Czerwiec 2006      


|:  PREZENTACJE  :|

Terry Pratchet - Wolni Ciutludzie
 

Niektóre sprawy rozpoczynają się wcześniej niż inne.
Choćby letni deszczyk, który najwyraźniej się zapomniał i przybrał formę ulewy o sile zimowej burzy.

Panna Perspicacia Tyk siedziała pod osłoną, jaką mógł jej zapewnić niechlujny żywopłot, i badała wszechświat. Nie zauważała deszczu. Czarownice schną bardzo szybko.

Badanie wszechświata odbywało się za pomocą kilku gałązek związanych sznurkiem, kamienia z dziurką, jajka, jednej – również dziurawej – pończochy panny Tyk, szpilki, kawałka papieru i malutkiego ogryzka ołówka. W odróżnieniu od magów czarownice potrafią zadowolić się czymś niewielkim.

Poszczególne kawałki zostały ze sobą związane i połączone, aby powstało... urządzenie. Kiedy nim poruszała, zachowywało się dziwnie. Na przykład jeden z patyków wydawał się przechodzić przez jajko na wylot, nie zostawiając żadnego śladu.

– Tak – stwierdziła spokojnie, gdy deszcz spłynął z ronda jej kapelusza. – Z całą pewnością o to właśnie chodzi. Na ścianach świata pojawiła się zmarszczka. Bardzo niepokojące. Najprawdopodobniej jakiś inny świat usiłuje się z nami skontaktować. Co nigdy nie kończy się dobrze. Powinnam się wybrać w to miejsce. Ale... mój lewy łokieć mi mówi, już tam jest jakaś czarownica...
– W takim razie ona sobie poradzi – odezwał się cichy i na razie tajemniczy głosik z okolic jej stopy.
– Nie, to nie byłoby w porządku. Wokół tego miejsca jest mnóstwo pokładów kredy – odpowiedziała panna Tyk. – A to nieodpowiednie podłoże dla dobrej czarownicy. Odrobinę tylko lepsze od gliny. Żeby wychowała się dobra czarownica, trzeba mocnej skały. – Potrząsnęła głową, rozpryskując wokół krople deszczu. – Ale moim łokciom generalnie można wierzyć.

– Po co w takim razie o tym gadać? Jedźmy sprawdzić – podpowiedział głos. – I tak tu, gdzie jesteśmy, niespecjalnie nam się wiedzie.

 




To prawda. Niziny czarownicom nie służą. Panna Tyk zarabiała pensy, po części lecząc, a po części przepowiadając pecha**, i większość nocy przesypiała po stodołach. A nawet dwa razy wrzucono ją do stawu.

– Nie mogę się tam wpychać – odparła. – To terytorium innej czarownicy. Takie wścibianie nosa nigdy, ale to przenigdy się nie sprawdza. Choć z kolei... – zamilkła na chwilę. – Czarownice nie pojawiają się znikąd. Przyjrzyjmy się uważniej.

Wyciągnęła z kieszeni posklejany spodek i zanurzyła go w deszczówce, która zdążyła zebrać się w rondzie kapelusza. Z innej kieszeni wyjęła butelkę atramentu, który nalała na spodeczek, by woda zabarwiła się na czarno. Później wzięła go w dłonie i zasłaniając od deszczu, słuchała swych oczu.
* * *
Akwila Dokuczliwa leżała na brzegu rzeki i łaskotała pstrągi. Lubiła słuchać ich śmiechu. Unosił się w bąbelkach.
Kawałek dalej, w miejscu gdzie brzeg stawał się czymś w rodzaju kamienistej plaży, jej brat Bywart bawił się lepieniem, z całą pewnością stając się przy tym lepki.

Wydawało się, że do Bywarta lepi się wszystko. Umyty, osuszony i umieszczony na środku czystej podłogi, stawał się lepki już po pięciu minutach. Nie wiadomo od czego. Po prostu. Ale poza tym był dzieckiem mało kłopotliwym, jeśli nie liczyć tego, że jadał żaby.

Istniał niewielki obszar w mózgu Akwili, który nie był przekonany co do imienia Akwila. Miała dziewięć lat i czuła, że nie będzie jej łatwo żyć z tym imieniem. Ponadto właśnie w zeszłym tygodniu podjęła decyzję, że kiedy dorośnie, chce zostać czarownicą, i była całkiem pewna, że imię Akwila do tego planu nie pasuje. Ludzie będą się śmiać.

Pozostała i większa część umysłu Akwili zajęta była słowem „pomruk”. Było to słowo, które niewielu osobom przychodziłoby do głowy. Obracała je w myślach raz po raz, drapiąc pstrąga pod brodą.
„Pomruk” zgodnie ze słownikiem jej babci oznaczał „niski cichy dźwięk, coś na kształt szeptu lub mamrotania”.

Wydawnictwo: Prószyński i S-Ka

 

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!