|
Już tydzień minęły od mojego spotkania z "egzorcystami". Nic się nie odzywają. Ale mimo wszystko ciągle się boję, że ich spotkam. Przestałam chodzić do kościoła. W ogóle przestałam chodzić za kościół, bo zdaje mi się, że tam mieszkają. Schizy, schizy i jeszcze raz schizy! Koszmar! Boję się już nawet wyjść z domu. A najgorsze jest to iż ja... właściwie nie wiem czemu się ich do cholery boję! Po prostu czuję do nich jakieś dziwnie odpychające uczucie. Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Ciągle nie mam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Kiedy do cholery zapomnę o tym wszystkim?! Chyba nigdy...
Siedziałam sobie na parapecie czytając. Za oknem zbierało się na burzę. Rodzice wyjechali. Zabrali mi klucze i zamknęli drzwi na wszystkie zamki abym nie wychodziła i nikogo nie spraszała. Belfegor spał sobie słodko na monitorze. Nie wiem czemu ale ten kot po prostu uwielbiał to miejsce. A nader bardzo kochał zamiatać mi ogonem po ekranie kiedy grałam. Radio cicho nadawało Rock FM. Blade Loki groźnie ryczały "Korowód". Panowała taka miła leniwa atmosfera. Było tak spokojnie. Zbyt spokojnie. Wiedziałam że coś zaraz się stanie. W moim życiu nigdy nie było dłuuugich miłych chwil. I oczywiście zaraz gdy tak pomyślałam wyłączyli prąd. Na całym osiedlu Dębina zgasło światło. Kurde! Zanim doszłam do biurka po świeczkę (tilajt of kors) wywaliłam się kolejno o plecak, Belfegora, kapcie, tapczan i pufę. Gdy zapaliłam świeczuszkę, odetchnęłam. Brrr. Nie znoszę absolutnych ciemności. Postawiłam tilajta na biurku i usiadłam. Niewinna świeczka. Nie. Zbyt złe wspomnienia. Wzięłam ją i poszłam do salonu szukać w barku innego źródła światła. Belfegor podążył za mną. W drzwiach salonu zatrzymał się, wygiął grzbiet i potężnie syknął. W pierwszej chwili myślałam iż kot się wygłupia ale zaraz poczułam dziwną aurę. Taki specyficzny powiew jaki poczułam tej masakrycznej nocy.
Podniosłam świeczkę i wrzasnęłam. Omal nie wyleciała mi z ręki. Na środku pokoju stał wysoki facet. Ubrany był w szary, prochowcowy płaszcz. Miał długie, do samej ziemi włosy zaczesane w gładką kitę. W słabym świetle świeczki nie widać było jego twarzy.
"To pewnie włamywacz! Albo jakiś zbok czy gwałciciel" - Pomyślałam. Kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Na pewno nie zdążyłabym zadzwonić do rodziców. Wrzeszczenie też znów na nic, bo sąsiedzi są już uprzedzeni, że jak się drę to najprawdopodobniej ćwiczę na koncert. Belfegor wyszedł przede mnie i znowu prychnął. Kochany kotek, ale tak mnie nie obroni.
Facet natomiast nic nie robił sobie z mojej obecności. Stał jak stał. Nie zmienił pozycji ani trochę. Zebrałam się na odwagę i z trzęsącym się gardłem wydukałam:
- Kkim ppaaan jjjest?! Ppproszszęę wyyyjśśćć.
Zero reakcji, zero odpowiedzi.
- Ttto jjest mmieszkanie prywatne!
Znów nawet się nie poruszył.
- Czzy ppan jjest głuchy???!!!
Nie reagował. Nagle przeszło mi przez myśl, że może być jednym z tego zakonu egzorcystów.
- Jest pan jednym z egzorcystów?!
Sylwetka nieznajomego zatrzęsła się jakby od śmiechu. Nieznacznie posunął się do przodu. Kot prychnął i wygiął się jeszcze bardziej.
- Mów pan do cholery, bo zawołam policję!!!
Facet wolnym krokiem posuwał się w moją stronę. Nie wytrzymałam napięcia. Pobiegłam do kuchni i złapałam długi, ostry nóż do chleba. Stanęłam przy drzwiach i wrzasnęłam z całej siły.
- Podejdź tu tylko sukinkocie a rozwalę ci krtań!
- Czyżby? - usłyszałam za sobą lodowy głos.
Odwróciłam się pośpiesznie. Nieznany mężczyzna stał teraz za mną. Nie mam pojęcia skąd by się tam wziął! Z wrażenia aż upuściłam świeczkę i nóż. Tilajt spadł na dywanik kuchenny podpalając go. Nóż błysnął w ogniu koło mojej nogi. Pisnęłam i oddaliłam się od ognia. Chciałam sięgnąć do zlewu po mokrą ścierkę i zgasić płonącą słomiankę gdy znów zapadły egipskie ciemności. Dywanik przestał się palić. Nie czuć było nawet swądu towarzyszącego pożarowi. Błądząc w ciemnościach dotarłam do telefonu. Chwyciłam za słuchawkę. Drgającymi rękami z trudem wystukałam numer 997. Cisza. Brak sygnału. Cholera, przecież nie ma prądu.
- Spokojnie - znów ten lodowaty głos - Mam sprawę.
Zdrętwiałam. Strach odebrał mi mowę. Tymczasem czyjaś ręka zaciągnęła mnie do salonu. Na tle okna rysowała się sylwetka nieznajomego.
- Boisz się?
Milczałam.
- Czy się mnie boisz, pytam?
- Nnnie... - Wykrztusiłam przez zaciśnięte gardło.
- No właśnie... nie mamy zamiaru cię skrzywdzić. Na razie.
- O co chodzi?
- O ciebie.
- O mnie? - Zgasiło mnie. Czego on może chcieć ode mnie?
Przeszedł się po pokoju. Miałam wrażenie, że się zastanawia. Obszedł stół dookoła. Przystanął.
- Nie ja. My. Jesteś interesem dla nas wszystkich.
- To jakiś żart?
- JEMU bardzo spodobały się twoje zdolności.
- Komu, do cholery i jakie zdolności? - krzyknęłam - A może? Jest producentem płytowym i zainteresował się moim zespołem?
- Zdolności twojego umysłu i duszy są ogromne. Stań po naszej stronie. Porzuć Boga!
- Że jak?!?
- Nasz Pan nauczy cię w pełni wykorzystywać twoje umiejętności. - Poczułam jakąś dziwną falę od niego. - Wystarczy, że podpiszesz ten dokument... krwią.
- MAM CZCIĆ SZATANA? Wal się na ryj cwelu! Taka głupia nie jestem.
- Odmawiasz? Hmm... Obyś tego nie żałowała. - Oczy zapłonęły mu czerwienią. - Ale nie myśl, że to koniec.
- Jestem zwykłą licealistką do cholery!!! Nie mogę mieć choć trochę spokoju?!?
- Ech... głupia. Nie pojmujesz chyba niczego, o czym mówię. Nie wyglądasz na niedowiarkę. - Zmierzył mnie wzrokiem - Ale wiedziałem, że będzie mi ciężko ciebie przekonać. Wiedziałem od chwili, gdy cię poznałem Zofio Mario Wiess.
- Skąd mnie znasz dupku?! Kto ci do cholery powiedział moje imię?
- Ty mnie osobiście wezwałaś. - Uśmiechnął się demonicznie. - Dokładnie siedem dni temu poznałem smak twojej krwi.
Przybliżył twarz do mojej twarzy. Wreszcie mogłam zobaczyć go dokładnie. Twarz wąska, lekko podłużna. Wąskie usta, prosty nos. Długie, kruczoczarne włosy niesfornie opadające na ramiona. I te oczy. Zimne niczym lód i ogniste jednocześnie. Wzrok jakim nigdy nie spojrzy istota ludzka. W tych oczach odbijała się otchłań piekielna. Brązowo - czerwone tęczówki demona.
- Odejdź maro piekielna. - wyszeptałam - Odejdź lub zabij.
- Nadejdzie pora.- Roześmiał się śmiechem zimnym i ostrym jak szkło.
Odsunął się ode mnie, wstał. Stanął prosto na środku pokoju wciąż wlepiając we mnie zimne spojrzenie. Po pokoju zaczęły krążyć błękitne i czerwone smugi. Wirowały jak karuzela wokoło demona. Z każdą chwilą przyspieszały i zbliżały się do niego. W końcu wokoło mężczyzny kręciło się mnóstwo piekielnych czerwono - błękitnych kół.
- Do zobaczenia "Painmaker".- zwrócił się do mnie moim pseudonimem.
- Zaczekaj! - wrzasnęłam - Jak ty się nazywasz?! Kim jesteś?!?
- Melzamiel. Mów mi Melzamiel.
Jego sylwetka zanikła wśród wirujących promieni, które w szaleńczym tańcu zwróciły się ku górze. Włókna energii wyleciały w sufit . Rozległ się odgłos uderzenia gromu i na całym osiedlu zapaliło się światło. Belfegor wyczołgał się spod kanapy, Radio cicho nadawało Rock FM. Blade Loki groźnie ryczały "Korowód". Chwyciłam kota i mocno przytuliłam.
- Niezły hardkor. - wyszeptałam w szoku.
c.d.n.
Kyuketsuneki Hime Zelda
[ kyuketsuneki_hime_zelda@wp.pl ]
|