
Głośny, piskliwy dźwięk budzika niemal rozsadził mi głowę. Odruchowo sięgnąłem po niego, po czym go wyłączyłem. Otworzyłem oczy i od razu zostałem wyrwany z miłej, sennej rzeczywistości prosto w szpony prawdziwego, brutalnego świata. Zasnąłem przy komputerze, podczas pisania ważnego dokumentu dla szefa. Jeśli tego nie skończyłem, to równie dobrze mogę się pakować i ruszać w poszukiwaniu nowej roboty...
Potrzebowałem krótkiej chwili na całkowite rozbudzenie się. Prawdę mówiąc, więcej czasu nie miałem. Na monitorze w edytorze tekstu wypisany był cały dokument... Prawie cały, pozostało mi wpisanie ostatniego zdania, ale to na szczęście mogłem jeszcze zrobić.
Udało mi się uwinąć. Nawet nie pamiętam momentu, gdy zasnąłem. Nie jest to jednak teraz ważne.
Kiedy drukarka skończyła wypluwać z siebie ostatnią, gęsto pokrytą drukiem kartkę, ja już byłem przebrany i gotowy do wyjścia. Nie ma to, jak motywacja małą ilością czasu.
O godzinie piątej rano na ulicach prawie zawsze nikogo nie ma. Noc zaczyna delikatnie przechodzić w dzień, a niebo ma wtedy kolor kulki kurzu, stopniowo się rozjaśnia, by w końcu przeistoczyć się w jasnoniebieską masę, po której leniwie przetaczają się liczne obłoki białych chmur. Nadchodzą gorące dni, a ten jest pewnie pierwszym z nich.
Szybko dobiegłem na pobliski przystanek autobusowy, chciałem mieć pewność, że ja i autobus się nie miniemy. Całą ławkę na przystanku zajął jakiś bezdomny, okrywający się gazetą z datą z poprzedniego tygodnia.
Na rozkładzie jazdy wyraźnie pisało, że do przyjazdu pierwszego autobusu mam jeszcze jakieś dziesięć minut, ale chyba poczekam sobie dłużej, jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że kierowcom nie musi być śpieszno do pracy.
Jeszcze raz przejrzałem dokumenty dla szefa. Osiem stron tekstu. Nie mam pojęcia do której w nocy nad tym siedziałem, ale na pewno do bardzo późna. Aż dziw, że się od razu po pierwszym dzwonku budzika zbudziłem. A przecież to taki zwykły, niczym nie wyróżniający się zegarek z wbudowanym elektrycznym dzwonkiem, z podświetlaną tarczą. Do tego na zwykłe baterie, a nie jakieś wymyślne duże, czy małe. Po prostu zwykłe, pospolite "paluszki". Taki mały, a taka moc...
Z rozmyślań nad moim budzikiem wyrwało mnie krótkie chrapnięcie bezdomnego. Może dziwnie by to wyglądało, ale gdyby teraz był dzień, a w pobliżu przechodziłoby wielu ludzi, też stałbym tak obok tego człowieka, czekając na autobus. Mimo, że przy wielu spojrzeniach nieswojo się czuję, jakby wszyscy mnie o coś oskarżali, chcieli coś wypomnieć. A już na pewno, gdyby zobaczyli dobrze ubranego, młodego człowieka tuż obok bezdomnego starca, którego nawet nie stać na nową gazetę. Moja wina, że facet spadł na dno? Każdy wytyka palcem innych, a sam może tak skończyć. Taki człowiek stracił wszystko, a jednak wciąż się trzyma życia, nie poddaje się. A jeśli do tego walczy, by polepszyć swój marny byt, to tym bardziej zasługuje na szacunek, a przynajmniej z mojej strony.
Ale kto to może zrozumieć? Ludzie sukcesu, przez których ręce każdego dnia przepływają setki banknotów, a umysły zaprzątają tylko myśli nad kupnem nowego, większego i na dłuższą metę nikomu niepotrzebnego luksusowego domu...?
Autobus podjechał dwie minuty po czasie, czyli kierowca musiał należeć do tych bardziej chętnych do pracy. Ostatnio na świecie takich ludzi jest mniej. Ja niestety siebie zaliczam do grupy niechętnie pracujących, ale gdybym miał innego, lepszego szefa? Kto wie. W każdym razie teraz musiałem dotrzeć do biura, nim ten zgred przyjdzie do pracy. W innym razie będę na najlepszej drodze do spania na ławkach w przystankach autobusowych.
Ku mojemu zdziwieniu, w autobusie siedziały dwie osoby; starsza kobieta, oraz jakiś młodszy facet wyglądający na biznesmena. Zapłaciłem kierowcy za przejazd i usiadłem w trzecim rzędzie.
Świat za oknami mknął obok mnie nawet nie zwracając na to uwagi. Mijałem stare budynki tuż obok nowych, parki tuż przy ulicach, szykujących do otwarcia swe kioski ludzi. Mimo że wciąż była wczesna pora, miasto powoli się budziło. Co jakiś czas można było zauważyć jakąś osobę zmierzającą z pewnością do swojego miejsca pracy. Codzienna powtarzalność, zakłócana tylko w czasie weekendu, gdy większość ludzi nie pracuje, a uczniowie nie idą do szkoły.
I oto, po piętnastu minutach jazdy autobusem o godzinie 5.37, z dwoma pasażerami w środku (nie licząc mnie), dojechałem do budynku firmy, której szefowi muszę zanieść bardzo ważne dokumenty. Nie dość, że jestem grubo przed czasem, to jeszcze należy dodać, że wszystkie dokumenty które trzymam w ręce, są jak najbardziej tymi, których napisanie wymusił na mnie szef. Całonocna harówa tylko po to, żeby mnie nie wyrzucili z pracy... Muszę chyba zmienić nastawienie do życia...
Mijając stanowisko sekretarki, której jeszcze nie było, pozwoliłem sobie na zastanowienie się, dlaczego jej nie przydzielono do zrobienia tego, nad czym siedziałem całą noc. Przecież od takich rzeczy jest właśnie ona.
Refleksje szybko odeszły, gdyż musiałem pokazać mój identyfikator ochroniarzowi, który czekał na zakończenie swej zmiany. Człowiek ten wyglądał, jakby jego ulubioną rozrywką było nie-spanie, z równoczesnym popijaniem kawy. Nawet teraz trzymał w ręce biały, plastikowy kubeczek z parującą kawą. Gdzieś wyczytałem, że nocna zmiana zmienia człowieka nie tylko zewnętrznie, ale także wewnętrznie. Ale za wiele z tego, co czytałem już nie pamiętam. Tak, czy inaczej, kto nie lubi spać, śmiało może ruszać na nocne zmiany. Połączy przyjemne z pożytecznym.
Wezwałem windę. Drzwi otworzyły się od razu. Nic dziwnego, zresztą; przecież to początek dnia, nikt jeszcze tutaj nie przyszedł, a ostatnia osoba, która wychodziła, z pewnością skorzystała z takiej wygody, jaką daje winda.
Ja musiałem z tej wygody skorzystać. Mi zależało na czasie. Poza tym nie uśmiechało mi się wchodzenie po schodach na dziesiąte piętro. Zwykle pracuję na drugim, więc nie jest to zbyt wysoko, z tego powodu też rzadko korzystam z windy. Teraz jednak wybrałem szybszą, oraz wygodniejszą drogę.
Tak, winda to jeden z lepszych wynalazków XX wieku. Pecha mają ludzie z klaustrofobią. Muszą tyle po schodach wchodzić... Mniejsza o to.
Proszę bardzo, dziesiąte piętro wybrane, teraz chwila jazdy w górę i... I nic nie czuję. Jak winda jedzie w górę, bądź w dół, czyli kiedy się porusza, to siłą rzeczy człowiek wyczuwa ten ruch... A teraz nic. Spojrzałem na elektryczny wskaźnik, pokazujący, które piętro właśnie mijam. Z tego co mi wiadomo, a wiem to na pewno, bo nie raz jechałem ta windą, powinny się tam wyświetlić czerwone liczby, jak w zegarku elektrycznym. Ale nic tam nie było. Czarna, odbijająca moją postać powierzchnia. Coś tu się dzieje. I to chyba nie jest normalne.
Spokojnie, tylko spokojnie. W takich sytuacjach należy przede wszystkim zachować praktycznie stoicki spokój. Nacisnę po prostu przycisk STOP i... Nic. Dalej nic nie czuję, żadnego szturchnięcia, szarpnięcia, czy czegokolwiek. To mi się nie podoba.
Spróbowałem nacisnąć jeszcze kilka innych przycisków na konsolecie, ale tak jak z poprzednim, nic się nie działo. Żeby chociaż te drzwi się rozsunęły...
Spróbowałem sam je rozsunąć, włożywszy palce między ciasną szczelinę pomiędzy nimi. Zaparłem się z całej siły, ale znowu bez rezultatu.
- Co się dzieje, do jasnej cholery?! - pozwoliłem sobie na chwilę zwątpienia. Nie, nie wolno mi wpadać w panikę.
Ochroniarz! On jest w budynku, może jak go zawołam...
Po kilku minutach bardzo głośnego wydzierania się, dotarło do mnie, że facet najzwyczajniej w świecie mnie nie słyszy.
No cóż. Będę musiał sobie tutaj poczekać, aż ktoś w końcu przyjdzie do budynku i będzie chciał skorzystać z windy. Może to będzie nawet szef? Jak tak, to powiem, że mam dokumenty do rąk własnych Pana Szefa.
Pana Szefa. Chyba musiałby mi zapewnić kilkumilionową podwyżkę od zaraz, żebym tak na tego wariata powiedział.
Zacząłem coraz bardziej się pocić. Nie jestem w stanie nic na to poradzić, w końcu gorące dni niemal biegły, aby do nas dotrzeć, a i trzeba jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że znajduję się w dosyć małej windzie. Nie dość, że było cholernie gorąco, to jeszcze powoli duszność zapanowywała w tym niewielkim miejscu.
Usiadłem w kącie, bo co innego mogłem zrobić? Dokumenty położyłem obok, w końcu nie będę ich trzymać cały czas. A mój pobyt w windzie mógł potrwać nawet godzinę. Z tą myślą spojrzałem na zegarek. Dziwne, ale wskazówka odpowiedzialna za sekundy nie poruszała się. No pięknie, tego mi było trzeba. Zegarek, który działał bezawaryjnie przez jakieś pięć lat, akurat teraz musiał zastrajkować. Godzina, na której się zatrzymał to 5.38. Czyli w tym momencie, gdy wszedłem do windy. Co to, jakiś Trójkąt Bermudzki w budynku?
Wstałem i spróbowałem raz jeszcze z przyciskami na konsolecie. Nic. Właściwie to czego się spodziewałem? Że awaria sama przejdzie? W dzisiejszym świecie nawet katar nie chce sam przejść...
Nagle do głowy wpadł mi pomysł. Spojrzałem w górę. Oczywiście było wyjście awaryjne. Znaczy się, to na górze. No proszę. Otworzę je i po kłopocie.
Wyciągnąłem rękę i okazało się, że winda wcale nie jest taka wysoka. Fakt, klamki wyjścia awaryjnego dotykałem tylko opuszkami palców, ale spodziewałem się raczej, że aby tego dokonać, będę zmuszony skakać. W sumie to i tak na jedno wyszło, ale jednak byłem w stanie dotknąć "sufitu" windy, stojąc na jej "podłodze".
Ustawiłem się dokładnie pod klamką, wyciągnąłem rękę i podskoczyłem. Miałem nadzieję złapać ją odpowiednio, po czym klapa sama by opadła, zmuszona przez grawitację. Ale nic takiego się nie stało. Z pewnością źle trafiłem palcami. Albo w ogóle nie trafiłem. W każdym razie spróbowałem raz jeszcze. Później jeszcze raz. Za każdym razem miałem pewność, że trafiam za klamkę, że prawie ją mam, gdy tymczasem nic się nie działo.
Postanowiłem chwilę odpocząć, w jakiś sposób zebrać myśli, gdyż naprawdę nie miałem pojęcia, co się dzieje. Chyba było coraz cieplej. A już na pewno mi było gorąco. Spociłem się wystarczająco, by koszula przykleiła mi się do ciała. Podciągnąłem rękawy, ale to raczej nie pomogło. Tak, robiło się coraz cieplej, a gdy próbowałem się domyślić, co będzie dalej, widziałem tylko trupa w windzie, któremu zabrakło tlenu. Okropna śmierć. Wolałbym już raczej zasnąć i się nigdy nie obudzić, niż próbować odetchnąć ostatnimi cząsteczkami tlenu, które i tak nie będą w stanie mnie uratować.
Cóż za ironia! Człowiek sam wydycha dwutlenek węgla, to prowadzi do zmniejszenia ilości tlenu. A przynajmniej w moim położeniu tak było. Ja sam miałem stać się przyczyną swej własnej śmierci.
Nie, nie chciałem tak skończyć. Znów spróbowałem złapać za klamkę, choćby ją musnąć, żeby wiedzieć, że ona tam jest. Mój jedyny ratunek. Kilka razy już czułem, że ją mam, kiedy palce ześlizgiwały się z niej. W końcu, naprawdę nie mam pojęcia w jaki sposób, udało mi się włożyć palce za klamkę. Ale klapa nie opadła. Właściwie to nawet klamka się nie poruszyła.
To chyba byłby śmieszny widok dla przypadkowego obserwatora - dorosły facet wiszący tuż nad "podłogą" windy, prawą ręką trzymający klamkę, a lewą opierający się o rozsuwane drzwi. Mimo to wciąż nie było żadnego widocznego efektu moich starań.
Puściłem klamkę i lekko opadłem na nogi. Prawdę mówiąc, czułem powoli narastające zrezygnowanie. Co się do cholery działo? Co ja właściwie robiłem w tym miejscu? Miałem tylko oddać kilka zapisanych kartek szefowi i cieszyć się, że mnie z pracy nie wywali. A teraz? Utkwiłem w jakiejś wadliwej windzie, z której podczas awarii nie da się wyjść! Tak być nie powinno!
Nie powinienem panikować. Panika to mój wróg. Trzeba się uspokoić. Za chwilę ktoś otworzy te przeklęte drzwi i wreszcie stąd wyjdę. Tylko nie mogę panikować.
Ciekawe, kogo tak naprawdę oszukuję...
Jednak koniecznie chciałem widzieć przed sobą ten malutki promyk nadziei, który by mnie dalej utrzymywał przy zmysłach. W takich sytuacjach po prostu się wariuje. Ja nie chciałem tak skończyć... Cholera jasna, przecież miałem oddać tylko dokumenty! Już chyba nawet zapomniałem, czego tak naprawdę dotyczyły...
Usiadłem na podłodze, wziąłem do ręki osiem kartek, które były moją jedyną nadzieją na dalszą pracę w tej przeklętej firmie. Zacząłem czytać, ale już po pierwszym zdaniu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Nie pamiętałem, abym takie coś pisał... Szybko przeleciałem wzrokiem po każdej kartce i nie doszukałem się zdania, które pamiętałbym, że zapisałem w nocy.
Rano, jak się zbudziłem, dopisałem jedno zdanie. Ostatnie. Zajrzałem na ósmą stronę, ale nie znalazłem "Wszystkie wykresy, oraz obliczenia znajdują się w załączniku".
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
Zacząłem czytać wyrywkowo różne zdania. Ten durnowaty szef zlecił mi spisanie wszelkich korzyści i strat jego firmy, jeśli zainwestowałby w pewien bardzo ryzykowny projekt. Pół dnia i chyba większą część nocy nad tym siedziałem. Była to tak żmudna i nudna robota, że tylko zagrożenie w postaci utraty pracy nakazywało mi to wszystko spisywać, obliczać... A co było na tych kartkach?
Patrząc z oddali na nie, można było dojść do wniosku, że są logicznie zapisane. Kiedy człowiek się przyjrzał dokładniej, zauważał zdania typu: "Hjklfdsjlwe jdlsaj jdpsaop jklcjal, BN xkyhe jnklzuyie.".
W tym momencie dotarło coś do mnie. Zaczynałem wariować. Zanosiło się na to już od dawna, a tutaj, w tej przeklętej windzie moje szaleństwo nareszcie miało pole do popisu. Tylko czekać, aż przyjdą panowie w białych kitlach z kremowym kaftanikiem w rękach, a jakaś pani doktor będzie trzymać strzykawkę z przeźroczystą cieczą, której nazwy żaden normalny człowiek nie potrafiłby wymówić...
Co ja gadam! Co się ze mną, do cholery dzieje? Siedzę w dusznej windzie, zlany potem, odkrywam, że dzisiaj prawdopodobnie pożegnam się z pracą, której i tak nie lubiłem, a martwię się, że zamkną mnie w wariatkowie? Niech najpierw otworzą te przeklęte drzwi, do jasnej cholery!
Tylko spokojnie, tylko spokojnie. Jestem zdenerwowany, winda po prostu zacięła się na półpiętrze, konserwatorzy z pewnością zapomnieli sprawdzić wyjście awaryjne u góry, a ktoś w końcu się zjawi. Musi się zjawić, prawda? Prawda. Przecież to jest duża firma, a większa część personelu pracuje na wyższych piętrach. W końcu ktoś MUSI zauważyć, że coś jest nie tak z windą... A ja jestem trochę zdenerwowany całą tą sytuacją, dlatego źle widzę literki na dokumentach...
Jeszcze raz spojrzałem na osiem kartek zapisanych w całkowicie nielogiczny sposób. Ścisnąłem je wszystkie i rzuciłem w rozsuwane drzwi windy. Niestety, żadna z nich nie doleciała do celu, wszystkie natomiast ładnie ułożyły się na "podłodze". Przynajmniej mam dywanik. Albo prześcieradło, będę się mógł położyć. Brakuje mi tylko jakiejś gazety robiącej za kołdrę. Mogłem się spytać gościa na przystanku autobusowym, czy nie mógłby mi pożyczyć jednego egzemplarza.
"A po co panu?" z pewnością by spytał.
"A, bo wie pan. Wybieram się na dziesiąte piętro windą i chciałbym wtedy chwilę się zdrzemnąć."
"Skoro tak, to bierz pan. Ja mam tutaj jeszcze cały zapas z poprzedniego tygodnia."
Skoro już mowa o śnie, to nie był to nawet taki zły pomysł. Może nie czułem wielkiego zaspania, ale przecież dzisiaj wstałem o tak wyjątkowej porze, że właściwie nie pamiętam, abym kiedyś o tej godzinie wstawał.
Spojrzałem na zegarek. 5.38. To musi coś oznaczać. Pewnie sam Bóg w niebiosach w ten sposób chce mi przekazać, żebym się porządnie wyspał. Kto wie, może dzisiaj będę musiał uratować świat, a trochę głupio by wyglądało, jakbym w tym samym czasie mrużył oczy i ziewał.
Jest też inne rozwiązanie. Taki Batman na przykład, to nosi maskę naciągniętą na oczy i nikt nie może stwierdzić, czy mu się chce spać, czy nie. Albo najlepiej sprawić sobie, tak jak Spider-Man, maskę zasłaniającą całą twarz? Wtedy mógłbym nawet ziewać do woli i nikt by nie zauważył... Trzeba będzie nad tym później pomyśleć, bo jak przyjdzie już do ratowania świata, to nawet na myślenie nie będę miał czasu.
Położyłem się na kartkach papieru, zapisanych w taki sposób, jakbym wpuścił kota na klawiaturę, i patrzyłem w górę. Czy windy też mają wolne godziny pracy? Jeśli ostatnia osoba opuszcza budynek, to chyba muszą sobie odpocząć? Jeśli tak, to chyba zaczynam rozumieć, dlaczego nie chce ruszać. No to sobie poczekam. Szkoda, że nie wziąłem budzika. Ale wtedy bym się posunął do naprawdę drastycznych środków. Jednak teraz była sytuacja naprawdę nie cierpiąca zwłoki. Do tego wszystkiego, byłem jeszcze ja. Gotujący się w miejscu, w którym normalnie nikt się nie znajduje o godzinie 5.38. A właściwie to mój zegarek się zatrzymał, więc nie miałem większego pojęcia, która jest tak naprawdę godzina. Ale jeszcze się nie ugotowałem, co oznacza, że słońce jeszcze mocniej nie przygrzało, z czego wnioskować można, że jeszcze jest wczesny ranek. Może do południa ktoś w końcu otworzy windę? Więc co ja mogę robić? Po prostu odeśpię nieprzespane godziny...
Tak, jasne. Mówić to jedno, a zrobić - drugie. Winda, z całym należnym jej szacunkiem, była tak niewygodna, że raczej do spania się nie nadawała. Chyba jest to jakiś przestarzały model, stworzony tylko do stania... Ale ja nie chciałem stać. To by nie miało najmniejszego sensu. Na stojąco bardzo trudno się śpi, a jest wielce prawdopodobne, że się upadnie i koniec ze słodkim chrapaniem. Żebym chociaż miał poduszkę...
Nie mam pojęcia, co się stało i dlaczego, ale winda chyba ruszyła. A przynajmniej ogarnęło mnie takie uczucie, jakbym jechał do góry. Zdziwiony tak nagłą zmianą sytuacji spojrzałem na konsoletę. Żaden przycisk się nie świecił. Elektryczny wskaźnik nad drzwiami także nie wykazywał jakichś oznak uruchomienia. Może mi się zdawało? Podobno istnieje coś takiego, co się chyba nazywa efektem placibo, albo placebo. Ma to polegać na tym, że człowiek coś sobie podświadomie wmawia i w to wierzy, nawet jeśli to nie jest prawdą. A z reguły prawdą nie jest.
W takim razie postanowiłem się tym nie przejmować, w końcu nie można dać się zwariować. Tak bardzo chcę, aby ta winda ruszyła, że mój umysł płata mi po prostu figle. Zignoruję to po prostu i będę sobie leżał dalej... Ale co dalej? Mam tak leżeć do końca? A jeśli ludzie postanowili nie używać już tej windy? Zbudują obok nowy szyb, a ten cały zamurują i tak zostanę?
Nie, przecież tak zrobić nie mogą. Bo nie mogą, prawda? Sam już nie wiem. Zdaje się, że ludzie pokroju mojego szefa mogą wszystko. I to naprawdę...
Winda wciąż jechała w górę. A raczej zdawało mi się, że wciąż jedzie. Przecież żadnego mechanizmu nie uruchomiłem, a nic się nie wyświetlało. Trzeba myśleć racjonalnie, patrzeć na różne rzeczy z dystansem, bo inaczej skończy się w pokoju bez klamek. Chociaż miejsce, w którym się znajdowałem, też można byłoby określić takim samym mianem. Lecz zamiast zwykłych drzwi, ja mam luksusowe, rozsuwane. Prawda, zacięły się, ale sam fakt się liczy.
Robiło się trochę chłodniej. I dobrze, bo nim ktoś by otworzył wreszcie windę, ja już bym się w niej ugotował.
Wciąż leżąc, poczułem, jak prędkość wjeżdżania w górę drastycznie się zwiększyła. Cholera, czyżbym aż tak bardzo pragnął, żeby ta kupa żelastwa ruszyła? Jedno jest pewne - kiedy opuszczę tą felerną windę, do żadnej innej już nie wejdę.
Usłyszałem szum, tak jakby dochodził z zewnątrz. Odwróciłem tak głowę, żeby spojrzeć na rozsuwane drzwi, ale przez małą przerwę pośrodku nie dojrzałem nic. Ciemność, a w niej nic. A czego się spodziewałem? Że wrota się otworzą, a za nimi pojawi się wielki skarb?
Właściwie, to jeszcze nie próbowałem starego triku z Sezamem. Może oklepany, ale co mi szkodziło spróbować?
Wstałem i rzeczywiście poczułem, jakbym się wznosił w górę. Naprawdę, moja wyobraźnia musiała na mnie tak mocno działać, że nie potrafiłem nad tym właściwie zapanować.
Poprawiłem jednak koszulę, dłonią przeczesałem włosy, stanąłem pewnie na obu nogach i pewnym głosem rzekłem prosto do drzwi windy:
- Sezamie, otwórz się.
Oczywiście, nic się nie stało. No, może zaczęło mi się zdawać, że winda zwolniła trochę, po czym właściwie przestała "jechać" w górę. Wszystko wróciło do normy. Już nie czułem unoszonej windy, właściwie, to nic nie czułem. Tak, jakbym przed chwilą wyszedł z dosyć mocnego zamroczenia umysłu. Ciekawe to uczucie, muszę przyznać. Nie wiesz, co się dzieje dookoła ciebie, nie masz pojęcia, co tutaj robisz... Tylko bezwładnie się rozglądasz...
Znów usiadłem w rogu windy, tak, żeby mieć naprzeciwko siebie drzwi. Postanowiłem opuścić to cholerstwo wszelkimi możliwymi sposobami, więc musiałem wymyślić coś, czego jeszcze nie próbowałem, a warto byłoby zaryzykować.
I wtedy zgasły światła.
* * *
Trzem technikom wreszcie udało się otworzyć zablokowane drzwi do windy. Trzem technikom! Przecież takie rzeczy powinien robić jeden. Szef firmy stał za nimi, cały czas przyglądając się ich pracy, nie mogąc przy okazji uwierzyć, że coś takiego się stało. To pierwszy i miał szczerą nadzieję, że ostatni taki przypadek. Zablokowana winda pośród jego zabieganego zespołu pracowników to prawdziwy koszmar. Jeszcze ci z czwartego piętra mogą to jakoś przetrwać, ale personel ósmego, czy dziewiątego piętra?
Jeśli ta winda w jakimś stopniu jest nie do użytku, bezzwłocznie będzie musiał dokonać zakupu nowej. I to go wyniesie kolejne koszty... A tak przy okazji, to gdzie był ten pracownik, który miał mu obliczyć bilans strat i zysków? Przecież miał te dokumenty dostarczyć dzisiaj...
- Proszę pana?
- Słucham? - z zamyślenia wyrwał go głos jednego z techników.
- W zasadzie winda nie jest uszkodzona, jedynie drzwi coś szwankują. Ale to się naprawi. A przy okazji, w windzie leżały te kartki.
Wziął je do ręki i szybko przejrzał. Oto był jego bilans... Ale co te kartki robiły w zablokowanej windzie? I gdzie się podział ten chłopak, któremu on zlecił napisanie tego wszystkiego?
11 X 2005
T#M
[ tig3000@gazeta.pl ]
|