Dlaczego nie potrafię Cię zrozumieć? Jesteś, stoisz naprzeciwko mnie i patrzysz mi w oczy, tak głęboko, jak tylko ty potrafisz. Wiem, że ty mnie rozumiesz, choć nigdy nie odpowiadasz na moje pytania, nie potwierdzasz moich wątpliwości i ich nie zaprzeczasz. Stoisz, patrzysz i czasem ze zrozumieniem mrugasz oczami, a masz takie piękne oczy.
Jest mi tak źle, gdy masz smutny wzrok. Jesteś taki odległy, bezradny, tak to chyba najwłaściwsze słowo. Nie umiem powiedzieć, co czuję, kiedy widzę cię zranionego, pogrążonego w samym sobie. Przecież to ty zawsze wnosisz radość do mojego życia, ty jesteś zawsze ze mną mnie. Jesteś najlepszym słuchaczem, jakiego kiedykolwiek miałam, najlepszym przyjacielem. Kiedy ja jestem smutna ty kładziesz głowę na moich kolanach, całujesz moje dłonie, patrzysz mi w oczy i słuchasz. A potem nie mówisz fałszywych słów pocieszenia, nie wciskasz mi bujdy, w którą pewnie i tak bym nie uwierzyła. Moje łzy są dla ciebie bólem, tak jak dla mnie twój smutny wzrok, bo jesteś smutny tylko wtedy, gdy cię zawiodę, a robię to regularnie często. Ale ty się nie skarżysz, a kiedy pytam się, co się stało zawsze odpowiada mi dokładnie to samo, twoje nieme spojrzenie.
Wiem, że mnie kochasz. Szkoda tylko, że nigdy tego od ciebie nie usłyszę. A ja Ci to tak często powtarzam. Powtarzam i powtarzam aż do znudzenia. A ty tylko na mnie patrzysz i całujesz moje dłonie i stopy i szyje, gdy dopuszczę Cię tak blisko. A wiedz, że kocham Cię ponad wszystko, kocham twój dotyk, chwile, gdy jesteś blisko, kiedy się do mnie przytulasz. I mimo wszystko tak często źle cię traktuję. Tak często wyżywam się na tobie, tak często stajesz się moim workiem treningowym zarówno fizycznym, jak i psychicznym. A ty nawet wtedy nic nie mówisz. Tylko czasami po twoim czarnym policzku spłynie coś pozornie przypominającego łzę. Ale to nie jest łza, to symbol mojego twojego smutku.
I jest mi wstyd, tak cholernie wstyd, że zapominam o tobie, kiedy jest mi dobrze. Chyba, że przez przypadek potknę się o ciebie. Ale i wtedy tylko musnę twoje skronie swoją zwiędłą dłonią, zostawiając daleko za sobą twoje spojrzenie przepełnione nadzieją. I biegnę dalej. A ty wiernie czekasz w jednym miejscu, patrząc w miejsce gdzie zniknął zarys mojej osoby. Czekasz, bo wiesz, że przyjdę, kiedy będzie mi źle albo wrócę wyczerpana i trzeba będzie mi pomóc.
Wiem, że nie będziesz zemną wiecznie, że zbliża się czas rozstania tak niechcianego, ale nieuchronnego. W końcu przeliczając te 13 lat bliskości, na twoje lata, to jesteś uśmiechniętym staruszkiem.
A pamiętam cię jak byłeś małym czarnym kluskiem. Wiłeś się między nogami olbrzymów, a ja też jeszcze wówczas liliput chodziłam za tobą na czworakach. Już pierwszego dnia miałeś mnie dosyć i swoimi bielutkimi ząbkami dałeś mi to odczuć. To ja nauczyłam Cię chodzić po wszystkich pięciu schodach, jakie posiadam. A potem zaczynałam tego żałować i żałuję po dziś dzień. Pamiętam jak z czasem stawałeś się buntownikiem, żeby już chwilę później stać się moim radosnym cieniem, gdy tylko otwieram drzwi lub sięgam do lodówki. Pamiętam też, jak przestałeś się buntować i dzięki swoim doświadczeniom stałeś się tym, kim jesteś dla mnie teraz. Moim owłosionym sercem, które może i zmienia swoją barwę z czarnego na siwy, ale i tak ma te same oczy. Oczy pełne miłości, którą u ludzi tak rzadko się zauważa. Może i kiedyś będę miała innego psa, ale ty na zawsze zostaniesz, nie w moich wspomnieniach, ale wspomnieniem mojego dzieciństwa, dorastania, radości i smutków, bo ty zawsze byłeś gdzieś tam obok.