Przejażdżka:

 

DJ powoli wypływał z sennej ciemności ku światłu poranka. Z zadowoleniem zauważył, że nękający go ostatnio ból pleców dzisiaj wziął sobie wolne. Po dwudziestu dziewięciu latach pracy w Solid Constructions z jego krzyżem było coraz gorzej. Zaczął też martwić się o serce – efekt długiej, systematycznej diety fast foodowej. Miał pięćdziesiąt cztery lata i czasy, gdy czysty wysiłek fizyczny sprawiał mu wyłącznie przyjemność, brutalne szybko odchodziły w przeszłość. Najwyższa pora pomyśleć o wcześniejszej emeryturze. Przydałby mu się długi urlop na jakiejś słonecznej plaży. Tak…

            Coś przebiło się przez te senne myśli. Wrażenie ruchu. Odgłos pracy silnika. Otworzył oczy i musiał je zmrużyć przed palącym, pustynnym słońcem. Był w taksówce – obok niego znajdował się taksometr - pojazd jechał po zakurzonej drodze, leżącej pośrodku skalnej pustyni. Wokoło widział tylko zalane blaskiem słońca czerwone skały i piasek… morze piasku.

            Działo się tu coś bardzo niedobrego, czuł to przez skórę. Całe życie spędził w mieście, a pustynię widział tylko na Discovery, dlatego otoczenie budziło w nim jakieś pierwotne, niewytłumaczalne lęki. W zasięgu wzroku nie było żadnego znajomego kształtu, nawet słońce wydawało się jakimś okrutnym okiem patrzącym surowo, z bezkresnego błękitu.

            Za kierownicą siedział młody, czarnowłosy chłopak, na oko miał ze dwadzieścia dwa-trzy lata. Na nosie miał ciemne okulary i uśmiechał się od ucha do ucha. Cała jego postać: sposób siedzenia, lekkie prawie niedbałe trzymanie kierownicy, kogoś mu przypominało. Wiedział, że powinien znać tego człowieka, ale wspomnienia były jak niewyraźne zdjęcie i pamięć odmówiła mu posłuszeństwa.

-         Obudziłeś się nareszcie! To dobrze, myślałem, że prześpisz całą podróż. – Powiedział kierowca.

-         Gdzie ja jestem? – Spytał DJ.

-         W mojej taksówce.

„Co ty nie powiesz?”. Cała ta sytuacja była, co najmniej dziwna. Nigdy nie jechał taksówką z wyłączonym taksometrem. Nigdzie też nie dostrzegł identyfikatora chłopaka.

-         Tak, ale… co to za miejsce? – Spróbował ponownie.

-         Pustynia Serca.

-         Co?

-         Nie zrozumiesz. – Chłopak, spojrzał na DJ zza lustrzanek – Na razie.

Pustynia Serca? Nie był zbyt dobry z geografii, ale sama nazwa wzbudzała podejrzenia. Brzmiała jak Mekka hipisów. Zaczynał podejrzewać, że jego towarzysz ma nierówno pod sufitem. Szczególnie ten uśmiech, można go zobaczyć na twarzach dwóch typów ludzi: ci, którzy odnaleźli ukochaną osobę po kilkunastu latach rozłąki i maniakalni mordercy. A podobno większość psycholi wygląda zupełnie normalnie. Z drugiej strony on sam zasnął we własnym łóżku i obudził się w taksówce…

-         Czy ja pana znam? – Spytał.

Czuł, że osoba kierowcy jest kluczem do wyjaśnienia tej sytuacji i on ma ten klucz, wystarczy coś, co pozwoli mu się skupić. Imię, nazwisko, cokolwiek. Twarz kierowcy wykrzywiła się w grymasie bólu i zawodu, ale po chwili powrócił na nią uśmiech.

-         Przypomnisz sobie. Na pewno. – Dodał jakby dla siebie.

-         Przepraszam, nie chciałem pana urazić.

-         Nie szkodzi, słyszałem, że wielu ludzi w twoim stanie ma pewne kłopoty z pamięcią. I skończ z tym panem, zawsze byłem dla ciebie Jimem.

Na dźwięk tego imienia DJ usłyszał w głowie potworny huk zgniatanej blachy i pękającego szkła, w powietrzu na chwilę pojawił się zapach benzyny, wzdrygnął się mimowolnie. „Co ten chłopak jeszcze powiedział? „Ludzie w moim stanie?” Mówi jakbym był w ciąży.”

-         Ok, Jim. Powiedz mi, więc jak się tu znalazłem.

-         Zawołałeś i przybyłem, wsiadłeś.

DJ poczuł ogarniającą go irytację – znowu te cholerne zagadki, czy on robi sobie ze mnie jaja? Westchnął starając się zachować spokój.

-         Słuchaj, Jim, wydaje mi się, że do tej pory byłem dość spokojny, prawda? Ale wcale nie podoba mi się, że obudziłem się pośrodku niczego, w taksówce, której nie zamawiałem i kierowcą, który gada zagadkami, jak jakiś zawszony wędrowny mistyk. Więc jeśli zaraz mi wszystkiego nie wytłumaczysz, jasno i wyraźnie to któryś z nas trafi do szpitala. I tym kimś nie będę ja. Jasne?

Jim spojrzał na niego przeciągle, z namysłem, a potem, co wydawało się niemożliwe, uśmiechnął się jeszcze szerzej.

-         Ten sam stary, DJ, jakiego pamiętałem. Może z wierzchu wyglądasz starzej, ale w środku płonie ten sam ogień, jak przed laty, nie? Zgoda, pokażę ci.

Mówiąc to wskazał ręką na drogę przed nimi. Stara szosa gwałtownie wspinała się w górę po stoku wysokiego wzgórza. Samochód wpadł na wysokie obroty i gwałtownie przyśpieszył.

-         Co jest na szczycie? – Spytał DJ, nagle nie chciał niczego wiedzieć, niewytłumaczalny lęk, który poczuł na początku niesamowicie gwałtownie przybrał na sile. – Zawracaj! Nie chcę tam jechać! Zawracaj, mówię!

-         Spokojnie, braciszku. – Mówiąc to chłopak zdjął lustrzanki i DJ widząc te szare oczy, prawie usłyszał szczęk zębatek, gdy wszystko trafiło na swoje miejsce.

-         Jim? Jimmy? Mój boże przecież ty nie żyjesz!

-         Kopę lat, DJ.

-         Jezu, to już przecież dwadzieścia lat!

-         Dwadzieścia jeden dokładnie mówiąc.

DJ ogarnęła nieprzebrana radość, będąca skutkiem szoku.

-         Jak to możliwe, przecież widziałem twoje ciało, wrak samochodu. Chyba, że…

Nagle poczuł przenikliwe zimno. Już wiedział skąd pochodził ów tajemniczy lęk.

-         Nie… to niemożliwe… proszę… - jęknął.

Jim skinął głową zachęcająco i jednocześnie nieugięcie.

-         …chyba, że ja też nie żyję. – Dokończył DJ.

W jego głowie pojawił się obraz samego siebie, leżącego na łóżku w ciemnościach nocy. Ręce przyciskał do lewej strony klatki piersiowej, jego twarz wykrzywiał grymas bólu, czoło zrosił pot. Wiedział, że to atak serca. Z kołyszącej się bezładnie słuchawki telefonu płyną cichy głos: ”Proszę pana… proszę pana, jaki to adres… proszę się odezwać, jaki to…”. Jego umysł gasł, a usta mamrotały nieprzytomnie: „Jim, gdzie jesteś? Nie zostawiaj mnie samego, braciszku! Jimmy…”. „Zawołałeś i przybyłem…” W oczach zakręciły mu się łzy, po raz pierwszy od pogrzebu brata.

 

Nagle nie siedzieli już w samochodzie, ale stali na masce, atakowani niewidzialnymi pięściami wiatru. Jim złapał go za ramię i przytrzymał, chroniąc przed upadkiem.

-         Gotowy?! – Krzyknął do DJ.

-         Na co?!

I wtedy zobaczył. Wzgórze kończyło się czarną przepaścią. Pomyślał, że powinien się bać, ale strach gdzieś przepadł.

-         Skacz!! – Zagrzmiało mu w uszach.

Taksówka przejechała przez krawędź i runęła w dół obracając kołami w powietrzu, a oni wyskoczyli i nie tyle spadali ile szybowali w powietrzu. Jim puścił jego rękę i DJ zamknął oczy rozkoszując się momentem lotu. Nagle pod palcami poczuł gładką i miękką powierzchnię z piór, kryjącą twarde jak skała mięśnie. Otworzył oczy i ujrzał pod sobą ogromnego ptaka. Nigdy takiego nie widział, skrzydła miały kilkanaście metrów rozpiętości, pióra odcień czystego błękitu, tylko na czubku głowy lśniło ogniste pasmo.

DJ odkrył, że zostawili za sobą pustynię i przepaść, i teraz lecą pośród gwiazd. Po prawej dostrzegł Jima, dosiadającego podobne wspaniałe zwierzę.

-         Dokąd chcesz polecieć – spytał Jim i choć nie krzyczał DJ świetnie go słyszał.

-         Nie wiem, wszystko wydaje się takie… - zabrakło mu słów, wskazał po prostu na miriady gwiazd świecących wokoło nich.

-         Możliwości jest nieskończenie wiele. – Potwierdził Jimmy.

-         Czy ptaki nigdy się nie zmęczą? – Spytał niespodziewanie DJ.

-         Nie, to prawdziwi Królowie Przestworzy, poniosą nas przez wieczność i dalej…

 

 

Copyright by Mariusz „Maro” Tkaczyk…

Korekta by Marcin „Olszak” Olszewski…

And few other people that I’m really grateful…