Klatka

 

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

 

Rozwinął skrzydła. Wzleciał w górę. Ponad bezbarwne konary betonowych dębów, metalowych świerków, szklanych brzóz. Ponad smog miasta. Na wolność, w imię Matki Natury. Nie chciał się udusić, nie chciał zostać zgnieciony przez coraz bardziej zacieśniające się pręty żelaznej klatki, chciał się uwolnić z więzienia, w którym się urodził. Z niewoli.

 

Codziennie widział wielkie postaci wyciągające ku niemu ręce, żeby tylko się pobawić z nim.

Z początku nawet mu się to podobało. Nie przeszkadzało mu takie życie, uwielbiał, kiedy wyjmowali go na chwilę z ciasnej klatki, mógł wtedy pochodzić po ich palcach i rozwinąć skrzydła, jednak nigdy nie mógł odlecieć, gdyż wielkie dłonie go trzymały, a kiedy mocno się szarpał, silne palce chwytały go i wciskały do małej celi. Zawsze, kiedy drzwiczki się otwierały, on uśmiechał się, za każdym razem myślał, że może tym razem się uda. Kiedy natomiast ktoś wpuszczał go z powrotem do małego pomieszczenia, czuł się zużyty, wykorzystany.

 

Z czasem, nauczył się, że nie wolno dać się schwytać. Wolał żyć w swojej ciasnej, ale własnej klatce, niż na zewnątrz jako kukiełka, marionetka, zabawka na jeden raz. Nikt się z nim nie liczył, a z czasem, wszyscy przestali się liczyć dla niego. Kiedy otwierały się drzwiczki i wielka łapa wsuwała się do jego klatki, on zaczynał latać, po całej klatce, unikając grubych palców. Nie robił tego dla rozrywki, robił to, by przeżyć i nie oszaleć. Kiedy wielki postaci już nie bawiło to, co robiła ta mała skrzydlata istota, oddali ją razem z klatką, tam, gdzie było jej miejsce. A przynajmniej tak im się zdawało.

 

W nowym miejscu został przeniesiony do większej celi, mógł w końcu troszkę polatać. W tej samej wielkiej klatce zostało zamkniętych wielu, takich jak on. Małych, skrzydlatych istot. Niestety pobyt w poprzednim miejscu zaraził go nieufnością do innych. Nawet, jeżeli byli tak bardzo do niego podobni. Różnili się tylko kolorami i wzorami na skrzydłach. Większość była już czarno-biała. Tak kończyli wszyscy zamknięci na dłuższy okres czasu. Tracili barwy, zamieniali się w bezwyrazowe szare, czarne i białe stworzenia. Stawali się nikim. Tracili wszystko to, czym byli. Stawali się martwymi wspomnieniami. Stawali się tym, czego zawsze się obawiali.

 

On jednak nie poddał się. Wyszukał partnerkę i choć jej niegdyś ogniste skrzydła już wyblakły i tylko miejscami wykwitała jakaś mała pomarańczowa plamka, naprawdę ją kochał, gdyż w jej oczach wciąż tlił się ogień. Kiedyś tak mocny, teraz jednak osłabiony. W tych oczach widoczna była chęć walki, chęć zmian. Brakowało tylko siły do zrealizowania celu. Teraz już oboje próbowali wydostać się z wysysającej życie, niewolniczej klatki. Na zawsze nierozłączni, tak do siebie mówili, na zawsze razem, tak myśleli.

 

Ze ściany wystrzeliła wielka, koścista dłoń. Szybka jak wąż. Złapała jego towarzyszkę i choć walczył, próbował wszystkich sposobów, aby poranić, zniszczyć rękę, która porwała jego ukochaną. Był bezsilny. Jedyne, co mógł zrobić, to mógł pamiętać. Dla siebie i dla niej. O nich. Marzył o tym, by i jego ta sama ręka chwyciła. Nie chciał zostawać sam. W tłumie zupełnie obcych jemu istot. Czuł się samotny. Wielu próbowało go pocieszyć, lecz on wszystkich od siebie odtrącał. Jego zielone skrzydła w zastraszająco szybkim tempie stały się ciemnoszare. Popadał w szaleństwo.

 

Kiedy zobaczył otwierające się drzwi i wyskakującą stamtąd kościstą rękę, zebrał się w sobie i w ostatnim akcie szaleństwa wyleciał z więzienia. Ominął dłoń i leciał. Leciał wciąż przed siebie, Przed siebie i w górę. Wzbijał się w przestworza, zobaczył świat, jakiego nigdy nie widział i nie dane było mu go widzieć.

 

Rozwinął skrzydła. Wzleciał w górę. Ponad bezbarwne konary betonowych dębów, metalowych świerków, szklanych brzóz. Ponad smog miasta. Na wolność, w imię Matki Natury. Nie chciał się udusić, nie chciał zostać zgnieciony przez coraz bardziej zacieśniające się pręty żelaznej klatki, chciał się uwolnić z więzienia, w którym się urodził. Z niewoli. Nagle coś go zakłuło pod lewym skrzydłem. Wtedy poczuł falę orzeźwiającego powietrza. Tutaj nie było już wielkich ludzi, prętów, klatek, drzwi. Wolność. Lecz w tej samej chwili zaczął spadać. W dół, dół, dół, coraz szybciej i szybciej…

 

 

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

 

„…męczą lub dają odpocząć, są twoje,
czasem ukojenie, czasem paranoje,
sny, nawet gdy są złe to się budzisz
możesz w nich kochać lub mordować ludzi…”

 

WWO – Sen

 

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

 

Playlista:

 

- WWO – Sen

- Pokahontaz – Te wydatki
- Łona – Rozmowy z cutem
- Depeche Mode – Personal Jezus

 

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

 

L ”C” D

 

Czyli

 

Lance ”Casper” Deathunter

 

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

 

 

 

kontakt:

 

e-mail: lcd_88@interia.pl