|
W niedziele o 11.24, kiedy Słońce na chama wpycha się
przez moje okno, a jednocześnie temperatura wywołuje strach nawet u
pingwinów, pisanie nie przychodzi mi łatwo. Te czynniki są po prostu
nienajlepszą dla mnie kombinacją, bo wyjątkowo nie mogę się wtedy
skupić. Ślęczę więc przy zabytkowym monitorze i słucham dziewuchy,
która głosem, aparycją i gitarą włada moim humorem, jak Frodo
Obrączką.
Dziewucha to Avril Lavigne (podobno bilans główkowania
sztabu marketingowców, a nie naturalna buntowniczka, ale mi to nie
przeszkadza), niedziela jest 26. dniem lutego, a ja nazywam się Michał
Chmielewski. Nic z tej wyliczanki wyniknąć nie wyniknie, ale fajnie się ją
składało. Pierdoły piszę, nie? Napie:)dalam kotka za pomocą młotka i
dobrze mi z tym w tej chwili. Nie mam nic lepszego do roboty, bo jeden
kumpel pozoruje w domu naukę, do drugiego mam drogę w postaci autobusu,
pociągu i godziny marszu (w tej autentycznej kolejności), a trzeci już
dawno zrezygnował ze świata na rzecz dziewczyny (w dodatku mojej byłej), z
telewizora pożytku nie będzie, co zaliczam do standardu (prócz niedzielną
godzinę 22.15 w Polsacie), rower jeszcze poczeka (-10 o C), sprzątać w
pokoju wolę tylko wtedy, gdy siedzę na sprawdzianie z fizyki, płyty
wypożyczone z fonoteki przesłuchałem nawet z drugiej strony, pomysł na
tekst znajduje się o jakiś długotrwały lot Boeingiem757 ode mnie, łóżko
czeka, aż je łaskawie pościelę, telefon zapuścił już chyba korzonki koło
monitora, ten z kolei wyświetla 74. Wybryk CDA, kubek ze Shrekiem pozbył
się porannej (11.24 w niedzielę to wczesny ranek, pamiętajcie o tym tuż
przed pukaniem w moje drzwi) kawy, moja 15-letnia suczka upierdliwie
domaga się czułego pogłaskania, po pokoju walają się ciuchy, grzejnik
emanuje ciepełkiem, talerze i inne szklanki krzykliwie domagają się zlewu,
tata chodzi tu i tam, mama rządzi w kuchni, siostra idzie do kościoła,
koło łóżka waruje pluton książek-które-kiedyś-przeczytam i
pism-które-również-kiedyś-przeczytam, a ja właśnie zerkam na plakat
koncertu GeneRacja'05, który podprowadziłem ze szkolnej tablicy ogłoszeń,
i ustanawiam rekord najdłuższego zdania w historii AMaga.
Coraz
rzadziej zdarza mi się docenić chwile. Spokojne, płynące wolno minuty. W
dalszym ciągu mam za dużo wolnego czasu - dlatego właśnie to piszę - ale
to się ma niedługo zmienić, w co pokładam połowę arsenału nadziei, jaki w
sobie posiadam. Nudzę się okrutnie, czekam na KABOOM! mojego życiorysu, bo
od dłuższego czasu leci on jednym, tym samym, nudnym schematem. Mam
wrażenie, że gdybym zasnął cztery lata temu, obudziłbym się z takim samym
stanem rzeczy, jaki obecnie panuje. Robiłbym tylko krótkie pobudki, by
jechać do mojego byłego - już niedługo - technikum i szastając elokwentną
prośbą wydusić z nauczycieli zadowalające oceny na półrocze. Ale to
nieprawda. Gdybym cztery lata temu przeczytał komentarze Donalda
(pozdrawiam) w "Jak przystało...", zbierałbym pieniądze na bilety do
Rzeszowa, by z kumplami, od których nie mogłem się wtedy odpędzić,
porozmawiać z nim po dresiarsku. Dziś manewruje przed czymkolwiek, co
tylko zapowiada się na choćby przepychankę. Cieszy mnie taki mentalny
obrót, choć przyznać muszę, że momentów, kiedy chciałem jakiemuś idiocie
wykonać brutalną operację plastyczną, jest dużo. M.in. tak się zmieniłem
przez cztery lata.
Te lata przeminęły przeraźliwie szybko i pęd ten
ciągle wzrasta. Dosłownie woda przez palce. Przyłapuję się na tym, że
momentami chcę uczestniczyć w sławetnym Wyścigu Szczurów, choć
paradoksalnie nie chcę. Chciałbym wiecznie żyć o 11.24 w niedzielę,
popijać kawę z mojego ulubionego kubka i czytać Was - Ludzi Tworzących
ActionMaga. Żyjcie w
spokoju. |