|
Christian był z siebie niesamowicie dumny.
Wpatrywał się w lustro, zmywając z twarzy resztki makijażu. Porysowane, matowe szkło odbijało jego pociągłą twarz i skrzętnie pielęgnowaną bródkę. Tej nocy był wielki. Po prostu nie do zdarcia. A wszyscy wręcz jedli mu z ręki. Każdy skecz, każdy gest, wszystko spotykało się z aplauzem lub wybuchem śmiechu.
- Eismann, ta noc była twoja. - powiedział do swojego odbicia..
Stojący obok długowłosy brunet w szkarłatnej koszuli wyjął flegmatycznym ruchem długą, zdobioną fajkę. Rozejrzał się po małym pokoiku, który wynajmowali za duże pieniądze. Była to mała, przesiąknięta zapachem potu i tytoniu dziura na poddaszu jednej z kamienic. W innym miejscu i czasie, za te pieniądze mogliby wynająć całe piętro w takiej kamienicy. Ale z nastaniem karnawału ceny szły opętańczo w górę.
Jedyne, co udało im się znaleźć to tą małą zaplutą norę z skrzypiącą szafą i dwoma zbitymi z desek łóżkami z pościelą niezmienianą od tygodni. Kiedy się tu wprowadzali, panował jeszcze tu względny porządek. Christian potrzebował zaledwie dwóch dni, by całe to miejsce przesiąknęło zapachem jego tanich pachnideł, których używał do występów. Jego puzdra walały się po każdym zakamarku pokoju, skrypty zdążyły utworzyć potężną górę, która zastępowała drogę do szafy, która za nic nie chciała się zamknąć, ani tym bardziej pomieścić ubrań, z których i tak większość należała do Christiana.
Ricardo wypuścił kłąb dymu i głęboko westchnął. W przeciwieństwie do swojego towarzysza, wcale nie był pewien, czy wszystko poszło tak jak trzeba.
- Znowu się zaczyna, Christian. - zaczął spokojnie, choć przez jego głos przebijało zdenerwowanie.
- Daj spokój Ricardo. Było dobrze.
Długowłosy pokręcił głową i zmrużył oczy. Trudno rozmawiało się z Christianem, gdy ten wciąż był upojony występem.
- Za dobrze. Szalejesz, Christian. I znowu to robisz. - dodał.
Christian rozsiadł się wygodniej na fotelu, który za zgodą dozorcy wynieśli z mieszkania piętro niżej. Komik wbił go po prostu w jedyne wolne miejsce w pokoju, w którym można było coś postawić. Teraz stanowił on jego tron, na którym mógł cały czas obserwować rosnące sterty gratów.
Odwrócił się od lustra i spojrzał na Ricardo i uśmiechnął się kpiąco. Z całej jego twarzy biła zmieszana ze zmęczeniem łagodna drwina.
- Co robię? - spytał, udając że nie wie o co tamtemu chodzi.
- Dobrze wiesz co!
- Tyle zachodu o kilka dowcipów. - wzruszył lekceważąco ramionami.
- To nie było kilka dowcipów. Ty nie jesteś jakimś podrzędnym żonglerem, ty jesteś komikiem. Najlepszym z najlepszych. Mógłbyś występować na dworach, ale ty włóczysz się po miastach i szydzisz ze wszystkiego, czego ludzie się boją.
- Tak. - pstryknął palcami Christian. - Jestem Eismann. Pierwszy szyderca Vereny.
- Kurwa mać, Christian. W Albercie stroiłeś żarty z kardynała. W Balarze wziąłeś sobie za cel szefów miejscowego półświatka. Dobra, rozumiem to. Ale wyszydzać Inkwizycję? - wybuchnął nagle. - Czy ty już do reszty postradałeś rozum?
- Daj spokój, Ricardo. - zignorował go komik. - To tylko spektakl.
- To nie jest spektakl. To nie jest spektakl, gdy nazywasz legata Deveraux starym kłapiącym dziobem a samego Enne Morisethi'ego alkoholikiem. To jest samobójstwo.
- Nie, Ricardo. - W oczach Christiana pojawił się nagle jakiś zły błysk. - To jest wyzwanie.
Ostrożnie stawiając kroki, Ricardo podszedł do okna i spojrzał na uliczkę. Padało już trzeci wieczór, i była to najpaskudniejsza ulewa jaką kiedykolwiek widziano w Rivanes. Nagle odwrócił się, wypuścił kłęb dymu i wskazał na komika swoją fajką.
- Ty ją po prostu wciąż kochasz.
- Kurwa mać, Ricardo. - rzucił zirytowany Christian. - Zostaw wreszcie ten temat.
- Ale to się o to wszystko rozchodzi. Zapomnij o niej wreszcie i zacznij żyć własnym życiem a nie wyżywać się na całym świecie, za to że już z nią nie jesteś. Ona tak zrobiła.
- Żyję własnym życiem. - uciął Christian.
Ricardo usiadł i spojrzał zmęczonym wzrokiem na swojego przyjaciela. Dopiero na pozbawionej makijażu twarzy widać było, jak bardzo komik jest wycieńczony. Żył zbyt intensywnie, dawał się zbyt łatwo ponosić emocjom, a wtedy nic do niego docierało. Bez kosmetyków, jego oczy traciły cały swój zawiadacki urok, stawały się podkrążonymi oczami człowieka cierpiącego na bezsenność. Jedyną ucieczką przed zmęczeniem, było wchodzenie na coraz wyższe obroty. Ricardo zdał sobie nagle sprawę, że to Eismann wykańcza Christiana. W takim samym stopniu jak pozwala mu żyć.
- Christian, to nie jest twoje życie. - zaczął spokojnie. - Ty najzwyczajniej w świecie bawisz się w jakiegoś straceńca. Słuchaj, naprawdę odpuść, wyjedźmy z Rivanes a najlepiej wogóle zostawmy Verenę. Tu jest po prostu za blisko Reinholmu.
Komik wstał i po prostu bezwładnie osunął się na łóżko. Z momentem zmycia makijażu opuściły go wszystkie siły.
- Jeden występ, Ricardo. Jeszcze tylko jeden występ.
- I co potem?
- Wybrzeże Hassel?
- Dobra, Christian. - westchnął Ricardo. - Jeszcze ten jeden występ.
Sześcioletni chłopak wpatrywał się w ścianę, poruszając bezwiednie głową. Wciąż nie przyjmował pożywienia, ale jego stan wolno się poprawiał. Od ostatniego ataku histerii minęło już dużo czasu i jak zapewniał medyk, chłopak nie stanowił już zagrożenia dla siebie. Wciąż jednak nie reagował prawie na żadne impulsy z zewnątrz.
Trzymający go za rękę czterdziestoletni człowiek sam był w nielepszym stanie. Wciąż miał na sobie te same szaty, co tej tragicznej nocy. Poparzone ramię wciąż było niedbale owinięte tym samym pożółkłym bandażem nasiąkniętym jakąś leczniczą mazią . Ten człowiek sprawiał wrażenie jakby czas się dla niego zatrzymał a jedynym, co go obchodziło był los jego syna.
Doktor Albin przypatrywał się tragedii tych dwóch ludzi z beznamiętnym wyrazem obliczem. W ciągu swojej wieloletniej praktyki widział już wiele takich przypadków i nauczył się, jak postępować z ludźmi, którzy stracili wszystko. A jednak wzdrygnął się na myśl o człowieku, który ściskał bezwładną rękę swojego syna. To był Alaine Deveraux, legendarny legat Inkwizycji, zaledwie od dwóch tygodni przebywający w Rivanes. Ten człowiek stracił dwa dni temu żonę, a jego syn utracił zdrowe zmysły. I to wszystko stało się podczas nieudanego zamachu, który wymierzony był w niego.
Doktor Albin za nic nie chciał znaleźć się w skórze tego, kto był odpowiedzialny za ten zamach. Nawet przy zdrowych zmysłach Deveraux był uznawany za jednego z najbardziej nieprzejednanych i zaciętych agentów wszechpotężnej Inkwizycji. Teraz ten człowiek stał na krawędzi szaleństwa.
- Chłopak przeżył straszliwy szok, legacie Deveraux. - powiedział doktor spokojnym tonem, kładąc niepewnie rękę na jego ramieniu. - Zrobiłem wszystko co w mojej mocy, ale teraz potrzeba już tylko czasu, by wrócił do siebie.
Raczej cudu, dodał w myślach i zagryzł wargi.
- Niech Bóg ci wynagrodzi twój trud, doktorze. - odpowiedział legat nie podnosząc nawet wzroku. - Mam nadzieję, że wybaczysz mi warunki, w których cię tu sprowadzono.
- Taka praca. - lekko uśmiechnął się Albin, choć na samo wspomnienie o kilkugodzinnej karkołomnej jeździe w samym środku nocy dostawał gęsiej skórki.
Deveraux utkwił wzrok w swoim synu. Coś w nim musiało się przełamać, bo zacisnął pięści, powstrzymując napływające do oczu łzy. Na chwilę poddał się, wracając myślami do tej tragicznej nocy, kiedy tajemniczy skrytobójcy zamordowali mu na jego oczach ukochaną Catherine.
- Doktorze, jeśli mógłbym prosić... To miejsce musi być otoczone pieczołowitą opieką. Wiem, że nasza profesja nie cieszy się u was szczególnym poważaniem, ale mój syn wciąż jest celem.
- Zgodzę się na waszych ludzi w moim hospicjum, legacie Deveraux. Pod warunkiem, że nie będą zakłócać pracy. Mamy tu wielu pacjentów. - dodał pośpiesznie Albin, unikając ciężkiego spojrzenia inkwizytora.
- To naprawdę jest tylko prośba, doktorze.
- I dlatego nie spotyka się z odmową.
Deveraux skinął z szacunkiem i wyszedł. Albin długo wpatrywał się w chłopaka. Nie wierzył, by ten kiedykolwiek odzyskał zmysły. Medycyna nie mogła mu już nic pomóc. Pozostało tylko czekać na cud.
Stary lekarz wiedział jednak, że cuda się nie zdarzają.
Legat wyszedł z hospicjum i nie zwracając uwagi na padający deszcz wolno szedł w stronę czarnego powozu. Skinął ręką dwóm stojącym przy powozie kirasjerom. Ci bez słowa otworzyli mu drzwiczki, po czym wsiedli na konie.
Deveraux zmęczonym, starczym ruchem postawił nogę na stopniu, gdy nagle czujnie spojrzał w szarość zasnutej strugami deszczu uliczki. Po chwili dało się słyszeć stukot kopyt i trzaskanie obitych metalem kół powozu.
- Czekaj. - rzucił energicznym głosem woźnicy, który namacał ukrytą pod kozłem kuszę.
Z bramy deszczu wyłonił się korowód odzianych w czerń jeźdźców Inkwizycji i czarny powóz, który zatrzymał się kilka metrów przed karetą, do której wchodził Deveraux. Woźnica zszedł z powozu i otworzył drzwiczki. Pojawił się w nich odziany w czerń śniady Santeveryjczyk. Nie miał więcej niż dwadzieścia lat, ale zdążył już dorobić się srebrnego krzyża łowcy. Gorliwy aż do przesady, imający się brundych metod, Juan Valdez był uosobieniem wszystkiego, czym Deveraux gardził w łowcach czarownic. Legat zatrzymał na nim znużone spojrzenie.
- Czego chcesz, Valdez?
- Wybacz, że w takim momencie legacie, ale... - zaczął służalczym tonem.
- Streszczaj się.
- Rozumiem, że sprawę tego zamachu powierzono samemu Morisethiemu. - Valdez nie krył nawet urażonej ambicji. - Ale pojawił się jeszcze jeden problem, który lekceważony jest już od długiego czasu.
- Mówiłem ci, Valdez. Streszczaj się.
- W mieście pojawił się Eismann.
- Przejmujesz się tanimi komikami, Valdez?
Santeveryjczyk przełknął nutę pogardy w głosie legata.
- On jest niebezpieczny, legacie Deveraux. Ludzie go słuchają i śmieją się z nas.
- Czy to źle, że się śmieją?
- Powinni się bać.
Deveraux zamilkł na chwilę i spojrzał na Valdeza. Bez żadnego ostrzeżenia uderzył go w twarz. Zanim zaskoczony łowca zdążył zareagować, ręka czterdziestoletniego weterana ścisnęła jego gardło i pchnęła go pod ścianę. Pomimo wieku, stary inkwizytor nie stracił nic ze swojej siły i szybkości. On ją nabywał w dławieniu krwawych rebelii w Reinholmie a nie w luksusowych salach ćwiczeń.
- Co ty wiesz o strachu, Valdez? - wysyczał Deveraux, przyciskając go do ściany. Dopiero po chwili odzyskał panowanie nad sobą i puścił sinego ze strachu Santeveryjczyka, który bezwładnie upadł na bruk. Ten podniósł na niego zalękniony wzrok, patrząc czy nikt nie był świadkiem jego upokorzenia.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że właściwie uzyskał to czego chciał. Już on się zajmie tym Eismannem. Osobiście wypruje z niego flaki i zrobi to tak, że całe Rivanes będzie wiedziało, że to była jego robota. Dokładnie tak, jego własna robota. Bez udziału zużytych weteranów pokroju Morisethi'ego czy Deveraux.
Rivanes nie musi bać się Inkwizycji. Wystarczy, że będzie bać się jego.
- Zniszczę cię, Eismann. Na oczach każdego człowieka, któy miał czelność śmiać się z twoich tanich szyderstw. - powiedział do siebie Valdez. - A twoja śmierć otworzy mi drogę do zaszczytów.
Christian siedział nad garncem rozwodnionego wina i malutką szklenicą spirytusu. Oberżysta był jednym z jego najgorętszych wielbicieli i za miejsca w pierwszym rzędzie otworzył mu wolne konto w oberży.
W ten sposób Christian miał własny stolik, który na czas jego pobytu w Rivanes, był zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niego. Czasem tylko przysiadali się do niego przygodni ludzie, by zamienić kilka słów. Chociaż Christian lubił samotność podczas picia, to nie miał nic przeciwko takim przelotnym znajomościom.
Gdy naprzeciwko niego usiadł czterdziestoletni mężczyzna o posturze niedźwiedzia, Christian spojrzał na niego z ciekawością. Nieogolony i brudny, z garncem, którego zawartość zalatywała leciutko rozrobionym dla smaku spirytusem, stanowił interesujące indywiduum.
- Nie oszczędzasz się, przyjacielu. - zagaił komik, spoglądając na trzymany przez niego garniec.
- Nie. - uśmiechnął się nieznajomy, odsłaniając brakujące przednie zęby.
Przybysz przechylił spokojnie garniec. Christianowi zrobiło się niedobrze, gdy zobaczył jak ten mężczyzna pije spirytus, tak jak większość pije piwo. Uniósł z rozbawieniem brwi na widok jego gęby, szkaradnie wykrzywionej przez palący smak specyfiku. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie i trzepnął się po udzie.
- Hej, ty jesteś ten... no... Eismann!
- W rzeczy samej, przyjacielu. - odpowiedział nie bez dumy Christian. -Trochę nie w formie i poza sceną, ale zawsze Eismann.
- Opracowujesz sobie jakiś numer, co?
- Nie. - pokręcił tylko głową. - Dzisiaj tylko piję.
Na dowód tego stwierdzenia, wlał w siebie zawartość małej szklenicy i popił rozwodnionym winem. W głowie mu aż zahuczało, ale nieprzyjemne bulgotanie w żołądku minęło już po kilku chwilach.
Nieznajomy przypatrywał się temu z lekkim rozbawieniem.
- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- Wal śmiało.
- Słyszałem kilka twoich numerów. Gadkę masz karczemną, ale co do czego to zaciągniesz jak jakiś dworski elegancik. Od spirytusu nie stronisz, ale Verettiego potrafisz zacytować. Skąd ty jesteś?
- Nie uwierzysz.
- Spróbuj.
Christian zaśmiał się sam do siebie i spojrzał wesoło na nieznajomego, który krzywił się po kolejnym łyku spirytusu.
- Pięć lat temu siedziałem na dworze w Lozano, miałem tytuł hrabiowski i więcej dochodu niż połowa dzielnicy handlowej Rivanes. - powiedział ze śmiechem. - Miałem nazwisko i herb, byłem kurewsko poważnym człowiekiem na kurewsko ważnym stanowisku. Tylko co ja z tego miałem? Zanim się zorientowałem, stałem się jednym z tych atłasowych bufonów.
- A teraz? - dziwnym trafem mężczyzna nie wyglądał na zaskoczonego.
- Teraz jestem wolny. Ludzie płacą mi za to, żeby słuchać jak obrażam tych wszystkich, których się tak boją. Daję im tą chwilę wytchnienia, tą wiedzę, że można publicznie stanąć na scenie i powiedzieć, że Inkwizycja to banda ponuraków bez poczucia humoru. I nawet jeśli kurwimy się przez całe życie, płaszcząc się przed wszystkimi i sprzedając wszystko co jest bezcenne, to należy nam się chyba ta chwila zapomnienia.
Gdy Christian to mówił, jego gesty i mimika należały już do Eismanna. Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie. Gdyby Christian był trzeźwy, może zauważyłby w oczach swego rozmówcy szacunek połączony z odrobiną sympatii. I dobrze skrywaną trzeźwość.
Mężczyzna uśmiechnął się i zatopił wzrok w pustoszejącym garncu. Trochę zawiedziony, napełnił szklenicę Christiana i podniósł na niego wzrok.
- Ty faktycznie jesteś bezczelny. - podniósł garniec. - Za wolność, Eismann.
Oboje wychylili wszystko jednym haustem. Szczerbaty mężczyzna tylko się skrzywił, ale Christian prawie zwalił się pod stół, gdy poczuł płomień w przełyku.
- Ty to pijesz? - wycharczał zdumiony, powstrzymując napływającą mu do gardła zawartość żołądka.
- Tak. - pomimo końskiej dawki alkoholu, mężczyzna był zaledwie podchmielony. - Pomaga mi nie mieć tych samych problemów co ty. Innymi słowy, jestem alkoholikiem na prestiżowym stanowisku i muszę robić rzeczy, które niekoniecznie chcesz robić.
Christian spróbował przyjrzeć się uważnie mężczyznie. Nietuzinkowy gość jest ukoronowaniem samotnego wieczoru, jak mawiał Ricardo gdy miał poetycki nastój. Nagle komik zapragnął dowiedzieć się, z kim rozmawia.
- Co robisz w życiu? - spytał.
- Jestem urzędnikiem podatkowym u ważnej osobistości. - machnął ręką mężczyzna.
- Podaj mi nazwisko tej osoby i wpadnij za dwa dni. - rzucił buńczucznie Christian. - A nie zostawię na niej suchej nitki.
Mężczyzna nagle spoważniał i przyjrzał się bystro słaniającemu Christianowi. Wyciągnął zza poplamionego kaftana srebrny krzyż łowcy czarownic. Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było już rozbawienia.
- Ta osobistość to Bóg. - powiedział, kładąc swoją ciężką ręką na ramieniu Christiana. - Jesteś potrzebnym człowiekiem na tym świecie, Eismann. - powiedział poważnie. - Masz w sobie to coś, do czego inni ludzie podświadomie ciągną. I to nie jest twój cięty język. Dlatego proszę cię, jeszcze tylko jeden występ w tym mieście.
Christian momentalnie otrzeźwiał. Wbił w swojego rozmówcę zdumione spojrzenie.
- Ty jesteś...?
- Tak. - odpowiedział spokojnie Morisethi. - Robię w tym fachu najdłużej ze wszystkich. Srebrnego krzyża dorobłem się w Reinholmie. Za zabicie jednego z avatarów, Eismann. Ale nie wszyscy mają takie jaja jak ja. I nie wszyscy uważają, że Bóg ma poczucie humoru.
Wolno wstał i otrzepał kaftan. Jego poważny wyraz twarzy nagle zniknął. Przed Christianem znowu stał pijany, barczysty mężczyzna o mętnym i zmęczonym spojrzeniu.
- Trzymaj się, Christian. - rzucił mu jeszcze Morisethi wychodząć. - I pamiętaj, tylko jeden występ.
Zdębiały komik rozejrzał się tylko po karczmie, czując na sobie przerażone spojrzenia innych ludzi, odprowadzające legendarnego mentora inkwizycynych łowców. Przez chwilę poczuł, jak przechodzą mu po plecach ciarki.
Ricardo wszedł do małego sklepiku tytoniowego, znajdującego się kilka kamienic od ich wynajętego lokum. Od kłótni z Christianem minęły trzy dni, i o dziwo, komik chyba naprawdę mówił poważnie o opuszczeniu Rivanes. Wieczory spędzał w karczmach, zamiast na pisaniu kolejnych skeczy i ćwiczeniu przed lustrem.
To był dobry znak.
Nie pił na umór, wracał tuż przed świtem, lekko podchmielony podgwizdując jakąś melodię. Jak zwykle obdarowywał napotkanych ludźmi słodyczami, których miał zawsze pełno w kieszeniach. Ricardo nie widział go w takim stanie od kilku miesięcy.
- Witam, Michel. - powitał chudego jak wiór sprzedawcę, przesiąkniętego do reszty aromatem swojego asortymentu.
Michel nie uśmiechnął się na jego widok, tylko drżącymi rękoma odważył mu pół uncji cenionego przez znawców tytoniu rodemskiego. Ricardo rozejrzał się niepewnie i podał mu mieszek. Michel wziął go i przesypując zawartość wiaderka z wagi do mieszka rozsypał prawie całą zawartość na ladzie.
- Przepraszam. - powiedział rozdygotanym głosem.
- Coś się stało, Michel?
- Nic... - sprzedawca zawiesił głos. - Ktoś tu na ciebie czeka.
Dokładnie w tej samej chwili z zaplecza wyszedł smukły, dumnie się noszący człowiek. Był to śniady Santeveryjczyk, o pogardliwym spojrzeniu arystokraty. Ricardo uniósł brwi, wpatrując się w fircyka z lekceważeniem.
- Ty jesteś Ricardo Vanda?
- Tak. - odpowiedział spokojnie długowłosy. - Ale nie korzystam z usług chłopców. - dodał ironicznie.
Santeveryjczyk uśmiechnął się. Sięgnął za kaftan i wyciągnął wiszący mu na łańcuchu srebrny krzyż skomponowany z czaszek. Zanim Ricardo zdążył coś powiedzieć, wymierzył mu potężny cios prosto w żołądek. Ricardo zwinął się w kłębek, cicho jęcząc. Jego ręka powędrowała do cholewy buta.
- Sięgnij do tego ostrza, a poderżnę ci gardło tu i teraz. - rzucił łowca czarownic z pogardą.
Ricardo rozłożył ręce, starając się nie dawać powodu, by łowca spełnił tą groźbę.
- Szybko się uczysz, Vanda. To dobrze. - Santeveryjczyk uśmiechnął się i skinął na sklepikarza, który zniknął na zapleczu.
Ricardo szybko ocenił sytuację. Stwierdził po prostu, że jest w beznadziejnym położeniu. Zanim zajął się księgowością, był prostym nożownikiem o dobrej reputacji. I widział w akcji łowców czarownic. Nawet w snach nie mógł się z nim mierzyć.
- Nazywam się Valdez. I to jest moje ostatnie ostrzeżenie. Powiedz swojemu kumplowi, że jego dowcipy przestały nas bawić.
Ricardo ostrożnie podniósł na niego wzrok, wyczekując jeszcze jakiegoś ciosu, ale ten nie nastąpił.
- Znam cię Vanda. Znam twoją rodzinę z Lozano. Nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz. - Santeveryjczyk bawił się krzyżem, uważnie obserwując klęczącego Ricardo. - I dlatego gadam z tobą a nie z twoim kumplem Eismannem. Przekaż mu, żeby jak najszybciej opuścił Rivanes.
Valdez nie odwracając się, skierował się do drzwi. Gdy wyszedł, Ricardo splunął i siarczyście zaklął.
- Możesz już wyjść. - krzyknął do sklepikarza.
Struchlały Michel pojawił się za ladą.
- Odsyp mi jeszcze raz tytoń. Tylko spraw się tym razem lepiej, bo to chyba nie jest mój najlepszy dzień. - skrzywił się.
Patrząc na sklepikarza ważącego towar, Ricardo rozmyślał o łowcy czarownic. Miał dziwne przeczucie, że groźba Valdeza nie była ostrzeżeniem. Raczej jakąś grą. Grą, w której chodziło o coś więcej niż o Christiana.
Gdy rzucił dwie złote monety sklepikarzowi i schował mieszek do jednej z kieszeni, to zdecydował się, że nie wejdzie w tą rozgrywkę. O cokolwiek chodziło Valdezowi, lepiej żeby Christian się o tym nie dowiedział. On, a w szczególności Eismann, nie mieli za grosz instynktu samozachowawczego. A ryzyko zadarcia z Valdezem tylko by go za bardzo podkręciło.
Nie. Jeszcze jeden występ. Tylko jeden występ i wszystko zacznie się układać.
Z dala od Rivanes, Inkwizycji, łowców czarownic i całej tej pierdolonej świętoszkowatej Vereny.
To była największa ulewa w historii Rivanes. A towarzyszył jej największy w historii popis Eismanna. Komik prześcignął samego siebie. I nawet ulewny deszcz nie odstraszył tłumu ludzi pragnących zobaczyć ostatni występ Eismanna. Każdy chciał przyjść jeszcze ten jeden raz, by zobaczyć w jaki sposób legendarny szyderca pożegna Rivanes.
Nikt się nie zawiódł.
Po występie Christian skierował się od razu na kwaterę. Szedł otulony sięgającym kolan płaszczem, nie zwracając uwagi na deszcz. Pogwizdując melodię podchwyconą w karczmie, przeskakiwał kałuże albo po prostu w nie wskakiwał.
Ricardo miał troche racji. Inkwizycja może i jest znakomitym materiałem na spektakle, ale są w życiu instytucje z którymi się nie zadziera. To trochę tak jak z urzędem podatkowym, pomyślał i uśmiechnął się na samą myśl o tym porównaniu. Możesz igrać z nią latami a w końcu trafisz na takiego Morisethi'ego, który po prostu postawi sprawę jasno.
Ostatni występ.
Przez chwilę Christian poczuł, że nie będzie mu brakować tego dreszczyka. Że to całe szaleństwo i igranie z ogniem naprawdę już go zmęczyły. Kiedyś trzeba odejść, można to zrobić albo z pokorą, albo ze wstydem.
Minął wychodzącego z budynku śniadego Santeveryjczyka, który zatrzymał na nim wzrok z pogardliwym uśmiechem. Christian uśmiechnął się jak mógł najuprzejmiej i dworsko się ukłonił. Santeveryjczyk zignorował go i ruszył dalej, omijając kałuże. Christian odwrócił się jeszcze za nim z ciekawością. Starał sobie umiejscowić jego twarz wśród innych lokatorów kamienicy, ale stwierdził, że widzi go po raz pierwszy.
Szybko odegnał niepokój i pokonał schody, przeskakując po kilka stopni. Nie dostrzegł dziwnego wyrazu twarzy Hoffnera, kupca, który mieszkał pod nim. Zignorował zalęknioną postać dozorcy, która czaiła się na półpiętrze, jakby zamarła w strachu. Nie zwrócił uwagi nawet na to, że drzwi do ich pokoiku były otwarte na oścież.
Jego serce zaczęło bić szybciej dopiero gdy zobaczył bałagan i ślady walki w pokoiku. Gdy rozejrzał się szukając swojego przyjaciela, jego wzrok zatrzymał się na przewróconej szafie. Podbiegł do niej jak szalony i odrzucił ją na bok.
Ricardo nie żył już od kilku minut. Leżał z poderżniętym gardłem, zaciskając w dłoni swoją fajkę. Z piersi Christiana wydarł się szloch. Przywarł całym ciałem do zamordowanego przyjaciela, krzycząc jak opętany.
Gdy podniósł wzrok, w pokoiku było już kilka osób, które zbiegły się słysząc rwetes. Był dozorca, ściskający w rękach miotłę, starający się schować za barczystym kupcem, który patrzył na całą sytuację z chłodnym spokojem. Pojawiali się też inni, u których ciekawość zwyciężyła nad strachem przed człowiekiem ze srebrnym krzyżem, który wszedł przed kilkunastoma minutami do budynku.
- Co tu się stało? - wykrzyczał Christian wodząc wzrokiem po zebranych. - Kto to zrobił?
Nikt nie odpowiedział. Kupiec zrobił tylko ręką znak krzyża i wolno wyszedł z pokoju. Christan zrozumiał wiadomość. Patrzył nierozumiejącym wzrokiem na ludzi opuszczających miejsce zbrodni. Po chwili został w nim sam.
Enne Morisethi siedział w barakach i bawił się yabonem, długim łańcuchem zakończonym po dwóch stronach długimi ostrzami. Niewielu ludzi na świecie umiało się posługiwać tą bronią. Prawdę mówiąc, było ich kilkunastu. Tylko tylu znało jeszcze asendyjskie sekrety zabijania. I z każdym pokoleniem było ich coraz mniej. Niewielu mistrzów brało uczniów. Enne miał Kurta, młodego sierotę, którym się opiekował. Z tego, co słyszał to służący w santeveryjskiej Inkwizycji Daimon Vega także znalazł kogoś, kto był godny poznania tych pradawnych sztuk walki.
O innych nie słyszał.
Tak więc najdoskonalsza sztuka walki umierała a jej sekrety ginęły. Morisethi nie byłby sobą, gdyby się tym przejmował. Dla szczerbatego łowcy jedyne co się liczyło to ciepłe łóżko, kurwy i alkohol. Cała reszta nie była mu potrzebna.
Siedział tak w poplamionym, brudnym kaftanie z nogami opartymi o ławę. Rozmyślał o człowieku, którego spotkał w karczmie. Teraz powinien już być daleko od Rivanes, dokładnie o dwa dni drogi. I dobrze, po co miał tu kusić los. Zamach na Deveraux już i tak postawił wszystkich łowców w stan gotowości. I choć ludzie, którzy odważyli się wyciągnąć swe ręce po legata, byli już w lochach, to wielu łowców wciąż jeszcze chodziło po ulicach.
Ot, taki Valdez. Morisethi nie lubił tego chłodnego i wyniosłego arystokraty. I to bardzo. Gdyby nie to, że teoretycznie walczyli po tej samej stronie, to Santeveryjczyk już dawno temu spotkałby swoją śmierć w jakiejś ciemnej uliczce.
Ale tu była Verena.
Tutaj nie wolno zabijać znajomych po fachu.
Morisethi skrzywił się na samą myśl o tej prowincji. Tu biurokracja wżerała się wszędzie. Do inkwizycji, kościoła, nawet między nieformalne przecież kompanie łowców czarownic. Na wszystko był jakiś przepis, a na każdy przepis był jakiś kruczek. Dopiero gdy sytuacja stawała się krytyczna, jak po zamachu na Deveraux, te całe stosy niepotrzebnych papierzysk odkładano na bok. Najpierw zaczynano działać, a dopiero potem sprawdzać, czy jest to w zgodzie z prawem. A jeśli nie jest, to odpowiedni ludzie na odpowiednich stanowiskach musieli odpowiednio te prawa zmienić.
Rozmyślania starego łowcy przerwało skrzypienie. Drzwi do jego kwatery wolno się rozwarły i wszedł krótko ostrzyżony brunet o chłodnym, przenikliwym spojrzeniu. Cały odziany w czerń, ze srebrnym krzyżem na piersiach i yabonem przewieszonym przez ramię, Kurt był świetnym łowcą, skutecznym i bezlitosnym. Ale w przeciwieństwie do Valdeza, nie upajającym się okrucieństwem.
Morisethi spojrzał na niego z nieukrywaną sympatią. Po chwili wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu a w jego oczach pojawił się złośliwy błysk.
- Posprzątaj tu. - wskazał na walającą się po podłodze miskę z kilkudniowym gulaszem.
- Tak, mistrzu. - tamten powiedział, skłaniając tylko głowę.
Morisethi skinął głową. Największą wadą Kurta była jego arogancja. Łatwo było uczyć go jak zabijać. Co było jeszcze cenniejsze, łatwo było go nauczyć, że nie zawsze trzeba zabijać. Ale żeby zmusić tego chłopaka do odrobiny pokory, trzeba było się sporo namęczyć.
- Mistrzu. - zaczął chłopak, z obrzydzeniem zgarniając resztki jedzenia z podłogi . - Ten człowiek, o którym mi mówiłeś. Eismann...
Morisethi spojrzał na niego zaintrygowany.
- Co z nim?
- Został w mieście. Za dwa dni daje kolejny występ.
- Jak to? - Morisethi nie usiłował nawet ukrywać zdziwienia. - Przecież to był jego ostatni występ.
- Daje jeszcze jeden. W dodatku za darmo. W całym mieście o tym mówią. - wzruszył ramionami chłopak. - Na rynku, w każdej karczmie są wymalowane ogłoszenia. Żadnych kwiecistych sloganów, niczego. Tylko jeden napis.
- Jaki?
- Jeszcze jeden występ.
Morisethi zaklął i nerwowo pokręcił głową.
- Dokładnie tak?
Kurt tylko skinął głową.
Stary łowca zmarszczył brwi i przymknął oczy. Był pewien, że Christian wyjedzie. Przez tą krótką chwilę, kiedy z nim rozmawiał zdążył go poznać bardziej niż on sam. Przynajmniej tak mu się wydawało.
- Ten człowiek musi być szalony.
- Nie, Kurt, on nie oszalał. - powiedział wolno Morisethi, nie patrząc nawet na swojego ucznia. - Ten człowiek mi rzuca wyzwanie. Lepiej, on rzuca wyzwanie całej Inkwizycji.
Kurt nie zrozumiał. Wpatrywał się w zamyślonego Morisethi'ego próbując dociec znaczenia jego słów.
- Tylko czemu coś tu nie gra, Kurt? - Morisethi kręcił głową, wpatrując się w podłogę. - Czemu coś mi tu nie pasuje?
Czarny powóz zajechał na przedmieścia, gdzie rozstawiony był wielki namiot. Padający od kilku godzin deszcz rozmazywał wymalowane farbą napisy zachęcające widzów do wstąpienia do namiotu, gdzie występować miał człowiek, który potrafił rozśmieszyć każdego.
Z powozu wysiadł Enne Morisethi i z politowaniem spojrzał na gromadzący się wokół namiotu tłum ludzi. Zaraz za nim pojawił się Kurt, który niecierpliwie się rozglądał.
- Wchodzimy, mistrzu?
- Jeszcze nie. Niech się wszystko rozpocznie. - pokręcił głową Morisethi. - Wtedy wszystkie oczy będą skierowane na niego. I uwierz mi, Kurt. - dodał łowca. - Nikt nawet nie zwróci na nas uwagi.
Kurt odwrócił się w stronę woźnicy i wydał krótki rozkaz. Powóz szybko ruszył i po chwili zniknął w jakiejś ciemnej uliczce. Chłopak spojrzał wyczekująco na swojego mistrza. Ten nie oglądając się na niego, wolno ruszył w stronę namiotu, w którym gromadzili się ludzie.
Kurt nagle syknął.
Morisethi odwrócił się w jego stronę i rzucił mu zdezorientowane spojrzenie. Chłopak wskazał tylko na czterech ludzi wchodzących do namiotu. Morientes podążył wzrokiem za palcem Kurta i cicho zaklął.
- To Deveraux. Co on tu robi?
Morisethi tylko się skrzywił.
- Co on tu robi z tym chłopakiem?
Kurt spojrzał zdziwiony na Morisethi'ego. Dopiero, gdy przyjrzał się uważnie legatowi, dostrzegł, że trzyma za rękę sześcioletniego chłopca, który szedł za nim nie reagując w ogóle na otaczający go tłum ludzi, który z podnieceniem wypatrywał przybycia króla dzisiejszego wieczoru.
On musi mieć kontakt z ludźmi, legacie. Nie wróci do normalności, jeśli będzie siedział zamkniety w hospicjum, otoczony gwardią twoich ludzi.
Deveraux ściskał dłoń chłopca, prowadząc go za sobą. Sam nie wiedział, co nim kierowało, gdy brał go ze sobą. Przez cały czas był obserwowany przez swoich ludzi, którzy aż nadto wiedzieli, co się stanie, jeśli chłopakowi spadnie włos z głowy.
Gdzie mam go zabrać, doktorze?
Trwa karnawał, legacie. Dzisiaj popołudniu daje występ Eismann. Wiem, co sądzicie o tym komiku i wiem, jakie treści porusza w swoich dowcipach.
Alaine odczuwał jak jego ręka drży, ściskając bezwiedną dłoń małego Jean Paula. Usiadł na drewnianej ławie z tyłu namiotu, ostrożnie sadzając syna obok. Sam był zdziwiony tym, ilu ludzi się zeszło by zobaczyć ten występ. Ten namiot nie mógł pomieścić więcej niż dwieście osób a zeszły się ponad trzy setki. Byli kupcy z drogich i luksusowych sklepów i właściciele tanich straganów z warzywami, gwardziści miejscy i znani w przestępczym półświatku złodzieje, bogacze i żebracy, handlarze i celnicy, ludzie, którzy żyli w Rivanes od urodzenia i przybysze ze wszystkich stron świata. Cała ta masa w każdej innej sytuacji zaczęłaby się nawzajem wyrzynać pod byle pozorem. A tutaj wszyscy byli wpatrzeni w zbitą z desek scenę, na której zaraz miał się pojawić jeden człowiek. Wyglądali, jakby byli pogrążeni w transie, w jakimś rytuale podniecenia i oczekiwania, która udzielała się wszystkim. Nawet samemu legatowi.
To wichrzyciel, doktorze. Niebezpieczny wichrzyciel
To człowiek, który potrafi rozśmieszyć kamień. Widziałem jego występy i jestem pod jego wrażeniem.
To heretyk, doktorze!
A zatem heretyk jest twoją nadzieją, legacie!
Alaine ścisnął mocniej rękę swojego syna. Zamknięty w swoim świecie chłopak nie odwzajemnił uścisku.
Nie było pokazu sztucznych ogni. Nie było muzyki. Christian po prostu wyszedł na scenę, bez makijażu i kolorowych fatałaszków. Widzowie z początku go nie poznali, dopiero gdy usłyszeli znajomy, zawiadacki głos, zdali sobie sprawę, że stoi przed nimi ten, na którego czekają.
Eismann!
Spektakl miał się rozpocząć.
- Dzisiaj nie dostaniecie porcji szyderstw. - obwieścił ponuro komik. - Nie będę wam mówił o legatach, radcach i bogaczach. Nie usłyszycie ode mnie ani słowa.
Tłum zaczął skandować jego imię, gorączkowo wykrzykując nazwiska najprzeróżniejszych osób. Jakiś grubas w pierwszym rzędzie, pewnie oberżysta, wykrzykiwał nazwisko jakiegoś urzędnika, który wpadł do niego z kontrolą. Kilka rzędów obok jakiś chudy jegomość o szczurzej twarzy, pewnie urzędnik wykrzykiwał nazwisko jakiegoś oberżysty, znanego oszusta podatkowego.
Deveraux przełknął ślinę, gdy usłyszał swoje nazwisko wykrzykiwane przez dziesiątki gardzieli.
Z kolei Eismann trwał nieporuszony, uważnie nasłuchując żądań tłumu. Udawał obruszonego gwiazdora, czekającego aż zostanie odpowiednio ugłaskany i udobruchany.
Nagle odwrócił się w stronę widowni i wskazał palcem jednego z widzów z przednich rzędów.
- Co ja słyszę? - wykrzyknął. - Czy mam wam coś mówić o rajcy Villenie? Nic wam o nim nie powiem! Przecież i tak każdy wie - zaczął nagle tak parodiować głos rajcy, że nawet Deveraux poczuł, jak drżą mu wargi. - że jaja znoszone przez kury w Albercie powinny być opodatkowane dwa razy wyżej niż te znoszone przez kury w Rivanes.
Wybuchł głośny śmiech. Zdumiony Deveraux dostrzegł nagle na jednej z ław rajcę Villena, który najpierw poczerwieniał ze złości, a potem sam zaczął okładać się rękoma po udach i śmiać się do rozpuku z samego siebie.
Eismann dostrzegł to i zaczął kontynuować swoją tyradę, doprowadzając widownię do stanu wrzenia. Legat nie potrafił wprost pojąć, jak ten człowiek to robił. Dostrzegł przynajmniej kilkunastu szpicli Inkwizycji, gorliwych aż do przesady, którzy pokładali się ze śmiechu, gdy Eismann parodiował postać donosiciela donoszącego na samego siebie.
Deveraux leciutko się uśmiechnął.
Kątem oka dostrzegł, jak Jean Paul otwartymi ze zdumienia oczyma stara się uchwycić każdy szczegół tego przedstawienia i zrozumieć każdy dowcip, którym Eismann ciskał w widownie. Zdumiony legat spojrzał na chłopaka i zobaczył, że coś w tym dziecku ustępuje pod czarem tego komika, który kpił ze wszystkich najważniejszych ludzi w całym mieście.
- Boże kochany. - szepnął sam do siebie, patrząc jak chłopak zaczyna się uśmiechać.
Występ trwał już pół godziny. Ludzie płakali ze śmiechu, słysząc szyderstwa wykrzykiwane przez Eismanna pod adresem ich sąsiadów, przyjaciół, wrogów i zwierzchników. A zaraz potem szalony komik zaczynał wyszydzać ich samych. Wytykał im każdą wadę, jaką mógł znaleźć. W ciągu minuty zdążył wykpić przesadną gorliwość religijną Vereńczyków, ich skąpstwo i nadmierną miłość do mocnych trunków. Ale ci ludzie się śmiali. Śmiali się z samych siebie, ze swoich własnych słabostek, do których nie mieli odwagi się przyznać.
Grubas się śmiał, że jest gruby, bogacz - że jest skąpy, żebrak - że jest biedny. Śmiał się każdy.
Nagle jakiś odważny widz wykrzyczał nazwisko, po którym komik zbladł i zatrzymał się, przerywając swój szaleńczy taniec.
Zapadła króka chwila ciszy.
Zdezorientowany Deveraux rozejrzał się po ludziach, zaskoczony tą falą ciszy. Kilka spojrzeń skierowanych na niego, uświadomiło mu, że teraz on zostanie wyszydzony. Coś w legacie zapragnęło usłyszeć całej gorzkiej prawdy o nim samym.
Eismann zatrzymał się. Powiódł palcem po widowni. Coś w jego twarzy się zmieniło tak, że nawet widzowie to odczuli. Atmosfera się zmieniła.
Komik wolno podszedł na skraj sceny. Wypatrzył wśród widzów legata i zatrzymał na nim wzrok. Legat znał takie spojrzenia i poczuł jak ciarki przechodzą mu po plecach. To było spojrzenie człowieka idącego na stos.
- Mówimy tu o ludziach, ich słabostkach i wadach. Śmieję się z was tak samo jak wy śmiejecie się z siebie. - choć mówił do widzów, cały czas wpatrywał się w legata. - Ale w tym mieście ludzie noszący krzyże, nie są ludźmi, tylko bandą morderców.
Przegiął.
Tłum pojął, że to już nie był element spektaklu. Jakiś stadny instynkt przetrwania podpowiedział zgromadzonym, że to nie był dowcip tylko zakrawające o herezję oskarżenie. Właśnie w tym momencie, ktoś otwarcie rzucił wyzwanie ludziom, których tylko sam Bóg może oskarżać.
Zapadła cisza.
Nagle ludzie zaczęli wychodzić. Nie śpieszyli się, ale czuli że muszą opuścić to miejsce. Coś pękło, czar prysł, budowany przez cały spektakl nastrój uleciał w jednej chwili. Powróciła niepewność, strach i lęk zarówno przed Inkwizycją, jak i człowiekiem, który rzucił jej wyzwanie.
Tylko stojący z tyłu Morisethi nagle pojął, co się stało. Odwrócił się nagle do Kurta.
- To Valdez. - wysyczał Morisethi. - To jest brakujący element. Teraz wszystko pasuje.
- O czym ty... - zaczął Kurt.
- Biegnij do legata i każ mu pozostawić tego człowieka przy życiu! Pokpiliśmy sprawę!.
Kurt spojrzał na niego zdziwiony.
- Powiedz, że ja tak mówię. Ruszaj się, durniu! - ponaglił go.
Kurt zaczął przeciskać się w tłumie, szukając drogi do legata. Morisethi zaczął rozglądać się po tłumie, starając znaleźć komika, który nagle zniknął ze sceny.
Korzystając z zamieszania, mały Jean Paul zniknął w tłumie, wymykając się swoim opiekunom. Wystąpienie tego komika sprawiło że w umyśle chłopaka coś zaczęło się dziać. Nie pojął wiele z tego, co się działo podczas spektaklu, ale sama osoba tego człowieka przełamała jakąś barierę w chłopaku. Wiedziony jakimś instynktem chłopak pojmował, że nie był świadkiem zwykłych kuglarskich sztuczek.
Ukryty w tłumie, Jean Paul wyszedł z namiotu i ukrył się w ciemnym zaułku. Nie dbając o to, że wciąż pada, przylgnął do zimnej ściany i czekał na człowieka, który nieświadomie przełamał to, czego nie przełamała medycyna i ojcowska miłość.
Człowiek wyszedł, otulony długim płaszczem sięgającym kostek. Chłopak rozpoznał go po rozwianej czuprynie i niedbałym, scenicznym kroku. Nieśmiale wyszedł ze swojej kryjówki i po prostu stanął mu na drodze.
Eismann zatrzymał się.
- Zmokniesz. - rzucił z zagadkowym uśmiechem, spoglądając na chłopaka.
Jean Paul otworzył usta. Całym wysiłkiem woli skupił się, by wydobyć z siebie jakieś słowa. Christian dostrzegł, że coś z nim jest nie tak. Wolno podszedł do niego i przyklęknął przy nim.
- Nie wiesz co powiedzieć? - zagadnął otwarcie.
Chłopak przestraszył się. Chciał nagle uciec i wrócić do swojego świata, w którym jego mama wciąż żyła a ojciec był z nim a nie z tymi strasznymi ludźmi w czerni. Ale coś w tym człowieku zachęciło go by tego nie robił.
Eismann uśmiechnął się. Wyćwiczonym ruchem, pozornie przypadkowo odsłonił poły swojego słynnego płaszcza. Sprężyna ukryta w jednej kieszeni momentalnie zadziałała i z płaszcza wyskoczył szmaciany pajacyk, który spadł pod stopy chłopaka.
Jean Paul podskoczył ze strachu i odsunął się od leżącego na bruku pajacyka. Eismann podniósł go i wręczył chłopakowi. Ten z namysłem wziął go i przyjrzał mu się. Taka zwykła szmaciana zabawka, jaką bawiły się biedne dzieci z ulicy. Miał w domu wiele takich, sprowadzanych z najróżniejszych zakątków świata.
Ale właśnie ten pajacyk mu się spodobał.
Chłopak przycisnął jedną ręką pajaca a drugą wskazał na płaszcz Eismanna. Nieśmiale, bez żadnego wysiłku, uśmiechnął się. Eismann dostrzegł to i na chwilę przez jego twarz przeszedł jakiś cień. Trwało to tylko chwilę.
- Chcesz chusteczkę? - spytał, na powrót przybierając niedbałą pozę lekkoducha. Wyciągnął do niego rękę z bladobłękitną chustą. Chłopak nieśmiale wyciągnął po nią rękę i chwycił.
Eismann uśmiechnął się tajemniczo.
Zaraz za błękitną chustą, chłopak ze zdumieniem wyciągnął od niego z ręki związaną z nią czerwoną. Potem żółtą, zieloną, brązową. Komik tylko odpowiednim ustawieniem dłoni zasłaniał rękaw, z którego wychodził dwumetrowy, kolorowy sznur powiązanych ze sobą różnobarwnych chusteczek.
W miarę, jak Jean Paul wyciągał kolejne chusty, coś w nim pękało. Na jego twarzy wykwitał uśmiech, już nie zalękniony, ale radosny uśmiech sześcioletniego człowieka.
Eismann też się uśmiechał. Na tą krótką chwilę zapomniał o wizji przyjaciela z poderżniętym gardłem i tym przerażonym wzroku, który prześladował go cały czas.
Na samym końcu długiego sznura chustek była kolejna niespodzianka i komik poczuł, że sam nie może doczekać się chwili, kiedy Jean Paul wyciągnie ostatnią chustę.
Chłopak aż zamarł z wyrazem oczekiwania na twarzy, wyciągając kolejne chusty. Ten czarodziej, który przed nim stał z pewnością szykował dla niego jakąś niespodziankę.
Pajacyk!
- Dla ciebie. - uśmiechnął się zawiadacko komik. - To od Eismanna. - wskazał dumnie na siebie palcem.
- Je.. jestem... Jean... Jean Paul. - powiedział nagle chłopak i zamilkł zdumiony własnymi słowami.
Obaj stali tak na opustoszałej ulicy. Byli zmoknięci do suchej nitki, a jednak żaden z nich nie zwracał na to uwagi.
- Trzymaj się Jean Paul. - pstryknął nagle palcami Christian. - Na mnie już pora.
Chłopak uśmiechnął się szeroko, ściskając dwie szmaciane laleczki i sznurek tanich barwionych chustek. Tajemniczy czarownik, który kazał się nazywać Eismann otulił się płaszczem i wolnym krokiem ruszył uliczką.
- Chciałeś cudu Deveraux? To go masz. - powiedział Morisethi skryty w zaułku, z którego obserwował całą sytuacją. Znudzonym ruchem pociągnął z bukłaka. - A swoją drogą, to ten cały Eismann ma fantazję.
Stojący za szczerbatym łowcą legat ledwo powstrzymywał łzy, słysząc jak jego kochany synek przemówił za sprawą człowieka, na którego wydał wyrok śmierci. W myślach powtarzał każde jego słowo, które padło z ust jego syna.
Deveraux nie słuchał już z Morisethiego. Wolnym krokiem wyszedł z cienia, zmierzając w stronę swojego syna, którego właśnie odzyskał. Ten odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął się na jego widok.
- Tato. - wykrzyknął radośnie, gdy zobaczył przemoczonego ojca wychodzącego z zaułka.
I ze łzami w oczach rzucił się w objęcia swego ojca.
Morisethi odrzucił pusty bukłak i otarł usta. Spojrzał jeszcze na Alaine'a i jego dzieciaka. Ze starej gwardii w Inkwizycji, został już naprawdę niewielu łowców. Ci, którzy byli na tyle dobrzy by nie dać się zabić, jakoś dochodzili do siebie po piekle, które fundowała im służba w Inkwizycji. A skoro nawet Alaine dał radę jakoś sobie zorganizować życie, to może i dla niego była jakaś nadzieja.
Łowca uśmiechnął się ponuro. Pomarzyć, dobra rzecz, ale takich fachowców jak on Inkwizycja nie puszczała wolno.
Wolno odwrócił się na pięcie i chciał zniknąć w poszukiwaniu jakiejś karczmy. Lubił dobre zakończenia, a ta historia miała się już ku końcowi. Morisethi dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony swoim życiem. Nie chciał się rozczulać nad sobą, ale było coś pomiędzy ojcem i synem, coś o czym Morisethi już dawno zapomniał.
I właśnie wtedy usłyszał przeraźliwy krzyk.
Odwrócił się błyskawicznie i zobaczył jak Jean Paul z wrzaskiem wyrywa się zdumionemu ojcu i zaczyna biec. Wymienił z Alaine'm pełne dezorientacji spojrzenie. I nagle, wiedziony jakimś przeczuciem odwrócił się w stronę uliczki, w której powinien zniknąć Eismann. Przez chwilę poczuł jak serce podchodzi mu do gardła.
Eismann usłyszał za sobą krzyk Jean Paula. Z zamarłym na twarzy grymasem strachu odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z wychodzącym z cienia Santeveryjczykiem. Zdążył tylko dostrzec pogardliwy wyraz twarzy swojego prześladowcy i błysk zmierzającego w jego stronę ostrza.
Pchnięty sztyletem, z wyrazem zdumienia na twarzy, osunął się bezwładnie na ziemię.
Gdy padł na bruk, był już martwy.
Doktor Albin spojrzał przez mały otwór w drzwiach celi. Wpatrywał się w młodego chłopaka, kręcąc smutno głową. Nie wierzył by to dziecko kiedykolwiek przemówiło. Szczerze mówiąc, wątpił by to dziecko przeżyło następny rok. Już teraz trzeba mu było siłą wciskać pokarm do ust. Jeśli w ciągu tygodnia nie nastąpi poprawa, dziecko miało zostać odesłane do jednego z owianych tajemnicą hospicjów, z których nie wracał nikt.
Podszedł do niego odziany na wojskową modłę duchowny, nerwowo stukający palcami w skórzaną oprawę woluminu, który trzymał ze sobą.
- Doktorze, czy jest jakaś szansa?
- Obawiam się, legacie Roche, że ten chłopak już nigdy nie wróci do zdrowych zmysłów.
- Czy to właśnie mam przekazać jego ojcu?
- Nie. - westchnął Albin. - Lepiej mu nic nie mów. Może chociaż dla niego będziemy w stanie coś zrobić.
W milczeniu, stary doktor skierował się drugiej celi, w której siedział bardzo stary człowiek o pustym spojrzeniu. Roche podszedł do niej i spojrzał przez mały otwór na człowieka, który był jego poprzednikiem na stanowisku legata inkwizycji miasta Rivanes.
Szymon "Alkioneus" Chojnacki
[ szymon_chojnacki@o2.pl ]
|