Czerwiec 2006      


|:  RECENZJA  :|

Stephen KingMartwa Strefa
Dusqmad

"Martwa Strefa" znana również w naszym kraju pod tytułem "Strefa Śmierci", narzuconym zresztą przez wydawcę i zupełnie tracącym swój pierwotny sens, jest powieścią należącą do tych, które Stephen King wspomina jako najlepsze w swoim dorobku. Nie jest zarazem horrorem co sprawia, że wyróżnia się na tle całej jego twórczości. Ma to swoje zalety - twarze tych, którzy szufladkują Kinga pod hasłem 'groza' mogą pokryć się lekkim rumieńcem, ma to też swoje wady - myśląc o Kingu zwykle mamy ochotę wziąć się właśnie za horror, więc inne gatunki odpadają. Mnie jednak do przeczytania tego dzieła nie zachęciło ani to, że nie jest ono horrorem, ani to, że wypadałoby sprawdzić, czy w innym gatunku Król ma swoje "Christine" - skusiłem się po prostu na rewelacyjne oceny i opinie, które zwykle bywały bardzo zgodne i pochlebne.

Znacie pana Smitha? Nie, nie chodzi mi o agenta, miałem tu na myśli Johnny'ego Smitha. Wierzcie mi, kiedyś temu facetowi powodziło się naprawdę nieźle. Nie miał co prawda własnego haremu i willi z basenem, ale do szczęścia wystarczała mu bardzo lubiana posada nauczyciela i piękna kobieta, z którą łączyło go coraz więcej. Było nieźle... Niby nikt nie ma podobnego szczytu ambicji, ale zrozumiesz w swym czasie, że to już coś. Chcecie posłuchać dalej tej historii? Rozwinę ją. Już widzę zainteresowanie na waszej twarzy zmieszane lekko z barwą znudzenia, wyrywające się pytanie - co ciekawego może tkwić w czymś tak zwyczajnym? Niestety, życie w dalszych etapach nie było już tym samym. Cholerny wypadek... Wiesz co to często oznacza - tu nie było zwykłego zderzenia, kłótni między kierowcami, czy główkowania nad wyłudzeniem niezłej kasy od firmy ubezpieczeniowej. Nie, przecież te błahe problemy nie są czymś godnym umieszczenia na taśmie zwanej życiem. Było inaczej - dwóch małolatów chciało się po prostu zabawić i sprawdzić ile to wyciągają ich wozy. Wiesz dobrze, że tacy jeszcze nie głowią się nad tym, że mogą istnieć jakieś konsekwencje. Tak, otóż to. Założę się, ze nawet przez chwilę nie zawracali sobie głowy faktem, że na ich drodze może stanąć taxi trzymając w swoim wnętrzu całkiem fajnego gościa, tego Smitha i taksówkarza, dobrego człowieka, ostatnio mocno zawiedzionego przez syna. Tego drugiego od razu minął czas, ten pierwszy miał farta, przeżył. Czy jednak można było nazwać to przeżyciem. Z początku większość sądziła, ze zostanie warzywkiem - ojciec, dziewczyna, uczniowie, lekarze. Tylko fanatyczna matka liczyła, że Bóg ma dla niego jeszcze jakieś zlecenia. I miał... Facet po prawie pięciu latach wydostał się ze śpiączki, ale to nie wszystko. Obudził się jako... jasnowidz. No tak, miał kiedyś jakieś przebłyski, ale teraz zmieniło się to w coś znacznie poważniejszego.

Na samym początku King zraził mnie swoim banalnym pomysłem na fabułę. Często ma w zanadrzu coś oryginalnego i jednocześnie jedynego w swoim rodzaju, zaś tym razem raczej się nie wysilił. Okazało się jednak, że warto było pozytywnie się nastawić i czekać kiedy autor udowodni nam, że byliśmy w błędzie i ile można wykrzesać z tak średniego i wyeksploatowanego tematu. O ile jasnowidzów nie mamy w kinie i literaturze bez liku, to jednak motyw zmieniania przyszłości, zapobiegania jakimś wydarzeniom, pojawiający się również tutaj, jest stary jak świat i leży gdzieś u korzeni tych dwóch dziedzin.

Jeśli zapytacie mnie co tak naprawdę sprawiło, że jestem zadowolony z tego, że podjąłem się przeczytania "Martwej strefy" to powiem wprost - bohaterowie. Nie mam tu jednak na myśli tego głównego, Johnny'ego, lecz Grega Stillsona. Postać ta strasznie intryguje, obrazuje jak amerykański sen może się ziścić, a przede wszystkim została opisana tak, że czytelnik pragnie doszukać się każdej, nawet najmniejszej wzmianki o jej przeszłości i często brnie przez karty powieści głównie z tego powodu. Historia Stillsona przeplata właściwie główny wątek dość często, więc można czuć się w dużym stopniu zaspokojonym. Ja jednak żałuję, ze właśnie temu bohaterowi nie została poświęcona cała książka. Nasz pan Smith jest za to dużo innym bohaterem, często zdaje się budzić podziw, czy inne uczucia, ale jest zdecydowanie za bardzo zbliżony do większości książkowych herosów, no i nie ma tej charyzmy.

Poznaliście zatem co w największym stopniu wpłynęło na fakt, że jestem na 'tak'. Jeśli jednak myślicie, że jeden aspekt może stanowić większy procent mojej oceny to jesteście w błędzie. Otóż równie wielką zaletą jak postacie okazał się tu satyryczny humor bardzo często skupiający się na chrześcijaństwie i stąpający ścieżką zarówno fanatyzmu religijnego, jak i próby zarobienia na pobożności grubej forsy. King kpi w sposób wspaniały o czym może świadczyć chociażby znajdujący się na początku książki fragment o różnych wydaniach Biblii sprzedawanych przez Stillsona, czy umiejscowiony gdzieś na dalszych stronach problem obsesji matki Johnny'ego. Gratuluję także zakończenia, które trzyma w napięciu i chwilami igra z czytelnikiem. Są chwile, w których często zdaje się nam, iż wcześniejsze założenia i  domysły okażą się błędne.

  The Dead Zone
  thriller/sensacja/kryminał
 

 

Nawet w dorobku Kinga ideały nie są czymś niebywale powszechnym, więc przejdę teraz do omawiania minusów. Jednym z takowych jest z pewnością wyraźny podział książki na dwie części. Pierwsza jest czymś na podobieństwo dramatu, choć nie brakuje jej elementów charakterystycznych dla kryminału, czy sensacji, zaś druga, której pisarz poświęcił dużo mniej stron, jest thrillerem politycznym. Nie powiem, że przeszkadza mi ta dwudzielna struktura, problemem jest za to wrażenie, któremu trudno się oprzeć po przeczytaniu mówiące gdzieś w naszym wnętrzu, że Stephen pisał tą książkę etapami lub pozwolił sobie na większą przerwę. Tak naprawdę do połowy książka momentami nudzi. Na nikłą ilość wątków raczej nie będziemy mieli okazji narzekać, ale po przeczytaniu opisu ciągle czekamy, aż autor przejdzie do właściwej części fabuły, a tymczasem zupełnie się na to nie zanosi, bierze się za to na dobre dopiero pod koniec. W istocie z pozoru najważniejsze zagadnienie poruszane w książce zgubiło się gdzieś pod tą kopulą wielowątkowości, wręcz zostało potraktowane po macoszemu. To właśnie sprawiło, że czytałem tą książkę bardziej, niż dość długo - do strony 200 brnąłem i brnąłem, resztę zaś łyknąłem w wieczór, lub dwa. Wywiera to niebagatelny wpływ na moją ocenę całości, bo gdyby wśród grzechów "Martwej Strefy" nie było jednego z głównych jak na książkowe standardy - nierówności to myślę, że ocena byłaby z powodzeniem o oczko wyższa. Ten błąd można było wyleczyć poprzez uszczuplenie książki, bo wbrew pozorom długość niekoniecznie wychodzi tym razem na dobre.

Warto jeszcze wspomnieć, że momentami książka daje nieco do myślenia. Sprawia, że zastanawiamy się nad tym jak my postąpilibyśmy w danej sytuacji znając cenę jaką będziemy musieli później zapłacić. Wspomnę chociażby na występujące tu często pytanie - "... przypuśćmy, że maszyna czasu przeniosła pana w tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi rok. Do Niemiec. I przypuśćmy, że spotkałby pan Hitlera. Zabiłby go pan, czy pozwolił mu żyć?"

Co jeszcze mi się tu podoba? Liczne nawiązania do innych dokonań Króla. Mamy tu chociażby epizod, w którym pewna bohaterka porównuje jedno z wydarzeń do książki, którą przeczytała, a jest nią... "Carrie". Będzie też kilka spotkań z postaciami, które jeszcze kiedyś odnajdziemy w innych działach Kinga, a których nie wymienię by nie psuć Wam przyjemności wynikającej z odnajdywania takich smaczków, które jednocześnie nadają smaku całości.

Kolejny raz muszę rozwodzić się na temat godnych podziwu umiejętności jednego z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy. King pokazał, że potrafi pokonać bariery horroru i radzić sobie równie dobrze w innych gatunkach. Zaskakujące w jak wielu aspektach dowiódł tu swojego talentu - świetnie umie budować napięcie, poruszać czytelnika dramatycznymi sytuacjami, tworzyć barwnych, ciekawych bohaterów, a jednocześnie zaserwować bardzo smakowitą porcję humoru, czy dać do myślenia. I to jest kolejna rzecz za którą należą mu się oklaski - uniwersalność.

Na koniec pozostaje mi jedynie polecić "Martwą Strefę". Nie jest to nic z górnej półki regału podpisanego 'King', niemniej z pewnością bardzo ciekawie będzie się Wam z nią obcowało. Radziłbym jeszcze nie przejmować się pierwszą połową i przebrnąć szybko przez te około 200 stron pomijając fakt, że czytywało się lepsze rzeczy. Później jest już z górki i nasza ocena drastycznie się zmienia. Szkoda tylko, że dopiero po tym jakby nie było dużym przebiegu zaczynamy doceniać całość. Niełatwo więc wywnioskować, że można było wycisnąć z tego więcej. Zaskakujące, gdyż zapowiadało się bardzo, ale to bardzo przeciętnie. Na szczęście w przypadku książek Stephena powiedzenie 'pozory mylą' rzadko traci swój sens.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!