|
Stephen King - Martwa Strefa
Dusqmad
"Martwa Strefa" znana również w naszym kraju pod
tytułem "Strefa Śmierci", narzuconym zresztą przez wydawcę i zupełnie tracącym
swój pierwotny sens, jest powieścią należącą do tych, które Stephen King wspomina
jako najlepsze w swoim dorobku. Nie jest zarazem horrorem co sprawia, że wyróżnia
się na tle całej jego twórczości. Ma to swoje zalety - twarze tych, którzy
szufladkują Kinga pod hasłem 'groza' mogą pokryć się lekkim rumieńcem, ma to też
swoje wady - myśląc o Kingu zwykle mamy ochotę wziąć się właśnie za horror, więc
inne gatunki odpadają. Mnie
jednak do przeczytania tego dzieła nie zachęciło ani to, że nie jest ono
horrorem, ani to, że wypadałoby sprawdzić, czy w innym gatunku Król ma swoje "Christine"
- skusiłem się po prostu na rewelacyjne oceny i opinie, które zwykle bywały
bardzo zgodne i pochlebne.
Znacie pana Smitha? Nie, nie chodzi mi o agenta, miałem tu na myśli Johnny'ego
Smitha. Wierzcie mi, kiedyś temu facetowi powodziło się naprawdę nieźle. Nie
miał co prawda własnego haremu i willi z basenem, ale do szczęścia wystarczała
mu bardzo lubiana posada nauczyciela i piękna kobieta, z którą łączyło go coraz
więcej. Było nieźle... Niby nikt nie ma podobnego szczytu ambicji, ale
zrozumiesz w swym czasie, że to już coś. Chcecie posłuchać dalej tej historii?
Rozwinę ją. Już widzę zainteresowanie na waszej twarzy zmieszane lekko z barwą
znudzenia, wyrywające się pytanie -
co ciekawego może tkwić w czymś tak zwyczajnym?
Niestety, życie w dalszych etapach nie było już tym samym. Cholerny wypadek...
Wiesz co to często oznacza - tu nie było zwykłego zderzenia, kłótni między
kierowcami, czy główkowania nad wyłudzeniem niezłej kasy od firmy
ubezpieczeniowej. Nie, przecież te błahe problemy nie są czymś godnym
umieszczenia na taśmie zwanej życiem. Było inaczej - dwóch małolatów chciało
się po prostu zabawić i sprawdzić ile to wyciągają ich wozy. Wiesz dobrze, że
tacy jeszcze nie głowią się nad tym, że mogą istnieć jakieś konsekwencje. Tak,
otóż to. Założę się, ze nawet przez chwilę nie zawracali sobie głowy faktem, że
na ich drodze może stanąć taxi trzymając w swoim wnętrzu całkiem fajnego gościa,
tego Smitha i taksówkarza, dobrego człowieka, ostatnio mocno zawiedzionego przez
syna. Tego drugiego od razu minął czas,
ten pierwszy miał farta, przeżył. Czy jednak można było nazwać to przeżyciem. Z
początku większość sądziła, ze zostanie warzywkiem - ojciec, dziewczyna,
uczniowie, lekarze. Tylko fanatyczna matka liczyła, że Bóg ma dla niego jeszcze
jakieś zlecenia. I miał... Facet po prawie pięciu latach wydostał się ze
śpiączki, ale to nie wszystko. Obudził się jako... jasnowidz. No tak, miał
kiedyś jakieś przebłyski, ale teraz zmieniło się to w coś znacznie poważniejszego.
Na samym początku King zraził mnie swoim banalnym pomysłem na fabułę. Często ma w zanadrzu coś oryginalnego i jednocześnie jedynego w swoim rodzaju,
zaś tym razem
raczej się nie wysilił. Okazało się jednak, że warto było pozytywnie się
nastawić i czekać kiedy autor udowodni nam, że byliśmy w błędzie i ile można
wykrzesać z tak średniego i wyeksploatowanego tematu. O ile jasnowidzów nie
mamy w kinie i literaturze bez liku, to jednak motyw zmieniania przyszłości,
zapobiegania jakimś wydarzeniom, pojawiający się również tutaj, jest
stary jak świat i leży gdzieś u korzeni tych dwóch dziedzin.
Jeśli zapytacie mnie co tak naprawdę sprawiło, że jestem zadowolony z tego, że
podjąłem się przeczytania "Martwej strefy" to powiem wprost - bohaterowie. Nie
mam tu jednak na myśli tego głównego, Johnny'ego, lecz Grega
Stillsona. Postać ta strasznie intryguje, obrazuje jak amerykański sen może się
ziścić, a przede wszystkim została opisana tak, że czytelnik pragnie doszukać
się każdej, nawet najmniejszej wzmianki o jej przeszłości i często brnie przez
karty powieści głównie z tego powodu. Historia Stillsona przeplata właściwie
główny wątek dość często, więc można czuć się w dużym stopniu zaspokojonym. Ja
jednak żałuję, ze właśnie temu bohaterowi nie została poświęcona cała książka. Nasz
pan Smith jest za to dużo innym bohaterem, często zdaje się budzić podziw, czy
inne uczucia, ale jest zdecydowanie za bardzo zbliżony do większości książkowych
herosów, no i nie ma tej charyzmy.
Poznaliście zatem co w największym stopniu wpłynęło na fakt, że jestem na 'tak'.
Jeśli jednak myślicie, że jeden aspekt może stanowić większy procent mojej oceny
to jesteście w błędzie. Otóż równie wielką zaletą jak postacie okazał się tu
satyryczny humor bardzo często skupiający się na chrześcijaństwie i stąpający
ścieżką zarówno fanatyzmu religijnego, jak i próby zarobienia na pobożności
grubej forsy. King kpi w sposób wspaniały o czym może świadczyć chociażby
znajdujący się na początku książki fragment o różnych wydaniach Biblii
sprzedawanych przez Stillsona, czy umiejscowiony gdzieś na dalszych stronach
problem obsesji matki Johnny'ego. Gratuluję także zakończenia, które trzyma w
napięciu i chwilami igra z czytelnikiem. Są chwile, w których często zdaje się
nam, iż wcześniejsze założenia i domysły okażą się błędne.
|
|
|
|
| The Dead Zone |
|
|
thriller/sensacja/kryminał |
|
| |
|
|
 |
|
|
Nawet w dorobku Kinga ideały nie są czymś niebywale powszechnym, więc przejdę teraz do
omawiania minusów. Jednym z takowych jest z pewnością wyraźny podział książki na
dwie części. Pierwsza jest czymś na podobieństwo dramatu, choć nie brakuje
jej elementów charakterystycznych dla kryminału, czy sensacji, zaś druga, której
pisarz poświęcił dużo mniej stron, jest thrillerem politycznym. Nie powiem, że
przeszkadza mi ta dwudzielna struktura, problemem jest za to wrażenie, któremu
trudno się oprzeć po przeczytaniu mówiące gdzieś w naszym wnętrzu, że Stephen pisał tą książkę etapami lub
pozwolił sobie na większą przerwę. Tak
naprawdę do połowy książka momentami nudzi. Na nikłą ilość wątków raczej nie
będziemy mieli okazji narzekać, ale po przeczytaniu opisu ciągle czekamy, aż
autor przejdzie do właściwej części fabuły, a tymczasem zupełnie się na to nie
zanosi, bierze się za to na dobre dopiero pod koniec. W istocie z pozoru najważniejsze zagadnienie poruszane w książce zgubiło
się gdzieś pod tą kopulą wielowątkowości, wręcz zostało potraktowane po
macoszemu. To właśnie sprawiło, że czytałem tą książkę bardziej, niż dość długo
- do strony 200 brnąłem i brnąłem, resztę zaś łyknąłem w wieczór, lub dwa.
Wywiera to niebagatelny wpływ na moją ocenę całości, bo gdyby wśród grzechów
"Martwej Strefy" nie było jednego z głównych jak na książkowe standardy -
nierówności to myślę, że ocena byłaby z powodzeniem o oczko wyższa. Ten błąd można było wyleczyć poprzez uszczuplenie książki, bo wbrew pozorom
długość niekoniecznie wychodzi tym razem na dobre.
Warto jeszcze wspomnieć, że momentami książka daje nieco do myślenia. Sprawia, że zastanawiamy się nad tym jak my postąpilibyśmy w danej sytuacji
znając cenę jaką będziemy musieli później zapłacić. Wspomnę chociażby na
występujące tu często pytanie - "... przypuśćmy, że maszyna czasu przeniosła
pana w tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi rok. Do Niemiec. I przypuśćmy, że
spotkałby pan Hitlera. Zabiłby go pan, czy pozwolił mu żyć?"
Co jeszcze mi się tu podoba? Liczne nawiązania do innych dokonań Króla. Mamy tu
chociażby epizod, w którym pewna bohaterka porównuje jedno z wydarzeń do
książki, którą przeczytała, a jest nią... "Carrie". Będzie też kilka
spotkań z postaciami, które jeszcze kiedyś odnajdziemy w innych
działach Kinga, a których nie wymienię by nie psuć Wam przyjemności wynikającej z
odnajdywania takich smaczków, które jednocześnie nadają smaku całości.
Kolejny raz muszę rozwodzić się na temat godnych podziwu umiejętności jednego z
najbardziej cenionych współczesnych pisarzy. King pokazał, że potrafi pokonać
bariery horroru i radzić sobie równie dobrze w innych gatunkach. Zaskakujące w
jak wielu aspektach dowiódł tu swojego talentu - świetnie umie budować napięcie,
poruszać czytelnika dramatycznymi sytuacjami, tworzyć barwnych, ciekawych
bohaterów, a jednocześnie zaserwować bardzo smakowitą porcję humoru, czy dać do
myślenia. I to jest kolejna rzecz za którą należą mu się oklaski -
uniwersalność.
Na koniec pozostaje mi jedynie polecić "Martwą Strefę". Nie jest to nic z górnej
półki regału podpisanego 'King', niemniej z pewnością bardzo ciekawie będzie się
Wam z nią obcowało. Radziłbym jeszcze nie przejmować się pierwszą połową i
przebrnąć szybko przez te około 200 stron pomijając fakt, że czytywało się
lepsze rzeczy. Później jest już z górki i nasza ocena drastycznie się zmienia.
Szkoda tylko, że dopiero po tym jakby nie było dużym przebiegu zaczynamy
doceniać całość. Niełatwo więc wywnioskować, że można było wycisnąć z tego
więcej. Zaskakujące, gdyż zapowiadało się bardzo, ale to bardzo przeciętnie. Na
szczęście w przypadku książek Stephena powiedzenie 'pozory mylą' rzadko traci
swój sens.
|
|