Przejdź do spisu treści...

Isabelle

LeGuerra, miasto burdeli i nędzarzy, gdzie żebractwo i prostytucja urosły do rangi sztuki. Ta wylęgarnia wszelkiego rodzaju szumowin była cierniem w krzyżu Inkwizycji od wielu lat. Plac miejski co tydzień gorzał płomieniami stosów a ulice codziennie spływały krwią szpicli papieskich. Ta wojna trwała długo, aż skończyła się nierównym podziałem granic. Plac miejski dla Kościoła, ulice dla ciemnego półświatka. Właśnie takiego miejsca szukał człowiek, który wchodził do małej oberży na przedmieściach. Był bardzo blady, co z miejsca wyróżniało go spośród śniadych mieszkańców Wybrzeża Hassel, ale też przez ulice LeGuerry przewijało się wielu przybyszów, którzy w labiryncie zaułków szukali anonimowości. Przykuł jednak uwagę kilku bywalców podłej knajpy, którzy zlustrowali go uważnym wzrokiem.
Przybysz miał spadające na kark kruczoczarne, posklejane od brudu włosy. Jego zmrużone oczy wolno lustrowały pomieszczenie, badając bez pośpiechu każdy szczegół. Był odziany w luźną czarną koszulę, podartą w kilku miejscach i ciężkie skórzane nogawice. Przypięty do pasa miecz był tak lichej roboty, że nawet nieobeznane w sztuce płatnerskiej oko mogło dostrzec skazy oręża. A jednak ten człowiek wchodząc do tego miejsca, czuł się niezwykle pewnie. Owszem, był ostrożny, ale wyglądał jakby nie obawiał się żadnego zagrożenia.
Obcy podszedł wolno do tłustego oberżysty i sięgnął do zawieszonego na szyi mieszka. Wysypał mu na ladę całą zawartość. Świńskie oczka oberżysty spojrzały na niego z rozbawieniem.
- Jak długo będę mógł tu spać za te pieniądze?
- Dwie noce. Bez posiłków. - rzucił grubas i wrócił do nalewania piwa w garniec. Podał go stojącemu obok podchmielonemu mężczyźnie. - Będziesz spał we wspólnej sali, na ławie. Dwie noce. I potem won.
Obcy omiótł lekceważącym spojrzeniem oberżystę. Ten chciał coś odburknąć, ale zląkł się zimnego i przenikliwego spojrzenia nędzarza.
- Święty Bartolomeo. - wyszeptał do siebie z przejęciem, gdy przybysz poszedł w stronę mieszczącej się obok sali sypialnej. - Widziałeś te oczy? - zwrócił się do siedzącego przy barze mężczyzny. - Ani chybi uroczne.
Mężczyzna skinął wolno głową. Oberżysta dostrzegł, że ten człowiek jest trzeźwy jak papież w niedzielną mszę, mimo, że jeszcze przed chwilą słaniał się na nogach, jakby wypił dobre trzy, cztery garnce piwa. Zanim grubas coś powiedział, mężczyzna odsłonił poły lekkiego płaszcza okalającego jego barczystą sylwetkę. Zmatowiały kirys nie dawał żadnego połysku, ale oberżysta od razu dostrzegł wygrawerowany kunsztownie krzyż a pod nim jakiś napis w łacinie. Gdyby to był złożony z czaszek krzyż inkwizytorski, to ten człowiek nie wyszedłby z tej oberży żywy. Ale krzyż papieski...
- Każ wszystkim się wynosić w diabły. Jak najszybciej. - powiedział spokojnie mężczyzna. - Ten człowiek jest wrogiem Kościoła i Boga Wszechmogącego.
Kilku innych mężczyzn wstało i wyciągnęło miecze z ukrytych pod płaszczami lub zamaskowanych w tobołach pochew. Nie były to wyklepane młotem jakiegoś tępaka ostrza służące tylko do dźgania, jak te, które nosili na niepoznaki przy pasach. To były długie miecze wykute przez prawdziwych znawców, służące do walki a nie do dobijania prostych chłopów. Niektórzy z nich sięgnęli po lekkie jednoręczne kusze, z których każda kosztowała majątek.
Przypadkowi goście w oberży należeli do najgorszej maści łotrów i morderców. Wychowani w cieniu ulic LeGuerry nie bali się nikogo i niczego. Teraz tylko co odważniejsi mieli na tyle odwagi by wstać i chyłkiem wymknąć się z oberży. Reszta patrzyła tylko zesztywniała ze strachu, jak pięciu egzekutorów z owianych legendą gwardii papieskich cicho przygotowuje się do wejścia na salę sypialną, do której wszedł tajemniczy nieznajomy.

Gdy przybysz zniknął w drzwiach oberży, ukryta w cieniu pobliskiej kamienicy kobieta skinęła stojącemu za nim mężczyźnie. Miała krótko ostrzyżone włosy o jaskrawym rudym kolorze, który można było rozpoznać nawet w środku nocy. Był tak charakterystyczny, że od razu zdradzał jej prawdziwą tożsamość. Podobnie jak przewieszone przez plecy dwa długie zakrzywione miecze ze stopu stali, którego sekret wytwarzania zaginął dawno temu. Wysoka Egzekutorka Ellene Duval, została wysłana tu przez samego papieża, by odnaleźć człowieka, który właśnie wszedł do oberży.
- To on, Ruiz.
Mężczyzna za nią skinął głową a jego ręka powędrowała do rękojeści miecza.
- Wchodzimy, Ellene.
- Nie. Jest tam pięciu naszych ludzi. Starczy. - zamyśliła się niepewnie. - Powinno.
- Mogłaś na niego czekać w środku.
- Rozpoznałby mnie. Widział mnie w Reinholmie, jak wymknął się nam z pułapki na moście.
Ruiz pokręcił głową.
- Jeden człowiek... a tyle zachodu.
Krystalizowane na fiolet oczy Duval zwęziły się.
- Ma na imię Vido. W Reinholmie zabił dwóch egzekutorów. Jeden z nich był moim uczniem.

Vido wszedł do sali sypialnej i rozejrzał się po ustawionych w rzędach szerokich ławach, na których była niedbale wyłożona słoma. W kącie stała szeroka balia z brudną wodą. Gospodarz wyraźnie troszczył się o sprawy higieny, pomyślał Vido i zdeptał obcasem pałętającego się po podłodze karalucha.
Wziął głęboki wdech i przymknął na chwilę oczy. Poczuł coś.
Zapach krwi.
Nic dziwnego, czuł go już od momentu wjazdu do tego miasta. Ale ten zapach był inny. Szlachetny niczym wino z piwnic cesarza. Znał tą woń. A jednak go znaleźli. I to wciąż byli oni.
Krew w nim wzburzyła się całą swoją pradawną potęgą, wypełniając mięśnie siłą a zmysły mocą. Usłyszał za sobą stukot ciężkich butów. Nie minęła chwila a powietrze przeszył świst ostrza. Jego ciało zareagowało natychmiast, uchylając się. Lewe ramię wystrzeliło jak sprężyna chwytając za nadgarstek egzekutora, który zamierzył się na niego mieczem i wyłamując je ze stawów skierowało ostrze w tętnicę udową.
Usłyszał jęk. Dopiero teraz otworzył oczy i odskoczył przed ciosem drugiego. Nie minęła chwila a jeden ze stojących z tyłu egzekutorów wykorzystując minimalną lukę w przestrzeni pomiędzy towarzyszem a Vido wystrzelił z kuszy.
Trafiony Vido zaklął się w myślach. Bełt wbił się w jego bok a siła impetu rzuciła go na ścianę. Zawył jak zwierzę, odbił się od ściany i jak szaleniec skoczył na egzekutora, który biegł na niego z mieczem chcąc jak najszybciej dobić rannego.

Vido jeszcze nie czuł bólu, ale wiedział, że grot był zatruty czymś spowolniającym reakcję albo nawet śmiertelnym. Tak jak ostatnio. Dobrze, że jego organizm poznał już tą truciznę i nauczył się ją zwalczać. Oni tego nie wiedzieli i spodziewali się, że wszystko rozegra się tak jak kilka miesięcy temu na moście nad Serajem w Reinholmie. Wtedy trucizna faktycznie spowolniła go i poważnie osłabiła. Cudem udało mu się ujść z życiem. Teraz organizm nie dał się zaskoczyć a jego krew momentalnie zneutralizowała toksyny.
Zanim zorientowali się co się stało, jeden leżał z oderwaną głową, a drugi był przybity do ściany mieczem swojego towarzysza. Wszystko to trwało kilkanaście sekund. Kolejne kilka na przeanalizowanie sytuacji i możliwych dróg ucieczki. Zaplecze wiodło na zamknięte podwórze. Odpada. Uciekać na uliczkę. Dwóch pozostałych można było łatwo wyeliminować, ale mogło być ich więcej na zewnątrz. I mieli te swoje przeklęte kusze. Ustrzelą go nawet w ciemnościach. Nie zabiją, bo to raczej niemożliwe, ale spowolnią. A potem dopadną i dokończą dzieła.
Dachy!
LeGuerra była bardzo gęsto zabudowana. Kamienica, w której się znajdował na parterze miała tylko oberżę. Kolejne trzy piętra to pokoje do wynajęcia i jakieś czynszowe lokale. Dostać się do góry i uciekać po dachach. Nie będą w stanie za nim nadążyć. Nie w nocy.
Wziął głęboki oddech i wskoczył do głównej sali. Kątem oka wyłowił zmartwiałego ze strachu oberżystę i zmierzające w jego stronę ostrze. Wychwycił je dłonią a drugą ręką wymierzył właścicielowi potężny cios na odlew. Trzasnął kark a ciało posłużyło za tarczę dla wystrzelonego w jego stronę bełtu. Zerwał się w stronę schodów.

Duval wbiegła do środka, zaraz za nią wpadł Ruiz. Z pięciu znakomicie wyszkolonych egzekutorów, tylko Marco pozostał przy życiu. Ruchem ręki nakazała mu zostać z Ruizem a sama wbiegła na schody chcąc dogonić desperacko uciekającego Vido. Był zbyt szybki, ale zyskała trochę czasu, który potrzebował na wyważenie drzwi. Miała go w garści. W lokalach nie było żywej duszy a wejścia na dach było tak zaryglowane, że nawet on nie miał prawa się wydostać.
Gdy wpadła za nim do pomieszczenia, zobaczyła jego twarz wykrzywioną grymasem bólu i wściekłości. Zupełnie jak drapieżne zwierzę. Dwakroć grożne, gdy zapędzone w pułapkę. Momentalnie odzyskała oddech i zastawiła się ostrzami, czekając na jego ruch.
Przesadził dystans trzech metrów jednym skokiem. Ale się przeliczył. Pomiędzy egzekutorami a Duval było kilka klas różnicy. Ostrza zatańczyły, jedno skupiając jego uwagę, drugie zadając celny cios. Sama odskoczyła, unikając bliskiego kontaktu. Ten człowiek za broń miał ręce, nogi i zęby i mógł ją rozszarpać w sekundę.
- Nie ujdziesz mi psie. - powiedziała chłodno, patrząc jak broczy krwią. - Pokażę ci teraz, co potrafi mistrzyni asendyjskiej sztuki dziewięciu ostrzy.
Panowała całkowicie nad sytuacją. Jej mistrz uczył ją jak walczy się z czymś, co nie polega na wyszkoleniu, tylko na instynkcie. Wiedziała jak on myśli i jak działa. Z zamkniętymi oczyma mogłaby odeprzeć każdy jego atak, choćby był wyprowadzony z nie wiadomo jaką siłą.
Dostrzegła w jego oczach błysk. On też pojął, że nie ma szans. Rzucił się, ale źle przeliczył dystans. Odskoczyła i przygotowała się do zadania śmiertelnego ciosu. I dopiero wtedy pojęła, o co mu chodzi.

Okiennice!
Trzy piętra, brukowane ulice. Osiem metrów wysokości. Prawie pewna śmierć. Z rąk tej kobiety więcej niż pewna. Vido sprężył się i skoczył przez zabitą kiepskimi deskami okiennicę. Przez chwilę prąd świeżego powietrza pozbawił go przytomności. Nagła fala bólu i trzask łamanych kości przywróciły mu ją momentalnie.
Wstał, starając się nie wyć z bólu i ruszył modląc się, by wszyscy egzekutorzy byli w tym momencie w środku. W takim wypadku miał może pół minuty przewagi nad nimi. W innym był martwy. Przeklinając rudowłosą kobietę, ruszył w mrok, powłócząc zwichniętą nogą.
Po kilku minutach nie pamiętał już, ile drogi przebył. Nie wiedział, czy go jeszcze ścigają. Ale doszedł wreszcie kresu swojej nadludzkiej odporności na ból. Padł na kolana i oparł się o mur, ciężko oddychając. Jak przez mgłę zobaczył, że ktoś do niego podchodzi.
- Nic panu nie jest?
Głos dziecka.
- Pokażę panu kryjówkę.
Podążył za jej głosem, słaniając się na nogach. Nie miał nawet na tyle przytomności, by zorientować się, jak długo szedł i czy w ogóle szedł. W pewnej chwili po prostu upadł na kamienną posadzkę.
- Tutaj jest pan bezpieczny. - usłyszał resztkami świadomości, po czym wreszcie stracił przytomność.

Kiedy ocknął się zdał sobie sprawę, że nie leży już pod gołym niebem. Powietrze pachniało stęchlizną i zepsutym mięsem. Był chyba w jakiejś małej wilgotnej komórce, sądząc po zapachu, dawno opuszczonej. Po chwili przypomniał sobie, jak tu trafił. Poczuł ulgę. Kimkolwiek była osoba, która go ocaliła, nie należała do łowców. Czyli nie był więźniem. Odtworzył wydarzenia ostatnich nocy. Ci, którzy go szukali na pewno go znajdą. Przed nimi nie było ucieczki, nie przed tą rudą suką, która ścigała go już od pół roku. Reinholm, Alberta, a teraz LeGuerra. Zawsze go potrafiła odnaleźć i przyszpilić do ściany. Dwa razy jej się wywinął, ale miał wiele szczęścia. Czy była z Inkwizycji? Może. Ale to by oznaczało, że Inkwizycja sięgnęła po ostateczne środki.
Spróbował wstać. Wszystko zawirowało mu przed oczyma, potem na chwilę ogarnęła go ciemność. Gdy odzyskał świadomość, dostrzegł klęczącą przy nim sylwetkę. Była to dziewczyna, choć słowo dziecko było bardziej odpowiednie. Nie miała więcej niż szesnaście lat. Była bardzo szczupła, wręcz chuda, o ciemnej karnacji i dużych oczach, w których malowała się troska zmieszana ze strachem.
- Ty mnie tu sprowadziłaś, dziecko?
- Mam na imię Isabelle. - powiedziała zalękniona.
- Ty mnie tu sprowadziłaś, Isa?
Nie wiedział nawet, czy to właściwe zdrobnienie od jej imienia.
- Tak.
- Dziękuję ci. - wolno odpowiedział. Zdał sobie sprawę, jak wiele wysiłku kosztuje go mówienie i ciężko oddychając oparł się o kamienną posadzkę. Nie miał nawet siły, by odwrócić głowę i spojrzeć na nią. Patrzył po prostu na zwisające z sufitu haki. Dostrzegł zawieszone na nich jakieś wysuszone kwiaty. Zaciekawiły go.
Isa patrzyła na Vido z przestrachem. Wychowała się w ciemnych zakamarkach LeGuerry a jej ojczymem był jeden z ważniejszych szefów przestępczego półświatka. Od dziecka zmuszano ją do oglądania egzekucji i auto da fe, jakie urządzała Inkwizycja. Widziała też, w jaki sposób jej ojczym rozprawia się z konkurentami po fachu. Ale człowieka, który pomimo tylu ran, wciąż stanowił zagrożenie, który przeżyłby upadek z takiej wysokości, tego Isa nie mogła sobie wyobrazić.
- Ci ludzie, którzy pana ścigali... To była Inkwizycja, prawda?
Vido potaknął. Nie było sensu kłamać. Musiała widzieć wygrawerowane na kirysach krzyże. Podobno na Wybrzeżu Hassel nie ma takiej plagi donosów jak w innych prowincjach. W Reinholmie taka dzieweczka wydałaby go z miejsca, albo zabiła na miejscu. Nie byłby w stanie nawet się obronić.
- Niech się pan nie boi. - Isa wyczuła niepokój Vido. - Ja nikomu nie powiem. Wiem, że Inkwizycja często się myli i ściga niewłaściwych ludzi. Bóg kazał przebaczać każdemu, nawet wrogom. Ale ty nie jesteś wrogiem Boga?
- Nie.
Nie była to prawda. Przynajmniej nie do końca. To Bóg, a w szczególności jego ziemskie organy władzy z Inkwizycją na czele były jego wrogiem. On po prostu w niego nie wierzył i nie chciał, by ten wtrącał się w jego życie.
- Wiedziałam o tym. - uśmiechnęła się Isa. - Masz twarz anioła. I jak spadłeś z tego okna. Nikt by tego nie przeżył. Ale ty dałeś radę. Nie jesteś zwykłym człowiekiem.
Nie, Isa, jestem wygnańcem z pogańskiego sanktuarium, człowiekiem w którego żyłach płynie pradawna i potężna krew bogów, pomyślał z ironią Vido. Spróbował się odwrócić i spojrzeć na dziewczynkę. Wysiłek nieomal go zabił. Głośno jęknął, a całym jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Miał połamane kości. Dużo połamanych kości. I najgorsze, stracił dużo krwi.
- Spokojnie. - Vido poczuł na czole rękę dziewczyny. Miała delikatne dłonie. - Musi pan leżeć. Jest pan w bardzo złym stanie.
- Odzyskam siły za kilka dni.
Zdumiona Isabelle zamrugała oczami.
- No, tak. W końcu jest pan aniołem. - powiedziała z pewnością siebie.
Vido lekko się uśmiechnął. Gdzieś w jego umyśle pojawiła sie myśl, że tak do końca to nie wie, co to jest anioł. Potem jego zmęczony organizm poddał się a on sam zasnął. Isa patrzyła na niego jeszcze długo. Zdjęła z jednego z wiszących haków swój ulubiony bukiet kwiatów i położyła go przy nim. Niech wie, że się o niego martwi.

Gdy Isabelle zaszła do rozsypującej się rudery, w której mieszkała było już naprawdę późno. Puściła mimo uszu sprośne uwagi uzbrojonych po zęby ochroniarzy ojczyma. Drzwi do jego znajdującej się na pierwszym piętrze kwater były otwarte.
- Włóczysz się po nocą, smarku. - usłyszała, gdy starała przemknąć obok nich niezauważenie.
- Przepraszam, ojcze. - powiedziała pośpiesznie, spuszczając wzrok.
Leo Vernon, ojczym Isabelle, rozsiadł się w fotelu i wychylił jednym haustem szklankę wina. Ledwie raczył ją zawuażyć, widać było, że był pochłonięty rozmową ze smagłym obwiesiem z złotym sygnetem na palcu wskazującym. To był zastępca ojczyma i jego prawa ręka.
- Czekaliśmy na ciebie z Bruno, mała suko.
Isabelle skuliła się pod zimnym wzrokiem zastępcy ojczyma. Ze wszystkich ludzi, to właśnie Bruno ją przerażał. Jego spojrzenie, którym ją mierzył. Było w nim coś złego. Coś co sprawiało, że Isabelle przechodziły ciarki. Bruno zabił wielu ludzi, podobno kiedyś z jego ręki padł nawet inkwizytor. Umknął potem siepaczom Inkwizycji i wciąż robił w interesie. W LeGuerrze, człowiek, który zabił inkwizytora i wciąż chodził po ziemi był otaczany szacunkiem i lękiem.
- Nie dzisiaj, Leo. Zostaw mi tą sukę na później. Już ja ci ją przygotuję do zawodu. - wyszczerzył się Bruno.
Leo wzruszył ramionami i zmierzył pogardliwym wzrokiem Isabelle. Kiedy pił, mało rzeczy go obchodziło. W zasadzie, to cały jego interes trzymał się kupy, bo doglądał go Bruno.
- Na co jeszcze czekasz? Do komórki. - wychrypiał Leo. - Jedzenia nie dostaniesz. Tylko wilkołaki żrą po nocy. I niech to będzie dla ciebie nauczką.
Isabelle wymknęła się jak najszybciej z śmierdzącej winem i wymiocinami kwatery ojczyma. Weszła po schodach na poddasze, gdzie miała swój pokój. Zamknęła się w nim na cztery spusty. Położyła się na wypchanym słomą barłogu i wpatrywała się w sufit. Pijackie okrzyki jej ojczyma i jego kamratów nie ustawały. Dosłyszała kilka głosów kobiecych. Nie chciała wiedzieć, co tam się wyczyniało. Nie lubiła kobiet, które Bruno sprowadzał dla Leo. One nie lubiły jej też. Właściwie po tym, jak Inkwizycja uwięziła jej rodziców za jakieś absurdalne zbrodnie, to nie miała na tym świecie nikogo. Dopiero teraz Bóg jej zesłał anioła, który będzie ją chronił.

Jego organizm nieomal się nie załamał. Cudem udało mu się powstrzymać krwotok, ale to był nadludzki wysiłek woli. Nawet jak dla niego. Ta ingerencja w naturalny proces leczenia mogła skończyć się dla niego tragicznie. Krew jest mocą a moc jest krwią. Ale ta krew wypływała z Vido tworząc kałużę zanieczyszczonej odłamkami stali posoki. Jego organizm był na krawędzi ostatecznego załamania a żelazna wola słabła z każdą chwilą.
- Jest pan bardzo silny
Przyszła znowu. Dobrze. Jego umysł potrzebuje jakiejś kotwicy, albo popadnie w obłęd. Ten ból!
- Wiem, Isa.
- Czy potrzebuje pan jedzenia? - spytała nieśmiale. - Przyniosłam trochę chleba, sera i wina.
- Nie.
Głupia! Przecież anioły nie jedzą.
- Daj wina. - zmienił zdanie. - Proszę. - sam nie wiedział czemu to powiedział.
Przyklękła przy nim i delikatnie uniosła jego głowę. Odgarnęła zlepione krwią i potem włosy i przetarła mu czoło mokrą szmatką. Usłyszała westchnienie ulgi. Przyłożyła ostrożnie bukłak do jego ust. Pił wolno, ważąc każdy łyk. Gdy skończył, jego oddech stał się równiejszy. Isa nie zdawała sobie sprawy, ale w tym momencie uratowała mu życie po raz drugi.
- Dziękuję ci. - powiedział po chwili.
- Jak długo pan ucieka?
- Wiele lat.
- Dlaczego?
Mimowolnie opowiedział jej wszystko. O dzieciństwie spędzonym w pogańskim miasteczku Rabesblut, o potężnej krwi, która rozsadzała jego żyły. Potem opowiedział, jak przyczynił się do zagłady tego miasta, jak własnoręcznie zabił słabnącego boga, który do końca walczył z Bogiem krystiańskim o przetrwanie. Mówił, jak wypowiedział wojnę wszelkim bogom tego świata i w samotności na przemian uciekał i tropił tych bogów. Potem zaczął opowiadać o tym, jak Inkwizycja wpadła na jego trop, jak wykańczał jej agentów, którzy na niego polowali. Mówił tak długo, aż skończył swą opowieść na spotkaniu z pierwszą ludzką istotą, która mu dorównywała. O Ellene Duval, wysłanniczce Kościoła, która polowała na niego, tak jak on polował na bogów.
Isa gładziła go po włosach i robiła mu zimne okłady. Nie rozumiała wiele z tej opowieści, jednak pojmowała ile ten człowiek wycierpiał. Odeszła dopiero, gdy Vido, znużony swoją opowieścią, zasnął długim i spokojnym snem.


Ellene z nieodstępnym Ruizem przestąpiła progi Bazyliki św. Bartolomeo Pasterza. Była tu kilka dni temu, by zdać kardynałowi Velazquezowi listy papieskie i dziesiątki odpowiednich dokumentów uwierzytelniających i ułatwiających dostęp do kościelnej kiesy. Wtedy otaczało ją dwudziestu papieskich egzekutorów, z paradną bronią i kirysami nabijanymi diamentami. Dzisiaj nie chciała dawać Velazquezowi powodu do satysfakcji. Stary wyga dostrzegłby od razu, że jej gwardia została cokolwiek uszczuplona a misja wciąż nie była wykonana.
Zastała kardynała w trakcie udzielania odpustów. Odczekała niecierpliwie do końca ceremonii. Gdy wierni wyszli, starzec kiwnął na nią dłonią. Zbliżyła się, uklękła i ucałowała jego pierścień. Zaraz potem uczynił to Ruiz.
- Czy misja powiodła się córko?
- Zbiegł nam, wasza świątobliwość. Jest ciężko ranny i nie ujdzie daleko.
- Tłumaczyć się możesz papieżowi, córko. - skrzywił się Velazquez. - Nie mi. Potrzebujesz czegoś?
- Pragnę tymczasowego przejęcia kontroli nad wydziałami Inkwizycji odpowiadającymi za wywiad środowiskowy i zbieranie informacji.
Velazquez wyglądał jakby przełknął cytrynę.
- Mam wszelkie upoważnienia do pełnienia tej funkcji a także odpowiednie listy, które pozwalają mi na tymczasowe przejmowanie takich urzędów.
- Tak. Masz, córko. - podrapał się w brodę kardynał. - Chociaż nie wiem, czy papież będzie szczęśliwy wiedząc, że twój błąd kosztował go sześćset tysięcy złotych koron. Edykt egzekutorski z soboru daeceńskiego już od dawna nie znajduje uznania wśród wielu wpływowych ludzi. Następny sobór już niedługo, córko. Pamiętaj o tym, gdy prosisz mnie o takie rzeczy.
Sześćset tysięcy koron. Tyle kosztowało kilkanaście wsi. Albo wyszkolenie i wychowanie czterech egzekutorów, którzy mogli pełnić służbę w najbardziej elitarnej gwardii Kościoła. Kiedy wróci do Locareny i złoży raport o stratach, prawie na pewno straci urząd. Tylko schwytanie Vido może ocalić jej prestiż.
- Nie mogę nie wykorzystać tego przywileju, wasza świątobliwość. Ten człowiek musi zostać schwytany.
- I uśmiercony, córko? - kardynał uniósł brwi.
- Tą decyzję podejmą moi zwierzchnicy.
A więc ma zostać schwytany żywcem, pomyślał Velazquez. Skinął dłonią na skrybę, który niepostrzeżenie pojawił się przy nim. Kardynał przymknął oczy i zaczął wolno dyktować treść listu inkwizycyjnego zlecającego ustąpienie mistrzowi Luisowi Hernandezowi czasowe ustąpienie ze swojego stanowiska i przekazania wszystkich kompetencji swojej następczyni, Wysokiej Egzekutorce Ellene Duval.
Kiedy dokument został zapieczętowany, Duval uśmiechnęła się. Polowanie rozpoczęło się od nowa.

Kiedy Velazquez został sam, mógł pozwolić sobie na triumfalny uśmiech. Pół roku temu Wielki Mistrz Urban Quesada, musiał przełknąć gorzką pigułkę, kiedy na ostatnim soborze otwarcie przyznał, że Inkwizycja nie jest w stanie osaczyć i schwytać tego heretyka Vido. Ukorzył się i przekazał sprawę papieskej Corpus Talionis. Okazało się, że legenda tej niewidzialnej armii, Ellene Duval, także nie potrafi tego dokonać. Tak więc niech teraz Inkwizycja łaskawie poda pomocną dłoń nieudolnym wykonawcom woli papieża.
Kardynał przechylił lekko kielich z winem. Porażka Duval oznaczała upadek prestiżu całej Corpus Talionis. Jej zwycięstwo podkreślało rolę Inkwizycji w tym przedsięwzięciu. A to na następnym soborze mogło postawić Piusa XII w bardzo niekorzystnej sytuacji. Następny papież prawie na pewno będzie pochodził z kół inkwizycyjnych.
A potem niech piekło pochłonie heretyków, pogan i wszystkich, którzy marzą o tym, by czynić cokolwiek co nie będzie poświęcone Bogu.

Vido rzeczywiście bardzo szybko wracał do zdrowia. Minęły zaledwie trzy dni, a część połamanych kości zdążyła się już jako tako zrosnąć. Jego krew szybko się regenerowała i zaczynała szybciej krążyć żyłami zasklepiając rany. Vido nie ryzykował jednak opuszczenia kryjówki, którą zapewniła mu Isabelle. Wiedział, że ta ruda suka Duval wychodzi ze skóry, by go dopaść ale LeGuerra, stolica burdeli i nędzy była labiryntem, w którym wygnaniec mógł się ukrywać nawet przed nią.
No i była też Isa. Na samym początku Vido starał się zwalczyć uczucie sympatii i wdzięczności dla niej. Potem na swój dziwny sposób pokochał ją. Zeszłego dnia targany jakimś dziwnym impulsem zwierzył jej się z tego, czym jest. I poczuł strach, że gdy pozna prawdę o nim, to zamiast niej, w kryjówce pojawi się Duval ze swoimi mieczami.
Ale Isa przyszła. Jak gdyby nigdy nic, znowu przyniosła mu trochę chleba i sera i bukłak jakiegoś rozwodnionego paskudnego wina. Ucieszyła się widząc, że nie potrzebuje już pomocy przy jedzeniu i zaczyna odczuwać apetyt. Siły witalne Vido były nadwątlone ale jego organizm wygrywał już dramatyczną walkę o przetrwanie.
Odetchnął, gdy odłożył pusty bukłak i z powrotem ułożył się przy ścianie, zajadając chleb z serem. Isabelle jak zawsze obserwowała go z ciekawością małego zwierzątka, które obserwuje pożywiającego się drapieżnika.
- Musi być pan bardzo samotny. - powiedziała, gdy Vido skończył jeść.
- Słucham? - zaskoczyła go tym pytaniem.
- Nie ma pan na świecie nikogo. Wszyscy pana ścigają a nikt nie chce zostawić w spokoju. Żadnego domu, przyjaciela.
- Ty jesteś moją przyjaciółką. - powiedział wolno, patrząc w jej oczy.
Isabelle spłonęła rumieńcem. Nawet w jej marzeniach nie spodziewała się, by ten człowiek wypowiedział do niej te słowa. Przez chwilę patrzyła jak jej anioł wzdycha głęboko i usadawia się lepiej, by móc z nią porozmawiać.
- Isa... posluchaj mnie. Szuka mnie wielu potężnych ludzi. Jeśli kobieta, o której ci mówiłem, znajdzie mnie tutaj, to będziesz w dużym niebezpieczeństwie.
- Wiem. Chcesz odejść.
Coś go zabolało na tą myśl.
- Będę musiał.
- Wrócisz?
Znowu ten ból.
- Postaram się, Isa. Jak tylko umknę tej kobiecie.
- Będę czekać.
- Idź już. Robi się ciemno.
Isa wzdrygnęła się. Było już naprawdę późno. Przecież Leo zabronił jej wracać tak późno. Był trzeźwy, a kiedy na trzeźwo groził, to zawsze dotrzymywał słowa. Przestraszona wstała i poderwała się do wyjścia.
- Niech się pan nie martwi. Wrócę jutro.
- Isa...
Odwróciła się w pół kroku.
- Mam na imię Vido. I nigdy cię nie zapomnę.
Uśmiechnęła się przelotnie i szybko wymknęła się z kryjówki. Vido oparł się o ścianę i długo myślał o tym, czy po prostu nie odejść tej nocy i nie uciec gdzieś jak najdalej od Wybrzeża Hassel i tej dziewczyny. Po namyśle postanowił, że wyruszy następnego wieczora.

Isa śpieszyła się mogła, by zdążyć na czas. W biegu wpadła do kamieniczki, przeskakując po kilka stopni na schodach. Z kwatery Leo nie dochodziły żadne hałasy. Miała szczęście, pewnie tej nocy libacje odbywały się u kogoś innego. Westchnęła z ulgą.
Zamarła dopiero, gdy weszła na poddasze.
Siedział tam, na jakimś krześle, które przyniósł sobie z dołu. Był mocno pijany, ledwie utrzymywał pion.
- Wróciła nasza zguba. - wybełkotał.
Isabelle nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa. Jak zawsze spuściła wzrok ku ziemi i czekała co powie. On wolno wstał i podszedł do niej. Nie zdążyła nawet się zasłonić przed ciosem na odlew. Upadła na drewnianą podłogę i skuliła się z przerażenia, starając się ogarnąć sytuację. Bił ją często. Ale zawsze z otwartej ręki. Dzisiaj po raz pierwszy została uderzona pięścią.
- Niech to będzie dla ciebie lekcją, mała suko. - wyrzucił z nienawiścią i nie zwracając na nią uwagi, zaczął chwiejnym krokiem schodzić po schodach. Dziewczyna wpatrywała się w niego ze zwierzęcym lękiem. Gdy zniknął jej z oczu, wbiegła do swojej komórki i spuściła zasuwę. Dopiero wtedy zaczęła szlochać.

Noc była piękna. Ellene stała w oknach cytadeli i obserwowała budzące się do życia miasto. LeGuerra żyła nocami. Zawsze tak było. Gdy zapadał zmrok, cała ta przegniła plątanina uliczek zamieniała się w siedzibę kurew i morderców. W machinę do mielenia dusz.
Duval przymknęła. Nienawidziła LeGuerry. Za wszystko. I nienawidziła Vido za to, że zmusił ją by tu wróciła.
- Podziwiasz gwiazdy? - usłyszała za sobą głos Ruiza.
Nie słyszała jak wchodził. Zganiła się za to. Tym bardziej, że on też to zauważył. Niech ma tą chwilę triumfu.
- Rozmarzyłaś się? - podszedł do niej i przytulił ją. Wysunęła mu się objęć.
- Nie tej nocy, Ruiz. Nie mam ochoty.
Mężczyzna wiedział, że już nic nie wskóra. Nie potrzebowała teraz kochanka. Raczej swojego zastępcy. Chrząknął i spoważniał, pokrywając niezadowolenie z porażki.
- Niepotrzebnie się niepokoisz. Szuka go pół tysiąca szpicli. Nie ma miejsca, w którym by się nie ukrył.
Prychnęła pogardliwie.
- Nie znasz LeGuerry, prawda?
Ruiz wzruszył ramionami. Urodził się daleko stąd, w małej wiosce niedaleko Lozano. Zabrano go stamtąd, gdy miał dwanaście lat. Od tego czasu jego jedyną ojczyzną i rodziną była Corpus Talionis.
- To labirynt. Dziesiątki zaułków, do których nikt nie zagląda. Setki piwniczek, opuszczonych kamienic, brudne burdele. - mówiła wpatrując się w blade światła latarni. - Są na świecie takie okropności, o których nie śniło się nawet inkwizytorom. - uśmiechnęła się smutno.
- Skąd znasz tak dobrze LeGuerrę?
Nie odpowiedziała. Pokonała już tą chwilę słabości, którą zasiało w niej miasto, w którym się urodziła. Te ulice nie są już jej więzieniem. A ona nie ma już dwunastu lat i dwójki rodzeństwa do wyżywienia.

Isabelle bała się przyjść do Vido w takim stanie. Gdy przeglądała się w fragmencie lusterka znalezionego gdzieś na śmietniku, nie mogła nawet dostrzec oka spod sinej opuchlizny. Cały dzień spędziła w swojej komórce szlochając i rozmyślając o Vido. W pierwszej chwili chciała iść do niego i poprosić, by zabrał ją ze sobą gdzieś daleko stąd, z dala od tego koszmaru. Ale w głębi serca wiedziała, że będzie mu przeszkodą a on będzie potrzebował każdej kropli swojej cudownej krwi by przetrwać.
Gdy nadszedł wieczór a sen nie przychodził, Isabelle wyszła ostrożnie ze swojego pokoju. W całej kamienicy panował mrok. Było już późno i wszyscy spali. Był siódmy dzień tygodnia i nikt nie urządzał żadnych libacji. Dlatego zdziwiła się lekko, gdy usłyszała, że zza drzwi ojczyma dochodzą ją jakieś głosy. Jeden należał do Leo, był trzeźwy i to ją zaskoczyło. Drugi rozpoznała po chwili i wzdrygnęła się na samą myśl o nim. To był Bruno. Jednak było w jego głosie coś co zmusiło ją, by podeszła do drzwi i zaczęła nasłuchiwać.
- Siedzimy cicho, Leo. - mówił Bruno. Był wyraźnie zaniepokojony. - Po LeGuerrze chodzi Corpus Talionis. Szukają jakiegoś heretyka.
- To nie może być byle kto. Kto nimi dowodzi?
- Z tego, co gadają, to przysłali samą Duval.
Leo zarechotał. Isabelle poczuła jak przechodzi po niej dreszcz i przylgnęła do drzwi, starając się wyłapać każde słowo. Mówili o niej!
- To o co się martwisz, Bruno? Nie wiem, ile kurew musiałbyś sprzedać za granicę, by Wysoka Egzekutorka pofatygowała się po ciebie.
- Wiem, Leo. Ale wiele głów spadnie po drodze. Corpus Talionis to nie Inkwizycja. Nie używają półśrodków.
- Panikujesz, Bruno.
Bruno odstawił kielich i położył palec na ustach. Cicho podszedł do drzwi i z całej siły naparł na nie. Usłyszał, jak Isa krzyknęła z bólu. Leżała pod ścianą i rozcierała czoło. Bruno spojrzał na nią z zimną pogardą.
- To tylko ta twoja mała suka, Leo. Znowu węszy. - stwierdził z przekąsem.
Leo wstał i podszedł do przerażonej dziewczyny. Stres ostatnich nocy, straty wynikłe z tymczasowego zamknięcia interesu, wszystko to sprawiało, że nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. Zaczął po prostu okładać wrzeszczącą dziewczynę pięściami.
- Oszalałeś?! - krzyknął Bruno odciągając rozjuszonego grubasa. - Zabijesz ją.
- Dość mam tego smarkacza, Bruno! - wypluł z pogardą. - Tej małej węszącej gnidy, która zapomniała chyba, czyje pieniądze przejada.
- To jest towar, Leo. Nie zapominaj, gdzie jesteśmy. To LeGuerra. - Bruno mówił wolno, dając Leo czas by ochłonął. - Tu dziewice w tym wieku kosztują fortunę. Po to ją chowasz, Leo. Nie zapominaj o interesie.
Leo faktycznie ochłonął. Dyszał tylko jak rozjuszony buhaj, wpatrując się w Isabelle z nienawiścią.
- Bierz ją, Bruno. Bierz ją i naucz ją moresu. Bo ja ją zabiję.
Bruno uśmiechnął się ironicznie. Skoro Leo faktycznie chce marnować taki towar, to jego sprawa. On nie miał dziewicy od dawna. A to małe zwierzątko znał od kilku lat i zawsze na swój sposób go pociągało. Choćby tylko dlatego, że to był rarytas dla wymagających klientów i nie mógł jej mieć.
- Chodź, mała. - chwycił ją za ramię. - Pokażę ci coś.
Isabelle pojęła o co chodzi. Zaczęła się panicznie wyrywać i wrzeszczeć jak opętana. Bruno uderzył ją z otwartej ręki. Był silnym, wysportowanym mężczyzną, umiał bić mocniej niż Leo. Otumaniona bólem i strachem dziewczyna straciła świadomość tego, co się wokół niej dzieje. Opór, który stawiała słabł coraz bardziej. Bruno nie śpiesząc się zaciągnął ją do jej małej celi.
Leo splunął na podłogę, gdy usłyszał trzask spuszczanej zasuwy. Zabolało go, bo wyrzucił w błoto dobre dwieście koron. Tyle by dostał za dziewicę w tym wieku. Teraz nie będzie miał za nią więcej niż kilka pensów dziennie. Ale należało jej się za wścibstwo.

Długo zastanawiał się czemu nie przychodziła. Nie chciał odchodzić bez pożegnania, ale zmarnował już zbyt wiele czasu. Był już gotowy do podróży. W ciągu dnia wypuścił się zaledwie na godzinę, by zdobyć pożywienie i przyodziewek. W śmierdzącym cudzym potem kaftanie i lekkich płóciennych spodniach musiał wyglądać jak ostatnia ofiara losu. Nie zdobył nawet butów. Ale to można było załatwić po drodze.
Na dobrą sprawę nie musiał nawet wracać do piwniczki, która przez te kilka dni była mu schronieniem. Ale wrócił. Żeby ją pożegnać. Miał nawet dla niej prezent. W skradzionym mieszku nie było wiele, ale dla ubogiej dziewczyny to pewnie był majątek. Miał jeszcze kwiaty. Ususzone, kupione na rynku u jakiejś wrzeszczącej przekupki.
Jednak jej nie było.
Może przyszła, kiedy go tu nie było i odeszła, myśląc, że nie wróci? Ta myśl wzbudziła w nim jakieś dziwne emocje. Położył kwiaty w widocznym miejscu na podłodze. Rozejrzał się jeszcze po piwniczce. Dopiero teraz docenił jej walory jako kryjówki. Cała dzielnica była zamieszkała tylko przez ludzi odsuniętych na margines nawet przez LeGuerrę. Z uwagi na zagrożenie powodziami, tylko szaleńcy pomieszkiwali w tych kamienicach, zajmując piwnice i niżej położone kondygnacje. Ryzykowali wiele. Budynki waliły się często.
Miało to jednak swoje plusy. Anonimowość. Brak czynszu.
Nagle usłyszał jej kroki. Lekkie i ostrożne.
Odwrócił się.
Uśmiech zamarł mu na twarzy.
Jego krew powiedziała mu wiele o tym, co przeszła. Słowa zapłakanej Isabelle dopełniły tylko koszmaru, który ona przeżyła.

Ellene zerwała się z łóżka jak oparzona. Spała zaledwie trzy godziny. Spojrzała na Ruiza, który wpadł do jej pokoju. Jeden rzut oka na niego powiedział jej, że też go niedawno obudzono. Coś musiało się stać.
- O co chodzi, Ruiz?
- Znaleźli go.
To ją rozbudziło.
- Gdzie?
Jej zastępca zrobił głupią minę.
- Kupował kwiaty na rynku. Jest teraz w jakiejś zapadłej piwniczce w dzielnicy przy dokach. W tej opuszczonej z uwagi na częste powodzie.
Ellene mrugnęła zdziwiona
- Zbierz wszystkich. - rzuciła krótko.
Ruiz skinął głową i wybiegł.
Kwiaty?

Polował na dawnych bogów pogańskich, zapomnianych już przez ludzkość. Tych, którzy nawet odarci ze swej boskości i władzy kurczowo trzymali się istnienia. Cząstka mocy, którą zachowali czyniła ich potężnymi a pamięć o nich pomagała im przetrwać. W jego oczach byli potworami uzurpującymi sobie władzę nad ludźmi, pętającymi ich dusze i wolę. Teraz dowiedział się, że prawdziwymi potworami byli ludzie.
Nie uciekł z LeGuerry.
Czekał w ciemnym pomieszczeniu, które śmierdziało winem. Drzwi wolno zaskrzypiały i do kwatery wszedł grubas o mętnym spojrzeniu. Zataczał się. Był pijany jak bela.
- Isabelle! - wydarł się. - Chodź tu mała suko i przynieś mi więcej wina.
- Isa nie przyjdzie. - wyszeptał do jego ucha chłodny, przenikliwy głos. - Podobnie jak żaden z twoich czterech ochroniarzy.
Leo wytrzeźwiał momentalnie. Próbował się poderwać z fotela ale jakaś niesamowita siła cisnęła nim o ścianę a zaraz potem obaliła go na podłogę.
- Skrzywdziłeś niewłaściwe dziecko. - zimny, mrożący krew w żyłach głos przemówił ponownie.
- O czym ty mówisz?
Coś w ciemnościach poruszyło się. Leo poczuł na karku oddech. Był zimny jak lód.
- Gdzie znajdę Bruno da Costę?
Leo pojął. Strach obezwładnił go bardziej niż siła tego mężczyzny. Poczuł smród własnej uryny, cieknącej po spodniach.
- Gdzie znajdę Bruno da Costę? - powtórzył pogardliwie głos.
- Jest w swoich kwaterach. Nad Jaskinią, jednym z burdeli w tej dzielnicy. Dogląda interesów.
Znowu znalazł się na podłodze. Jęknął z bólu. Chciał zakląć, ale zamarł widząc przed sobą upiorną twarz człowieka, który po niego przybył.
- Obudzisz się odmienionym człowiekiem, Leo Vernonie. - wolno mówił Vido. - Okażesz skruchę i udasz się do Cytadeli. Tam wyznasz swoje grzechy śledczym. Wasze ułomne prawo przewiduje, że za dziesięć, może pięć lat wyjdziesz z kamieniołomów. Jeśli jutro tego nie uczynisz, znajdę cię i wymierzę ci karę podług innych praw.
Przerażony grubas pośpiesznie potaknął. Był gotów na wszystko, byle nie patrzyć w te złowieszcze oczy.
- Kim jesteś? - wybełkotał przerażony.
- Jestem jej aniołem. - wyszeptał Vido. - I wrócę po ciebie.
Leo zemdlał.

Do piwniczki wpadło trzech uzbrojonych mężczyzn, wszyscy nosili pod czarnymi płaszczami kirysy z wygrawerowanym krzyżem papieskim. Znaleźli tylko małą zalęknioną dziewczynkę. Siedziała skulona w kącie i wpatrywała się z przestrachem na papieskich egzekutorów, którzy w konsternacji stali mierząc do niej z kusz.
- Nie ma go tu, Duval. Jest tylko jakaś mała. - powiedział najwyższy z nich.
Po schodach zeszła jeszcze jedna postać. Isa poznała ją po rudych, krótko obciętych włosach i sposobie w jakim nosiła przewieszone na plecach dwa zakrzywione miecze asendyjskie.
- Odłóżcie te kusze, durnie! - rozkazała krótko.
- Ale... - zaoponował jeden z nich.
- Wydałam rozkaz, Vossen! - powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Sprawdźcie okolicę.
Egzekutorzy wyszli bez słowa. Po chwili dało się słyszeć krótkie, chrapliwe rozkazy i stukot obutych metalem butów. Ellene przyklękła przy dziewczynie i otarła jej łzy.
- Już dobrze, mała. On już nic ci nie zrobi. - powiedziała ciepło.
Isabelle wybuchnęła przeraźliwym płaczem i zaczęła okładać zdumioną Wysoką Egzekutorkę pięściami. Gniew pozwolił jej przełamać tamę wstydu i strachu, który nosiła w sobie.
- To nie on mi to zrobił! - wrzeszczała histerycznie. - To Bruno mnie skrzywdził. On chce mi tylko pomóc. To jego szukajcie a nie Vido.
Duval przetrzymała spokojnie histerię dziewczyny. Gdy ta wyczerpana zległa w ramionach Ellene ta delikatnie ją objęła.
- Już nie płacz, mała. Kto to jest Bruno?
- Przyjaciel mojego ojczyma. To on mnie skrzywdził. - powiedziała ze wstydem.
Ellene Duval nie byłaby kobietą, gdyby nie zrozumiała co tak naprawdę zaszło. Przytuliła Isabelle i delikatnym głosem zaczęła ją uspokajać. Isa zaczęła łamiącym się głosem opowiadać, co tak naprawdę zaszło ostatniej nocy. Duval gładziła ją tylko po włosach tak długo, aż mała przestała szlochać i wreszcie zasnęła po raz pierwszy od wielu godzin.
Na schodach pojawił się Ruiz. Stąpał powoli i tak cicho, że nawet kot nie dosłyszałby jego kroków. Ellene słyszała go z daleka.
- Zajmij się nią. - powiedziała cicho. - I powiedz mi, gdzie mogę znaleźć Bruno da Costę.
Ruiz chciał coś powiedzieć, ale zamilkł gdy zobaczył stal w oczach swej komendantki. Zaledwie kilka razy widział ją w takim stanie i wiedział, że w takich momentach nie wolno wchodzić jej w drogę.

Bruno zawył z bólu, gdy tajemnicza postać złamała mu drugą rękę. Leżał w kałuży krwi swojej i ludzi, którzy mieli go chronić. Których osobiście dobierał z grona największych szumowin LeGuerry. Oni zginęli szybko, nie wiedząc nawet co ich zabiło.
On umierał już trzecią godzinę.
Był całkowicie bezbronny. Leżał rozwleczony na podłodzea Vido jedną ręką ściskał mu gardło a drugą łamał palec za palcem. On sam mógł tylko charczeć. Gdy mdlał, był momentalnie cucony. Kiedy szlochał i błagał o litość, jego oprawca na chwilę przestawał wpatrując się w niego, po czym spokojnie wracał do tortur.
- Jak to jest, Bruno? Powiedz mi, jak to jest, gdy to ty nie wiesz, jak się obronić?
- O czym ty mówisz?
- Wiesz. - wysyczał Vido.
- Nie wiem! - prawie wywrzeszczał oszalały Bruno.
I znowu fala bólu. W całym ciele, w każdym nerwie. Bruno zdążył poznać każdy rodzaj bólu, jaki oprawca może zadać ofierze. Prawie każdy.
- Skrzywdziłeś ją, Bruno. - wyszeptał Vido patrząc mu w oczy.
Bruno zrozumiał o co mu chodzi. W pierwszej chwili chciał się zacząć śmiać. Chodziło mu o głupią sukę. O małą smarkulę, których były w LeGuerrze setki. Które każdej nocy zarabiały na to, by on mógł żyć w dostatku. Bruno miał ich pod ręką przynajmniej trzydzieści. Co miesiąc wymieniał kilka na nowe. W całym jego życiu przewinęło sie ich zbyt wiele, by mógł je zliczyć. A teraz miał zginąć przez jedną smarkulę.
- Zabij mnie. To i tak już trwa zbyt długo. - wycharczał.
- Długo? Dla niej to trwało wieczność.
Zapadła cisza. Bruno zrozumiał, że jest sam. Że nikt nie przerwie jego cierpienia. Jeśli miał umrzeć, to dopiero za kilka godzin. Jeśli miał przeżyć, to jako kaleka. A LeGuerra miała dla takich ludzi zarezerwowane piekła, których nawet religia nie potrafiła stworzyć.

Vido wyszedł z budynku. Już, gdy przestąpił próg, wiedział, że jest obserwowany. Nie dostrzegł nikogo, ale w tych ciemnych zaułkach każdy mógł znaleźć schronienie. Nawet przed jego wzrokiem. Z jednego z tych zakamarków wyszła Duval. Mierzyła do niego z lekkiej kuszy, każdy jej ruch znamionował gotowość do walki. Vido uśmiechnął się drapieżnie.
- Jesteś sama.
Duval zbyła ten uśmiech i zatrzymała się pięć metrów przed nim. Wolną ręką sięgnęła po ostrze. W którą stronę by nie skoczył, zdążyłaby przeciąć mu drogę. Zawsze jeszcze mógł wrócić do budynku, ale stamtąd nie było już ucieczki. Vido wątpił, by egzekutorka dała się nabrać drugi raz na numer z oknami.
- Doskonale wiesz, że nawet w pojedynkę jestem dla ciebie przeszkodą, której nie podołasz. - Duval wyczuła jego wahanie. - Straciłam już zbyt wielu dobrych ludzi, by ich narażać dalej. Jesteś zbyt dobry w zabijaniu, Vido.
- Czy oczekujesz, że się poddam, Duval? - przeniósł ciężar ciała na lewą nogę.
- Nie, Vido. - ostrze trzymane w jej lewej ręce zatoczyło łuk. - Nie poddasz się. Ale i tak wezmę cię żywcem. Tu nie ma okna, przez które wyskoczysz. Strzelę ci w nogę. To cię spowolni. Potem cię dopadnę i oporządzę cię tak, że nie będziesz miał jak uciec. Teraz już wiem, ile bólu możesz znieść. Wrócisz do Asylum, Vido. A czy jeszcze będziesz miał władzę w nogach, to już nie moja sprawa.
Vido cofnął się o krok. Był w potrzasku. Wątpił, by w tej rozgrywce mógł wywalczyć cokolwiek dla siebie. Ale mógł spróbować inaczej.
- Poddam się, Duval. Bez walki. Bez żadnych prób ucieczki.
Zaskoczył ją.
- Ale pod jednym warunkiem. - dodał.
- Jest w tym mieście dziewczyna. - cały czas patrzył jej w oczy. - Skoro mnie znalazłaś, to ją już też znaleźliście. Na imię ma Isabelle. Zabiedzona, ma około szesnastu lat.
Duval drgnęła. Niedostrzegalnie zacisnęła palce na rękojeści długiego asendyjskiego ostrza.
- Co z nią?
- Ja nic nie mogę dla niej zrobić. Za dużo śmierci jest wokół mnie. Ale ty? Zabierz ją stąd. Gdzieś daleko, do jakiejś szkoły. Niech się uczy, zapomni o tym piekle, które jej zgotowało życie. Zapewnij jej godziwe życie. Tylko tyle. Jeśli mi to obiecasz, to poddam się bez walki. Nie będzie żadnego ryzyka, żadnego marginesu błędu.
Gdyby nie ścigała go od pół roku, to nie uwierzyłaby mu. Ale polując na niego, poznała jego psychikę i sposób w jaki działa. Był bardziej targanym instynktami drapieżnikiem niż człowiekiem. Nie posunąłby się do tak niskiej zagrywki, jak płytkie kłamstwo. Coś w środku przypomniało jej własną młodość, dzieciństwo spędzone w LeGuerrze. W tym jednym momencie znienawidziła Vido jeszcze bardziej.
- Zejdź mi z oczu, ty pierdolony skurwysynu. - wycharczała ledwie panując nad sobą.
Vido nie spodziewał się takiej reakcji. Oparł się plecami o ścianę i sprężył się do skoku. Duval wydęła tylko pogardliwie wargi, widząc jak szykuje się do walki.
- Urodziłam się w tym mieście, Vido. - powiedziała wolno. - Ja też miałam takiego ojczyma, jak ta mała i jak setki innych takich jak ona. Przeżyłam tu piętnaście lat swojego życia, zanim spotkałam człowieka, który mnie stąd wyciągnął i nauczył asendyjskiej sztuki miecza. Ja też byłam kurwą. I też spotkałam swojego anioła. I dlatego tej nocy odejdziesz wolny.
Był już gotowy na swoją własną śmierć, albo co gorsza powrót do Asylum. Na krótką chwilę ujrzał w tej wyszkolonej do zabijania mistrzyni Isabelle. Dziwne są drogi przeznaczenia.
- Isabelle?
- Nie zobaczysz już jej nigdy. Ale nie martw się o jej życie. Zajmę się nią.
Vido uśmiechnął się sam do siebie. Więc to Isabelle zawdzięczał wszystko. Już trzeci raz w ciągu kilku nocy uratowała mu życie. A jedyne co on mógł zrobić dla niej, to poderżnąć gardło jakiemuś bydlakowi z ciemnego zaułka tego brudnego miasta.
- Inkwizycja ci nie daruje. - powiedział ponuro, gdy ponownie podniósł wzrok na Duval.
- Inkwizycja może mi narobić na buty. - ucięła wyzywająco egzekutorka. - Odpowiadam tylko przed papieżem.
- Dlatego mi szło tak ciężko. Przysłali samą elitę.
Duval się uśmiechnęła. Ten człowiek zaczynał ją fascynować.
- Nie chcesz spotkać elity, Vido. A teraz już idź.
Wciąż był zdumiony obrotem sytuacji. Rozluźnił się, schował sztylet za pas i zaczął wolno iść uliczką. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. W pewnej chwili zatrzymał się i odwrócił.
- A jednak...
- A jednak Bóg potrafi wybaczać? - dokończyła Duval, zanim się odwrócił. - Tak, Vido. Potrafi. Ale tylko tym, którzy znają miłosierdzie dla tych, którzy go nie zaznali. Naprawdę już idź. Ukryj się gdzieś daleko od LeGuerry i Wybrzeża Hassel. Gdzieś daleko na północy, poza zasięgiem ramion Inkwizycji. Możesz walczyć z bogami, którzy są starsi niż świat. Ale nie wchodź w drogę Kościołowi. Bo z nim nikt nie wygra. Przynajmniej dopóki ja mu służę.
- Zapamiętam to, Ellene.
I zniknął w mrokach LeGuerry, zanim jeszcze egzekutorka zorientowała się, że nazwał ją po imieniu.

sierpień, 2004

Szymon "Alkioneus" Chojnacki [ szymon_chojnacki@o2.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści