Tryptyk marcowy



Zima

Miała nieco ponad dwadzieścia lat. Niewysoka, niezbyt może zgrabna, ale moja. Do tego ładna buzia i uśmiech, jaki życzyłbym sobie widzieć każdego dnia po przebudzeniu. Nie miała jednego imienia, było ich tyle, ile spojrzeń w jej kierunku. Żeby budzić podziw, nie trzeba być od razu supermodelką. Aby obudzić zazdrość - nie trzeba absolutnie niczego.

Obserwowałem ją od dłuższego czasu. Nie wiedziałem skąd jest, czy ma rodzeństwo, jakie najbardziej lubi lody i czy dałaby się pokroić za tabliczkę białej czekolady. To wtedy wymyśliłem jej to imię: Ola. Właściwie to mogło być ono całkiem inne, ale w dniu, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy, akurat takie imieniny głosił mój kalendarz ścienny. Postanowiłem zdać się więc na sławetne przeznaczenie i przyjąć to za pewnik. Ola.

Nawet najbardziej rozsądny człowiek może mieć czasem urojenia, prawda? Mnie przytrafiły się one w ostatni dzień stycznia. Pamiętam, że było przejmująco zimno, ale ja nie zwracałem na to uwagi. Jakieś dwieście metrów przede mną szła po chodniku, rozglądając się nerwowo. Pomyślałem, że musi być czymś wystraszona albo zdenerwowana. Chociaż dzieliło nas ciągle jeszcze sporo kroków, zacząłem się zastanawiać, czy mogę coś dla niej zrobić. Czy mam prawo i tym podobne brednie. Tylko co ja właściwie mogłem? Nie znała mnie, a owa nerwowość mogła być jedynie wytworem mojej chorej wyobraźni. Mimo to zwolniłem i kiedy mnie mijała bezgłośnie wymówiłem to moje urojone imię. Po chwili zrobiłem to jeszcze raz, tym razem głośniej. Przystanęła, uczyniłem to samo.

Wiecie, jak to jest, kiedy wszystkie marzenia pryskają? Kiedy wydaje się wam że już, już macie to, co chcieliście, ale nagle jak za dotknięciem różdżki jakiejś paskudnej wiedźmy wszystko trafia szlag? Poczułem się dokładnie tak samo, kiedy odwróciwszy się zobaczyłem, że ona zatrzymała się nie z mojego powodu. Zamiast zdziwienia w jej oczach ujrzałem tylko dwójkę ludzi stojących w czułym uścisku i wiedziałem, że to nie jest moja sytuacja. To znaczy że ja tam nie pasuję, że nagle znalazłem się zbyt blisko czegoś, co oglądane z tak niedalekiej perspektywy nie może, po prostu nie może skończyć się dobrze.



Wiosna

Końcówka marca upłynęła pod znakiem wyczekiwania. Czekałem na wszystko: na zajmujące spojrzenie, delikatny uśmiech, przyciągający uwagę ruch dłoni. Zastanawiałem się, czy one wiedzą, że ten nieznaczny gest, gdy odgarniają z twarzy włosy, niesamowicie na nas działa. Czy są świadome władzy, jaką daje im poruszenie zaledwie dłoni, przejście zwykłym krokiem obok nas albo niezbyt mądra mina, gdy coś okazuje się nie takie, jakim się z pozoru wydawało.

Ile razy zatapiałem się w tym obliczu - setki, tysiące? A nawet, jeśli liczba szła już w miliony - nie obchodziło mnie to. Mogę przyjąć, że to był narkotyk. Powiedzielibyście, że taki narkotyk jest bardzo bezpieczny. Powiedzielibyście, że nie sposób z jego powodu wykorkowac, że zawsze znajdzie się inny, lepszy, za to wcale nie toksyczny. Powiedzielibyście, że miałem wielkie szczęście, bo haszysz zabiłby mnie w ciągu dwóch miesięcy.

Mielibyście zatem minimalną rację i maksymalną nieświadomość pomyłki. Faktycznie, czas działania obu narkotyków jest różny, ale tylko w tym punkcie mogę się z wami zgodzić. Naprawdę jednak wolicie powolną agonię od trwającego kilka, może kilkanaście dni głodu narkotycznego, który wiadomo, jak się musi skończyć? Jeśli pozostawiono by wam wybór, którą pigułkę byście wybrali? Tę z dłuższym terminem ważności?

Ja takiego wyboru sobie nie dałem. Sam odrzuciłem jakąkolwiek alternatywę, nie próbując już się nawet bronić. Wiedziałem, że w nierównej walce nie mam szans, a siły na nią zmarnowane mogą mi się jeszcze bardzo przydać. I faktycznie - światełko w tunelu pojawiło się nadspodziewanie szybko.



Jesień

Dziś nie wiem tylko, czy światełko to było na pewno przeznaczone dla mnie. Domyślam się tylko, że użyłem drogowskazu kogoś innego. Przecież ja taki nie jestem. Zawsze miałem opinię zrównoważonego, spokojnego. Nie stawiałem oporu przy zatrzymaniu, praktycznie wszystko opowiedziałem od początku do końca. Policjant spisujący zeznania musiał dwa razy wychodzić z pokoju na papierosa, w końcu palił już cały czas przy mnie. Raz nawet zaczął na mnie wrzeszczeć, jak mogę tak spokojnie o tym mówić. A ja po prostu opisywałem mu wszystko, szczegół po szczególe. Widać nie docierało do mnie jeszcze nic. Nic oprócz tego, że ona wreszcie jest wolna.

Nie, nie zabiłem jej. Nie mógłbym skrzywdzić istoty, która stała się dla mnie wszystkim. Nie byłbym zdolny do takiego poświęcenia, wyrządziłbym sobie większą krzywdę niż komukolwiek innemu. Chciałem przy tym, by naturalnie to wszystko wyglądało, więc nie mogłem nie działać w afekcie. Teraz panowie policjanci mają motyw zbrodni, ona święty spokój, a ja spokojne sumienie.

Czasami, wyglądając przez okno, wyobrażam sobie inne drogi. Patrzę na wirujące liście zastanawiając się, co by było, gdyby. Najdurniejsze z możliwych pytań stało się sensem mojego istnienia. Nigdy nie próbujcie znaleźć na nie odpowiedzi. Nie chodzi o to, że jej nie ma. Po prostu nie ma sensu rozpatrywanie czegoś, co już się zdarzyło i do czego nie wrócicie. Wy możecie zawsze starać się coś naprawić, odbudować, osiągnąć cel innymi drogami. Ja już takiej alternatywy nie mam. Zostały mi tylko te liście. Złote liście unoszące się w powietrzu i wiatr szumiący imię, którego nigdy nie poznałem.



Tuxedo