|
Jaka jest szansa, iż gdy w kucki nożem do smarowania chleba próbuje wyskubać drut z izolacji, żeby wepchnąć do zasilacza nowy wentylator i wreszcie poczuć delikatny chłód wypływającego z pudła powietrza - na naszym cudownym świecie jest ktoś, kto w tej samej chwili robi dokładnie to samo, co ja?
Jaka jest szansa, że to, co pomyślę - choć wydaje się być niepowtarzalne, nowe i odkrywcze - nie było pomyślane przede mną milion razy?
Jaka jest szansa na zrobienie czegoś, co nie było zrobione? W momencie, gdy ludzkość już od wielu setek i tysięcy (?) lat biega po powierzchni ziemi, skacze, kuca, drapie się po nosie, wyje, grzebie w uchu albo sika za krzakiem?
Pozostaje żyć w nieświadomości własnej śmieszności w momencie napawania się dumą bezpodstawną mniej lub bardziej. Ewentualnie wieczne przygnębienie i chaos wewnątrzjelitny. No tak - zawsze można też robić swoje i nie zwracać na nic uwagi.
Jednak to w pewnym sensie przygnębiające, żyć ze świadomością, że wszystko już było. Jeśli wbije sobie pogrzebacz w oko, sfotografuję to, lub wyryję gwoździem na ścianie, śpiewając w trakcie pieśni ludowe pomorzańskie - było na pewno! Nie wiem kto, nie wiem jak, czynność powtórzona, tylko człowiek inny.
No właśnie - czy ten fakt nie sprawia, iż jednak tak naprawdę nic powtórzone być nie może? Jeśli namaluję podejrzanie uśmiechniętego górnika - okrzykną mnie człowiekiem inspirowanym. Jeśli górnik zamiast uśmiechać się nietypowo będzie dłubać w oku - okrzykną mnie krytykiem PRLu! Gdy zaś zawzięcie będzie machać kilofem - stanę się PRLowym fanem.
Boję się pomyśleć, co by było, gdyby uwiecznić 'górnika na klopie'.
No dobrze, a więc człowiek inny - dzieło inne. Inna myśl, inny gest i inne postępowanie. A jednak to nie to samo, nie ma już tego smaczku, który towarzyszył przy wypaleniu pierwszego papierosa, cegły albo lasu. Nie ma tego smaczku, co przy zrobieniu pierwszej jajecznicy. Pierwszego na świecie hotdoga. Nic nic nic, zero, null - absolutne wyzucie z podniecenia.
Sturlam się z górki trzymając w zębach ognistą pochodnię i przyklaskując w rytm dobiegającej z pobliskich głośników mandarynowej pieśni niekoniecznie wojennej. Cóż z tego? Co najwyżej przypalę sobie nos i pobrudzę tyłek zielenią lub błotem - w zależności od pory roku. Zimą mogę jeszcze liczyć na zapalenie płuc. Niekoniecznie od pochodni.
A ja lubię ten smaczek. I czuję go, gdy się zapomnę. Lub gdy świadomie wypchnę z mej głowy myśl, że to nic nic nic nowego. Nienowa kawa, nienowy orgazm i nienowy pomysł.
A już z pewnością nienowe uczucie.
Miło byłoby być pierwszym człowiekiem na świecie, który się zakochał. W tym celu trzeba by porosnąć szczeciną, oblepić nos plasteliną i przenieść się do epoki tupiących dinozaurów. Aż taka cena za prawdziwą wyjątkowość?
No nic, rozejrzę się teraz za tym pogrzebaczem, bo w sumie chyba jednak to mogłoby stanowić pewnego rodzaju nowość. A że oczu mam aż dwoje - jedno mogę poświęcić. Dla sztuki i dla samej siebie.
naff
|