22

 

                                    Witaj! Mam pytanie - co robisz na krawędzi tego budynku. Przecież nie masz spadochronu. Głupotą by było skakać bez niego. Przecież nie jesteś głupi. To niemożliwe żeby wszystko było źle. Coś przecież musi być.  Nie skacz proszę cię bo to się może okazać niebezpieczne. To dwudzieste drugie piętro, lepiej nie. Myślisz że coś to zmieni? Masz rację. Długi? Przecież można spłacić. To problem? Nie przesadzaj przecież możesz sobie znaleźć inną. Nikt na pewno nikt? Przecież ja mogę zostać twoim przyjacielem. Nie - ja tu tylko sprzątam. Ale porozmawiajmy o czymś weselszym. Masz psa? Jak się wabi? Tak? A kto mu da jeść jak teraz skoczysz? Tak. Co mam zrobić z tymi kluczami jak go wezmę. Nie - oddam ci je. Jak chcesz to ja pójdę nakarmić Fafika, a ty sobie tu skacz. Chyba że chcesz zejść niżej do bufetu i wypić sobie kawę, spokojnie pogadać. Dobra - nie czesz to nie. Ładny zachód słońca nie? Myślisz że jak będziesz leciał to będzie ci go szkoda. 

I skoczył.

Tak, kilka metrów w dół, trzask i się rozpłaszczył. Tak bez fajerwerków i żadnej krwi - mocno walnął o beton. Żebra wbiły się do środka i zniszczyły bebechy biednemu człowieczkowi, czaszka nawet nie pękła. Potem leżał na stole pewnego doktorka, który raczej truposzy nie lubił - no taką miał pracę. Ciąć i sprawdzać. Doktorek przywitał człowieczka ciepłym |dzień dobry| i zaczął sprawdzać skład żołądka gościa. W małym brunatnym worku w którym zazwyczaj trawi się pokarm, znalazł resztki makaronu i orzeszki. Grzebanie w ludzkich flakach - nie jest to fajna sprawa. Oczywiście - doktorek za pół godziny może iść do domu. 

Odłożył zakrwawione narzędzia. Mógł iść do domu, do rodziny. Wyszedł na korytarz zamknął salę swoim pękiem kluczy. Pożegnał się z cieciem który stał przy drzwiach i wyszedł. Szedł spokojnie po chodniku. Była chyba godzina 22. W mieście nie było głośno, nie można też było nazwać tego spokojem - szum przejeżdżających samochodów, lekki wiatr - całkiem ładny wieczór. 

Wszedł do mieszkania. Powitała go żona - Widziałeś że Kowalski się rzucił z dwudziestego pierwszego piętra? 

-22. To było dwudzieste-drugie piętro. - odpowiedział doktorek który już teraz nie był doktorkiem tylko ojcem, mężem i tem no... Było lato i całkiem ciepło. Niedziela - idealny dzień na skakanie z prawie 23 piętra. A inni spokojnie siedzieli przy telewizorze i oglądali jakieś głupoty. Życie życzliwych toczyło się dalej

 

 

 wlokąc za sobą ludzkie flaki.

Sypee

                                  

ps: nie jedzcie orzeszków