|
ACTION MAG -
Pewnego ponurego jesiennego dnia brutalnie molestował mnie katar,
któremu ochoczo wtórował ostry ból gardła. Macki choroby dopadły mózg,
gdyż zachciało mi się czytać. O tym, że na sidikach CDA są jakieś
magazyny, wiedziałem - dlatego zacząłem penetrować wszystkie actionowe
krążki, jakie posiadałem, a zbyt wiele to ich nie było. W pewnym momencie
nadziałem się na 47. numer teraz czytanego przez was literackiego
śmietnika.
Byłem wtedy smutny, niańczyła mnie lajtowa depresyjka, postanowiłem zatem
stłumić ją własnymi tekstami. Gdy minął zachwyt z powodu ich publikacji,
wyrażany przeze mnie kogucim pianiem, przyszedł wstyd. Że je napisałem
jeszcze dało radę przemilczeć, ale żeby wysyłać?! Zrobiłem sobie przerwę z
obawy o własną opinię, potem wysłałem coś znowu. I w tym punkcie Naczelny
popełnił błąd: wspomniał o mnie jako "pozytywny przykład".
Wybryk CD-Actiona okazał się bardziej wpływowy niż szkoła, nauczyciele,
wychowawca, a niekiedy i rodzice. Dotarł do mnie, zaczął mnie zmieniać,
kształtować. To jego autorzy zakazili mnie ateizmem, tolerancją do
ubarwienia skóry, czy orientacji w seksie. Stąd wyniosłem zamiłowanie do
pisania, słownych sporów na prawdy i racje, walki na argumenty. Tutaj
nauczyłem się szacunku do cudzych (czyt. błędnych) poglądów.
W Action-magu urodziłem się w 51. numerze. Czytanie jego autorów jako
całości jest dla mnie intelektualnym odpowiednikiem masturbacji, czego
powiedzieć się nie wstydzę.
ANOMALY -
Istniały kiedyś AMOpowiadania, ale umarły, zostawiając tę
sierotkę. Specjalizuje się w produkcji historii, początkowo prostych,
ciekawych, wciągających, utrzymujących wyważony poziom, zazwyczaj
kończących się jakimś banalnym morałem, pointą. Znajomość świeżego
produktu spod jego pióra zaliczam do moich obowiązków wobec AMa.
Tekst mojego autorstwa o dzieciństwie (również mojego autorstwa)
zainspirował go, co zaowocowało również jego regresem o nazwie "O sobie
samym". Szok! Chyba poczuł efekty Czernobyla, bo ma ponad dwa metry,
uwielbia matematykę oraz fizykę. Powołał się kiedyś na prozę Lema, ażeby
okazać zmęczenie swoją inteligencją.
Ktoś kiedyś wyznał mi przez komórkę, że aNomaly bije mnie pod jednym tylko
względem - elokwencją. Tego negować nawet próbować nie będę, ponieważ to
prawda święta, przyznaję się. Czasami śledzę jego opowiadania z
encyklopedią na kolanach.
ARCHWIMILIMIŁOPOTOPOCZERPACZKIWICZANIN -
Uciekinier z wariatkowa jedzie sobie samochodem. Staje na
światłach. Zapala się czerwone. "Och, jaki piękny kolor", myśli sobie.
Zapala się żółte. "Jejku, jeszcze cudowniejszy", oświadczył. Po chwili
zabłysnęło zielone. "Ach, cudowny kolor" - zachwycił się. Potem ponownie
zapaliło się czerwone. "Ee, to już było, mogę jechać!".
Tak zapewne wyglądały jego perypetie po ucieczce z wariatkowa, w
którym siedział, zanim zabrał się za atakowanie AM kanonadą absurdu.
Kompletnie niepoczytalny, postrzelony człowiek. W dodatku zainteresowany
płodzeniem literatury, co wróży armageddon dla tej sztuki. Specyfiką jego
tekstów była głupota tak głupia, że aż śmieszna.
Szczęśliwie umarł, tj. odszedł od AM, co na jedno wychodzi, pozostawiając
po sobie sztab plastikowych jego naśladowców, którzy żerowali na jego
umysłowej tragedii.
CALEB -
Dawid jakiś-tam. Jeżeli słowo dziwny może nieść za sobą jakieś
pozytywne skojarzenia, to on jest tego dowodem. Lubi politykę, gry i
pisanie, z czego właśnie słynie. "Phanta rhei", w którym rozczulał samego
siebie, ucieszył mnie bardzo, ponieważ dowiedziałem się, że jak ja
uwielbia samo stukanie palcami w klawisze z literkami, nie troszcząc się o
efekty.
Jeździ po Polsce, studiuje dziennikarstwo. Znany jako degustator tanich,
niekoniecznie szlachetnych trunków, np. wino marki wino. Ponadto trzęsie
AMowym kącikiem o grach komputerowych, mimo iż wcale się o to nie starał.
Po prostu poszedł do uzbrojonego w internet Naczelnego, otworzył pierwszą
z wielu puszek piw - i dalej nie pamięta. Obudził się skacowanym rednaczem.
Wielbiciel Shreka, Monty Pythona i South Parku, czyli równy gość. Typ
człowieka, co przed Bardzo Ważną Sprawą nadziewa się czymś z procentami,
kończąc zawsze na dobrej pozycji. Tego mu zazdroszczę.
CD-ACTION -
Pismo, Bez Którego Nie Istniałby AM.
CEEEBULA -
Śmieszny, nie do końca przeze mnie określony gość. Pismak o
ekstremalnym stylu, niekiedy długo po lekturze ćmi mnie myśl, o co mu w
ogóle chodziło, czy krytykował, ironizował, popierał. Miesiące temu
wymienił byłą już moją ksywę - i właściwie do teraz nie kumam znaczenia
tego.
Specyficzny, skrajnie prosty i tak samo skomplikowany jednocześnie. Za to
go cenię.
CHMIELEWSKI Michał -
Nudny, leniwy, o poglądach niczym podpaski (często zmieniane).
Kiedyś zachciało mu się obijać, tj. pisać za kasę, i w tym stanie tkwi do
dziś. Leniwy. Naszpikowany kaprysami, apatią i cyniczną ironią. Leniwy.
Kiedyś platonicznie kochał Polskę, ale wytrzeźwiał, więc mu przeszło.
Hedonista. Leniwy. Piwo i święty spokój stanowią jego prywatną definicję
raju.
CIOCIA SELEKCJA -
Utrapienie ambitnych grafomanów, którzy chcą coś powiedzieć i
wydaje im się, że potrafią. Cioteczka jest tu po to, aby ich rozczarować.
W całej mojej karierze olała jakieś pięć tekstów, tracąc tym samym u mnie
w oczach.
W związku z nią są dwa obozy. Jeden woli ją łagodną, bardziej tolerancyjną
i pobłażliwą. Ja jestem fanem jej drugiego, ostrzejszego wcielenia.
CZYPIĘĆDZIESIĄT -
Niezmienna cena Action-maga.
DONALD -
Jego pierwszy art "Ciemne plamy Kościoła" widowiskowo skomentował
Smuggler. Potem z obawy przed nadgorliwością Smugglera starał się omijać
poważne tematy. Siadał zatem na fotelu, pomyślał sobie coś, potem włączał
okienkowy notatnik i pisał, dostając w zamian to, czego oczekiwał od
"...plam Kościoła" - pochwały.
Okazał się mistrzem w robieniu tekstów o niczym, z mocnym magnesem.
Zbierałem się do zapytania go, skąd bierze pomysły, ale uprzedził mnie w
"Tekście abstrakcyjnym". Okazało się, że ziomek ten pisze jedną ręką, a
drugą robi sobie dobrze. Pomysłowe. Niestety, na mnie zabieg ten nie
podziałał. Dawid Donald lubi ponadto wszystko, co nawiązuje do młotka i
sierpa, specjalizuje się w wyczynowych podróżach autostopem i pomaga
Naczelnemu przy robocie.
Kiedyś napisałem bardzo brzydki artykuł w brzydkim momencie. Poruszył go,
więc pod wpływem silnych bodźców emocjonalnych - jak mniemam - napisał
komentarz. Odpowiedziałem mu, on mi również, lecz na tym stanęło, gdyż
temat się przeterminował.
Naturalny, czego może mu pozazdrościć wielu, lekki w lekturze, pomysłowy.
Mimo dzielącej nas różnicy, jego "Oryginał" pokazał mi, że w bardzo wielu
aspektach jest on, Donald, lekko zmienionym odbiciem mojej osoby. Jego
ambicje to "wyeliminować ze swojego charakteru te cechy, których nie
lubię w ludziach, sprawić żeby moi przyjaciele czuli się ze mną dobrze".
Hipokryzji, zakłamania, chamstwa i obłudy nie popiera. I tu też się
zgadzamy.
DOORSHLAQ -
Pierwszy autor, który przekonał mnie do siebie samym tylko sobą.
Miałem w pewnym okresie słaby moment i było mi smutno, a że jego prace
były jeszcze smutniejsze, to się zgraliśmy. Czułem się przy nich jak w
domu, co jest idiotycznym stwierdzeniem, ponieważ nigdy nie czytałem AM
poza domem.
Być może nigdy nie napisałbym zjechanych przez tutejszych tekściarzy
"Herezji...", jak bym nie poczytał jego wywodów nt. boga i jego otoczki.
Uświadomił mnie w kwestii recytowania deklaracji religijnej, jaką stosuje
w czasach obecnych pospólstwo, że nie muszę tego robić. Przetrawiłem to, a
później wykorzystałem w "Herezji...".
Ukrywający się pod Doorshlaqiem Bartek słynął z braku odwagi. Mankament
ten utrudniał mu życie, więc leczył się pisaniem. Deklarował tu i tam chęć
zostania dziennikarzem, czego mu i sobie szczerze życzę. Mu, bo to lubi i
ma do tego predyspozycje, a sobie, bo dalej będę miał okazję go czytać.
DISHMAN -
Artykułami w puli głównej nie błyszczał, to zabrał się za
redagowanie AMFilmów, co wyszło mu na zdrowie. Jeżeli coś pisze, to tylko
wstępniaki i recenzje owoców kina.
Nie lubi mnie. Wyraził to między wierszami moich marnych recenzji.
Wysłałem mu ich parę, wszystkie prócz dwóch odesłał z powrotem, a tę parkę
zostawił sobie, by komentarzami przedłużyć ich długość dwukrotnie,
starannie dbając o przejrzystość ich negatywnego kontekstu. Nie będę łgał
- wkurzył mnie. Naczelny nie promuje swojego intelektualnego krytycyzmu
kosztem nieopierzonych recenzentów, tak mi się wydawało. Dzięki za
wyprowadzenie mnie za rączkę z błędu. Ale pouczył mnie też, że tekściarz
nie promuje tego samego kosztem recenzji. Tu również dzięki.
DUSQMAD -
Naczelny AMKsiążek. Przywrócił jemu należyty honor i czytelników.
Początkowo wspierał go BlackDog, ale życie pozbawiło go internetu, a
naczelny posiadać go musi.
Umie pisać dobre rencenzje filmów, rówie dobrze prowadzić kącik. Pozytywna
postać.
EDDIE -
Podobno najostrzejszy selekcjoner. Za młodości pisał rzadko, ale
bardzo rzeczowo, uderzając w samo sedno problemu, zgarniając za to
słusznie pochlebne recenzje. Następnie bezpowrotnie wydoroślał, opisując
ten proces w czułej i ciepłej "Ewie".
Nazwał mnie mądralą.
JĘDRZEJ IV ŚNIADY -
Pisze do AM, ale mu nie wychodzi, wziął się zatem za plebiscyty. I
to także okazało się mało efektowne, więc urodził Peryskopa - jego
osobisty przekrój subiektywnie najciekawszych sentencji z danego numeru.
Ludziom się przypodobał ten wynalazek, więc teraz co miesiąc wypuszcza go
ze swojego kurnika (raz komputer strzelił mu focha, wyręczył go wtedy
Tuxedo).
W marcowym numerze tego rocznika wpełzł na wyżyny swojego talentu. Nazwał
to "Niech się święci ósmy marca".
KRILLIN -
Krzyś. Wyobrażałem go sobie jako niewielkiego, łysego konusa o
nieco spłaszczonym nosie (wygląd zaczerpnięty z bajki, Krzych pewnie wie,
z jakiej). Uosobienie paradoksu - lubi hip-hop i jednocześnie potrafi, np.
czytać. Okazało się także, że nieznana jest mu sztuka pisania, polegająca
na stukaniu w klawiaturę tudzież skrobaniu długopisem w kartkę. Napisał
książkę, dostając od swoich lokalnych czytelników miano drugiego
Sapkowskiego. Swojego czasu łechtaliśmy się na forum.
Poczucie humoru, jakie preferuję, prosty, przejrzysty język (chodzi o
teksty, jeżeli ktoś ma dorosłe skojarzenia...), oraz podejście do życia,
jakiego mu zazdroszczę. Jeżeli kiedyś uda mu się przycisnąć jakieś zacne
wydawnictwo na tyle, aby wydrukowali jego, jak do tej pory, literackie
dzieło życia, będę trzaskał dumą z tego, że jednym z tych, co śledzili
jego pierwsze kroczki.
SMUGGLER -
Znak rozpoznawczy CD-Actiona, człowiek-legenda i tata chrzestny
Actio-maga w jednym. W wyniku przypadku trafił do redakcji
najpoczyteniejszego polskiego pisma o komputerach, wciągając za sobą Mr.
Jediego, maniaka gumowego drobiu. Napisał coś, naczelnego tym zgorszył,
więc ten w ramach kary go zdegradował. Wraz z Jedim miał się zająć
odpisywaniem na listy, czyli dziennikarskim odpowiednikiem mycia
koszarowych latryn własną szczoteczką do zębów. Jednakże Jedi za dobre
sprawowanie został zwolniony, a ten słynny fan Garfielda tkwi w tym do
dziś. W międzyczasie został dodatkowo obciążony odpowiedzialnością za
wnętrzności sidika CDA.
Dawno, dawno temu dał Naczelnemu błogosławieństwo dla AM i wspierał go
duchem. Popisał tu trochę, poszczypał parę osób, ale i tu się nie
sprawdził, tak że dalej ślęczy w redakcyjnej szafie z laptopem na kolanach
i odpisuje na listy.
STOJANOWSKI Jacek -
"Wiem, że mam dwóch ojców: ziemskiego i niebieskiego oraz dwie
matki: ziemską i Maryję", "Ktoś nie wierzy w życie po życiu. Taki człowiek
jednak z góry skazany jest na cierpienia", dziwię, że nie przywiązujecie
większej wagi do religii. Nie boicie się wiecznego potępienia?",
"rozpocznijcie nowe życie, razem z Panem Bogiem!", "więc wyzwólcie się
wreszcie z pęt szatana i wracajcie w czułe objęcia Waszego Stwórcy!"
Mocne, nie? Szczególnie to ostatnie, takie zachęcające, ho-ho. Tymi i
wieloma innymi imponującymi cytatami Jacek wystartował w Action-magu.
Prawdziwe wejście smoczycy. "Chwilę refleksji", bo stąd owe cytaty
pochodzą, pisał, będąc w pełni zdrowy na umyśle, co wielokrotnie potęguje
moje współczucie. Później sam określił ten debiut mianem "największej
życiowej wpadki".
Przez długi okres prowadził kącik anty - jak sam mówił - komunistyczny,
pisał chętnie do głównej puli, dostarczając rozrywki przyjemnej, acz
bogatej wyłącznie w banały. Ostatnio przycichł, a jak już coś napisze, to
przynudza. Raz mnie skomentował.
Samozwańczy Sołtys Ciemnogrodu Polskiego, jak sam siebie nazywał Jacek,
niedawno wytrzeźwiał - zrzekł się dobrowolnie tego tytułu.
MILITARY -
Po pierwsze, obiektywnie muszę zaznaczyć, iż facet jest
właścicielem najpiękniejszego i najszlachetniejszego imienia, jakie
ludzkość wydumała. Śmieszny, ciekawy. Jego ostatnią żywą oznaką był bodaj
"Dramat szpitalny".
PUBLO -
Dokładnie raz, jeden jedyny raz wszedłem na actionmagowego czata.
Był tam tylko on, a ja nie wiedziałem, jak sensownie rozkręcić rozmowę.
Stuknąłem więc "fajnie piszesz", a on skromnie: "wiem".
Popełniłem z nim polemikę. Ani ja, ani on nie myślał nawet o zmianie
poglądów, toteż nic z niej się nie wykluło.
Spadkobierca AMSportu i pióra Doorshlaqa, choć jakby mocno już zużytego.
PEWIEN GOŚĆ -
Ciekawa postać. Pasjonuje go dokuczanie innym, myśli, że to jest
kul i że rządzi. Podczas czytania jego prac odpychała mnie wymuszona
ironia, wyciśnięty na siłę strumień cynizmu. Kolega nie potrafi napisać
niczego, nie gnębiąc przy tym cudzej ambicji. Skrycie wzoruje się na
autorze, żeby nie wymieniać powtórnie ksywy, Action Redaction w
CD-Actionie.
Napisał o mnie i mojej politycznej orientacji (której nie mam) śmieszny
"Pisk małolata". Pyrchnąłem na niego, choć nawet tego nie był wart, odpisałem,
też niepotrzebnie, i uznałem sprawę za zamkniętą.
Egocentryk, tekściarz do strawienia, pomijając wcześniejsze wady.
PHNOM PENH -
Brutalnie sprowadzony na ziemię romantyk - taką opinię wyczytałem
któregoś dnia o nim. Jej autor trafił w samo sedno, streścił tym sposobem
całą specyfikę Phnoma.
Dużo wcześniej lubiłem jego teksty ze względu na to, że się kończyły, jak
wszystko zresztą. Był sztywny, uprawiał filozofię, co równoważy się z
nudzeniem, denerwował się z powodu głupot, jak np. kolega orający swoją
byłą. Wspomniane ściągnięcie z obłoków wyszło mu na plus, bo od pewnego
numeru zaczął pisać rewelacyjnie. Doszło do sytuacji "co tekst, to
okładka", co tylko potwierdza moją opinię.
Kiedyś napisał do mnie coś o Uuk'u - była to odpowiedź na szerzenie przeze
mnie pewnej tezy.
PRODUCENT -
Rzeźnik. Charles Manson Action-maga.
W pewnej chwili AM gościł teksty głównie z narzekaniami na niesprawiedliwy
świat. Typowe tekstowe narzekania na wszystko, przykryte podprogowym
wołaniem o pomoc. Jeżeli ktokolwiek śmiał krytykować tych nieszczęśników,
to robił to ostrożnie, żeby przypadkiem komuś na odcisk nie nastąpić. A tu
pojawia się "I gotta bullet in my head" - rodeo po romantykach,
przydzwonienie w ich światopogląd z donośnym echem w listach do Eddiego i
polemikach. Chłopak nie bawił się w aluzje, tylko sypał konkretne ksywki,
a potem stwierdził, że "podejść i takiemu zajebać". Pamiętam
jeszcze coś o paleniu polskich flag...
Nagle wyszła na jaw prawda o młodzieży - ona nie przeklina, mało tego, ją
przekleństwa w oczy szczypią, dlatego zbulwersowało ją opublikowanie tak
wulgarnego tekstu. Osobiście, czytając to chichotałem się co niemiara,
uznałem bowiem Producenta nieszkodliwym, krzykliwym i przynajmniej
szczerym hammerheadem.
QNIK -
Maciek, czarny qń czytelników CD-Actiona. Podczas gdy wszyscy dużo
pisali do tej "gazety" (hi, Smug), on pisał dużo dużo więcej. Znudził się
tym, to zrobił Action Maga. Samego siebie określa grafomanem, nie trawi
hip-hopu, oraz nie lubi Kielc, bo długo w nich mieszkał. Obecnie byczy się
we Wrocławiu, "mieście, które rozwija" (jak mówią koszalińskie reklamy).
Składanie AM nie zaspokoiło jego złaknionych spełnienia ambicji, przez co
wbił się w szeregi redaktorów CDA. Za dzieciaka zarabiał na lody kosiarką
do trawy, teraz kosi kasę, bawiąc się w malkontenta gier komputerowych. Z
płonącego domu ewakuowałby się z kilkoma sztućcami i śmietnikiem pod
pachą. Współczuję współlokatorom.
Za puszczanie moich tekstów w intelektualno-polski obieg i sentencję
"życie to przewijany z poglądem film, którego nigdy na spokojnie nie
oglądnę" chylę ku niemu czoło.
TUXEDO -
Czczący Pidżamę Porno, pocieszny gostek. Systematycznie zacząłem
czytać go odkąd wysłał mi podziękowanie za list typu "merry christmas",
nazywając mnie zagorzale wojującym ateistą. Pisze o sobie antyholik,
cokolwiek to znaczy.
Na forum doradził mi kiedyś, bym opisał jakieś bachory z przedszkola albo
antylopy. Założyłem wtedy, że próbował być śmieszny, a przecież nie każda
próba musi kończyć się sukcesem.
Do całkiem niedawna był dla mnie tylko ksywką - fajną, przyznaję - aż
zamknęli tymczasowo forum i zmuszony zostałem wysłać mu emaila z pochwałą
za teksty. Ten, jak zawsze skromny, odparł, iż nie byłem pierwszy.
Rozwinęła się z tego dość ciekawa i wodolejna konrespondencja.
Chyba zakochał się w polityce, bo wszędzie o niej pisze - na forum, w AM,
na swoim blogu. Próbowałem dociec, co takiego w niej widzi. Cóż, on sam
nie wie, okazało się.
UNION JACK -
Drugi szlachetnoimienny. Dla mnie zaczął istnieć dość późno, bo po
relacji ze Zjazdu, której był autorem. Sięgnąłem po jego wcześniejsze i
nabawiłem się mieszanych uczuć. Sprawozdanie napisał bardzo dobrze,
natomiast nie świecił przy innych tekstach.
Naczelny poetyckiego kącika.
VENE -
Pierwsza dAMa. Użytkowniczka Qnika i odwrotnie. Skrywa swoje
zainteresowania i pierwsze marzenie. Właścicielka bardzo dziwnego, acz
ciepłego przydomku. Wyjątkowo nie lubi chamstwa u ludzi, więc mnie także.
Kiedyś pofatygowała się mailem, że z chęcią nie opublikowałaby jednego z
moich tekstów, lecz nie pozwala jej na to gatekeeperowski obiektywizm. W
płci przeciwnej ceni czyste przeciwieństwo.
ZABÓJCA -
Nigdy nie napisał o mnie niczego negatywnego i dopiero teraz
zdałem sobie sprawę, że to idzie w obie strony. Bo choćbym chciał mu coś
zarzucić, to nie mam czego. Fajnie pisze, mimo lekkich przesad w
opisywaniu życia.
Poza tym bronił mnie, nazywając to w ten sposób, przed Pewnym Gościem,
zyskując u mnie nie tylko jeszcze bardziej pozytywną opinię, ale i dług
wdzięczności.. |