Przejdź do spisu treści...

IP

Lawirował po swych szarych komórkach, wolno krążąc myślą po zniszczonych synapsach - bez widocznego celu. Chciał sobie coś uzmysłowić. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że sam nie wiedział co. Wymiociny na podłodze ukształtowały się w skomplikowany wzór, który przypominał mu fraktale generowane przez jego komputer. Nie mógł tylko skojarzyć, czy to fraktal typu Julia, Mandelbrot, czy też inny. Zresztą i tak było mu to obojętne... W trakcie tych rozmyślań o WSZYSTKIM i o NICZYM tworzył skomplikowany program. Asamblerowe instrukcje same układały się w program. "Wystarczy go później skompilować" - pomyślał. Tylko, że nie wiedział czemu ten program miał służyć. Układał go jednak, bo to przynosiło mu ukojenie. Po herze zawsze czuł się podle, jednak wracał do niej, gdyż bez niej było jeszcze gorzej. Rzeczywistość ciągle go przytłaczała. Dlatego uciekał w ten świat zer i jedynek - nienaturalny, ale bliższy i bardziej mu zrozumiały. W tym świecie mogą być tylko dwa stany - prawda lub fałsz. W świecie nie wyimaginowanym stanów i kombinacji tych stanów, było miliony: miłość - nienawiść, wojna - pokój, dobro - zło, itd. A na dodatek kombinacje te mogły się w dowolny sposób krzyżować. Złościł się, gdy uzmysławiał sobie, że w programie zawsze można coś poprawić, jeżeli coś się sknoci. A w życiu? Jak się coś sknociło, to zazwyczaj zostawała skaza na całe życie. Gdy jego system nabawi się wirusa, zawsze może go bądź usunąć, bądź sformatować twardy dysk. W życiu nie wszystkie wirusy szło usunąć. Tak jak w jego przypadku - HIV. Minęło juz tyle lat, a antidotum na tego wirusa nie znaleziono. Był 2035 rok, a światła w tunelu nie zauwazał ani on, ani tabun naukowców, który intensywnie poszukiwał leku. Bijąc się ze swymi myślami, lezał więc koło swojego komputera czekając na powrót pełnej świadomości. A ta nadchodziła powoli...

* * *


Świadomość wróciła po 11 godzinach. Rzygi zdążyły już wsiąknąć w gruby dywan i zaschnąć. Nie miał zamiaru ich sprzątać, zupełnie jak poprzednich. Jego dywan tworzył więc swoistą mapę historyczną jego odlotów. Jego pokój cuchnął rzygami, moczem, kałem i innymi substancjami, które bądź z siebie wydalił, bądź rozlał, czy też rozsypał. "Skoro świat jest tak wielkim śmietnikiem, to czemu mam burzyć ten 'porządek' ?" - mawiał. Doskonale wiedział, że jego "sanktuarium" przestało być odwiedzane przez jego przyjaciół między innymi z powodu tego bałaganu. Choć głównym powodem było jego zachowanie wobec nich. Szczerze go przez nie znienawidzili. Ale o to mu w końcu chodziło. Nie chciał litości i nie chciał być dla nich piątym kołem u wozu. Był to jego swoisty przykład miłosierdzia. Zgarnął z fotela przy komputerze niedopałki papierosów, marychy i płatków chips'ów.
Gwałtownym ruchem ręki przetrącił stojącą na wprost monitora pustą butelkę whiskey "Jimmy Bean" i ustadowił się przed komputerem. Odczekał chwilę, aż turlająca się pod ścianą butelka przestanie wydawać z siebie dźwięki i dwuklikiem muszki otworzył wyszukiwarkę internetową. Chciał znaleźć URL jakiejś osoby, która będzie podobna do niego. Zaczął więc wklepywać w jednym ciągu słowa w pole "Search for": informatyk, uzależniony, HIV, znienawidzony, chory, głupi... Wpisywał te słowa w czterech znanych mu językach. W tym suahili. "Sorry, but your query doesn't match" - wyrzuciła z siebie wyszukiwarka. "Try to...". Dalej już nie czytał. Wiedział, że albo jest sam, albo nikt inny, taki jak on, nie zdecydował się umieścić w internecie bloga lub strony WWW przedstawiającej tak podły żywot. Ze złością wpisał "GO TO HELL!!!" i trzasnął klawisz ENTER z taką siłą, że klawiatura zajęczała. Po chwili wyskoczył komunikat "I found 1 match equal to your query", a pod spodem link do strony WWW: "www.goto- h...". Nie dokończył odczytywać linka, gdyż szybkim ruchem myszki skierował wskaźnik na linka i kliknął... Przez chwilę wydawało mu się, że albo komputer się zwiesił, albo łącze nawaliło, gdyż przeglądarka nie reagowała, a wskaźnik myszy zamienił się w wesoło kręcącą się klepsydrę, przesypującą wirtualny piasek z jednaj szklanej komory do drugiej. Odgonił jednak tą myśl, gdyż komputer był nowy z zainstalowanym Linux'em, w którym sam dokonywał wielu poprawek, a za łącze dał ekstra łapówkę, aby na jego linii XXLDSL nie przydzielano więcej kanałów. "Please to enter your login and password to enter this site". Przeczytał i walnął pięścią w monitor. Cyfrowy ekran odpowiedział chwilowym zniknięciem obrazu. "k***a!" - wywrzeszczał w myślach, jednocześnie odpalając program hakerski swojego autorstwa. Bazę słownikową do łamania zabezpieczeń miał ogromną. Sam podejrzewał, że raczej nikt inny na świecie nie posiadał takiej. Specjalnie na ten cel zakupił dwuterrabajtowy twardy dysk, który już dawno zaczął wyzywać oznaki przepełnienia. Musiał
wyciągnąć tylko IP serwera i podczepić się pod TELNET, lub SSH. "Oby nie mieli zabezpieczeń niskiego poziomu" - pomyślał i włączył skanowanie strony. Wstał i poprzez stertę papieru wypluwanego przez jego drukarkę udał się do kuchni. Kawę znalazł na starym miejscu, tzn. w zlewozmywaku. Włączył bezprzewodowy czajnik, który boleśnie zajęczał pod ciężarem kamienia nagromadzonego na grzałkach. "No to mamy chwilkę czasu na małe co nieco" - powiedział sam do siebie wyciągając z lodówki hamburgera - gotowca z któregoś z hipermarketów. Ustawił mikrofalę na maksimum zalewając jednocześnie kawę. Szklanka aż kleiła się od brudu, ale mu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu szklanka nie miała szans wyślizgnąć się z jego zniszczonych używkami i chorobą wątłych dłoni.
Spijając kawę, przegryzając hamburgera, zastanawiał się czemu też właściwie tak bardzo zależy mu na włamaniu się na ta stronę? Niejednokrotnie odwiedzał ciekawsze strony poświęcone różnym religiom i kultom i poza przeczytaniem przygłupawych zazwyczaj wstępów, nic więcej go w nich nie interesowało. Zresztą nie wiedział czemu ta strona jest poświęcona. Może dlatego, że na innych portalach loginu i hasła wymagało wejście w podstrony, a tutaj pierwszą i jedyną stroną jaka się pokazała była strona logowania? Zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Skoro już zaczął się w to bawić, to zobaczy co jest ta serwerze i tyle.
Zerknął na swój 28 calowy monitor i spostrzegł, że jego program zdążył już odczytać prawdziwy IP serwera. "dwa jeden jeden jeden trzy cztery jeden siedem zero jeden pięć jeden" - przenumerował w myślach. Zauważył też, że program musiał obejść trzy serwery proxy, a to jeszcze bardziej wzbudziło jego ciekawość. "Kto tak mocno zabezpiecza swe WWW?" - pomyślał marszcząc brwi. Wiedział, że połączenia szyfrowane bardzo ciężko obejść. Od dawna stosuje się już klucze 1024-bitowe, a nawet dla jego komputera będzie to nie lada wysiłek. W tym czasie jego komputer przerzucał miliony bitów na serwer po SSH. Serwer odpowiadał pakietami, w których przeważały te, które niosły ze sobą informację: "Wrong login or password. Access denied!". Na szczęście dla niego nie było limitu prób logowania, więc mógł spokojnie podziwiać ekran monitora jarzący się tysiącami haseł, setkami tysięcy znaków i milionami pikseli. O mało się nie zabił na stercie papierów od drukarki, gdy wbiegał do pokoju po tym, jak jago program oznajmił: "I found correct login and password for this connection!". Łapczywie łykał znaki na ekranie spisując je na brudną kartkę pętającą się koło podkładki na mysz. Był tak podniecony, że zapomniał o tym, iż mógł jednym trzaśnieńciem klawisza "Print Screen" posłać zawartość ekranu na drukarkę. Skończył notować i odczytał login: "welcome_to_hell" a następnie hasło: "2!ksir1nwo1ruoy+1no3etis4siht+1gniretne7era0uoy+151eq.666". Spojrzał na zegarek i stwierdził, że nie ma się co dziwić, że jego super szybkiemu komputerowi złamanie tej strony zajęło aż 2 godziny. Takiego hasła na pewno nie posiadał w swym słowniku. Ale nie miał czasu na zastanawianie się nad hasłem, gdyż podejrzewał, że takie hasło pochodziło najprawdopodobniej z jakiegoś generatora, a to oznaczało, że jest ono tymczasowe i może w każdej chwili się zmienić. Skąd mógł wiedzieć, że hasło to jest anagramem przeplecionym z równaniem będącym sumą składników IP serwera. Gdyby tylko poświęcił mu chwile czasu i dokonał małej analizy, to odkrył by, że zawartość hasła niosła ze sobą przesłanie: "YOU ARE ENTERING THIS SITE ON YOUR OWN RISK! 211+134+170+151=666". Był jednak zbyt zafascynowany, aby myśleć. Musiał wejść na ten serwer jak najszybciej. Skopiował więc login i hasło do wyszukiwarki, klepnął ENTER i w tej samej chwili jego monitor dosłownie go wchłonął...

* * *

Ocknął się po chwili, będącej w rzeczywistości wiecznością. Nie otwierał oczu, gdyż czuł ukojenie przepływające jego ciało. Chciał czuć to ciągle, a bał się, że gdy otworzy oczy - obudzi się. Jego synapsy były czyste i niosły myśl ze swą zwykłą, świetlną prędkością. "Ja na pewno śpię, a to jest jakiś nieprawdopodobny, piękny sen" - ta myśl krążyła mu ustawicznie po głowie. "Oby to się nigdy nie skończyło..." - tamta myśl przeplatała się z tą.
- I się nie skończy... - usłyszał głęboki, niski, ale ciepły Głos nad sobą. - Otwórz oczy Eliah!- w tym zdaniu usłyszał rozkaz.
- Nie... - wyszeptał - Nie otworzę... - mimo tonu tego Głosu, postanowił się oprzeć - To tylko sen. Sen tak piękny, jakiego jeszcze w życiu nie miałem. A to jest sen? Prawda? Nie odpowiadaj. Proszę... To... To tak jakbym wrócił do dawnych lat. Do lat, gdy wszystko było takie inne, czyste, niesplamione mną samym. Mną z wczoraj, przedwczoraj, sprzed miesiąca, roku i sześciu lat. To było sześć lat katuszy. Sześć piekielnych...
- Skoro o tym mowa, to otwórz oczy. - tym razem Głos był ciepły, tak ciepły że wręcz swym ciepłem opływał jego skronie - Nie mogę cię zapewnić, że to sen - gdyż bym skłamał. Nie mogę cię także zapewnić, że to jest życie - gdyż znów bym skłamał. A największym kłamstwem było by to, gdybym powiedział, że to śmierć.
Eliah tym razem nie oparł się Głosowi. Otworzył oczy, a jasność go poraziła. Przymknął je na chwile i znów otworzył. Z rozmytego przez rażące światło obrazu jął wyłaniać się widok. Widok, który wywarł na nim piorunujące wrażenie. Zobaczył Głos, który do niego przemawiał. Nad głową Głosu była pustka. Pustka, która raziła swą bielą. Takiej bieli nie miały nawet najczystsze narkotyki, które brał. Prócz bieli i głosu nie widział nic innego. Zresztą nie chciał niczego innego oglądać. Twarz głosu była piękna. Nie piękna... To słowo nie mogło opisać tego, co widział przed sobą. Rysy tej twarzy przedstawiały sobą to, co najpiękniejsze. Eliah starał dobrać w myślach te rzeczy, które mogły choć odrobinę opisać tą twarz. Myślał więc o miłości, przyjaźni, radości, nieskalanym życiu. Uzmysłowił sobie w jednej chwili, że brakuje w JEGO słowniku TYCH rzeczy, które są w stanie opisać TAKIE piękno...
- Kim... jesteś? - z gardła Eliah'a słowa spłynęły wolno.
- Gdy ci powiem - nie uwierzysz. Ale postaram ci się opisać CZYM jestem. - śnieżne oczy patrzyły w oczy Eliah'a wywołując w nim dreszcz podniecenia i uspokojenie zarazem. - Zacznijmy od tego, że mnie szukałeś. Bo czyż nie jest prawdą, że szukałeś kogoś takiego ja ty sam? A ja jestem tym wszystkim, czym jesteś ty. Też zostałem wzgardzony. Wzgardzony za miłość, za nieposłuszeństwo, za chęć dawania woli samostanowienia. Nie chciałem nad sobą władzy absolutnej. I nie chciałem, aby ktoś cierpiał w moim imieniu i za mnie. Na swój sposób też byłem i jestem chory. Nie jest to ziemska choroba, czy też ziemski wirus. To wszystko, co ziemskie, nie jest warte opisywania, gdyż w PRZESTRZENI Ziemia to tylko ziarno piasku. A ja jestem UKOJENIEM. I ty dostąpisz ukojenia. Wiecznego...
- Ale jak... Jak to wszystko... Dlaczego? Ja? - Eliah nic z tego nie rozumiał.
- Teraz stanę przed tobą TAKIM jakim JESTEM. Spójrz i zapamiętaj. Później będziesz tylko ty i twój STAN ukojenia...
Głos zaczął się cofać. Płynął w BIELI, rosnąc postacią w oczach. Teraz Eliah, prócz owej pięknej twarzy, zaczął widzieć resztę postaci. Przed oczyma pojawiły mu się barki, zza których ku jego zdziwieniu pojawiły się piękne, białe skrzydła. Z barek spływała długa biała szata. Głos był delikatny a zarazem potężny. Postać budziła swoim wyglądem strach i uwielbienie. Eliah patrzył i patrzył, nie mogąc wyjść z podziwu.
- Czy chcesz poznać me imię Eliah'u? - zapytał Głos.
- Chcę! - odpowiedział Eliah.
- Imię moje to Nikt. Imię moje to Przeklęty. Imię moje to Wzgardzony. Mówią do mnie Wypędzony. Imion mych milion i jeden.
- Nic z tego nie rozumiem! - Eliah słabiutko krzyknął.
- A ty mów mi po prostu - Lucyfer...

Robert "Wooya" Gaudyn [ wooya@2loud.net.pl ]
2loud.net.pl


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści