|
Co jest takiego w tekstach Jędrzeja, że już do
drugiego piszę... hmm, antytekst? Nie wiem, może to, że są diabelnie
dobre? :) W każdym razie "Eksperyment Sowa" z 72. numeru ActionMaga
zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem - w przeciwieństwie do
szlachetnie urodzonego kolegi - sprawdzić, jak to jest i ile da radę spać
bez widocznej przerwy. Co bardziej wrażliwe osoby uprasza się o
opuszczenie sali, bo może być gorąco. Zwłaszcza, że panowie od kaloryferów
się ostatnio starają (może im się coś tam zepsuło na dole???) i w domu
pewnie ze trzy dychy Celsjuszów w kuchni przy lodówce są, uff...
Oczywiście całość tekstu sporządziłem już po zakończeniu eksperymentu, a
uwierzcie mi, że mogę teraz pisać jeszcze kilka dni bez przerwy ;) Aha,
jeszcze jedno - umówmy się, że przerwy na siku i inne tego typu potrzeby
się nie liczą, bo jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie miałem ochoty
na zabawy z cewnikiem :D Let the show begin.
Eksperyment
postanowiłem rozpocząć w czwartek (2.03.2006), w kilkadziesiąt minut po
zakończeniu zajęć. Wróciłem do domu o godzinie 13:37, co nie było zbyt
dobre dla eksperymentu, gdyż miałem tego dnia tylko jedne ćwiczenia i
mogłem się przed nimi wyspać, co oczywiście, jako rasowy leń, uczyniłem :)
Zjadłem porządny obiad (góra spaghetti mojej mammy), załatwiłem to i owo w
ubikacji, by punktualnie o 15:00 znaleźć się pod kołderką. Na rozpoczęcie
eksperymentu celowo wybrałem czwartkowe popołudnie, gdyż właśnie od wtedy
mam wolne aż do poniedziałku, do godziny 13:15. W razie czego to wtedy
zaczyna mi się "tylko wykład", więc jakby co - mogę spać do wtorku do 9:00
:) Poza tym uzgodniłem jeszcze ze współlokatorem, który zajmuje drugi,
mniejszy pokój, że zamienimy się na łóżka na czas eksperymentu. Aby
przeprowadzić analizę co najmniej tak szczegółową, jak Jędrzej,
zdecydowałem nastawiać sobie budzik co 12 godzin, by móc zanotować istotne
zmiany w moim organizmie, tudzież psychice, bądź też ich ewentualny brak.
Oprócz tego, jeśli wydało mi się to przydatne, notowałem cosik czasem w
trakcie załatwiania... tej, no... dłuższej potrzeby. Przepraszam, że o tym
piszę...
EKSPERYMENTU GODZINA 1. Leżę i myślę. Coś mi
kurde nie idzie to zasypianie o trzeciej po południu... W pewnym momencie
zaczynam liczyć barany. Dziwnym trafem, przed moimi oczami pojawiają się
jedynie sylwetki polityków skaczących, owszem, przez płot... stoczni. Cóż,
niech będzie i tak. Jeden, dwa, trzy, cztery, chrrrr... Dupa! Obudziłem
się, roześmiałem, nie mogłem patrzeć jak pani z kurwikami w oczach było
widać majtki, damn! Wstaję, stawiam budzik na krześle obok i postanawiam
obserwować wskazówki - nie dość że monotonne, to jeszcze będę wiedział,
kiedy mniej-więcej usnąłem. Udało się.
EKSPERYMENTU GODZINA
12., a zaraz, nie... Przecież usnąłem godzinę później, niż
zamierzałem, więc EKSPERYMENTU GODZINA 11. Na budziku 3:00 w
nocy. Godzina demonów... Jak dobrze, że wtedy o tym nie myślałem, już
widzę jakbym usnął, taa... Zgodnie z przewidywaniami pierwsze kroki
skierowałem ku ubikacji, gdzie spędziłem jedynie kilka minut, nie będę ich
więc odliczał od ogólnego czasu eksperymentu. Byłem trochę głodny, ale
przed rozpoczęciem eksperymentu postanowiłem, w miarę możliwości, nie
jeść, by nie tracić czasu. Położyłem się więc od razu po umyciu rąk
(higiena przede wszystkim!), usnąłem równie szybko, pewnie dlatego, że na
zegarku 3:10, a na dworze ciemno. Z tego pośpiechu zapomniałem zmierzyć
sobie temperaturę, co w moim eksperymencie jest substytutem mierzenia
ciśnienia, z tego prostego powodu, że ciśnieniomierzem ani nawet, od bidy,
barometrem nie dysponuję.
EKSPERYMENTU GODZINA 17. I
PÓŁ. Sikać mi się chce. Na budziku 9:27, Paweł już pojechał do
domu, nie ma jego kurtki, Marcin zapewne na zajęciach. Spać mi się nie
chce. Ale bym siadł przed kompem, pograł w Vice City... Szczerze mówiąc,
to bardziej mi się chce zasiąść przed monitorem, niż jeść :D Postanawiam
zmierzyć temperaturę - 36,6, czyli git. Kładę się i ponownie obserwuję
poruszającą się rytmicznie sekundową wskazówkę zielonego budzika. W
międzyczasie zauważam, że słyszę bicie swojego serca. I tak słucham, i
słucham, i chrrr...
EKSPERYMENTU GODZINA 20. Cholera,
budzę się częściej, niż się spodziewałem! Jestem głodny, ale wypiłem tylko
szklankę gazowanej mineralnej. Dalej jestem głodny, idę się wysikać, ale w
drodze do wc rozmyślam się i wracam do łóżka. Dyscyplina musi być :) I tak
sobie ją zrekompensowałem, bo temperatury mi się mierzyć nie chciało.
Słyszę rmffmowskie Fakty u któregoś z sąsiadów, chyba z
dołu.
EKSPERYMENTU GODZINA 23. 15:00. Dlaczego nie
pomyślałem o przestawieniu budzika?! No przecież... żeby nie on...
K.U.R.D.E.! Poszedłem do kuchni, wszamałem parówkę z keczupem i poprawiłem
pomarańczowym sokiem z Biedronki. Mierzę temperaturę - 37;2,5. Oj tam,
ujdzie. Słyszałem, jak wchodzi Marcin, ale okazało się że się pomyliłem ;)
Coś jest nie tak, trzeba iść spać. Kładę się do wyra o 15:35. Ja cię, co
ja robiłem tyle czasu...? Oczy mi się same zamykają, co, gdy jeszcze byłem
przytomny, wydało mi się trochę dziwne.
EKSPERYMENTU GODZINA
24. 16:04. Obudziłem się tylko na kilkanaście sekund, gdy
usłyszałem, jak Marcin otwiera drzwi. Albo zachowywał się naprawdę cicho,
albo miałem jakiś przytępiony słuch. W każdym razie usnąłem od razu po
przebudzeniu się.
EKSPERYMENTU GODZINA 27,5. Ok. 19:30
(nie spojrzałem na zegarek, tylko usłyszałem wiadomości, nie jestem pewien
czy z drugiego pokoju, czy znowu od sąsiadów). Marcin mnie obudził z
pytaniem, czy chcę oglądać Matrixa na DVD. Chyba go trochę skląłem, mam
nadzieję, że się nie obraził za bardzo. Mam jednak pretekst, by wstać i
zrobić sobie parę kanapek - zrobiłem trzy, zjadłem półtorej, rzygać mi się
chce. Chcę sobie zrobić kawę, żeby nie usnąć, ale w porę przypominam
sobie, że to nie o to w tym wszystkim chodzi. Zamiast tego, wypiłem gorącą
wodę z cytryną i cukrem, sam nie wiem dlaczego. Od 20:04 do ok. 22:30 leżę
w wyrku i na przemian słucham muzyki i czytam książkę z serii Z Archiwum
X. Nie martwcie się, odliczę te dwie... Że co? No dobra, odliczę te trzy
godziny od bilansu końcowego, choć, zgodnie z Ustawą Rady Ministrów z dn.
30.02.2003 roku "O przeprowadzaniu eksperymentów na śnie", powinienem
przerwać próbę po maksymalnie godzinie niespania. Decyzję swoją jednak o
kontynuowaniu eksperymentu usprawiedliwiam faktem, iż byłem wtedy prawie
nieprzytomny, przeczytałem prawie pół książki i nic z niej nie pamiętam :|
Aha, zmierzyłem temperaturę - 35,8. To chyba nie za dobrze, co...? W
takim razie 28. godzina eksperymentu minęła dopiero o
23:00.
EKSPERYMENTU GODZINA 32. Znowu budzik - 3:00.
Pi***olę, nie śpię, nie mogę, szlag mnie trafia! Ależ jestem zły na siebie, idę
wyładować agresję na niewinnych przechodniach w Vice. Nie uwierzycie, ale
spać mi się chce! Jedyne właściwie, co nie pozwala mi wrócić do łóżka, to
wstręt do snu. Pograłem z pół godziny i zauważyłem, że muszę iść do
starego, dobrego przyjaciela klopa. Wziąłbym ze sobą kanapkę, ale to już
by zboczenie było jakieś ;) Byłem w takim stanie, że wizyta w ubikacji,
kąpiel, ubranie, zrobienie i zjedzenie śniadania (kolacji?) zajęło mi w
sumie dwie godziny. Za to potem okazałem się być rześki jak zdrowy
wróbelek na tle innych wróbelków, którym panowie w dziwacznych skafandrach
każą przechodzić przez granicę po nasączonych bakteriobójczym płynem
żółtych matach. Punktualnie o 7:00 wyszedłem z domu na dwugodzinny spacer
po mieście.
Bilans - z 36 godzin trwania eksperymentu, 35
przeleżałem w łóżku, przespałem niecałe 32. To prawie 90% i w sumie nie
wiem, po co to piszę, ale wydaje mi się dużo, więc pewnie i wygląda fajnie
;) Prawdę mówiąc, na początku eksperymentu zakładałem sobie pobicie
rekordu Sowy Jędrzeja (63 godziny bez snu!), ale cóż - nie powiedziałem
jeszcze ostatniego słowa. Poczekajcie do wakacji, a obiecuję przespać cały
swój wolny czas! Nawet niedziele i święta! I głosujcie na mnie! Miałem
sen! :P
Wnioski? No cóż, nie będę się zajmował analizą temperatury
(latała w tą i z powrotem), tętna (nie umiem mierzyć za bardzo, zresztą i
tak w takim stanie bym nie trafił w tętnicę, albo bym sobie coś zepsuł),
prędkości bicia serca (tylko raz czułem). W sumie to od strony technicznej
to gówniany eksperyment mi wyszedł :) Może tylko dwie rzeczy - po
pierwsze, zdecydowanie łatwiej jest nie spać, jak spać; a, po drugie,
jedyne problemy człowieka wiecznie śniącego, to nażreć się i (przepraszam
za wyrażenie, starałem się go uniknąć w trakcie pisania całego tekstu, ale
wydaje mi się niezbędne z powodu pełnienia przez nie czysto ekspresyjnej
funkcji) wysrać. |