| ||||||||
|
Dzienniki motocyklowe
Pocztówki znad krawędziW 1952 roku dwóch młodych mężczyzn, na podstarzałym Nortonie 500, ruszyło z Buenos Aires w emocjonującą podróż przez Amerykę Południową. Jednym z nich był Alberto Granado, 29-letni przysadzisty biochemik, drugim jego przyjaciel - o sześć lat młodszy student medycyny, Ernesto, który wkrótce miał się stać słynnym rewolucjonistą, Che Guevarą. Tak zaczynają się "Dzienniki motocyklowe", najnowszy film Waltera Sallesa, twórcy "Dworca nadziei" i "W cieniu słońca" - wzruszająca opowieść o wielkiej przygodzie i wkraczaniu w dorosłość, niezmiernie znaczącym epizodzie z życia obu przyjaciół. Jose Rivera stworzył scenariusz na podstawie dwóch książek, "Dzienników motocyklowych" Guevary i "Traveling with Che Guevara" Granado. Przez dwie godziny towarzyszymy bohaterom, którzy po awarii motoru przemierzają kontynent korzystając z każdej możliwości transportu. Obserwujemy następujące po sobie pory roku, zmieniające się jak w kalejdoskopie piękne krajobrazy kolejnych części Ameryki Południowej. Ernesto i Alberto spotykają na swej drodze ludzi, którzy szczególnie młodemu Guevarze, otwierają oczy na prawdziwy - czyli niesprawiedliwy świat, pozbawiając złudzeń, że istnieje jakakolwiek równość społeczna. Dokonuje się w nim stopniowa przemiana, nieodzowny element kina drogi, w nurt którego "Dzienniki motocyklowe" wpisują się idealnie. Przełom następuje w czasie pobytu w kolonii trędowatych w głębi peruwiańskiej dżungli, gdzie chorzy żyją jak zwierzęta, znajdując się właściwie poza nawiasem społeczeństwa. Tam w młodym bohaterze dojrzewa myśl, że najwyższa pora to zmienić. Przez dłuższy czas "Dzienniki motocyklowe" to bardziej paradokument o Ameryce Południowej - jej pięknie ale i poważnych problemach - niż typowy biograficzny film o narodzinach rewolucjonisty. Choć, szczególnie pod koniec, przeważa ten drugi wątek. Wtedy film robi się niepotrzebnie patetyczny, nieco nieznośny. Salles całkiem długo, z powodzeniem bronił się przed pułapkami, jakie niesie ze sobą ekranizacja nawet epizodu z życia Che Guevary. Wybór obsady nie jest przy takich projektach prosty. Salles potrzebował do roli Ernesto kogoś charyzmatycznego, młodego acz już doświadczonego. Zaprosił do współpracy niezmiernie popularnego ostatnio Gaela Garcię Bernala, uważanego za jednego z najwybitniejszych aktorów młodego pokolenia, a przy tym uwielbianego przez żeńską część publiczności. Partneruje mu Rodrigo de la Serna, który wnosi odpowiednią dozę humoru. Duet to zgrany i sympatyczny, z pewnością - obok zdjęć Erica Gautiera czy muzyki Gustavo Santaololli i Jorge Drexlera - największy atut filmu. Chcę ostrzec tych, którzy po "Dziennikach motocyklowych" spodziewali się typowego przedstawiciela kina latynoamerykańskiego, do którego Walter Salles zdążył już nas przyzwyczaić. Jego najnowszy obraz jest co prawda opowieścią o Ameryce Południowej, ale prowadzoną w sposób bardzo hollywoodzki, bardziej "efekciarski" niż dotychczas. Dla mnie nie jest to wadą a ciekawym urozmaiceniem, bo co tu dużo mówić, "kino latino" bywa czasami nieco monotonne w swej stylistyce, formie i treści. Nie zaszkodzi mu lekki mariaż z Hollywood. Polecam.
Bartek z Płocka | |||||||
|
| ||||||||