I niech wielość przyjdzie, by mnie utulić.

Nigdy nie było to tak proste, jakim to tworzyłem. Ukazywały się załamania, rysy, pewne problemy z materiałem. Tak niezależne od dotyku twórcy.

Chwilami nie mogłem im poradzić. Leżałem wtedy wtulony w ciepłą kołdrę, skrywając się przed każdym spojrzeniem. I nawet tam nie było bezpiecznie. Nie tak, jak powinno być memu tworowi, nie tak, jak chciałem by było. Zawsze świat znajdował się zbyt blisko. Zawsze był zbyt bezpośredni.

Akt nigdy nie towarzyszył mi dobrowolnie. Wydzierałem go raczej, jednak z pewną łatwością, która wydawała się być mi przeznaczona, bo tak oczywista. Nie wątpiłem, zwątpienia nie zaznawszy pytałem, unikawszy tego ciężaru gdzieś w głębi, tak przygniatającego. Chwilami nie potrafiłem się powstrzymać, tak tłukłem zaciśniętymi pięściami powietrze, a przedmioty w moich dłoniach boleśnie znosiły niedelikatnie traktowanie. I nie potrafiłem zaradzić tym łzom, które ciekły po policzkach słone. Jeszcze je pamiętam.

Nie uciekłem naturze świata. Zawsze była namacalna, lecz nigdy nie potrafiłem się uchylić, choćby uchwycić i zgnieść, choćby roztrwonić tę cząstkę, jaka była mi przeznaczona. Tak w każdej rozmowie, którą było mi przeznaczone usłyszeć, wyraźnie tkwiły słowa, gesty, które tak nieproszone. Takie nachalne tą naturą. Tą oczywistością. Te miasta, te miejsca, i tyle tam stanów, tyle wyczuwalnej woli, którą spętany zostać być mogłem. Tyle wędrówek w przeciwnym kierunku, w tańcu, w ucieczce. I czasami przepraszali mnie za szczerość, na co ja im wyrzucałem - nie przepraszajcie za prawdę! Nie wyrzucajcie sobie uczciwości! Oni mnie wysłuchali, a ja tak cierpiałem. Najrzadziej zadawałem sobie pytanie: czy warto było wiedzieć? Czy warto było wiedzieć, skoro prawda jest tak ogłuszająca i pozbawiająca smaku? Zaraz docierało do mnie, że mówię o ucieczce z premedytacją, w obrzydliwym od strachu stężeniem. Zaraz mówili, że chcieliby wtedy skłamać, o ile byłoby to prostsze, o ile teraz rzeczy byłyby łatwiejsze.

Taka jest natura świata.

Dla mnie, dla tego, który przeszłość [swą] ukochał nawet w swej robaczywości, nawet ze swymi błędami nieboskie drogi się otworzyły. Przywiązałem się do teraźniejszości, i ją to miałem we wzroku, co taki nieczytelny. Przywiązałem się też do ludzi, ufałem im, a tyle razy wcześniej zraniony! tyle nauczony, by tego nie robić!

Jeżeli byłem człowiekiem dobrym, powodów tego należy upatrywać w zbyt dużej ilości błędów popełnianych tyle razy wcześniej. I później tyle razy z pochyloną głową się szło, tyle razy na kolanach, tyle razy tyle grzechów. Starałem się nie popadać w podupadłość, nie trwożyć na wszystkie grzechy tego świata. To tak, jak na odczycie poezji ktoś mówi, ktoś wstaje i krzyczy - Chciałeś ponieść wszystkie grzechy tego świata! A mówi do dębowej trumny. A oni i tak wszyscy już martwi, martwi za życia. I tacy nieszczerzy. W swych modlitwach (jeśli takie były, w trwodze pewnie bluźniłem) prosiłem o powiew chłodniejszy, o jutro przejrzyste. W swej głupocie je dostawałem. Później pisałem, że niedogolony włóczykij wyprosił sobie azyl, i w krainie marzeń niepodległych już, wyruszył tam na zawsze. I to wszystko takie było proste, że melodie w głowie pofruwały, były tym swoim nieczystym rytmem tak cudne! Niewielu ludzi w swej melodii jest tak czystych, tak cudnych. Och, każdego tego ranka budziłem się i każdego tygodnia uświetniałem poranek niemrawością, ale kochałem to światło zza firan, och, niech żyje życie! Gdy pełny jego, które wyprosiłem, przechodziłem z pięknem przez ulice to małostkowa moja cudność się wydawała. Tak przechodzimy, a ta rzeczywistość, rytmiczna, taka szara była pełna samochodów, wycinanych drzew. Wieczorem, pewnego pamiętnego wieczoru (który kocham pamiętając, choć mam tyle do zapomnienia) świat był mną, bo ten wieczór taki bezwietrzny jak ja, tylko tunele miedzy kształtami szarymi pełnie podwiewanych liści. I to byłem ten Ja, który zimną, śnieżną porą wędrował i szukał miejsc, które nieznane. To był ten Ja, którego nigdy zapamiętanego nie było, umarł tak dawno. I już nie ma go kto żałować.

Musiałem wierzyć, że każdego dnia jesteśmy inni, że wczoraj nie istnieje jak my, och, że przeszłość już zaszła, choć tak niepełna. Każdego dnia spotykałem ludzi, i innymi już się stawali. Ile ludzi w ich życiu, by tak szybko zmiennym? Bo to ludźmi się zmienialiśmy, i oni nigdy nieczuli, w swej pewności tacy malutcy. Tacy głupi, nie wierzyli, że są równie źdźbłami. Nie cierpieli przez to, nie zauważali. Ja też, rzadko, na tyle byłem nieuważny, że zmieniałem się i pozwalałem zginać. Zapewne to wtedy tyle razy byłem rozczarowany.

A wybory?.. Wierzyłem w nie, wątpiąc wątpiłem sobą, zadając pytania pytałem. Musiałem wierzyć, bo inaczej robakiem bym się stał, szlamem i błotem, pyłem i popiołem, z którego żaden diament.

Instynkt. Ten towarzyszył mi od zawsze, od wieków, był odczuwalny bielą, bielmem oka. I on zmęczony, czasami zmuszony byłem zamknąć się, skryć się, tyle rzeczy mogących mnie oślepić. Wierzyłem i w niego. I w niego wierzyć musiałem.

Wybory. Czy tak naprawdę musiałem cokolwiek?..

Chciałem stanowić o samym sobie. Przeznaczenie istniało tylko chwile, taka tez jego natura, jeśli jest, jeśli obecna. Czasami śmiałem się głęboko w wietrze, w śniegu, który nie pozwalał otworzyć oczu i szedłem właśnie tą strona, gdzie najwięcej ich, gdzie wszystko, co miało być najgorszym - już się stało. I słowo stało się ciałem - moje słowa, zapisywane na kartach, ulotkach, zdawały się mieć tak wyraźny wpływ na świat. A może się mylę? Może zawsze się myliłem, i w swej wierze błąkam się po przypadkach? Jak widać, wybory są sprawą wiary.

 

Dzień później, czyli po 77 wierszach

 

Jak zawsze ludzie mieli mało miłości do życia.

I w życiu jej nie kosztowali. Wydawała się nawet nieistniejąca, tak wierzyli w chwilowość, tak byli zaślepieni własnym losem. Zawsze było mi ich żal. Nawet nie uśmiechali się do ulicy. Dla nich to zawsze było pierwsze. Może dlatego nigdy ich nie rozumiałem.

I zawsze tak bardzo bolało mnie to, co było. Taki ślepiec, którego w jednym momencie wypełniało światło. Taki widzący, który w jednej chwili rozumiał, czym jest ciemność. I tak zawsze widzieliśmy to, co widzieć chcieliśmy, reszta była poza falą, poza możliwością. Z takim to wyborem godzić się musiałem z ciszą, której głosy nie zakłócały. Często byłem przepełniony, chwilowy skraj został osiągnięty. W mgnieniu sekund jednak czułem, że skala się rozszerzyła, i te uczucia już przedawnione, żadne nie istnieją i nigdy nie istniały. Takie to było życie.

Silny byłem szczerością i prawdą. Rzadko odczuwałem strach. Jeżeli, to bardzo mnie irytował. Czułem się wtedy tak okropnie przywiązany do fizyczności, do zezwierzęcenia, jakiemu poddani byli już wszyscy wkoło. Tylko te prawdziwe zwierzęta były niewinne. One jedne nie kłamały. Nawet jeżeli nie warczały, by zaatakować, to i tak ich krnąbrny umysł był czysty.

Szczerości i odwagi zawsze brakło mi u ludzi. Sam się ich bałem przez długi czas, przyznaje. Bardzo też późno ten strach paraliżujący utraciłem. W okolicznościach równie zwykłych jak wcześniejsze uczucie strachu.

A o miłości… Napisać niewiele to sztuka. Napisać prawdę to rzecz niemożliwa. Z latami utraciłem jej pewność, tak niewiele zaznałem czułości w życiu. I na zawsze więcej. Może czułość tkwiła, ale jej ilości tak znikomymi, że doprowadzało to do szaleństwa. Cierpiałem, więc, w banalnych słowach. Cierpiałem, i było to dla mnie cenne doświadczenie. Na tyle cenne, że je spisywałem, zużytkowałem je, tak nieuczciwie. Jeżeli potrafiłem.
i na zawsze więcej.

Pamięci zawsze żałowałem. Jedynie zapisywana była bardziej rzeczywista. Słowa w piosenkach zawsze mnie zasmucały. Jeżeli ktoś potrzebował drugiej osoby, to i tak była to nie prawdą. I to było tak obrzydliwie nieuczciwe! Takie nieszczere! Te słowa, wypowiadane tyle razy, miały mieć ten sam smak, co pierwej.

Jakby nigdy wcześniej nie istniały. Z trudem te słowa zapisuje.

Byłem tym, który tak niewinny w tej swojej wierze w ludzi, w słowa. A jednocześnie taki niewierzący, i znający ludzkie wyrazy w ich rozwarstwieniu, w poszczególnych warstwach znaczeniowych. W tej grze, tej instynktownej, w której manipulowanie ludźmi sprawia taka frajdę, byłem o tyle winny, że miałem o niej pojecie. Jakbym znał już ten rytm, i często wystukiwał go jadąc autobusem.

Przepraszam, mówił król matce ściętego przed chwilą mężczyzny. Zielarz za każdy obcięty listek przepraszał lecząc ludzi. Przepraszam mówiłem też trącając ludzi w autobusie.

I lis, którego po oswojeniu nie można porzucić.

I kot.

Zgodnie z każdym łańcuchem powinienem teraz zapisać:

I ja.

 

Sam też nierzadko (a może właśnie rzadko?) pozwalałem się zwieść kolorom. I tak czerwień, zieleń. A końcem wszystkie one niewarte. Natura świata okazywała się być przebiegła. Czasami też w sześć dni stworzenia twór się rozpadał, wycinając na mnie piętna i piękno. Tak to wszystko swą natura było nietrwałe. Znalazłem tylko jedno, które trwało. Odkryłem wtedy, że modlitwy są w podzięce. A wieczorami piłem herbatę.

Niewiele znaczy dla mnie przejaskrawienie, koloryzowanie. Nieszczególnie chętnie starałem się znajdywać środek. Po wielu też latach potrafiłem skreślić, czy wyrzucić rzecz raz napisaną. Wcześniej i one miały trwać niezmienne. Nawet, jeżeli tak błędne.

A czasami krzywdzili mnie ludzie, których nigdy nie poznałem. Może to było najgorsze. Ukochani krzywdzili mnie, ale to chyba było ich prawo. Byli, gdy ich potrzebowałem najbardziej, a zdolny byłem im wybaczać. I tak zbyt wiele. I tak zbyt wiele.

Pierwszy pogrzeb okupiony został niebytem. Pierwszy pocałunek - cząstką niewinności. I teraz boli, gdy pomyśle o innych. Każdego dnia budzę się, i nie dziękuje za życie. Czy będziesz tak miły by mi pomóc. I nikt nigdy nie będzie.

Niektóre straty, niepowetowane, były konieczne. Niektóre zdawały się wartością same w sobie.

Zgodziłem się tu przyjść, wysłuchałem, obiecałaś i nigdy więcej. Jakie to proste. Mogę sobie wyobrazić, że gdzieś jesteś, a nigdy Cię nie zobaczę.

Tylko te czułe pocałunki na pożegnanie.

Słowa piosenki, które kiedyś wyśpiewałem, były prawdziwe. A tak niewiele tych wszystkich wieczorów w ciszy. Żałuje. Niech się ugnie ziemia, niech to wszystko się skończy, bo żałuje.

Przez długi czas, gdy niechlujnie mówiłem, niedosłyszane słowa zbywałem jednym - nieważne. I może takimi się stawały. Może tak dużo było wtedy czułości, a ja… nie spostrzegłem. Tyle, że później - do kogo uśmiechać się w lustrze, bo to przecież nie

 

Ja.

 

Rzadko słuchałem tego, co miał mi do zakomunikowania mój umysł. Niepotrzebnie, bo mogłem to zbyć, a najczęściej uwagi były to trafne. Nigdy nie musiałem za to wątpić w swój osąd. Wiele razy przekonałem się, że decyzje już zapadły. Niektórzy ludzie nigdy nie potrafili tego zrozumieć. Zawsze ich słowa były woalką dla woli. Może by nie skrzywdzić. Ale jak miałoby to się udać? I tak prawda znalazłaby swoje ciche miejsce. O czasie więc prawda stawała się równie oczywista dla wszystkich. Co wcale nie oznaczało, że prawdę te przyjmowano.

Ludzie w ten, tak mi obcy, sposób godzili się na przyjemność, czerpiąc ją, nie czekając. Bolało mnie również i to. Nie miałem na to wpływu, prawda. Jednak odnalazłszy się znajdowałem zawsze to samo - ból świadomości. I taka ta świadomość toksyczna, równie toksyczna jak ocean rzeczywistości. Wydaje się, że świadomość i rzeczywistość mają ze sobą to wspólnego, że w czystej postaci są równie szkodliwe. A nieświadomość to ucieczka, a nierzeczywistość to okłamywanie. Wśród kłamstw najgorsze jest okłamywanie siebie.

 

Och, co ze mnie za człowiek! Nie potrafię i nigdy nie potrafiłem odrzucić wiedzy, odrzucić świadomości, która później i wcześniej taka bolesna. Czasami podpierałem głowę na dłoniach, skrywałem w nich twarz, i - co już opisałem kiedyś - wdychałem zapach dłoni. Żadnego spokoju nie znajdowałem w pisaniu, jedyne chwile zrozumienia - bo zrozumienie było jedynym wyjściem bez ucieczki - odnajdywałem w rozmowie. A ludzie rzadko mówili, bo to też wiele. Najczęściej ze swoimi uczuciami pod zamkniętymi powiekami milczeli, i tak też trwaliśmy. Zdarzało się też, że z pochylonymi ma mój wzór i podobieństwo przechodzili obok. Tacy szczególni w tym wyjątkowym momencie. Nawet ich podniesione czoła były takie smutnie niepewne. Może wszyscy oni i może ja jesteśmy zagubieni. Może nigdy nasza natura nie przebiegnie, może to już jest wpisane. Może tak ma być. Może wypada nam umrzeć.

A może żyć.

 

 Kot z Cheshire

neop@tenbit.pl