Moje leniwe
życie toczy się ruchem jednostajnym prostoliniowym. Czasami przyspiesza na
kilka dni, ale prędzej czy później wszystko wraca do normy. Taki mały błąd
pomiaru. Wyrywam kolejne kartki z kalendarza, a wszystko jest po
staremu.
Jestem leniwym filozofem. Żeby do czegoś dojść, muszę
zamknąć się na kilka dni w domu. Te kilka dni przeważnie wystarcza do
tego, żebym stracił dobry humor. Jak już jestem smutny to oczywiście
bierze mnie na filozofowanie. Włączam muzykę, wyciągam tarczę do darta
albo jakąś małą piłkę i zabawiając się myślę. Myślę powoli, wykonując
mechaniczne ruchy odbijające piłkę lub wyrzucające lotki. Jestem
skoncentrowany na grze, a moja filozofia odbywa się gdzieś na drugim
poziomie świadomości. Czasami docierają do mnie tylko ochłapy myśli,
pojedyncze obrazy i sytuacje wyrwane z kontekstu. Dociera do mnie fałszywa
rzeczywistość, którą chcę za wszelką cenę zmienić.
Wszystko byłoby
dobrze, gdybym nie był takim leniem. Często upajam się samymi myślami i
mam problemy z wprowadzeniem ich w życie. Albo inaczej - filozofuję
powoli, a moja druga jaźń, realista, działa bardzo szybko. Filozof myśli
za dużo, a realista nie myśli wcale. I tak rodzi się jedno wielkie nic w
moim leniwym życiu.
Jestem leniwy w ogóle. Wiele rzeczy zaniedbałem
poprzez swoje lenistwo. Spowodowało to takie, a nie inne wypadki w moim
życiu, ale chyba nie mam sobie tego za złe. Przynajmniej w niektórych
sytuacjach nie musiałem się przemęczać. Fakt, że mogłem osiągnąć więcej
niż do tej pory. Fakt, że zmarnowałem wiele szans. Ale fakt także, że
dzięki temu wyciągnąłem wiele wniosków i nauczyłem się, że siedząc na
dupie do niczego się nie dojdzie.
Z lenistwa jednak dzięki tym
doświadczeniom się nie wyleczyłem. Nie ma tak dobrze. Po prostu uprawiam
je na mniejszą skalę niż do tej pory. I na innej płaszczyźnie. Ta zmiana
płaszczyzny z jednej strony wyszła mi na dobre, jednak są takie chwile, że
to boli. No bo w końcu mając zlew na szkołę nie byłem przypadkiem
odosobnionym. Ba, dopingowaliśmy się z kumplami nawzajem w tej dziedzinie.
Boli jednak to, że oni tego lenia już całkowicie wyłączyli, a ja tylko
przykręciłem kurek...
Mój problem nie polega jednak na tym, że nie
chcę się zmienić. Ja po prostu czasami nad sobą nie bardzo panuję i
włączam lenia podświadomie. Podświadomie bronię się przed pewnymi
decyzjami i sytuacjami. Podświadomie buduję ścianę, która oddziela mnie od
świata.
Leń mnie chłonie. Od niedawna próbuję z nim walczyć, jednak
codziennie przychodzi chwila kryzysu. Codziennie przegrywam pojedyncze
bitwy. Nie jest jednak tak, że porażki mnie wzmacniają. One raczej mnie
powoli wykańczają. Są jak chińskie tortury, jak śmiertelne łaskotki. Na
razie się trzymam, jednak nie wiem na ile mi starczy jeszcze
sił.
Może jestem chory i powinienem się leczyć? Nie, to nie w moim
stylu. Nie wyobrażam sobie siebie siedzącego w fotelu u psychologa i
opowiadającego wszystko, co dręczy moją duszę. Zresztą dobrą radą chyba
nie da się mnie już wyleczyć, a na lenia lekarstwa raczej jeszcze nikt nie
wynalazł.
A może to po prostu przeznaczenie? Może leniem się
urodziłem i jako leń muszę umrzeć? Odpowiedzcie sobie sami, bo mnie to po
prostu przerasta...