Przejdź do spisu treści...

Most i czerwień słońca

Marek siedział na moście nad Wisła. Wcześniej spędził oparty o balustradę prawie 3 godziny. Przez cały ten czas wpatrywał się w migoczące na wielkiej rzece iskierki słońca. Myślał już tylko o nich. Chwilowo nie miał ochoty medytować nad całą resztą. Już dość. Zmęczony był rozmyślaniem wystarczająco.
Te iskierki... Magiczne i migoczące tylko dla niego. Szkoda, że nie wszyscy mogą się tak skupić na pięknie jak on. Miał kamienną twarz w skupieniu z niemal martwymi oczami. Kochał świat za takie zjawiska. Obserwował rzekę tak długo, że niemal nie zauważył, że dzień chyli się ku końcowi. Słońce zachodziło na czerwono, niebo było czyste jak niewinne dziecko - niczym nie skażone. "To dla mnie" pomyślał. Uwielbiał czerwień. Do czasu.
"Co za zgubny kolor. Kolor miłości. Miłość... a co to jest do cholery?!" Obłędnie zapatrzony w tonącą w rzece gwiazdę zaczął rozmyślać o całej reszcie.
Przeszedł na drugą stronę balustrady. Nawet się nie zachwiał. Usiadł na wystającym betonie. Teraz miał przed sobą nieograniczona przestrzeń. "Nienawidzę czerwieni. Nienawidzę tej, w którą tak ślepo wierzyłem. Miłość. Laura... Mówiła, że Kocha. Mówiła, że nie zostawi mimo wszystko. A tu trach. Odkąd straciłem rękę... Kaleka. Tak. Nie boję się tego słowa. Prawdziwy Kaleka... Mówiła, że się mną zaopiekuje. I w nią tak ślepo wierzyłem... Aż w końcu nie wytrzymała. Jej słowa jak sztylet w gardle... Radź sobie sam! Bez Twoich rzeźb nie mamy co jeść! Żegnaj."
Marek rzeźbił. Robił to od dziecka. Żył tylko dla tej pasji. Potem jeszcze dla Laury. Zyskał w tym mieście niewielką sławę. Jednak dzięki niej mógł utrzymać siebie i ukochaną.
Mógł rzeźbić bez końca. W jego dłoniach powstawały najpiękniejsze cuda. Potrafił uchwycić moment niczym ptaka w locie, jedną chwilę zatopić w kamieniu na zawsze. Kochał rzeźby. Uważał je za coś o wiele bardziej trwałego od fotografii... Wytworzone dzieło palcami, dłutem i młoteczkiem - to dopiero sztuka. Do dzieła możesz podejść, dotknąć, poczuć kształt, linię, obejrzeć z każdej możliwej strony. Z fotografią nie da się tak zrobić. Dlatego Marek nie rozumiał za co właściwie ludzie uwielbiają fotografów i przyznają im wielkie pieniądze i prestiżowe nagrody.
Mimo swej niechęci do fotografów, nigdy nie przestawał w siebie wierzyć. Otworzył galerię, jeździł na wystawy. Zarabiał. Móc zarobić na czymś co lubisz robić - oto sztuka życia. Do czasu.
Tak... doskonale pamiętał ten dzień. Jechał samochodem szczęśliwy. "To już trzy lata. Trzy wspaniałe lata razem." Jechał w piękny słoneczny dzień. Z kwiatami w bagażniku. Dla Niej. "Laura. Dla Niej zerwałbym nawet słońce, gdybym tylko mógł je sięgnąć..." I... trach! Jakieś zielone, duże coś trzasnęło prosto w jego wóz... Audi.
"Pieprzony wariat!" Myślał o kierowcy zielonego potwora, który najpierw odebrał mu przytomność, a potem... Obudził się już z amputowaną ręką. Koszmar. To wspomnienie zawsze go prześladuje. Istny koszmar na jawie...
Chęć do życia opadła. I miłość Laury... Jego jedynej, ukochanej Laury. "Moja muza..." Tak, tylko co z niej za muza, która każe sobie płacić za natchnienie do tworzenia? "Jeśli nie będziesz tworzył, to za co mnie chcesz utrzymać?" Te słowa pamiętał już zawsze, były tak strasznie ciężkie. Ciężkie jak ołów. "Mnie". Nie nas, tylko "mnie"...
Słońce już gasło za horyzontem. "Nadszedł czas." Pomyślał.
- Jak ja nienawidzę czerwieni.... - wyszeptał
- Dlaczego? - cichy głosik, znajomo zabrzmiał za jego plecami. To była mała dziewczynka, która regularnie zwiedzała jego galerię i pomagała mu sprzątać w pracowni.
- Oleńka? A co ty tu robisz o tej porze? Wracaj do domu. Szybko. Nie chcę, by mama cię szukała. - próbował zbyć małą jak jakiegoś intruza.
- Ja też nie lubię czerwieni. Wolę niebieski kolor, taki jak pana oczy. - ciągnęła. Nic nie odpowiedział.
- Pan chce skoczyć, prawda panie Marku? - zaskoczyła go.
- Niee... ja tylko... bo ja... Tak. Chcę skoczyć. Powiedz Laurze...
- Niech pan mi tego nie robi! Błagam... - jej oczy zaszkliły się.
- Olciu, dlaczego nie odejdziesz?
- Błagam. Otwieramy nowy klub dla dzieci. Będziemy tam bawić się, rysować, rzeźbić... Chcę aby nam pan pomógł. Pan się zna na sztuce...
- Naprawdę myślisz, że ja się do czegoś nadaję? Spójrz na mnie - jestem kaleką! Kaleką, rozumiesz?
- Panie Marku, te dzieci... mają autyzm. One nigdy nie będą już takie jak ja. Potrzebują pomocy. Ja... ja im już obiecałam. - popłakała się.
Marek przeszedł z powrotem na most. Po policzkach spływały mi łzy. Od dawna już nie czuł łez radości w swoich błękitnych oczach. Przytulił Olę jednym ramieniem.
- Dziękuję. - wyszeptał. Zrozumiał, że nie jest bezużyteczny. I ktoś czeka. Czeka na niego ktoś, kto jest do niego podobny. Zagubiony, chory i potrzebujący.
- Musi mi pan coś obiecać.
- Tak?
- Otworzy pan znów galerię. Dzieci muszą gdzieś pokazać swoje dzieła.
- Obiecuję. A teraz chodźmy do domu. Mama czeka na ciebie.
I tak szli wzdłuż mostu i patrzeli na księżyc który już zaczął nieśmiało rozświetlać ciemniejące niebo. "Mógłbym uchwycić je na fotografii... Nieba nie da się wyrzeźbić. Można spróbować." Myślał.
- Dlaczego pan nie lubi czerwieni?
- Bo to zgubny kolor. Za kilka lat, może zrozumiesz... A może zaczniesz kochać czerwień. Oby spotkało cię to drugie...
- Skoro pan tak myśli...
- Co myślisz o robieniu zdjęć...?
- To fajne... Nawet bardzo...

Tatyana [ martulka.tati@gmail.com ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści