Przejdź do spisu treści...

W poszukiwaniu prawdy

Rozdział I

Z ciemności wyłoniła się mroczna postać. Z bladą skórą i jasnymi włosami kontrastowały czarne jak noc skrzydła. Zielone oczy wpatrywały się w ciemność. Przy boku przypasany krótki i wyjątkowo wąski miecz.Był Prosty bez żadnych zdobień, zwyczajne, i funkcjonalne narzędzie do okaleczania i zabijania. Czarny anioł rozłożył szeroko dłonie i skrzydła, wciągnął głęboko nocne powietrze. Znieruchomiał w tej pozycji, by chwilę później roześmiać się głośnym i ciepłym głosem. Zupełnie niepasującym do jego mrocznej sylwetki.
- Zawsze próbujesz moja droga, choć dobrze wiesz, że nie można się do mnie podkraść.- obrócił się w kierunku przybyłego anioła, który, a właściwie, która na pierwszy rzut oka była jakby przeciwieństwem czarnego anioła. Po pierwsze była kobietą, jej skrzydła były białe jak śnieg natomiast cerę miała ciemną, ale na tym kończyły się drastyczne różnice. Oczy obojga aniołów były łudząco podobne to samo tyczyło się barwy ich włosów.
- Ale to ty zawsze mi powtarzałeś, że zawsze należy próbować. - słowa były ciepło zabarwione, jednak gdzieś głęboko była ukryta nuta smutku.
- To było dawno. - jego ciepły głos nie zawierał w sobie nuty smutku, był on jego symfonią.
- Nie to nadal jest teraz, tylko, że później.- ciepły uśmiech na jej twarzy, który miał oddalić nastrój smutku został przyozdobiony samowolną łzą. Mężczyzna podszedł do anielicy i scałował łzę. Położył dłonie na jej ramionach, spojrzał głęboko w oczy. Ona gwałtownie się do niego przytuliła. Końce ich skrzydeł zetknęły się ze sobą zasłaniając ich do pasa. Całowali się w intymności anielskich skrzydeł. Gdy przerwali ona szepnęła. - Słyszałeś to? Ktoś albo coś się zbliża...- uśmiechnął się łagodnie.
- Wiem o tym, śledzili cię, od kiedy tylko wylądowałaś. To tylko kilka wampirów, ale co dziwne jest z nimi wilkołak.- głos ciepły, opanowany, tchnący spokojem i dodający pewności siebie.
- Wiedziałeś i nic nie mówiłeś?!- niestety ten głos, który działał w taki wspaniały sposób na ludzi na nią przestał już działać kilkaset lat temu. Cichy metaliczny odgłos wydawany przez klingę wyciąganą z metalowej pochwy zlał się z szelestem piór, gdy oba anioły odwróciły się do siebie plecami. Ona zajęła pozycję gotowości do walki, a w dłoni dzierżyła długi drewniany kołek okuty metalem by mógł być wykorzystywany wielokrotnie. On miał ręce opuszczone wzdłuż ciała, stał rozluźniony. Wrodzony instynkt piekielnych istot będących odpryskami jaźni samego Oświeconego księcia piekieł, kazał im zaatakować jakby to mogłoby się wydawać słabszego przeciwnika. Pierwszy wampir skoczył na anielicę ze szczytu jednej z na wpół zburzonych ścian ongiś wspaniałej katedry, w której wnętrzu się znajdowali. Nie zauważyła tego, obserwowała czającego się w spowitej mrokiem nawie wilkołaka. To byłby koniec gdyby była sama, ale nie była. Żadnego ruchu, który mogłoby zarejestrować ludzkie czy też nawet nie ludzkie oko. Ręka czarnego anioła trzymająca ostrze znajdowała się w górze tak, iż spadający na anielicę wampir nie miał żadnej szansy na to by uniknąć przebicia. Prawa fizyki są nieubłagane, jeżeli nie jest się aniołem lub czystym demonem. Mimo rozpaczliwej próby polimorfi wampir zakończył swoje istnienie jako odrobina pyłu rozwiana przez wiatr. Wilkołak zawył przeciągle i rozpętało się piekło. Piekło dla napastników, rzucili się całą grupą na dwójkę aniołów. On nie przesunął się nawet o milimetr, otaczała go coraz większa chmura pyłu. Ona natomiast uwijała się jak w ukropie, ale to nie było jej pierwsze spotkanie z wampirami, więc nie miała większego problemu. Ostatni przemienił się już w odrobinę pyłu i nastała chwila pozornego wytchnienia. Z przeciągłym warkotem ze swego ukrycia w mroku ruszył ku nim wilkołak. Był duży nawet jak na swoja wypaczoną rasę, miał prawie dwa i pół metra wzrostu. Pokryte sierścią palce kończyły się długimi pazurami. Zaczął biec w kierunku pary aniołów. Ona zamachnęła się by wbić kołek w serce bestii, który wbrew oczekiwaniom i solidnym metalowym okuciom rozpadł się w drzazgi. Anielica została odrzucona jednym uderzeniem szponiastej łapy, krzyknęła i upadła na ziemię z rany na ramieniu zaczęła płynąć krew. Wilk kierował się prosto na czarnego anioła. Ostrze odbiło się od włochatej piersi monstrum. Wyraz zdziwienia ukazał się na twarzy czarnoskrzydłego. Wyciągnął wolną dłoń i położył ją na ramieniu bestii, następnie spojrzał w przekrwione ślepia i smutno się uśmiechnął. Wilkołak padł na ziemię, a jego martwe ciało rozpoczęło potworną przemianę w martwe ciało człowieka, jakim był przed przemianą.
- Nienawidzę zabijać, szczególnie w ten sposób.- szepnął czarny anioł i zwrócił się do swej towarzyszki.Ona odrzucając z rąk resztki drewnianego kołka pogłaskała go z czułością po policzku.-Wiesz, dobrze, że czasem nie możemy inaczej.- powiedziała cicho, lecz stanowczo po czym objęła go, by dodać mu otuchy i przejąć połowę jego wyrzutów sumienia na swe barki. Otarła pot z jego skroni rąbkiem swej niegdyś śnieżnobiałej szaty, którą teraz pokrył kurz. Spojrzeli sobie głęboko w oczy, a w ich źrenicach nie było już ani gniewu ani strachu. To było coś wyjątkowego, coś, czego nie można zdefiniować. Z rozciętego ramienia powoli sączyła się krew, spływająca jasną strugą po jej ciele. Czarnoskrzydły spojrzał wzrokiem pełnym przerażenia, które zamieniło się w troskę.
- Trzeba się tym zająć.- schylił się chwytając sukni i rozdarł go na kawałki by zrobić opatrunek z czystego materiału. Jego oczom ukazały się smukłe nogi jakby wyrzeźbione z marmuru. Silne, a zarazem kobiece skrzętnie ukrywane pod aksamitnym materiałem. Westchnął. Z zamyślenia wyrwał go jej cichy szept.- Zawstydzasz mnie.
- Przepraszam.- podniósł się na równe nogi. Delikatnie owinął zranione ramie anielicy i nie czekając na jej reakcje uniósł ją na swych silnych rękach.
- Obejmij mnie w takim stanie nie dasz rady lecieć samodzielnie.- posłusznie wykonała jego polecenie, ukrywając lekkie zmieszanie i poniekąd satysfakcję. Wtuliła się w z ufnością w jego ciepły tors. Z niebywałą lekkością anioł o czarnych skrzydłach wzbił się wysoko i poszybował ze swą towarzyszką w ramionach do przystani...

Rozdział II

Wylądował jak najdelikatniej na białych od słońca deskach pomostu. Mimo to Angela cicho syknęła, a jej palce mocniej zacisnęły się na jego ramieniu. Spojrzał na jej twarz, była blada. W jej oczach malowało się przerażenie. Cicho wyszeptała.
- Zostaw mnie tutaj, sama dojdę do domu.- pokręcił przecząco głową.
- Nie przeszłabyś w tym stanie trzech kroków.- widząc, że zamierza protestować pocałował ją szybko w usta. Starał się nieść ją jak najdelikatniej, a zarazem iść jak najszybszym krokiem. Wreszcie wkroczył na kamienny trakt prowadzący do miasta, gdy spotkali grupę młodych aniołów. Kiedy napotkani zobaczyli jego czarne skrzydła bardzo szybko uciekli.
-Wciąż się boją.- westchnął Sky i ruszył dalej ze słodkim ciężarem w ramionach. Angela mieszkała teraz na peryferiach miasta, choć kiedyś było inaczej, ongiś mieszkała w samym jego sercu. W wielkim pałacu namiestnika ziemi, a właściwie tego skrawka góry wolnego od plugastwa. Dotarł do jej domu i ramieniem pchnął drzwi, które otworzyły się z cichym skrzypnięciem, wpuszczając kilka promieni słońca do ciemnego pomieszczenia. Z wnętrza odezwał się głos, który Sky znał tylko jako kwilenie niemowlęcia.
- Mamo! Wróciłaś.- Na dźwięk tego głosu poczuł ciepło w sercu, wróciły wspomnienia sprzed lat, zawahał się lecz szybkim krokiem wszedł do mrocznego wnętrza i ułożył drżącą Angel na stojącym pod ścianą wąskim łóżku.
- Kim jesteś? I co się stało mamie?.- nieco piskliwy, ale dość przyjemny głos nastolatki wyrażał w sobie troskę i zaniepokojenie.
- Zapal świecę i przynieś miskę z ciepła wodą oraz jakiś ręcznik.- i jeszcze po sekundzie.
-i... czystą odzież.-ton władczy nie znoszący sprzeciwu, ale także wyrażający prośbę, ton ojca, w którym można było wyczuć nutkę czułości... Dziewczyna zapaliła szybko świecę, stojąc plecami do Skya i wyszła do drugiego pomieszczenia po resztę przykazanych rzeczy. W tym czasie czarnoskrzydły przyjrzał się ramieniu Angeli. Ramię było opuchnięte i przebarwione, a tkanka wokół rany podchodziła ropą. Przyłożył dłoń do czoła anielicy, było rozpalone.
-Przynieś jeszcze zimnej wody i dodatkowy ręcznik!- krzyknął. Po chwili dziewczyna pojawiła się w drzwiach w iście akrobatycznej pozie. W obu dłoniach miski z gorącą i zimną wodą, a na przedramionach przewieszone ręczniki czyste ubranie. Wpatrywała się w podłogę by się o coś nie potknąć. Dopiero, gdy postawiła jedną miskę na stole, podniosła głowę by spojrzeć na tego, który pomógł jej mamie. I o mały włos nie upuściła drugiej miski na podłogę. Czarny znowu pokazał swój niebywały refleks i przytrzymał naczynie nim wysunęło się do końca z dłoni dziewczyny.
- Ty jesteś.... Ty jesteś...- dziewczyna-anioł wpatrywała się w twarz czarnoskrzydłego.
-Tato!- rzuciła mu się na szyję, prawie go wywracając. Poczuł na szyi kroplę wilgoci.
- Już dobrze Lea, puść bo mnie udusisz.- Delikatnie odsunął ją od siebie. Gdy podniosła głowę, zauważył, że po jej policzkach spływały łzy. - Musimy się zająć twoją mamą- powiedział cicho i odwrócił się do Angeli. Ta leżąc cicho na łóżku z przerażeniem wpatrywała się w nich. Jej policzki pokryły się czerwienią, usta drżały, a ręce niespokojnie tarmosiły strzępki ubrania. Straciła przytomność. Sky zbliżył się do łóżka i delikatnie poprawił leżącą na nim Angelę. Przemył jej twarz i ranę ciepłą wodą, by zmyć, choć trochę pokrywający jej delikatną skórę kurz. Opatrzył ropiejącą ranę, a zwinięty ręcznik zwilżony w zimnej wodzie położył na rozpalonym czole. Miał nadzieję, że to pomoże i ulży jej w cierpieniu. Denerwował się, gdy działo się jej coś złego, martwił o nią za każdym razem, gdy stawiali wspólnie czoła swoim wrogom, gdy walczyli ramię w ramię... Ale wiedział, że jest silna, że nigdy nie podda się bez walki. Jakąś chwilę siedział zamyślony i wpatrzony w jej zmęczoną, targaną co kilka minut grymasem bólu twarz. Pomyślał, że spokojny sen dobrze jej zrobi, więc wstał i cicho udał się do sąsiedniego pokoju, gdzie w ciemności skulona na łóżku siedziała Lea. Poruszyła się niespokojnie, gdy stanął w drzwiach.
- Co z mamą? - zerwała się z łóżka i zapytała szybko, patrząc na niego czujnie, by wychwycić każdy gest.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Wyjdzie z tego... - Przerwał, bo w tym momencie Lea podeszła do stołu i zapaliła świecę. Ujrzał jak bardzo podobna jest do Angeli, te same czujne oczy, opanowane ruchy, bystrość umysłu... - Zaopiekuj się nią - szepnął Sky i odwrócił się, by odejść. Nie lubił pożegnań. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, lecz tylko stała wpatrzona w niego. Wtedy usłyszeli przerażający krzyk, dobiegający z sąsiedniego pokoju. Oboje szybko znaleźli się przy łóżku anielicy. Siedziała zlana potem, wsparta na kilku poduszkach, niepewnym wzrokiem błądząc gdzieś w głębi ciemnego pokoju, głęboko wciągając powietrze. Gorączka spowodowała, że miała przywidzenia. On sam często się dziwił, jak ona to wszystko dzielnie znosi... - To był tylko sen. Jesteś już bezpieczna
- Silne dłonie Sky'a głaskały jej policzek z zadziwiającą delikatnością. Aż sam się zdziwił, że ręce, które potrafią zabić, mogą być tak kojące. Lea uśmiechnęła się ciepło do matki i przysiadła na brzegu łóżka, lecz po chwili z płaczem przytuliła się do jej kolan, uważając by nie sprawić jej bólu swoim ciężarem. Widząc, że poczuła się lepiej, postanowił już odejść
- Jeśli będzie Ci czegoś trzeba, daj znać. Ja muszę już iść - Sky wstał i smutnym wzrokiem omiótł leżące na łóżku dziewczyny, równie piękne, jak i smutne. W ich oczach można było dostrzec zawód...
- Nie mogę zostać - pomyślał i ostatni raz spojrzał prosto w oczy Angeli, która ze zrozumieniem skinęła głową. Wiedział, że go nie będzie zatrzymywać, ona rozumiała wszystko. I tylko spływająca po policzku łza i ręce głaskające wolno ukrytą w ciepłych matczynych ramionach głowę dziecka, sprawiło mu ogromny ból...



Liftangel & Lord_s [ liftangel@wp.pl ] [ lord_s@o2.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści