyma. Chwyciła popielniczkę i cisnęła nią w szybę. Szkło posypało się po kuchni. Posprzątała. Spróbowała garnkiem. Oderwało się ucho. Co się działo?! Znów się trzęsła. Wstała. Poszła do łazienki. Nadbiegły ją nudności, więc pozbyła się majonezu. Myślała, co się dzieje? Myślała, co zrobić? Nagle zaświtało jej w głowie. Telefon! Pobiegła do sypialni, wyrwała komórkę z torebki. Znów panika. Urządzenie było wypełnione węglem! Wysmarowane smarem, obsypane popiołem. Nie ma szans, aby zadziałało. Nie było prądu, nie skorzysta z Internetu. Jest zamknięta. We własnym mieszkaniu. Ktoś, kto jej to robi, pewnie świetnie się bawi. Tylko jak to robi i gdzie?! W barku znalazła jeszcze ćwiartkę. Nachlała się. Nietrzeźwa leżała na ziemi i bez sensu podpalała sobie palec zapalniczką. Czuła ból, ale kogo to obchodzi. Na pewno nie ją. Miała już wszystko w dupie. Musiała jakoś odreagować.
Obudziła się skacowana na podłodze. Na palcach swędziała poprzepalana skóra. Obok pusta zapalniczka. Przesunęła wzrokiem po zdewastowanym domu. Kiedy ten koszmar się skończy przyda się tu porządny remont. Wstała. Pierwsze kroki prowadziły do toalety. Załatwiając potrzeby biologiczne myślała jakby tu się z kimś skontaktować. Gdyby, chociaż miała sąsiadów. Ten blok był nowy i pusty. Cholernie się cieszyła z tego pieprzonego mieszkania. Była głupia. Cholernie głupia. Podeszła do okna. Wyjrzała. Pusto. Na ulicy nie było nikogo. Nie przebiegał nawet pies. Ani dzieciaki. Martwo. Znów się zszokowała. Usiadła na ziemi. Znów drgawki. Czy ktoś sprawdza wytrzymałość jej umysłu?! Czy ktoś chce sprawdzić, kiedy ona oszaleje?! Oszaleje niedługo. Wbije sobie nóż w oko, aby mózg wypłynął. A potem umrze w tym kurewskim pomieszczeniu, i nikt nawet się nie domyśli, że w tym pustym domu gnije trup. Wstała lekko i jeszcze raz obejrzała ulicę i kłódki. Do dupy. Do dupy z tym. Podeszła do lodówki. Została musztarda. Jeszcze gorsze gówno od majonezu. Była tak cholernie głodna. Od paru dni nie miała nic w żołądku, nie licząc zwróconego majonezu. Spojrzała w górę, na leżące na lodówce rachunki. Zjadła je razem z musztardą. Lepsze to niż nic. I chuj z tym, że celulozą żywią się prymitywne organizmy?! Może ona już jest prymitywna. Pijąc wodę siedziała na ziemi. Może to jednak jakiś cholerny raelity show? Może jeszcze dzisiaj do domu wkroczą ludzie i z uśmiechem na twarzy powiedzą coś w stylu 'Mamy cię!" albo "Jesteś w ukrytej kamerze"? Może za parę dni usiądzie w studiu z jakimś popularnym prezenterem i przyjaciółmi i będzie się z tego wszystkiego śmiać? Choć teraz nie było jej do śmiechu. Wcale. Czy nikt się nią nie przejmuje?! Czy nikt nie pójdzie sprawdzić co z nią? Nikt nie zadzwoni dzwonkiem?! Dotknęła drzwi wejściowych. Twarde cholerstwo, nie do wywarzenia. Pieprzone, cholernie mocne zamki. Znowu płakała. Nie chciała wciągać ścieżki. Ale czuła, że nie wytrzyma! Już dłużej...
Obudziła się przed drzwiami domu. Wewnątrz mieszkania. Żołądek o dziwo pozytywnie potraktował celulozę z musztardą. I teraz najnormalniej domagał się wypróżnienia. Tylną częścią ciała. Poszła do kibla. Nacisnęła klamkę ręką. Natrafiła na opór. Pociągnęła mocniej. Nic. Zaczęła walić w drzwi pięściami, kopać, szarpać. Rzuciła w nie nawet krzesłem. Nic. Z rozpaczy spuściła się w gacie. Nawet nie wiedziała, że po tylu rzeczach które przeszła, tajemniczy prześladowca może zrobić jej takie coś. Pozbawić toalety. Pozbawić ją ludzkich warunków! Załamana i wściekła ruszyła do łazienki. Ta na szczęście była otwarta. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i zamarła. Wyglądała jeszcze gorzej niż wczoraj. Była poczochrana a resztki makijażu widać było nie tylko rozmazane na twarzy, ale również na ubraniu i rękach. Elegancka przedtem garsonka, modna i cholernie droga, od Evy Migne, obecnie była pognieciona i ubrudzona. Spojrzała w dół. Po nogach ciekł jej mocz. Zrezygnowana odkręciła kurki wanny. Kolejna koszmarna niespodzianka. Zamiast wody z kranu sypały się małe bryłki węgla. Usiadła na ziemi i znowu pogrążyła się w apatycznych rozmyślaniach.
Starała się nie zwracać uwagi na piekące pragnienie w gardle. W domu nie było już nic czego mogłaby się napić. Nie było już nic do zjedzenia. No chyba, że zacznie jeść dokumenty i rachunki. Ale gdy czuła pragnienie, na jedzenie nie miała najmniejszej ochoty. Modliła się żeby ten koszmar się już skończył. Łudziła się, że zaraz obudzi się i wszystko będzie jak dawniej. Nie płakała już. Szkoda wody w organizmie. Nie miała już sił na nic. Czuła, że to już koniec. Że umrze dzisiaj. Właściwie chętnie by umarła. Wszystko lepsze od tego koszmaru. Nawet śmierć. Walczyła ze sobą. W kuchni są noże. Mogłaby po prostu przeciąć sobie żyły, wykrwawić się. Ale to nie byłaby miła śmierć. Zanim krew upłynęłaby z jej ciała, przeżyłaby straszne męki. Może nawet gorsze niż teraz. Nie było innych metod. Nie miała jak skoczyć z okna - były zablokowane a apartamentowiec i tak był niski. Utopienie też nie wchodziło w grę, przecież zamiast wody leciał węgiel. Ukryła twarz w dłoniach. Był jeszcze jeden sposób - ma prochy, może je przedawkować. Tylko co by z tego wyszło? Znowu zobaczy te wizje. Chociaż... Namęczy się raz. Potem spokój na wieki. Rzuciła się na ziemię. Znowu zaczęła się zastanawiać po co jej to wszystko było? Po jaką cholerę jej ta firma? Pieniądze? Samochód? Kosztowne zachcianki?! I ten zasrany apartament?! Tamtej było z tym lepiej. To w końcu tamta na to wszystko zarobiła. To była tamtej praca! Wszystko zdobyte przez tamtą! Rozejrzała się po mieszkaniu. Na każdym meblu, na każdym kafelku, na każdym przedmiocie była krew tamtej. Bo tamtej już tu nie ma. A ona zaraz do niej dołączy.
- Pod twoją obronę... - zaczęła - Uciekamy się święta Boża Rodzicielko...
Ruszyła w stronę sypialni.
- ...Naszymi prośbami... - kontynuowała - radź nie gardzić w potrzebach naszych...
Otworzyła szufladę.
- ...Ale od wszelakich złych przygód radź nas zawsze wybawiać...
Pogrzebała .
- ...O Pani nasza... Orędowniczko nasza...
Znalazła woreczek.
- ...Pośredniczko nasza... Pocieszycielko nasza...
Otworzyła go.
- ...Synem swoim nas pojednaj...
Odmierzyła największą dawkę.
- ...Synowi swojemu nas polecaj...
Rozsypała ścieżkę.
- ...Swojemu synowi nas oddawaj.
Wciągnęła.
Najpierw była kobieta w białej sukni. Taka znajoma twarz... Przecież to jest jej matka! Z wyrazem błogiej rozkoszy dawała się pożerać żywcem przez ogromnego węża. Kawałek po kawałku, aż została sama głowa. Wtedy głowa matka zaczęła śpiewać pieśń dziwnymi słowami do opętańczej melodii torturowanej tablicy. Matka była kiedyś nieźle oszukiwana. Przez swojego przyszłego męża. Czyżby wąż był jego symbolem? I nagle ten wąż zaczął wciskać swój obleśny łeb w głowę matki. Tak powstały stwór pełzł przez korytarz w rytm szalonej pieśni. Głowa rodzicielki stawała się jego własną głową, jej umysł jego umysłem. Teraz zrozumiała. To matka zaczęła oszukiwać, knuć. Bo związała się z jej ojcem! Podłoże, po którym przedtem pełzli było czerwonym dywanem teraz stało zwykłą, kamienną posadzką. Wnet ogon gada zaczynał się rozdwajać i wyginać w stronę głowy. Z ogona bestii wyrastała dziewczyna o okrwawionej, okaleczonej twarzy. Pasma wężowej skóry poczynały znów sklejać się w lej. Lej nabierał kształtów klosza i stawał się krwistoczerwoną spódnicą. Śpiew głowy cichł, lecz cały czas dobiegał skądś przytłumiony i niepokojący. Dziewczyna powstała z węża nie miała rąk ani nóg, więc pełzła po ziemi jak on. Miała nieludzko rozszerzone źrenice i nienormalnie rozwarte usta. Wyglądała wtedy jakby szukała zdobyczy. Jak gad... Monstrum podobne i niepodobne człowiekowi. Przecież to ona! Łaknący zdobyczy potwór. Nieczuły wąż pragnący tylko pieniędzy! I nagle wyrastała przed nią ziejąca dziura. Studnia. Jako wąż bezrozumnie wciskała się w nią i pełzła w dół. Tak. Pełzła. Nie utkwiła w wąskiej szparze, nie spadała w otchłań, tylko pełzła w dół. Szybciej i szybciej. Śliniła się. Śliniła się. Na myśl o zdobyczy? Czy myślała? Na końcu tunel rozszerzał się w szerszą komnatę. Leżała tam bezwładnie jak lalka inna dziewczyna. Miała na sobie tylko lekką halkę. Jej puste oczy zdawały się nie widzieć niczego. Wyglądała jak pudełko skrywające uwięzioną duszę. To była tamta. Tamta, dla której udawała przyjaciółkę. Tamta której odebrała wszystko. Której zrujnowała życie. Do niej właśnie brnęła. Zsunęła się na dół i klapnęła bezgłośnie. Otworzyła usta. Nie usta. Raczej paszczę. Otworzyła paszczę i poczęła odgryzać dziewczynie nogi. I ręce. Na koniec zdarła jej twarz, pod którą była dziwo druga, tylko o bardziej ostra i nieprzyjemna. Wpychała członki dziewczyny tam gdzie powinny się znajdować u niej... Tamta nie zazna spokoju.
- Przestań! Dlaczego mi to pokazujesz?! - ryknęła.
- Abyś pożałowała... - odpowiedział szczur. - Abyś pożałowała tego co tamtej zrobiłaś.
- Ja już żałuję! Zawsze żałowałam!
- Owszem, żałowałaś. - przerwał jej - Wiem, że żałowałaś jak nigdy. Ale kara ci się należała.
- Kara? Moja kara? To to wszystko co się działo...
- Nie ma piekła. Ale musiałaś zostać ukarana. Śmierć dałaby ci ukojenie.
- A kim ty jesteś żeby mnie karać?!
- Ja? Ja jestem szczurem twojego umysłu. Jestem twoim poczuciem winy. Jestem twoim sumieniem.
I umarła, tak jak chciała. Jej ciało znaleźli następnego dnia. Pomyśleli, że przedawkowała prochy. I niech tak myślą. I tak by nie uwierzyli, że zabiło ją poczucie winy.

Koniec.

Vampirzyca Zelda [ kyuketsuneki_hime_zelda@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści