Przejdź do spisu treści...

Outside

Szedł wąską ulicą, co kilka chwil jeszcze przyspieszając kroku. Błoto z kolejnych kałuż co i rusz obryzgiwało kolejnych przechodniów. Coraz szybciej i szybciej. Jeden z nich, najwyraźniej skory do słownych utarczek, nawet się zatrzymał. Ale on już był daleko. Szybciej. Padający deszcz jeszcze nigdy nie wydawał mu się tak cholernie pasujący. Dalej i dalej. Szybciej. Chciał już tylko zapomnieć. Być z dala. Od Marty, od Tomka, od... po prostu. Outside. Dwadzieścia minut temu stracił wszystko, co kochał. Jego marzenia prysły niczym mydlana bańka, która napotyka na swojej drodze jakiś przedmiot. Tylko że to o n był tym przedmiotem.

Szybki ruch głową - pusto. To zaskakujące, ale ruchliwa zwykle o tej porze ulica tym razem zapraszająco ucichła. Słychać już było tylko bębniący deszcz. Skręcił jeszcze dwa razy, wbiegł po schodach, nacisnął dzwonek. Raz. Drugi. Trzeci. Nic. "Kurwa" - pomyślał i zbiegł z powrotem. "Kurwa" - tym razem zaklął na głos. Zreflektował się. "Przecież ja nie przeklinam." "Kurwa".

Kroki skierował na dworzec PKP. W pewnym momencie zatrzymał się i sprawdził, czy aby na pewno nie zapomniał biletów. A potem uświadomił sobie, że przecież nie ma zamiaru nigdzie jechać z tego dworca. Wybuchnął wariackim śmiechem.

Nigdy nie myślał, że dwa miesiące to może być tak cholernie dużo. Gdy odbierał stypendium zapewniające mu wakacyjny pobyt w Anglii, ucieszył się. Od dawna pracował równie ciężko jak inni, ale oczekiwane rezultaty nie przychodziły. A przecież zależało mu na tych studiach, wiedział, że musi jak najszybciej znaleźć po nich jakąś pracę. Najlepiej nieźle płatną, w końcu niedługo miała być ich już trójka.

Martę poznał przed dwoma laty na jakiejś imprezie. Trywialnie, ale potem nic już nie było banalne. Najpierw nerwowe oczekiwanie na telefon (kto pierwszy zadzwoni? Cholera, przecież wymieniliśmy się numerami. Widocznie... Zresztą. Chociaż. Przyjdziesz? Tak? To cudownie!). Gdy on zadzwonił, ulga. Potem byli już nierozłączni. Wspólne zajęcia, plany na przyszłość - to, co nieuchronne w takich wypadkach. Chcieli marzyć i to robili. Razem. Zawsze.

Kim była? Właściwie do dzisiaj tego nie wie. Nigdy nie rozmawiali o jej przeszłości. Znał, zdążył poznać już jej rodziców, ale... nic ponadto. Zupełnie jakby w którymś momencie się po prostu "stali" - oni i ich dziecko - Marta. Tak po prostu i od tego momentu już byli; ona studiowała, a oni grali wieczorami w szachy. Jak zwykle.

Wiadomość o ciąży pojawiła się nagle. Nikt jej się nie spodziewał, ale on się ucieszył. Tak po prostu. Jeden uśmiech zdziałał wiele. Okazało się, że przerażoną kobietę może uspokoić naprawdę niewiele. A wystarczył jeden, jedyny gest, by uwierzyła. Chciała macierzyństwa, chciała być z nim, tworzyć razem rodzinę. Niestety, potem chciał już tylko on.

Wszystko zmieniło się po jego wyjeździe. A jeszcze na lotnisku wydawało mu się, że chwycił pana Boga za nogi. Z walizkami, przed najważniejszą podróżą w swoim życiu, z ukochaną uwieszoną u jego szyi. A za pięć miesięcy miało urodzić się ono. Dziecko. Myślał o nim równie często, co o Marcie. Nie potrafił się już doczekać, chciał nawet zrezygnować z pobytu w Manchesterze. Ale ona powiedziała: "Jedź." Wystarczyło. Wierzył jej, w końcu ostatni trymestr miała spędzić już u jego boku.

Anglia. Gdyby nie to, co stało się podczas jego nieobecności, wspominałby ten okres fantastycznie. Mnóstwo nowych znajomych, a wszyscy równie uprzejmi i życzliwi. To, co u nas było tylko grzecznościowymi formułkami, tam nabierało nowego wymiaru. Ludzką sympatię wyczuwało się na kilometr i nigdy, ani przez moment nie można było pomyśleć, że ktoś jest nieszczery. Któregoś razu nawet pomyślał, że czas powinien wtedy stanąć w miejscu. On zostałby ze wspaniałymi ludźmi, a ona...

Nie, był jeszcze ktoś. Małgosię poznał w ostatnim tygodniu swojego pobytu. Ładna, zgrabna i jednocześnie szalenie inteligentna. Żywe zaprzeczenie stereotypu głupiej blondynki. Chyba się w nim zakochała, teraz obojgu trudno byłoby to stwierdzić. Ale wtedy czuli inaczej. Ona wiedziała, że w Polsce czeka na niego przyszła rodzina i nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że może zburzyć ich szczęście. Milczała więc, a on myślał, że po prostu nie jest nim zainteresowana, choć w głębi duszy czuł, że to mogłoby być wielkie uczucie. Tylko że on już miał swoją miłość. W Warszawie - przecież tak na niego czekała, tak strasznie za nim tęskniła...

No właśnie. Ona. Ciężko odchorowała jego wyjazd, ale czy tylko tym można ją było usprawiedliwić? Zresztą, on już nie chciał nawet tego robić. Nie było sensu, to już nie on był najważniejszy.

Sam ich sobie przedstawił, a jakże. Tomek był jego kumplem jeszcze w podstawówce, a takie przyjaźnie, jeśli tylko przetrwają, są już na całe życie. Ta nie była. Tomek nigdy nie ukrywał, że Marta mu się podoba, ale respektował jej związek z przyjacielem. Jednak kiedy ten wyjechał, postanowił spróbować. Lepiej trafić nie mógł - dziewczynę ogarnęły wątpliwości. Nie mając w nikim oparcia zaczęła się znowu zastanawiać. Nagle wizja rychłych narodzin dziecka, j e j dziecka, stała się odległa, jakby to nie jej dotyczyło. "Czy to naprawdę ja tego chciałam?" "Przecież to jest decyzja na całe życie." "To ja?" "Ja?"

Tomek. Przyjechał po tygodniu od jego wyjazdu. Sukinsyn, długo nie czekał. Rozmawiali długo. Wszystko, co mówiła, jej obawy, były mu niesamowicie na rękę. I uwierzyła w to, co dotychczas sobie tylko próbowała wmawiać. Spytał tylko: "Który to miesiąc?" "Czwarty?" "Ok. Ja to załatwię." "Nie martw się już o nic." "Kochanie."

Wtedy też przekonała sama siebie, że już go nie kocha. To on zrobił jej tę "obrzydliwą" rzecz, to on ją zostawił, to on... A Tomek był przy niej. Wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Krwawiła strasznie. On do tej pory nie jest w stanie pojąć, jaki lekarz zdecydował się popełnić taką zbrodnię, kto zafundował jego dziewczynie taki koszmar. Zawsze wiedział, że Tomek obracał się w podejrzanych kręgach, ale żeby aż tak...

Ich rozmowa po jego powrocie nie trwała długo. Wyjaśniła mu wszystko rzeczowo. Potem krzyczała. Miała wiele, wiele pretensji. Wyrzucała mu dosłownie wszystko, co tylko mogła. A właściwie "nie mogła'. Bo ona nie miała prawa. Nie w ten sposób, nie po tym, co zrobiła. A on? On tylko siedział ze spuszczoną głową i milczał. Po wszystkim wyszedł bez słowa. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, dokąd pójść. A może wtedy już t o wiedział? Przecież on już teraz nic nie miał. Dla niego świat się skończył.

***

Gwizd nadjeżdżającego pociągu dał się słyszeć z daleka. "Pośpieszny" - pomyślał. Wtedy podobno mniej boli. Kto wie, może nawet nic nie poczuje? Usiadł na ławce i czekał. Pięć sekund, dziesięć. Sylwetka lokomotywy stawała się coraz wyraźniejsza. Kiedy pociąg był nie dalej, niż sto metrów, wstał i z całkowitym spokojem wszedł na tory. Uklęknął i zaczął szeptać jakieś imię. Tego jednak inni oczekujący nie usłyszeli. Zagłuszył go przeraźliwy gwizd i krzyki maszynisty, który już nic nie mógł zrobić.

***

Małgosia przyjechała do Warszawy tego samego dnia. Była u niego w domu, rozmawiała z przyjaciółmi. Od nich dowiedziała się, że lubił spacerować w pobliżu parku, który często przemierzał w drodze na dworzec. Często przecież podróżował, by odwiedzać swoich rodziców. Tego dnia również miał do nich jechać.

Stanęła dokładnie na wprost, kilkadziesiąt metrów od torów. Od razu rozpoznała jego klęczącą sylwetkę i jedyne, co zdążyła, to wydobyć z siebie krzyk rozpaczy. Długi, donośny, chyba nawet przebił się przez turkot pociągu. Odwrócił się i spojrzał na nią. Wyraz ulgi w jego oczach zmienił się w strach. Po chwili nie było już nawet strachu, tylko struga krwi na szynach pozostawiona przez wleczone wiele metrów ciało.

Tuxedo [ tuxedocomen@poczta.onet.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści