Wahadełko

Dziwnie się czuję. Jeszcze kilka minut temu prawie płakałem ze śmiechu, a teraz jestem smutny. Wahania nastrojów jak u szesnastolatka. Problem w tym, że szesnaście lat to ja miałem dawno temu. Jeszcze gorsze jest to, że nie wiem, skąd się to wszystko bierze. Przecież jeszcze niedawno byłem człowiekiem zupełnie stabilnym emocjonalnie.

Przejmuję się totalnymi pierdołami, obrażam się o byle co. Jak dziecko, bo zazwyczaj przechodzi mi szybciej niż na dobre się zacznie. Jakbym nie miał innych problemów niż nagminne kazania głoszone przez rodziców. Głodujące dzieci, wojny, katastrofy. Nic takiego mnie jeszcze nie dotknęło i chyba stąd moja obojętność. Zimny sukinsyn ze mnie.

Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Jedna rzecz nie jest mnie w stanie przyciągnąć na długo. Mam mętlik w głowie i robię wiele rzeczy na raz. Podobno podzielność uwagi to przydatna cecha, ale u mnie objawia się tym, że robię wszystko na pół gwizdka. Jak pieprzony siedmiolatek, który naraz chciałby być policjantem, strażakiem i lekarzem. Ja nie chciałem być żadnym z nich, ale moje zachowanie pokazuje inaczej...

Ostatnio śmieszą mnie totalne bzdury. Nie wiem, czy to wpływ otoczenia, czy cofanie się w rozwoju. Faktem jest, że czasami, nawet w samotności, muszę się hamować. Mogłoby się wydawać, że przynajmniej jestem opanowany, ale to złudne wrażenie. Czasami wybucham niekontrolowanym śmiechem, a najbliżsi tylko kiwają głowami z niedowierzaniem. Wiadomo - jestem szczeniakiem i jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem.

Są takie chwile, kiedy robię podsumowanie tego mojego dziwnego żywota. Zawsze na koniec czynię rozmaite postanowienia. Aż dziw bierze, że nie jestem w stanie wytrwać w nich chociaż tygodnia. Chyba jednak zostało mi coś z buntownika. Szkoda tylko, że buntuję się przeciwko sobie.

Nie zmieniło się za to moje podejście do nauki. Nadal jest to styl "zdać jak najmniejszym nakładem sił". Zmieniły się tylko reguły gry i procent powodzenia tego typu akcji. Na studiach nie wystarczy napisać kilku bzdur, żeby zdać za pierwszym podejściem. No, ale grunt to zdać w ogóle.

Mam słomiany zapał. Wiele pomysłów, które zamierzałem wprowadzić w życie pozostało niezrealizowanych. Pracę nad niektórymi z nich rozpoczynałem w pocie czoła, by po dwóch - trzech dniach mordęgi rzucić wszystko w kąt. Główna przyczyna: potrzebny byłby jeszcze z miesiąc, aby to doprowadzić do końca. A później dziwię się, dlaczego rodzinka zarzuca mi, że nic nie robię...

Moje wahadełko wciąż pracuje, czas mija, a ja nadal pozostaję z niczym. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie chcę niczego zmieniać. Taki już jestem i koniec. Jakbym chciał grać to zostałbym aktorem. Życie jest jedno i trzeba je przeżyć po swojemu. Życie to tylko życie i chyba nie opłaca się porzucać własnych ideologii dla czegoś, co przemija.

Jutro pewnie znowu będę wesoły i stwierdzę, że to co napisałem jest głupie i dziecinne. Ba, wesoły mogę być nawet za pięć minut. Nadejdzie jednak jeszcze taka chwila, kiedy dostanę solidnego kopniaka w dupę i sprawi on, że ten tekst nadal będzie aktualny. Po prostu historia kołem się toczy, a w życiu jest raz z górki, a raz pod górkę...

zabójca /zabojca@buziaczek.pl/