Poczytaj mi
Gęstniejący mróz, szaro-sine policzki, na których próżno doszukiwać się bladoróżowych rumieńców. Najpierw zobaczyłem długą alejkę obsypaną świeżym żwirem. Pod pomarańczowymi okruchami była oczywiście gruba warstwa lodu, ale teraz wolę pamiętać sam piasek. Jak na plaży. Chyba nawet słyszałem skrzek przelatującej mewy. A na pewno radosne gliganie bliżej niezidentyfikowanego ptactwa. Dalej zresztą też, bo... nie wiem, czy zauważyliście, że kiedy zima ma się już ku końcowi, zewsząd dobiegają śpiewy ptaków. Kiedy jednak rozejrzymy się dookoła, nie ujrzymy żadnego przedstawiciela gatunku. Dziwne? Co najmniej.
Wróćmy jednak do alejki. Nie, właściwie to nie było żadnej alejki. Był tylko rząd krzywych płyt chodnikowych i brudne opakowania po batonach. Przecież wiesz, że lubię koloryzować. W zimie nie ma nic fascynującego, a byle ptaszysko może być siedliskiem groźnej choroby. Czemu więc? Bo nie znoszę nudy tak samo, jak ty. Bo chciałem cię zainteresować chociaż na moment, byś usiadła i...
Twoja zarumieniona buzia, którą tak skrzętnie starałem się ukryć - oto, co było rzeczywistością. Nie żaden zasrany matrix, tylko najprawdziwsza, wspaniała w dotyku skóra. Jeszcze dwa tygodnie temu napisałbym: gładka, lśniąca, zdrowo wyglądająca. Dziś już wiem, jak fantastycznie reaguje na nią mój zmysł dotyku i tylko ciągle nie mam pojęcia, jak smakuje. Kiedyś wyobrażałem sobie, że musi być cudownie smaczna, ale w końcu to tylko kawałek mięsa, nic więcej. Polizałem własną rękę i chyba mam dość.
Taaak, lubiłem cię zaskakiwać. Kiedy zorientowałem się, że to jednak nie do końca mi wystarcza, było już za późno. Jeśli wyrobiłem sobie opinię Takiego, to już nie mogę niczego zmieniać. Za każdym razem pomyślisz, że żartuję. Za każdym razem gdy poczujesz mój dotyk, uśmiechniesz się i odsuniesz rękę. Jeśli moja twarz znajdzie się zbyt blisko twojej, uznasz to za sympatyczny przypadek i się cofniesz. A ja? Czyżbym chciał iść naprzód?
Obudziłem się, zmrużyłem oczy. Z początku nie wiedziałem, co właściwie dzieje się wokół mnie. Niemożliwy do wytrzymania promień parzył moją skórę i nie pozwalał na ostrzejsze niż mgła postrzeganie rzeczywistości(?). Zamknąłem więc oczy, światło nie tylko nie ustało, ale nawet przybrało na sile. To było we mnie. Początek i koniec wszystkiego. Coś, co wywoływało u mnie niepohamowane ambicje, zazdrość, butę, samolubstwo międzyosobowe* i pewnie jeszcze setki innych uczuć. Skala zagrożenia była ogromna, stałem się punktem zapalnym wszystkiego, co najgorsze. Czekałem już tylko na „bum”.
Owo „bum” oczywiście nie nadeszło. Śmieszna sprawa, że tyle czasu zajęło mi dojście do tak prostego wniosku - problem leży tu, w środku, we mnie. Nie w Mirku, Marku, Grzegorzu, ani też w Marcie, Magdzie, Karolinie.
Nie potrafię znaleźć recepty, chociaż po rozpoznaniu choroby powinno już być z górki. Nie potrafię poradzić nic na moje słabości, moje postrzeganie świata i nadinterpretowanie ludzkich zachowań.
Niedawno poczyniłem chyba krok do przodu. Piszę „chyba”, bo równie dobrze mogłem się cofnąć. Zgasło uczucie, jakie łączyło mnie jeszcze ze światem bajkowym. Zgasły marzenia, cała ta metafizyka poszła w diabły i nic nie wskazuje na to, by mogła rychło wrócić. Skończyła się kilkuletnia platoniczność, taka zwyczajna, moja. Teraz na gwałt próbuję to zastąpić czymś innym i chyba wpadam z deszczu pod rynnę.
Wykonując nerwowe ruchy pogrążam się coraz bardziej. Drobne kłamstewka bardzo mi pomagają stać się lepszym, pozwalają patrzeć na siebie w ciut korzystniejszym świetle. To jednak zawsze będzie o wiele za mało, tu potrzebne byłoby kłamstwo wielkie, budowanie wizerunku człowieka zupełnie normalnego, zabawnego i wygadanego, jakaś ogromna mistyfikacja, na końcu której mały ludzik siedziałby na zupełnie małym krzesełku i cicho płakał. Każda kolejna kropla roztapiałaby ten mdły wizerunek, aż w końcu człowieczek zniknąłby zupełnie. Byłoby to może i bolesne, na pewno trudne, ale chyba nie aż takie niemożliwe do wykonania. Przecież każdy może się zmienić, kwestia czasu i warunków.
Urwałem, bo i takie jest teraz moje życie - urwane, zawieszone między jedną opowieścią a drugą. Tak, jakby ktoś przekręcając stronę w książce zapomniał ją docisnąć, nie dopchnął kartki zupełnie i teraz nie wie, czy dziennikarkę zabił młody, przystojny barman czy podstarzały podrywacz. Najgorsze, że ten tajemniczy czytelnik jakby o tym nie wiedział - pewnie sam nie chce znać odpowiedzi, albo po prostu wyszedł zrobić sobie herbatę. I zaraz wróci. Na pewno.
Tuxedo
* - Paweł, to określenie było tak trafne, że nie mogłem sobie pozwolić na jego niewykorzystanie.