|
Rozdział XIII,
czyli tam i z powrotem...
Noc przebiegła w miarę spokojnie, lecz nie obyło się bez kilkukrotnego przebudzenia. Tak to już jest, kiedy śpi się w łóżku, do którego nie jest się przyzwyczajonym. No, ale w sumie nie było na co narzekać, gdyż wszyscy jako tako żeśmy się wyspali. Po śniadaniu zdecydowałem, że muszę wyskoczyć do sklepu po nową komórkę. Jackowi i Kelly jakoś nie chciało się wstawać z łóżka i postanowili, że zaczekają na mnie w hotelu. Pieprzyć Jacka, ale na Kelly trochę się zawiodłem, gdyż w pamięci cały czas miałem jej zachowanie dnia poprzedniego - mnie i mojej ręki nie odstępowała na krok. Głupio mi było jednak o to wszystko pytać, dlatego postanowiłem, że pójdę sam i koniec. W końcu byłem już dużym chłopcem i nie potrzebowałem ciągłego towarzystwa. Ba, w tamtym czasie nawet na rękę była mi chwila samotności, gdyż tyle rzeczy wydarzyło się w tak krótkim czasie, że nie nadążałem ich wszystkich dokładnie przemyśleć.
***
Color Town to małe miasteczko na przedmieściach West, dlatego znalezienie odpowiedniego sklepu nie zajęło mi wiele czasu. Z relacji przechodniów wynikało, że u nich jest tylko jedno miejsce, gdzie można nabyć telefon komórkowy. Sklep ten mieścił się około trzysta metrów od hotelu, dlatego droga zbytnio nie wstrząsnęła moimi zmęczonymi nogami. Wszedłem do środka przez uchylone drzwi.
- Dzień dobry! - powiedziałem do wychudzonego sprzedawcy, stojącego za ladą.
- Witam - odpowiedział, jakbyśmy byli starymi znajomymi. - W czym mogę pomóc? - dodał już bardziej oficjalnym tonem.
- Chwileczkę, najpierw się rozejrz - dałem mu do zrozumienia, że znam się na rzeczy i poradzę sobie sam. W sklepie było mnóstwo telefonów nowych i używanych. Ja poszukiwałem raczej czegoś w średnim wieku, gdyż najnowsze cuda techniki momentami przyprawiają mnie o palpitacje serca. Konstruktorzy często zapominają, że komórka służy głównie do dzwonienia i pakują w swoje urządzenia mnóstwo zbędnych gadżetów. Ja owszem, lubię zabawki wielofunkcyjne, ale bez przesady.
- Może jednak w czymś pomóc?! - odezwał się sprzedawca, widząc, że błądzę wzorkiem po półkach. Ach, kocham takich natrętów, którzy starają się jak najszybciej odprawić klienta. Na dodatek zazwyczaj próbują wcisnąć mu bubel zamiast porządnego sprzętu. Ohyda.
- Dziękuję. Mówiłem przecież, że po radzę sobie sam! - podniosłem ton głosu w nadziei, że ten głupek wreszcie się ode mnie odczepi.
- Dobra, spokojnie... - z lekką nutką obrażenia odpowiedział chudzielec. Zdenerwowałem się trochę tą rozmową i jakoś straciłem ochotę na zakup telefonu w tamtym miejscu. Nie miałem jednak wyjścia i musiałem coś wybrać. W pewnym momencie w oko wpadło mi takie małe, czerwone cudeńko. Telefon ten dodatkowo nie miał zbędnych bajerów i kosztował tylko pięćdziesiąt baksów. Zawołałem do sprzedawcy, że go biorę. On ospale podszedł do półki zdjął z niej telefon i zapakował go do pudełka. Ładowarka była w komplecie, więc nie musiałem wydawać więcej pieniędzy. Po wyjściu ze sklepu od razu wyjąłem mój sprzęt z pudełka i włożyłem do niego kartę SIM. Wszystko grało, a po kilku minutach otrzymałem wiadomość tekstową. "Cześć Jack. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami jutro wracasz do domu. Wpadniemy po Ciebie pod wieczór. Trzymaj się cieplutko. Mama." Pomyślisz czytelniku, że pewnie wtedy dostałem zawału, albo czegoś w tym stylu. Mylisz się i to bardzo. Wiadomość od matki może i trochę mnie zaskoczyła, ale na pewno nie przeraziła. Do jeziora od Color było tylko kilkanaście minut drogi autobusem lub pociągiem, więc mogłem spać spokojnie. Postanowiłem, że jeszcze tego samego dnia tam pojadę i opowiem o wszystkim kumplom. To byli naprawdę dobrzy kumple, więc wiedziałem że na pewno mnie nie wsypią. Zresztą wykręciłem z nimi już tyle numerów... Martwił mnie tylko los nowopoznanych: Kelly, Jacka, no i oczywiście Kate oraz Jessici. Te dwie ostatnie przecież trzeba było odnaleźć, a w przypadku mojego powrotu do domu kontynuacja poszukiwań byłaby niemożliwa. Zdecydowałem jednak, że będę się martwił później, i że moim priorytetem jest dotarcie do kumpli. Ruszyłem w stronę hotelu Sky.
***
Kiedy o rozwoju wydarzeń poinformowałem Kelly i Jacka to nie mieli oni zbyt wesołych min. Zdecydowali się jednak towarzyszyć mi w podróży nad jezioro. Postanowili także, że kiedy ja wrócę do domu to oni będę kontynuować poszukiwania Jessici i Kate. Bardzo chciałem się do tych poszukiwań dołączyć, jednak zdawałem sobie sprawę, że będzie to mało prawdopodobne. No, bo codziennie rano musiałbym jeździć do Color i później wracać do domu na noc. Nie była to jednak rzecz nierealna i postanowiłem sobie, że dokonam wszelkich starań, aby wprowadzić to w życie.
Tym razem torbę podróżną wziąłem jedynie ja, Jack i Kelly zostawili w swoje w hotelu, który był zapłacony za tydzień z góry. Moi kompani chcieli się stamtąd wynieść i oddać mi kasę, jednak przemówiłem im do rozsądku, że w ten sposób ograniczyliby skuteczność poszukiwania dziewczyn. Autobus nad jezioro (mieściło się ono w wiosce Lake Blue) odjechał o godzinie dwunastej, a już dwadzieścia po byliśmy na miejscu. Właściwie to mogliśmy jechać tam dopiero dnia następnego, jednak ja od razu chciałem mieć jasną sytuację. No bo wiesz, drogi czytelniku - reakcji kumpli nie mogłem do końca przewidzieć, a tak miałem jeden dzień w zapasie. Podróż byłaby całkiem miła, gdyby nie bezdomny, który siedział na siedzeniu przede mną. Facet był do tego stopnia obleśny, że potrafił publicznie wyrywać sobie z głowy wszy i opróżnić przy tym ćwiartkę czystej. Szczęście, że nie czułem jego zapachu, gdyż pewnie niejednego potrafiłby powalić na deski. Jacka do tego stopnia ten bezdomny irytował, że postanowił przesiąść się kilka miejsc do tyłu. Ja nie należę do osób, które robią cokolwiek ostentacyjnie, więc siedziałem na tyłku i znosiłem dziwne zachowanie żula. Miałem także w pamięci rozmowę w parku w West i zdawałem sobie sprawę, że ludzi nie można oceniać zbyt pochopnie.
***
Kemping, na którym przebywali moi kumple znaleźliśmy bardzo szybko, gdyż był jedynym w okolicy. Harry, Joe i Alex bardzo się zdziwili, kiedy ujrzeli mnie razem z Kelly i Jackiem. Przedstawiłem ich sobie nawzajem i przeszedłem do właściwej części rozmowy.
- Oj, Steave, żałuj, że nie przyjechałeś wcześniej! - zaczął Joe.
- No, mówię ci, takie dżamprezy były, że mucha nie siada! - dodał w ekstatycznym tonie Alex.
- Ale, co ty tu właściwie robisz? - wreszcie zaczął sensownie mówić Harry.
- Nie uwierzycie. Kurwa, po prostu nie uwierzycie... - próbowałem jak najprościej wyjaśnić kolegom tajemnicę mojej wizyty. Fakt, zacząłem niespecjalnie, jednak szybko udało mi się złapać właściwy rytm. Opowiedziałem im o pobycie w nieznanej mi części West, o Danielu, o wyjeździe nad ocean i o perypetiach z Jackiem i jego znajomymi. Oczywiście pominąłem w tej opowieści kilka szczegółów, takich jak seks z prostytutką, pobicie w kasynie, czy przygodę z dwoma napalonymi nastolatkami. Wszystko to zrobiłem świadomie, bo były to rzeczy wstydliwe i na tyle mało ważne, że mogłyby przesłonić moim kumplom powagę całej sytuacji, w której się znajdowałem.
- No i jutro matka po mnie tu przyjeżdża - dodałem na zakończenie.
- Ale Steave, my jeszcze tydzień tu zostajemy. Jest tak świetnie, że powiadomiliśmy już o tym naszych starszych. Co dziwne, w ogóle nie protestowali - powiedział ochoczo Alex. Jego ciemne brwi uniosły się wtedy wysoko ponad normalny poziom.
- Pieprzysz... Z nieba mi spadliście!!! - wykrzyczałem radośnie i rzuciłem się w objęcia kolegów. - Teraz mogę z czystym sumieniem przedzwonić do matki i przekazać jej tę radosną informację. I pamiętajcie, ja cały czas jestem z wami!- kontynuowałem ekstatycznym tonem. Nic dziwnego, bo szczęście po raz kolejny uśmiechnęło się do mnie podczas tego pobytu na gigancie. W głębi duszy dość już miałem tej całej maskarady, jednak nie mogłem zostawić Kelly i Jacka w potrzebie. Poza tym chciałem Kelly poznać trochę lepiej, gdyż wydawało mi się, że ta znajomość przerodzi się w coś większego. Nie czekając dłużej, sięgnąłem do kieszeni po nową komórkę i z książki numerów wybrałem pozycję "Mama".
- Słucham cię misiaczku? - już po pierwszym sygnale odezwał się głos w słuchawce.
- Mamo, jest sprawa. Zostajemy tydzień dłużej, rodzice Joe, Alexa i Harrego już się zgodzili - zacząłem sprytnie.
- Dobrze, masz przecież wakacje. Ale co z pieniędzmi? Pewnie już masz bardzo mało. Przywieźć ci jutro trochę gotówki? - opiekuńczym tonem zapytała matka. We mnie już wtedy się gotowało, bo to oznaczało stratę sporej ilości czasu, który miałem zamiar przeznaczyć na poszukiwania.
- Nie, nie fatyguj się. Została mi jeszcze połowa z tego, co mi dałaś - skłamałem perfidnie. Z jednej strony było to kłamstwo uczciwe, gdyż nie było potrzeby naciągania rodzicielki na pieniądze, skoro ze spadku po ciotce dopiero co uszczknąłem jakieś grosze.
- Jak chcesz. W takim razie widzimy się za osiem dni. Bo chodzi o przedłużenie wyjazdu o tydzień od jutra, nieprawdaż?
- Tak mamo, zgadza się - odpowiedziałem lekko zirytowany. Czasami moja matka przesadza z tą swoją opiekuńczością. Nie wiem, po co w ogóle uparła się, żeby po mnie przyjeżdżać, skoro Lake jest o dwadzieścia minut drogi autobusem od West. Paranoja, ale matki nie da się zmienić...
- Dobrze, muszę kończyć Steave, bo klient czeka. Miłej zabawy, pa! - dodała na zakończenie mamusia.
- Cześć - grzecznie odpowiedziałem z wielką ulgą. Nie cierpię rozmów przez telefon. To nie to samo, co pogawędka w cztery oczy. A zresztą, pieprzyć to. Od tamtego momentu miałem osiem kolejnych dni wolności i dwa problemy do rozwiązania. Jeden to odnalezienie Kate i Jessici, a drugi to zagadka osoby Kelly.
- Hej, a może zostaniecie dzisiaj na noc? Mamy drugi namiot - zaproponował Joe.
- Nie, Steave, to chyba nie jest dobry pomysł... - szepnęła mi do ucha i złapała za rękę Kelly. Znowu nie miałem wyjścia. Znalazłem jednak sposób na zadowolenie obu stron.
- Zostaniemy do końca dnia, a wieczorem wrócimy busem do siebie. Pasuje? - rzuciłem w stronę kumpli.
- OK, Steave, obrócimy kilka piwek i możecie sobie jechać - żartobliwie odpowiedział Harry. Mnie jakoś te piwka nie bardzo się widziały, ale głupio było kumplom odmówić. Zresztą oni nigdy nie przesadzali z alkoholem, więc mogłem być pewien, że to będzie spokojna impreza.
- Ja myślę, dawno się razem nie bawiliśmy! - odpowiedziałem na propozycję.
- Ale nie za długo, mamy przecież jeszcze tyle do załatwienia - wyłamała się z tłumu Kelly.
- Nie przesadzaj kuzynka, przecież to tylko kilka godzin - wreszcie wydusił coś z siebie Jack.
- A ty zapomnij. Zapomnij o piciu! - nagle ze zdenerwowania zaczęła krzyczeć Kelly.
- Hej, spokojnie. Jedno góra, obiecuję - Jack nie dawał za wygraną.
- Jedno i koniec - dodałem. Kelly się uspokoiła, Jack też, a moi kumple patrzyli na nas jak na przybyszów z obcej planety.
- Kiedyś wam to wszystko dokładniej wytłumaczę - rzuciłem w ich stronę. Oczywiście nie powiedziałem im o słabostkach i przygodach Jacka bo to byłoby w stosunku do niego nie w porządku. A, że mój koleś sam nie mówił to kumple o niczym nie wiedzieli, a nawet niczego się nie domyślali.
- Nie wiem, o co chodzi, ale OK... - skwitował całe zamieszanie Joe.
***
Tak jak przypuszczałem, impreza była bardzo spokojna. Zrobiliśmy sobie grilla i gadaliśmy o życiu. Piwa za wiele się nie polało, ale to chyba dobrze, bo przecież następnego dnia mieliśmy być sprawni do dalszych poszukiwań. Kumple wiele opowiadali o swoim pobycie nad jeziorem. Nawet przy Kelly nie czuli żadnych hamulców przed chwaleniem się ilością zaliczonych lasek, czy rekordu w ilości wymiotów jednej nocy. Tak to już jest z facetami - nawet najsympatyczniejsi potrafią zachowywać się czasem jak zwierzęta. Ja w towarzystwie Kelly powstrzymałem się przed opowiadaniem o swoich dokonaniach, jednak w każdej innej chwili zachowałbym się identycznie jak moi towarzysze. To może trochę dziwne, ale tak to już jest, że otoczenie cholernie wpływa na zachowanie człowieka. Zmusza ono jego do sztuczności w zachowaniu, gdyż podświadomość wtedy informuje go, że ktoś patrzy i trzeba się pohamować lub popisać.
O godzinie dwudziestej drugiej widziałem po oczach Kelly, że ma już kompletnie dość tej całej zabawy. Nie chciałem jej narażać na totalną utratę nerwów, dlatego dałem kumplom do zrozumienia, że zwijamy imprezę. Oni wcale nie protestowali, gdyż chyba zauważyli, że z Kelly łączy mnie coś poważniejszego niż przygodna wakacyjna znajomość. Jack również się nie opierał, ponieważ był kompletnie trzeźwy. Nasze uwagi chyba do tego stopnia mu przemówiły do rozsądku, że nie wypadało mu pić. Jak widzisz, drogi czytelniku, nawet najbardziej dzikiego konia da się oswoić. No, może to trochę za dużo powiedziane, ale Jackowi na pewno należał się duży plus za zachowanie tamtego dnia.
***
Na dworze było cholernie chłodno, a my jak kretyni paradowaliśmy w krótkich rękawkach i spodenkach. Na przystanku chłód jeszcze bardziej dał nam się we znaki, więc postanowiłem otworzyć torbę podróżną i wyjąć z niej kurtkę i dwie bluzy. Były to jedyne ciepłe rzeczy, jakie ze sobą miałem. Kurtkę oddałem Kelly, bluzami podzieliłem się z Jackiem. Moi kompani byli mi bardzo wdzięczni za ulżenie w cierpieniach, a ja w głębi duszy zastanawiałem się, co bym zrobił, gdybym miał tylko jedną bluzę. Heh, pewnie Jack musiałby obejść się smakiem...
Po kilku minutach oczekiwania nasz wehikuł wreszcie przyjechał. W środku było kompletnie pusto. Na jednym z przednich siedzeń siedział jedynie ten sam bezdomny, który jechał w pierwszą stronę. Właściwie to on spał. Pewnie uchlał się i podróżował tak od rana. Ale mając w pamięci wydarzenia z parku w West, postanowiłem więcej o tym człowieku nie myśleć.
- Jak sobie wyobrażacie jutrzejsze poszukiwania? - zapytała znienacka Kelly.
- Niedaleko Color jest jeszcze jedno jezioro. Trzeba tam się wybrać - zaproponowałem, nie mając lepszego pomysłu.
- Myślisz, że tam mogą być? - zapytała Kelly z niedowierzaniem.
- Słuchaj, ja nie mam pojęcia, gdzie one są. To tylko domysł. Ale jest duża nadzieja, bo w okolicach nie ma chyba innego ciekawego miejsca, w które mogłyby pojechać dwie nastolatki.
- Ja wiem, że w domu ich na pewno nie ma - dorzucił Jack. - Podczas imprezy dzwoniłem do każdej na domowy, podając się za koleżankę, a matki mówiły, że ich córki są na wakacjach - kontynuował.
- Ale i tak dobrze, że zadzwoniłeś. Przez to całe cholerne zamieszanie nie wziąłem w ogóle pod uwagę, że mogły po prostu wrócić. Cholera, szkoda, że nie wróciły... - odpowiedziałem zrezygnowanym, ale pochwalnym dla Jacka tonem.
- Dobra, to jak nazywa się to miejsce, w które jutro jedziemy? - przerwała nam Kelly.
- Burn Village, czy coś takiego... - odpowiedziałem z nutką niepewności.
- Dobra, mam nadzieję, że to nie będzie bezcelowa podróż... - z zatroskaniem walnęła Kelly.
- Ale jak zamierzacie ich szukać?! - wyrwał się jeszcze Jack.
- Nie wiem, pomyśli się jutro. Przecież nie będziemy przeczesywać lasu. Nie, to odpada.... Popyta się ludzi, zobaczymy... - gadałem zakręcony jak uczeń wyrwany w nieodpowiednim momencie do tablicy.
- Spoko - wyjątkowo łagodnie uciął pogawędkę Jack.
***
W hotelu ustawiła się trzyosobowa kolejka do łazienki. Każdy chciał się wykąpać. Razem z Kelly doszliśmy do wniosku, że przepuścimy Jacka, a sami pogadamy sobie na osobności. Mnie ten pomysł jak najbardziej przypadł do gustu, bo od pamiętnej nocy na plaży w Light nie miałem okazji, aby z jasnowłosą sam na sam porozmawiać.
Szczerze powiedziawszy, skutki tej rozmowy przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Kelly wreszcie się otworzyła i zaczęła mi o sobie opowiadać. Okazało się, że jesteśmy w równym wieku, i że ona również pochodzi z West. Powiedziała, że do Jacka przyjechała, bo już wcześniej się na to umawiali, ale on "zapomniał" o tym wspomnieć Jessice i Kate. Kelly bardzo denerwowała się podczas tego wyznania i jakoś niespecjalnie chciało mi się jej wierzyć. Patrzyłem jasnowłosej prosto w oczy i widziałem jakąś tajemnicę. Nie zdążyłem zapytać, bo Jack wyszedł z łazienki.
***
W łóżku znowu nie mogłem od razu zasnąć. Tym razem dopadło mnie pytanie: co ja tutaj właściwie robię? Przecież mogłem jak gdyby nigdy nic wrócić sobie spokojnie do domu, a problemy Jacka i spółki mieć w głębokim poważaniu. Kelly raczej też niespecjalnie przejmowała się losem swoich dwóch koleżanek. Udawała tylko, a tak naprawdę trapiło ją coś o wiele bardziej poważnego. No, ale nie śmiałem pytać. Było mi z nią dobrze tak, jak było i nie chciałem tego zniszczyć. Wiem, że byłem głupi i samolubny, ale niecodziennie, drogi czytelniku, spotyka się taką osobę. Chciałem jej tyle powiedzieć, ale podobnie, jak w jej przypadku, coś kazało trzymać mi język za zębami. Wiem, że podstawą związku jest uczciwość i zaufanie, jednak są rzeczy, o których da się mówić dopiero po pewnym czasie. I taki właśnie był mój plan. Miałem osiem dni na dotarcie do niej i połączenie naszych umysłów. To niewiele czasu, jednak warto było próbować. Tak, wreszcie wiedziałem, co robię. Wreszcie wiedziałem, po co się pakuję w takie bagno. Wreszcie moje szalone wakacje miały jakiś cel inny niż obrócenie kilku piw i czekanie na rozwój wydarzeń. Ja wiem, że czytanie o jakiejś chorej miłości nie należy do przyjemności, ale uwierz mi, drogi czytelniku, że z Kelly było całkowicie inaczej. Kelly nie była jakąś tam panienką, którą prędzej, czy później da się zdobyć. Ta dziewczyna była dla mnie tajemnicą, którą jak dobry detektyw musiałem rozwiązać...
Zabójca
[ zabojca@buziaczek.pl ]
strona opowiadania: http://nagigancie.prv.pl
|