|
Mortimer leżał nagi na zimnej, wilgotnej posadzce i czuł, jak z podciętych żył uchodzi z niego krew. Jakież to tandetne, pospolite, myślał, by w taki sposób odbierać sobie życie. Iluż to tych głupich śmiertelników tak skończyło! Gdyby chociaż mieli jakieś racjonalne powody ku temu! A tak, owe działanie było spowodowane jedynie trudnościami w radzeniu sobie z problemami, poczynając od kłopotów majątkowych, poprzez niechciane dzieci (choć tutaj to, co było powodem do samobójstwa dla jednych, przez drugich było najczęściej topione bądź duszone tuż po urodzeniu), presję otoczenia, chorą ciekawość (zapewne wynikającą z nudy, przez co można tłumaczyć wysoki wskaźnik udanych targnięć na własne życie wśród młodej szlachty), aż po najgłupszy powód z możliwych: zabicie się z powodu nieszczęśliwej miłości.
On jednak, w przeciwieństwie do reszty chlastającego się pospólstwa, nie robił tego z powodu osobistego nieszczęścia; on to po prostu lubił. Zresztą, właściwie mógł to czynić do woli – w końcu był wampirem, istotą obdarzoną życiem wiecznym, ale pod pewnymi warunkami, do których zaliczało się unikanie światła słonecznego, czosnku pod wszelką postacią, wody święconej przez kapłanów różnych „dobrych” bóstw i jeszcze kilka nieco mniej istotnymi szczegółów, o których zresztą wie każdy podrostek, straszony opowieściami o wampirach przez starsze rodzeństwo, rodziców i bezzębnych dziadków. Najważniejsza w tym wszystkim była jednak konieczność uzupełniania niedoborów składników odżywczych we krwi własnej poprzez podbieranie ich tym, którzy mają owych związków nie raz aż w nadmiarze. Nie zgłębiając za nadto tajników medycyny wystarczy powiedzieć, że Mortimer musiał co jakiś czas wbić komuś swe kły w kark, by zaspokoić głód i utrzymać swój organizm przy życiu.
W porządku, ale w takim razie cóż on wyrabia, pozwalając, by jakże cenna dlań substancja sączyła się przez nacięcia na nadgarstkach?! Cóż, pytanie ze wszechmiar słuszne, czytelniku, lecz pozwól, że rozwieję teraz Twe wątpliwości.
Otóż Mortimer czerpał z tego niewyobrażalną wręcz przyjemność, nieporównywalną do kopulacji z choćby najlepszą ladacznicą w całym świecie. Poza tym po upuszczeniu sobie krwi czuł głód silniejszy niż zwykle, dzięki czemu każda ofiara schwytana danej nocy smakowała jak prawdziwy rarytas, a nie zwykłe „ścierwo”, jak zwykł określać swoich żywicieli. W końcu to tylko bydło, przeznaczone do hodowli i uboju dla niego oraz innych przedstawicieli rasy Dzieci Nocy.
Jednakże najistotniejszym czynnikiem, dla którego Mortimer upuszczał sobie krew, były wizje, których, jak podejrzewał, doznaje każdy śmiertelnik, gdy jego egzystencja dobiega końca. Co prawda niezbyt go obchodziło co myślą jego ofiary tuż przed śmiercią, ale wizje, jakich doświadczał, zawsze stwarzały mu niesamowite możliwości. To było jak świadome śnienie, kiedy to tworzy się świat wedle własnych upodobań, tyle, że o wiele lepsze. Zwykle tworzył sobie światy, czując się niczym bóg, który gdy tylko o tym pomyśli, może zniszczyć wszystko, co zbudował. Czasami jednak nawiedzały go obrazy z przeszłości, która odeszła na zawsze gdy usłyszał...
* * *
...donośnie walanie do drzwi wyrwało go z płytkiego snu. Mortimer podniósł się na swym cuchnącym barłogu, spojrzał przez niewielkie, zabrudzone okno by sprawdzić czy to już dzień, a gdy się okazało, że na zewnątrz nadal panuje ciemność, rozjaśniana jedynie migoczącym światłem gwiazd i wątłym blaskiem ulicznych latarni, bez pośpiechu wstał i wciągnął na siebie spodnie.
- Czego tu?! – zapytał, prawą ręką przecierając oczy, a lewą drapiąc się po genitaliach.
Dudnienie nie ustało ani na moment.
- Synu, co tam się u licha dzieje?! – dobiegł go z piętra głos matki, Larisy. – Spać nie mogę!
- Nie wiem! Zaraz sprawdzę! – odpowiedział jej, po czym ryknął: – Czego tu, do kurwy nędzy?!
- Nie wyrażaj się tak! – krzyknęła Larisa. – To nieelegancko!
- Srancko, dupancko... – burknął pod nosem, po raz kolejny zastanawiając się skąd jego rodzicielka może być tak wyczulona na wulgarną mowę, skoro od kiedy sięgał pamięcią mieszkali w Rynsztokowni, jak zwano dzielnicę biedoty w Maab.
- Zresztą, to pewnie znowu pan Pricksy przyszedł po suchy chleb dla konia.
- Tak, pewnie tak... – westchnął chłopak kręcąc głową ze zrezygnowaniem. Z matką było coraz gorzej, z każdym dniem traciła racjonalne poczucie czasu i rzeczywistości. Każdy, kto choć trochę orientował się w lokalnych realiach, doskonale zdawał sobie sprawę, że pan Pricksy, obdarty i zawszony niziołek z kamienicy po drugiej stronie duktu, już pięć miesięcy temu zagłodził swą wierną szkapę, która przez tyle lat cierpliwie ciągnącą jego wózek z warzywami na lokalny targ.
Kiedyś, jeszcze rok temu, nie było tu tak źle, ulice nie były takie brudne i pełne śmierdzących żebraków, a Putason Pricksy był w okolicy poważaną osobistością. Ale wtem, ni stąd ni zowąd wszystko zaczęło powoli, acz nieubłaganie staczać się w dół; dzielnica uległa degeneracji, a niziołek powoli tracił klientów na targu. W sumie Mortimerowi nie było go szkoda, ale problemy Pricksy’ego odbijały się też na koniu, któremu coraz mocniej zaczęły wystawać żebra. W końcu doszło do tego, że niegdysiejszy prominent zaczął chodzić po okolicy i prosić o suchy chleb dla swego zwierzęcia, któremu jednak najwyraźniej to nie wystarczyło, by przeżyć. Mortimer podejrzewał, że Pricksy tak naprawdę nigdy się nie dzielił się ze szkapą tym, co udało mu się wyprosić, tylko samemu wcinał w kącie. No ostatecznie koń padł, a niziołek zeżarł go, nie dzieląc się z nikim. Co prawda sam Putason nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale Mortimer potrafił kojarzyć fakty i gdy przez kilka dni pod rząd nie słyszał rżenia zwierzęcia, a jednocześnie widział, że Pricksy chodzi w dobrym humorze, z wydętym brzuchem, to był w stanie wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Jednakże fakt, że były kupiec zagłodził oraz zjadł jedyną istotę, która darzyła go zaufaniem i na swój sposób kochała, wcale nie był najbardziej denerwujący dla naszego młodzieńca. O nie! Najbardziej Mortimera irytował fakt, że Pricksy nadal chodził po ludziach za chlebem dla konia, choć jedyny „koń”, jakiego w ten sposób dożywiał, znajdował się w jego spodniach.
Gdyby to tylko od niego zależało, to nasz bohater już dawno spowodowałby, że Putason straciłby możliwość karmienia i tego „konia”, wywołując gwałtowną interakcję rzeczonego narządu z jego butem czy jakimś tępym narzędziem, niestety był jeden, ale za to bardzo istotny czynnik przemawiający przeciw takiemu działaniu. Tym czynnikiem była matka Mortimera. Kalecząc niziołka tak dotkliwie zapewne spowodowałby, że ten już nigdy nie zastukałby w jego drzwi, co na pewno zdenerwowałoby matkę, zachwiało jej na swój sposób uporządkowane spojrzenie na rzeczywistość, jakie pozostało w jej powoli niszczejącej, zapadającej się w sobie pamięci. W końcu Larisie wydawało się, że od momentu, kiedy kilka miesięcy temu przestała wychodzić ze swego łóżka na piętrze, świat również tkwi w miejscu, nie ulega przemianom, przez co gdyby zabrakło Pricksy’ego, pojawiającego się co jakiś czas po ten przeklęty suchy chleb, to rytm jej życia zostałby zachwiany. To zaś groziło gwałtownym pogorszeniem samopoczucia Larisy i Mortimer nie chciał jej dostarczać jakikolwiek negatywnych doznań, mimo, iż jego matka swoim marudzeniem często działała mu na nerwy. Dzielnie znosił jej humory, bo w końcu ona była jedyną osobą, którą kochał na świecie.
Pukanie ustało na moment, tak, jakby ktoś, kto był za drzwiami, usłyszał rozmowę Mortimera z Larisą, a gdy wymiana zdań ucichła, znowu zaczął dudnić w wejście do izby.
- Już idę! – krzyknął młodzieniec. – Ty pokurczu zasrany. – dodał pod nosem.
Mortimer ruszył w kierunku drzwi, by przez wizjer zobaczyć czy to aby na pewno Pricksy nawiedza go w środku nocy. Dziwnym wydało mu się jednak, że żaden z sąsiadów nie zdążył jeszcze zwyzywać hałaśliwego przybysza. Zresztą, bez wątpienia nastąpi to zanim otworzy drzwi, a nawet jeśli nie, to już on nadrobi tę zaległość, ale, bogowie brońcie, nie teraz! Zniesie to bezczelne spojrzenie kaprawych oczek ukrytych w zarośniętej, zabrudzonej twarzy niziołka, da mu resztki jedzenia i życzy dobrej nocy. Ale niech no tylko spotka tego przeklętego kurdupla kiedyś na ulicy! Wtedy niech bogowie mają go w swojej opiece!
- Czeg...?! – miał zapytać Mortimer, jednak nie było mu to dane, gdyż w momencie otwarcia drzwi, kiedy miał zakończyć wyraz literą „o”, ta została mu wbita z powrotem do gardła przez pięść w skórzanej rękawicy z ćwiekami.
Młodzieniec zatoczył się do tyłu, zaskoczony zarówno tym, że został zaatakowany, a także faktem, iż cios padł na wysokości jego głowy. Wniosek – to nie był Pricksy. Po pierwsze dlatego, że ten kurdupel w życiu nie podniósłby na Mortimera ręki, a po drugie niziołek mógł mu zrobić krzywdę co najwyżej na wysokości genitaliów. W takim razie kto to?
Cóż, napastnik najwyraźniej nie miał zamiaru się przedstawiać i zanim nasz bohater zdążył w pełni zorientować się w zaistniałej sytuacji, został uderzony w głowę po raz drugi. Od tego ciosu zęby zazgrzytały o siebie, a on wykonał parodię półobrotu i runął na podłogę, zahaczając przy tym o blat ławy stojącej na środku izby. Mebel nie był najlepszej konstrukcji i jedna z jego nóg pękła pod ciężarem Mortimera. Ława przewróciła się, przez co na podłodze obok niego znalazł się rozbity wazon, drewniany kubek z resztką śmierdzącego niczym szczyny piwa i ledwo nadpalona świeca.
Spróbował wstać, ale wtedy otrzymał cios kijem w plecy i znowu przywarł do podłogi. Moment potem ktoś kopnął go dwa razy, najpierw w brzuch, siejąc spustoszenie w narządach wewnętrznych, potem w klatkę piersiową, wyduszając z jego płuc całe powietrze i łamiąc kilka żeber. Za każdym razem mroczki tańczyły mu przed oczami i cudem (choć w tym wypadku jest to pojęcie mocno względne) nie stracił przytomności. Leżał z trudem łapiąc powietrze, czuł miedziany smak krwi z ustach, a pisk w uszach powstały po otrzymanych ciosach zdawał się rozdzierać mu czaszkę.
- Waruj, śmieciu! – ktoś wysyczał przez zęby tuż obok jego głowy.
Chłopak dał radę wykrzesać z siebie nieco sił i spróbował uderzyć napastnika, bijąc ręką na odlew. Niestety, chybił.
- Waruj, chuju! – krzyknął atakowany osobnik. – Widziałeś go, kurwa?!
- No, prafie csi tfas roscharatał! – odparł drugi, masywniejszy, tonem wioskowego przygłupa.
- Kaleka pierdolony, z tymi swoimi szpetnymi łapskami! Nie będziesz mi tu nimi więcej, kurwa, machał!
Schwycił Mortimera za nabrzmiały nadgarstek, docisnął do podłogi, po czym wbił nóż w jego zdeformowaną dłoń, przytwierdzając ją do jednej z nienajlepiej oheblowanych, brudnych desek, zniekształcając ją jeszcze bardziej. O ile wcześniej młodzieniec cierpiał bezgłośnie, gdyż nie miał powietrza w płucach, o tyle w tej chwili były one pełne, więc krzyknął z bólu na całe gardło.
- Synu, nie ćwicz tego strunogwałtowego śpiewu o tej porze, bo sąsiadów obudzisz! – powiedziała Larisa karcącym tonem. – Popiszesz się swoimi umiejętnościami przed panem Putasonem jutro, ale teraz daj mu tego chleba i idź spać!
- Mamo, ucie..! – jęknął Mortimer, ale tajemniczy przeciwnik wepchnął mu do ust szmatę nasączona jakimś paskudnym płynem, od którego od razu zebrało mu się na wymioty. Jakoś jednak je powstrzymał, bo zdał sobie sprawę, że jeśli zacznie rzygać, to najpewniej się udławi.
- Cicho, świński pomiocie! – ryknął zamaskowany osobnik. – Czysto, można wchodzić!
Do izby wpadło jeszcze dwóch mężczyzn, każdy z nich odziany w identyczny czarny strój, w skórzanych rękawicach, z maską na twarzy.
- Wy dwaj na górę i znieście tu tę wariatkę! – machnął ręką w stronę schodów. – Ty pomóż mi obezwładnić to ścierwo na podłodze.
Gwałtownym szarpnięciem wyrwali z dłoni Mortimera tkwiący tam nóż i zanim chłopak zdążył się zorientować, miał już ręce związane z tyłu. Chwilkę potem ten sam los spotkał nogi.
Chwycili go pod pachy i postawili do pionu, twarzą do otwartych drzwi.
- Na ziemię! – rzucił jeden z oprychów, po czym podciął go tak, że młodzieniec zachwiał się i wylądował na kolanach. W prawym stawie coś chrząknęło, a Mortimer poczuł kolejne ukłucie igły bólu, wypełniającego jego czaszkę nieprzyjemnym, ciepłym impulsem zanim jeszcze opadł tyłkiem na stopy.
Oprawcy stanęli przed nim i zaczęli go mierzyć jak rzeźnicy oceniający świnię przed ubojem. Co prawda nie widział ich oczu, skrytych w ciemności otworów w materiale osłaniającym twarz, ale wiedział, że igrają w nich szydercze iskierki.
- No, to jest prawidłowa pozycja na powitanie swego pana! – powiedział pierwszy wyraźnym, sarkastycznym tonem. To ten mnie zaatakował, gdy otworzyłem drzwi, pomyślał Mortimer, poznaję po głosie. I zapewne to on tu wydaje polecenia.
- Sykuj sie, zaras tu psybendzie! – dodał ten drugi. Nasz bohater nie wiedział, czy jego seplenienie było związane z wrodzoną wadą wymowy, czy też z brakami w uzębieniu. Zapewne z jednym i drugim, ale czy to ważne?
- To jest też dobra pozycja do... – dowódca szturchnął kompana łokciem w bok. – He he, no wiesz...
- E! Takie zecsy to tylko portofe dzifki robiom! Na dodatek za wincej miedziaków nis za normalne bsykanko!
- Wiem, wiem. – zatarł ręce. – Ale teraz można by za darmo...
- I srobiłbys to s facetem?! – ten masywny aż się wzdrygnął. – Nie wiediałem, se lubis takie zecsy! Popierdoliło cie, csy jak?!
- A co tam, spróbować można, powinien wziąć usta, bo i tak nie ma wyboru. – wzruszył ramionami, nie zważając na uwagi kompana. – Zresztą, z takimi włosami i tak jak baba wygląda, więc nie powinno to robić wielkiej różnicy...
Mortimer z przerażeniem przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Poziom stresu wzrósł mu jeszcze bardziej, gdy dowódca grupy zrobił krok w jego stronę, jednocześnie rękami manewrując na wysokości paska od spodni. Młodzieniec był przejęty tą sytuacją do tego stopnia, że nawet nie zwrócił uwagi na krzyki i dźwięki szamotaniny dobiegające w tym czasie z góry.
- No, mały, otwieraj w gębę, albo stracisz wszystkie zęby! I nie próbuj nic mówić, bo skończy się to jeszcze gorzej! – powiedział wyszarpując mu cuchnącą szmatę z ust.
No i cóż miał, biedak, zrobić? Jedyne, na co mógł sobie pozwolić, to zamknąć oczy, by chociaż nie oglądać własnego upodlenia. Serce biło mu jak szalone, a każde brzdęknięcie sprzączki powodowało gwałtowny skok ciśnienia.
- Panowie, to nie elegancko! Nie tak się traktuje damę! – usłyszał głos matki, zapewne niesionej teraz po schodach. Brakowało tego, by jeszcze ona musiała na to patrzeć!
- Co tu się wyrabia?! – przez izbę przetoczył się czysty, władczy głos, akurat w momencie, gdy Mortimer już czuł ciepło bijące mu w twarz od ciała wielkiego oprycha, który natychmiast się odsunął i zaczął zapinać spodnie.
Uratowani, pomyślał chłopak otwierając oczy, jesteśmy uratowani! To na pewno straż, zwabiona tutaj hałasami dochodzącymi z domu bądź zaalarmowana przez jednego z sąsiadów! Nie skończył się jednak jeszcze radować, gdy ten sam głos ostudził jego entuzjazm, mówiąc:
- Kemoh, to oni jeszcze nie są gotowi? Zaraz powinien pojawić się pan Siger, a on bardzo nie lubi, jak wszystko nie jest na czas.
- Wybacz, ksią...
- I nie tytułuj mnie tutaj, idioto! Zaklęcie może przestać działać w każdej chwili! – syknął nowoprzybyły. Jego twarz skrywał kaptur, a Mortimer zauważył, że był w asyście dwóch filigranowych osobników, rozglądających się przez cały czas we wszystkich kierunkach, zapewne w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. To nie są zwykłe wykidajły, jak ci tutaj, tylko wyszkoleni, profesjonalni ochroniarze, pomyślał chłopak, a skoro go na nich stać, to jest to jakaś ważna persona. Tylko czego on może chcieć ode mnie?
- Tak... – przywódca oprychów skulił się nieznacznie. – Słyszeliście, dupki, kończyć robotę! – wrzasnął na swoich podwładnych.
Zanim chłop, zwany „Gąbką” ze względu na bardzo szybkie pochłanianie płynów wszelakich, szczególnie tych, w których można było znaleźć choćby szczątkowe ilości alkoholu, zdążył wypić w karczmie „Pod kurwim kwiatem” swój dziesiąty kufel piwa, w zupełnie innym miejscu, bo w lichym domku gdzieś w Rynsztokowni, wszelkie czynności związane z przeniesieniem i umieszczeniem Larisy obok jej syna zostały zakończone.
- I po robocie. – powiedział Kemoh.
- W rzeczy samej. – odparł flegmatycznym tonem nowoprzybyły; Mortimer nie zauważył, że na dźwięk jego głosu Larisa wzdrygnęła się, a jej oczy rozwarły się w przerażeniu. – Macie szczęście, że Siger jeszcze nie przybył, bo...
- ... byłoby to wasze ostatnie zadanie. – dokończył ktoś inny. Głos owej osoby był zimny, ciężki, charczący, a w dodatku pojawił się tak niespodziewanie, że Mortimer aż się wzdrygnął, zyskując nieco przytomności, po czym spojrzał w kierunku, z którego dochodził ów głos i zobaczył jedynie kogoś kryjącego się cieniu, w kącie pokoju. – Nie znoszę gdy ktoś coś partaczy. – postać wyszła z cienia i okazało się, że jest to mężczyzna o przygarbionej postawie, przez co wyglądał tak, jakby na jego plecach spoczywał spory ciężar bądź był cały czas gotowy do skoku. Skórę miał bladą, co stanowiło spory kontrast dla krótkich, zmierzwionych, czarnych jak smoła włosów. Był odziany w nieco za luźne, czarne szaty, a na szyi można było dostrzec przebłyski spoczywającego na niej złotego łańcuszka. – Robię się wtedy... nieprzyjemny.
Młodzieńca aż ścisnęło w gardle, a w brzuchu nagle pojawiła się ogromna bryła lodu. Kolejny nieproszony gość, w przeciwieństwie do pozostałych, na pewno nie był człowiekiem. Ludziom oczy nie błyskają czerwienią gdy się uśmiechają, choćby nie wiadomo jak bardzo byli nikczemni, a ich zęby nie są takie... wielkie. Bogowie, pomyślał, to wampir!
- Spóźniłeś się.
- Owszem, ale to dlatego, że wynikło mi coś nagłego do załatwienia. Ale przynajmniej nie guzdrałem się z tym tak, jak ci tutaj. – skinął na ekipę Kemoha. – Amatorzy... – uśmiechnął się mrużąc oczy.
- Tak, niewątpliwie. – rzekł wyniosły mężczyzna, ale dało się wyczuć, że wcale nie jest taki spokojny i opanowany, na jakiego chciałby wyglądać. – Dobra, psiekrwie, wynosić mi się stąd! – ryknął w kierunku bandy czterech oprychów, stojącej przy schodach na piętro domu. – Już nie jesteście nam potrzebni. Wiecie, gdzie dostaniecie zapłatę.
- Wiemy. – przytaknął przywódca ekipy.
- No, to na co jeszcze czekacie?! Spierdalać stąd, kmioty!
Ludzie Kemoha drgnęli, ale on szybkim, prawie niezauważalnym gestem dał im sygnał, że mają się opanować. W końcu rzadko zdarzało się, by ktoś bezkarnie ich wyzywał, ale zdawali sobie również sprawę z faktu, że w konfrontacji z ochroniarzami „jaśnie pana” mają nikłe szanse powodzenia. Kemoh może nie należał do najinteligentniejszych ludzi na tym świecie, ale miał dość rozumu, by mieć świadomość, iż dłonie tych dwóch kurdupli mogły błyskawicznie zacisnąć się na rękojeściach specjalnie profilowanych i wyważonych mieczy, by ułamek sekundy później w bardzo szybki, efektowny i, przede wszystkim, skuteczny sposób posłużyć się tym orężem.
- Chłopaki, spadamy! – rzucił szef bandziorów i jego kamraci usłuchali, podświadomie radując się na myśl, że swą gorycz odbiją sobie jeszcze dzisiaj, kiedy to dostaną należną im sumę pieniędzy i pójdą poszaleć po okolicznych karczmach oraz burdelach. W końcu tam zawsze można znaleźć kogoś, komu trzeba przefastrygować mordę.
Gdy tylko grupa Kemoha wyszła za próg domu, zewsząd począł dochodzić dziwny, słabnący z każdą chwilą syk, jakby ktoś wylał wiadro wody w buchające płomieniami palenisko. Co ciekawe, dopiero wtedy do izby zaczęły dochodzić dźwięki nocy charakterystyczne dla tej okolicy: miauczenie kotów, odbywających obecnie swe przepełnione brutalnością zaloty, jęki dziwki puszczającej się zaułek dalej za parę miedziaków oraz odległe śpiewy żebraków, leżących na końcu ulicy w swej melinie i wlewających w siebie równowartość tego, co udało im się przez cały dzień wyciągnąć od ludzi na rynku bądź targowisku.
- Siger, czy mógłbyś jeszcze raz postawić barierę dźwiękową wokół tej rudery? Przynajmniej będzie można swobodnie porozmawiać.
- Czemu sam tego nie zrobisz?
- Bo mój cholerny mag dał mi pergamin jednorazowego, a nie wielokrotnego użytku. – rzekł Lester zirytowanym tonem, w myślach lżąc swojego czarodzieja za taką kompromitację. – A moi chłopcy nie wiedzą jak rzucać czary.
- W to nie wątpię. – prychnął. – Zdajesz sobie sprawę, że to oznacza dodatkowe koszty?
- Tak, tak! – machnął ręką w zniecierpliwieniu. – Cena nie gra dla mnie roli.
- Klient nasz pan! – uśmiechnął się Siger, zgiął się w parodii dworskiego ukłonu, po czym zaczął mruczeć coś pod nosem i wykonywać dłońmi skomplikowane figury w powietrzu. Mortimer zauważył, że ręce wampira wyglądają na oszpecone. Były owinięte w zszarzałe, miejscami poplamione zaschniętą krwią bandaże, a na końcach zdeformowanych palców znajdowały się szpony, sprawiające wrażenie zdolnych do rozszarpania wszystkiego, co żyje. Bardzo przypominały jego ręce, choć młodzieniec był pewien, że jego kończyny mają o wiele mniejszą moc i tylko sprawiają wrażenie niebezpiecznych, w przeciwieństwie do łap Sigera.
Gdy wampir zakończył inkantację, pomiędzy jego dłońmi pojawiło się coś na kształt bańki mydlanej, która zaczęła pęcznieć. Błona bez problemów przechodziła przez wszystko na swej drodze: ciało wampira, Mortimera, Larisy i pozostałych obecnych, szafki, stół, komodę, łóżko młodzieńca... Towarzyszył temu dźwięk brzmiący jak wciąganie powietrza przez zaciśnięte zęby, który ustał w momencie, gdy błona bańki znalazła się poza ścianami domu. Hałasy z zewnątrz, jeszcze chwilę temu wypełniające izbę, ucichły jak ucięte nożem.
- Zrobione.
- W porządku, a teraz do roboty, panie Siger. Co prawda dzięki zaklęciu nikt nas nie usłyszy w tej ruderze, ale zawsze istnieje ryzyko, że ktoś tu jednak wejdzie, np. patrol straży czy jakiś podrzędny złodziejaszek, a to wprowadziłoby niepotrzebne komplikacje do tej jakże zagmatwanej sprawy. Poza tym, noc nie trwa wiecznie... – powiedział wyniosły mężczyzna.
- To fakt. – przytaknął wampir. – Podobnie jak życie. – dodał z poważną miną, po czym wybuchnął obłąkańczym śmiechem.
Nasz bohater poczuł, że zaraz nie utrzyma panowania nad pęcherzem i na jego spodniach pojawi się ciemniejsza, śmierdząca plama, rosnąca z każdą chwilą aż do opróżnienia wcześniej wspomnianej części układu wydalniczego.
- K... kim... jesteś...? – zapytał Mortimer, samemu dziwiąc się, że te słowa przeszły mu przez gardło.
- Słucham?! Czyżbyś coś mówił, krzywusie? – odparł Lester.
- Pytam... Kim jesteś...? Dlaczego to robisz...?
- Oj, wątpię, by ktoś o rozumie takim jak twój był w stanie to pojąć. – stwierdził wyniosły mężczyzna. – A kim jestem? Może powinieneś zapytać swojej matki? – skinął głową na kobietę spoczywającą obok młodzieńca. – Prawda, Lariso?
Chłopak z niedowierzaniem zwrócił się w kierunku swej rodzicielki, która łkała zwiesiwszy głowę. Włosy zasłaniały teraz jej twarz, przez co wyglądała tak, jakby zwisały z niej kasztanowe sople lodu poznaczone pęknięciami siwizny.
- Ejże, Lariso, nie pamiętasz mnie?
Matka Mortimera nie odpowiedziała. W pokoju zapanowała ciężka cisza, przerywana tylko cichym pochlipywaniem kobiety.
- Lariso, spójrz mi w oczy i powiedz: czy mnie pamiętasz?! – ryknął Lester.
- Tak! – krzyknęła podrywając głowę do góry; łzy płynęły po jej zaczerwienionych, marszczących się policzkach.
- To świetnie! – klasnął w ręce. – W takim razie powiedz synowi kim jestem.
Kobieta znowu utkwiła wzrok w podłodze i najwyraźniej nie miała zamiaru odpowiedzieć. Znowu cisza.
- Powiedz mu!
- Dobrze! – wrzasnęła Larisa, przy czym pod koniec wyrazu głos jej się załamał i reszta jej wypowiedzi bardziej przypominała szloch przerywany pociąganiem nosem niż normalnie słowa. – To książę Lester, władca Maab, syn króla i prawowity dziedzic tronu Palateku.
- Skąd ty o tym...? – chciał zapytać Mortimer, ale Lester pacnął go otwartą ręką w prawy policzek.
- Nie odzywaj się bez pozwolenia. – powiedział. – Zresztą, i tak szkoda tracić czas na to bezproduktywne mielenie jęzorem, skoro w grobie czy gdzie tam wyląduje twe godne pożałowania truchło, wiedza ta na nic się nie zda.
- Ale dlacz...
Chłopakowi znów nie dane było dokończyć, bo Lester strzelił go w drugi policzek, tym razem zewnętrzną częścią dłoni. Na skórze Mortimera zostały cztery krwawe pręgi po paznokciach księcia Maab.
- Widać, żeś przygłup, skoro nie rozumiesz tego, co się do ciebie mówi. Nie musisz wiedzieć „dlaczego”. Ciesz się, że wiadomo ci z czyjego rozkazu umrzesz, bo niektórzy nie dostępują nawet tego zaszczytu, nie wspominając już o rozmowie twarzą w twarz z tym, który wydał nich wyrok. – zaśmiał się tak, jakby powiedział dobry żart. – Ja wezmę się za Larisę. A wy bierzcie i przytrzymajcie tego gówniarza tak, by widział jak ona umiera.
Mortimer miał zamiar walczyć, ale zanim zdążył stawić jakikolwiek opór już znajdował się w żelaznym uścisku ochroniarzy Lestera. Nie wiedział jak, ale trzymali go tak, że nie był w stanie nawet odwrócił głowy na bok. Jedynym szczęściem w tej chorej sytuacji było to, że nikt nie trzymał mu oczu otwartych na siłę, więc mógł sobie oszczędzić widoku, jaki mu szykowano. Zawsze jednak istniało ryzyko, że jakoś go zmuszą, by patrzył. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia uszu, których nijak zamknąć nie mógł.
Tymczasem do obezwładnionej kobiety podszedł dziedzic tronu Palateku. Uniósł jej głowę do góry, chwycił za fałd skóry znajdujący się na wysokości brwi, po czym oderwał go gwałtownym szarpnięciem. Mortimer nie widział, co się dzieje z Larisą, jednakże to, czego nie zarejestrował zmysł wzroku, zostało odebrane przez słuch. Straszliwy krzyk matki młodzieńca zadudnił mu w głowie, przez co już sam nie wiedział co gorsze: widzieć, co jej robią, czy tylko wnioskować na bazie informacji przekazywanych do mózgu przez uszy? Ostatecznie zdecydował się popatrzeć, bo wyobrażenia tego, co się stało wydały mu się nazbyt przerażające. W końcu w rzeczywistości nie może to wyglądać tak źle, pomyślał.
I pomylił się.
Szarpnięcie Lestera spowodowało, że z głowy Larisy odszedł spory kawałek skóry na czole, odsłaniając mięśnie tej części czaszki, a na twarz spływał strumień krwi. Jej oczy były cały czas na wierzchu, zalewane coraz to nowymi falami posoki płynącej z ran powyżej. Widział, jak jego matka próbuje je zamknąć, mięśnie wokół gałki napinały się, drgały, ale to nic nie pomagało. Bogowie, pomyślał, dlaczego?! Dlaczego ona musi tak cierpieć?! Co ten książę Maab może chcieć od nas?!
Lester zaś odrzucił za siebie powieki matki naszego bohatera tak, jakby były zwykłem śmieciem, po czym wytarł sobie ręce w chusteczkę wyjętą z kieszeni, ją również cisnął za plecy, a potem zaczął grzebać w sakiewce przy pasku. Wyjął z niej niewielki mieszek. Otworzył go i podsunął Larisie pod nos, tak, by wciągnęła to, co jest wewnątrz.
Kobieta poczuła straszliwe swędzenie w nosie oraz palące szczypanie w płucach przez co zaczęła spazmatycznie łapać powietrze. Lester odsunął się od niej, stanął tuż przy drzwiach wyjściowych z domu, opierając się o starą szafę stojącą przy nich. Larisa zaś poczuła gwałtowna potrzebę wyrzucenia z siebie tego palącego powietrza i po kilku głębszych oddechach, kichnęła.
Nie każdy wie, że podczas kichnięcia powietrze wylatuje z ust z prędkością dochodzącą do stu dwudziestu kilometrów na godzinę. W tej krótkiej chwili wytwarza się ciśnienie zdolne wyrzucić nasze gałki poza czaszkę. Dlatego też podczas tej czynności każde z nas instynktownie, odruchowo, zamyka oczy, oczywiście nie zdając sobie sprawy z konsekwencji grożących ich nie zamknięciem. Niestety, w momencie swego kichnięcia, Larisa nie miała powiek, więc nie mogła powstrzymać swych gałek przed wyskoczeniem z oczodołów.
Nie był to widok najpiękniejszy; Mortimer zwymiotował, plamiąc swoje i tak brudne ubranie, choć oczy matki toczące się po podłodze wcale nie były jedynym czynnikiem, który doprowadził go do tego stanu.
Otóż proszek Lestera miał także inne, silniejsze właściwości niż tylko powodowanie kichania. Do tego wystarczył przecież zwykły pieprz, który można dostać na każdym targu, miast zamawiać go u alchemików za astronomiczne pieniądze. O nie, ten proszek był bardzo specjalny! Wywoływał on reakcję w organizmie, która w momencie kichnięcia czyniła płuca kawałkiem bezużytecznego, krwistego sita, a z mózgu robiła galaretkę, wyskakującą z czaszki rozsadzanej tym samym ciśnieniem, przez które oczy wylatują na wierzch. I właśnie teraz to, co zostało z ośrodkowego układu nerwowego matki młodzieńca, spływało po ścianie za nią.
Ciało Larisy drgnęło, po czym przewróciło się na bok z donośnymi, obrzydliwym plaśnięciem przypominającym dźwięk kamienia wpadającego do szamba. Młodzieniec kątem oka zauważył prześwit w głowie matki, to, co pozostało w jej czaszce, przez co znowu zgiął się w konwulsjach i zwrócił resztki tego, czego nie wyrzucił z siebie za pierwszym razem.
- Wybacz, ... – Lester wzruszył ramionami, a Mortimer podniósł na niego swe rozbiegane spojrzenie niedowierzając w to, co usłyszał; nie mógł pojąc tego jak ten wyniosły skurwiel mógł nazwać Larisę w taki właśnie sposób. – Skończyłem. Przepraszam, Siger, że odwaliłem część roboty za ciebie, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać.
- O ile zapłacisz mi tak, jakbym ja ją wykonał, to nie będzie problemów. – wampir uśmiechnął się tak, że księciu Maab aż ciarki przebiegły po plecach.
- Tak, oczywiście.
- Świetnie.
- W porządku, chłopak jest twój.
Mortimer nic nie rozumiał, sprzeczne myśli rozrywały mu umysł, za dużo działo się wokół. Najpierw ten napad, bicie, maltretowanie, książę Maab, Lester, o którym słyszał przecież, ale nigdy nie widział, pojawiający się cholera wie po co, torturujący jego matkę i pozostawiający go na pastwę wampira... A na dodatek te słowa, jakie powiedział, gdy Larisa umarła...
Siger skoczył ku niemu, wysuwając przed siebie swe szponiaste łapska oraz otwierając usta, z których wystawały cztery monstrualnej wielkości kły. Wampir ścisnął Mortimera jakby ten był szmacianą lalką, szarpnął jego głowę w bok, przez chwilę napawał się widokiem żył pulsujących na karku chłopaka, po czym...
* * *
...krew już ledwie sączyła się przez poprzeczne nacięcia na nadgarstkach. Wiedział, że gdyby chciał stracić naprawdę dużo tegoż płynu w krótkim czasie, to trzeba było się chlastać wzdłuż żył, bo takie rany o wiele trudniej zatamować. Dla człowieka bez wątpienia byłyby one śmiertelne, ale Mortimer podejrzewał, że w jego wypadku nie mogły być groźne, co najwyżej ich regeneracja trwałaby dłużej, głód byłby ostrzejszy, a wizje... któż to może wiedzieć? W tej kwestii jednakże, nasz bohater pozostawał jedynie w świecie teorii, gdyż nigdy nie kwapił się, by ową ideę sprawdzić w praktyce. Tłumaczył sobie, że nie musi, bo to, co ma, jest dlań wystarczające, ale w głębi umysłu skrywał obawę, zakopaną głęboko, pod innymi, niepozornymi myślami i wspomnieniami, że konsekwencje takiego działania mogły być bardzo nieprzyjemne. Po prostu, Mortimer bał się przesadzać z eksperymentowaniem, gdyż za bardzo lubił obecny tryb życia i nie chciał go stracić tylko z powodu ciekawości.
Ostrymi szponami poszerzył rany na nadgarstkach, by zwiększyć upływ krwi i znów móc powrócić do świata wspomnień. Mimo, iż przyspieszona regeneracja była dla Mortimera bardzo przydatna (po paskudnej ranie na dłoni nie było ani śladu), to jednak czasami przeklinał ją w myślach, gdyż przez nią często musiał przerywać swe „sesje w zaświatach” (jak zwykł sam je określać), by ponownie doprowadzić się do stanu pozwalającego na ucieczkę z otaczającej go rzeczywistości.
Posoka poczęła w równych, rytmicznych odstępach wylewać się z nacięć. Mortimer popatrzył na swe pokrwawione, zdeformowane dłonie. Te ręce dokonały zemsty, pomyślał, o tak! Za mnie i, przede wszystkim, za ciebie, matko!
Zacisnął palce w pięść, by...
* * *
...westchnienie wydobyło się z jego ust, kiedy to bez pośpiechu otwierał oczy. To był tylko sen, pomyślał, tak, zły sen, zwykły koszmar i nic więcej! A już mi się wydawało, że...
Mortimer zastygł w bezruchu. Teraz, kiedy stan odrętwienia poobudzeniowego ustępował miejsca właściwemu funkcjonowaniu mózgu, nasz bohater zdał sobie sprawę, że nie znajduje się w swoim domu. Najpierw zwrócił uwagę na sufit, który prócz tego, że był inny niż ten, który zwykł oglądać przez wszystkie lata swojego życia, był taki... obcy. Nie potrafił stwierdzić dlaczego, ale samo patrzenie nań powodowało, że czuł, jakby po jego żołądku wiły się węże.
Dlatego też czym prędzej przeniósł spojrzenie niżej, by zlustrować resztę otoczenia.
Pomieszczenie było oświetlone ciepłym blaskiem pochodni wystającej ze ściany oraz rzędami malutkich, czerwonych świeczek. W kącie stało łóżko, w którym spoczywał chłopak, przy ścianie po lewej znajdowało się biurko, obok zaś niewielka szafa i rozklekotane krzesło. Poza drzwiami wyglądającymi na niezbyt solidne oraz sporą ilością pajęczyn w każdym kącie, w pokoju nic nie było. Mimo, iż otoczenie nie wyróżniało się niczym szczególnym, to jednak nasz bohater odnosił dziwne wrażenie jakby widział więcej detali wokół siebie, do jego uszu dochodziły dodatkowe, nigdy nie słyszane dźwięki (choć pewniejsze było, że po prostu nie zwracał na nie uwagi) oraz wyczuwał całe spektrum zapachów, poczynając od wilgotnej, powoli załażącej grzybem ściany, poprzez woń pochodzącą z czerwonych świec, na smrodzie nie mytego ciała kończąc.
Potarł oczy ze zdumienia, mając cichą nadzieję, że jak je znów otworzy, to znajdzie się z powrotem w domu, w swoim łóżku, bez tej feerii doznań wdzierających mu się do mózgu. Tak się jednak nie stało.
- Gdzie ja..?
- Jestem? – dokończył zimny, charczący, przerażająco znajomy głos, w którym zabrzmiała nuta drwiny.
Mortimer popatrzył na Sigera, który nie wiadomo skąd pojawił się na nie wyglądającym na zbyt stabilne krześle. Nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Przypomniał sobie jak wampir skoczył ku niemu, po czym...
Pomacał się po szyi w miejscu, w którym Siger zatopił swoje zęby. Po chwili pełnej napięcia znalazł dwie niewielkie, spuchnięte rany, które pod wpływem jego dotyku zaczęły swędzieć niczym ugryzienia jakichś monstrualnych komarów.
- Użarłeś mnie!
- Oczywiście. – stwierdził wampir z tym swoim paskudnym uśmiechem, który zdawał się go nie odstępować ani na krok. Można by nawet rzec, że każda wypowiedź bez tego gestu była niemalże nieważna. – Bez tego nie mógłbym cię uczynić tym, czym teraz jesteś!
- Jak to „tym, czym teraz jesteś”..? – powtórzył chłopak jak echo w jaskini.
- Spokojnie, wszystko w swoim czasie...
- Ale dlaczego ja żyję?! Przecież miałeś mnie zabić! Czułem, jak wgryzasz mi się w kark...
- Ależ ty umarłeś! – wtrącił się Siger. – Lester sam stwierdził u ciebie brak tętna. W przeciwnym wypadku ja nie byłbym bogatszy o sporą sumkę w złocie, a ty nie obudziłbyś się tutaj.
- To w takim razie jak..? – Mortimer zawahał się, gdyż miał problem z dobraniem słów do sformułowania pytania, ale w końcu pokręcił głową i zrezygnował.
- Hmmm... Jakby ci wszystko wyjaśnić... Ujmę to tak: owszem, zabiłem cię, ale potem powstałeś z martwych. Dawny Mortimer umarł, a ja przywróciłem do życia nowego, o wiele lepszego Mortimera.
- Zaraz, zaraz... Czyżbym był... – popatrzył na Sigera szeroko otwartymi oczami.
- Tak, tak! – pokiwał głową. – Od teraz jesteś wampirem.
Nasz bohater z niedowierzaniem popatrzył na swe dłonie i ze zdziwieniem poczuł, że ich złożenie było o wiele łatwiejsze, niż kiedykolwiek, a rana, jaką zadał mu oprych, wcale już nie boli i niemal w pełni się zagoiła. Odniósł też wrażenie, iż drzemie w nim wielka siła, po prostu czekająca na wyzwolenie, na zerwanie blokujących ją tam. O ile wcześniej te zdeformowane ręce mogły tylko kaleczyć, tak teraz były w stanie miażdżyć, rozrywać na strzępy!
Pod wpływem nagłego impulsu postanowił wyładować na Sigerze całą skumulowaną w sobie agresję. Spiął się i wyskoczył z łoża w kierunku krzesła, na którym siedział jego cel. Szybkość i zwinność z jaką to uczynił zaskoczyła nieprzyzwyczajony do takiego działania umysł Mortimera do tego stopnia, że ten stracił kontrolę nad lotem i miast zatopić swe szpony w przeciwniku, pofrunął dalej i z głośnym stęknięciem wyrżnął w ścianę.
Nim zdążył się do końca zorientować w tym, co się stało, usłyszał gromki śmiech bijący nań zewsząd, po czym poczuł jak zimna, chropowata ręka chwyta go za gardło i unosi w powietrze.
- To tak mi się odwdzięczasz?! – mimo, iż Siger rechotał jeszcze moment temu, to teraz jego ton był grobowy, śmiertelnie poważny. – Uważaj, chłopcze, bym nie uznał swej decyzji za błędną. To, że jesteś praktycznie nieśmiertelny nie znaczy, że nie mogę cię zabić o, tak! – strzelił palcami wolnej ręki, przy czym brzmiało to bardziej jak łamanie gnatów niż normalne pstryknięcie. – Otrzymałeś wielki dar, przeznaczony tylko dla wybranych, więc uszanuj to i nie rób takich rzeczy nigdy więcej! – rzekł Siger mrużąc oczy, po czym rzucił Mortimerem w ścianę po przeciwnej stronie pomieszczenia. – Dotarło?! – ryknął.
Młodzieniec podniósł się z podłogi i oparł o ścianę. Normalnie nie byłby w stanie mówić, bo uderzenie w mur wyrzuciłoby mu całe powietrze z płuc, tymczasem teraz poczuł się jak po silnym ataku kaszlu. Samo zderzenie, owszem, było bolesne, ale w stopniu mniejszym, niż się spodziewał. Jednakże pomimo tego, iż nie odniósł jakiś straszliwych, krytycznych obrażeń, doszedł do wniosku, że lepiej nie mówić nic, tylko twierdząco pokiwać głową. Tak też uczynił.
- To świetnie! – powiedział Siger, a w jego głosie znowu zabrzmiała drwina. – A teraz posłuchaj, bo nie mam zamiaru powtarzać. Normalnie już dawno twe zwłoki pływałyby w jednym z kanałów w Maab, podgryzane przez szczury i padlinożerne robactwo, ale, jak sam widzisz, nie pozwoliłem na to. Dlaczego? Bo mamy co do ciebie plany.
- J... jakie..? – wykrztusił z siebie Mortimer.
- Dam ci zadanie do wykonania. Zapewne nikt inny by się tego nie podjął, ale ty, to co innego... Ty masz motyw!
- Jaki..?
- Chcesz się zemścić na Lesterze i jego ludziach? Za to, że wtargnęli do twego domu w środku nocy? Za to, że uczynili krzywdę twojej matce? Za to, że ją tak brutalnie zabili? Za to, że skazali cię za coś, o czym nawet nie masz pojęcia? – Siger robił pauzę po każdym zadanym pytaniu by chłopak mógł sobie wygrzebać z pamięci wszystko, co zdarzyło się owego wieczora, choć głównie chodziło mu o to, by znów doprowadzić młodzieńca do stanu bliskiego amoku. – Ja daję ci taką możliwość. – zmrużył oczy. – Co ty na to?
Mortimer wrzał wewnątrz. Zdawał sobie sprawę, że Siger chce użyć go jak narzędzia, ale perspektywa zemsty na tych, co uczynili krzywdę jemu i jego matce była bardzo, ale to bardzo kusząca. Zresztą, jeśli wierzyć słowom wampira, to obecnie miał o wiele większy potencjał i możliwości ku temu, niż gdyby był człowiekiem.
- Więc? – ponaglił Siger.
- Zgadzam się. – stwierdził młodzieniec starając się wyprać swój głos z gotujących się weń emocji.
- Cudownie! – wampir klasnął w ręce. – Będą zadowoleni, wierz mi.
- Jacy oni?
- Pamiętaj, wszystko w swoim czasie. Informacja będzie twoją nagrodą, choć nie tylko. Jest coś jeszcze, choć to zależy od tego jak się spiszesz. Ale ja w ciebie nie wątpię, w końcu chciałbyś wiedzieć dlaczego Lester tak bardzo pragnął się ciebie pozbyć, nieprawdaż? – popatrzył w oczy Mortimera i bez większych przeszkód wyczytał w nich odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie. – Poza tym mam jeszcze coś, swoistą zaliczkę dla ciebie, a jednocześnie przedmiot treningowy. W końcu musisz nauczyć się korzystać ze swych nowych umiejętności...
- Co to za zaliczka? – zapytał Mortimer.
- To Pricksy.
- A w jaki sposób ten parszywy kurdupel może być moją zaliczką?! – zirytował się młodzieniec.
- Zobaczysz. – w oczach Sigera znowu zatańczyła ta czerwona, demoniczna iskra. – Chodź za mną...
*
Putason Pricksy siedział sam w swym powoli rozpadającym się domu. Jednakże ten wieczór miał być zupełnie inny niż przez ostatnich kilka miesięcy. Co to, to nie! Niziołek, miast ze smutkiem pałaszować to, co udało mu się wyżebrać dla konia (którego zeżarł przecież już jakiś czas temu) i wspominać, jak kiedyś na kolację jadał pieczone mięso z warzywami, był bardzo ożywiony. Biegał po swoim mieszkaniu, zwinnie lawirując pomiędzy zalegającymi na podłodze gratami, i szukał jakiegoś porządnego ubrania. Dziś, po raz pierwszy od bardzo dawna, miał iść na kolację do gospody!
Jakże to? – można pytać. – Przecież jest spłukany!
I tu osoba, która pomyślałaby w ten sposób, byłaby w błędzie. Otóż dziś Pricksy miał pieniądze. Co więcej, miał ich na tyle, by jeść poza domem przez najbliższy miesiąc! Myliłby się jednak ten, kto w takim wypadku stwierdziłby, że Putason wzbogacił się poprzez kradzież sakiewki jakiegoś nieuważnego jegomościa bądź dzięki zwykłemu łutowi szczęścia, który pomógł mu w znalezieniu monet na ulicy. Nie, nic z tych rzeczy. Pricksy kraść nie potrafił (a przynajmniej nie tak, jak robią to kieszonkowcy na targu, bo orżnąć klienta kiedy miał jeszcze stragan nie było dlań niczym trudnym), a w coś tak abstrakcyjnego jak szczęście już dawno przestał wierzyć. Jak w takim razie udało mu się napełnić jedną z wielu skrytek na kosztowności ukrytych w jego „włościach”, jak zwykł określać ruderę, w której mieszkał?
*
Otóż, kilka dni temu Putason był karczmie „Pod kurwim kwiatem”, by, jak co dzień, spytać gospodarza, czy ma może jakieś resztki na zbyciu. Normalnie zawsze coś tam dostawał, choć szynkarz imieniem Thrall nie przepadał za niziołkiem.
Tym razem było jednak inaczej...
- Jak to? – zapytał Pricksy zaskoczony i zirytowany odmową. – Przecież o tej porze powinieneś już coś mieć!
- No, tak, miałem, ino już ni mam. – uśmiechnął się właściciel przybytku widząc złość malującą się na obliczu tego kurdupla w postaci czerwieniących się policzków i marszczącego się czoła.
- Ktoś tu był przede mną?
- Ano, była taka jedna. Zapomniałem jak się zwała, ale mówiła o sobie: „Ja jestem kobita pracująca, żadnej roboty się ni boję!” i za resztki ino zaplecze mi posprzątała.
- Jak mogłeś?! Myślałem, że jesteś moim przyjacielem!
- Widzisz, sam byłeś kiedyś handlowcem, co bardziej się opłaca, oddać cosik, co i tak jest ino do niczego, za nic, czy jeszcze to jakoś opchnąć? – Thrall wychylił się znad szynkwasu. – A teraz posłuchaj mej przyjacielskiej rady: bierta swą zawszoną rzyć stąd, bo mi klientów samym zapachem odstraszasz, a jak wżdy tego nie uczynisz, to już moje chłopy się tobą zajmą. Od teraz albo pracujesz i dostajesz resztki, albo ino nic nie robisz i gówno z tego masz. – powiedział karczmarz, po czym na jego spoconej, tłustej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech.
Pricksy odfuknął coś pod nosem i obrócił się na pięcie, by udać się w kierunku wyjścia z lokalu. I zapewne wyszedłby z niego od razu, gdyby nie pewna sytuacja...
Zadziwiające, jak potrafi działać mózg. Mimo atakującego go zewsząd ogromu informacji, które można określić mianem „szumu”, jest on w stanie wychwytywać pewne zdarzenia, gesty, ale przede wszystkim słowa tak, jakby były wypowiadane w zupełnej ciszy. Przeważnie owo wyrażenie jest naszym imieniem, jesteśmy zdolni je usłyszeć i odwrócić się w kierunku, z którego dochodzi nawet jeśli jesteśmy w miejscu odznaczającym się bardzo wysokim poziomem hałasu, jak miejskie targowisko bądź tawerna w godzinach szczytu. Jednakże w wypadku Putasona wyraz, na który reagował gwałtownym wzrostem koncentracji i adrenaliny we krwi, nie było jego imię, a słowo „pieniądze” oraz wszystkie jego synonimy.
I właśnie gdy Pricksy znajdował się tuż koło drzwi wyjściowych usłyszał fragment rozmowy traktującej o pieniądzach. Co prawda odbywała się ona w jednym z boksów rzekomo gwarantujących dyskrecję (były one oddzielone od siebie drewnianymi ścianami sięgającymi po sufit, a wejście do nich zasłaniało się grubą kotarą), ale to nie był problem dla wyczulonych uszu Pricksy’ego. Zatrzymał się i kątem oka zerknął, czy sąsiednia loża jest wolna (i była), po czym odwrócił się w stronę szynkwasu. Wiedział, że ma opinię pyskacza, który lubi mieć ostatnie słowo, więc takie zachowanie nie powinno zdziwić tego spasionego kutasa za ladą.
Niziołek uznał, że najwyraźniej dziś los w pokrętny sposób się doń uśmiecha; co prawda nie dostał nic do żarcia, ale Thrall nie zwracał już na niego uwagi, był zajęty obsługiwaniem jakiegoś klienta, więc Putason wykorzystał swą szansę i wskoczył do pustego boksu. Był przy tym jednak na tyle zwinny i cichy, że rozmawiający obok nawet nie usłyszeli, że ktoś znalazł się za ścianą.
*
Pathy’chak, posłaniec zawsze przynoszący im informacje na temat zlecenia, wkroczył do karczmy „Pod kurwim kwiatem” i od razu skierował się do boksu, w którym zawsze się spotykali. Wszyscy byli już na miejscu: wielki Sullaf, wyglądający i gadający jak wiejski głupek, Osuj, jak zawsze pyskaty i nadpobudliwy, oraz ich przywódca, Kemoh, teraz wyglądający na spokojnego, flegmatycznego wręcz. Pathy’chak wiedział jednak, że każdy z nich, pomimo swych wad, podczas wykonywania zadania zachowywał się bez zarzutu, jakby zostawiając swoje ułomności w ich kanciapie. Zasuwając kotarę zauważył, że jakiś kurdupel kłóci się z szynkarzem, a gdy zasłonił wejście przed wścibskimi spojrzeniami, bez słowa nalał sobie gorzałki do kubka i wypił za jednym pociągnięciem.
- Gadaj. – rzucił Kemoh swym wypranym z emocji głosem.
Pathy’chak nie odparł nic, tylko jeszcze raz napełnił sobie kubek wodą ognistą, energicznym ruchem wlał ją sobie w gardło. Zaczął mówić dopiero, gdy struny głosowe rozgrzały się nieco pod wpływem paskudnego alkoholu.
- No więc mamy coś nowego. – rzekł.
- Co takiego?
- Mamy kogoś odnaleźć. Czeka nas za to niezła sumka.
- Jaka? – dociekał Osuj stukając palcami o blat stołu.
- Spora. – uśmiechnął się Pathy’chak. – O wiele większa, niż dostaliśmy za ostatnie trzy robótki razem wzięte. Za takie pieniądze będziemy mogli obijać się z miesiąc.
- Hmmm... To musi być coś ważnego. – stwierdził Kemoh w zamyśleniu.
- No dobla, ale o cso wastiwie chodsi? – zapytał Sullaf.
- Z tego, co mi przekazano wynika, że mamy rozejrzeć się za kimś, kto pasowałby do następującego opisu: chłopak, w wieku około siedemnastu, osiemnastu lat, mieszkający w Rynsztokowni...
- Też mi, kurwa, informacje! – prychnął Osuj zniecierpliwionym tonem. – Takich chujków może tam być tyle, ile syfów na gębie tego mordopluja!
- Cso, kurfa?! – syknął Sullaf.
- To, co żeś słyszał! Dają nam jakieś szczątkowe, kurwa, informacje, a potem dopierdalają się jeszcze, że robota nam ino wolno idzie...
- Ja csi pokase, ty... – gadał Sullaf, nie zważając na wywody towarzysza. Owszem, miał nieco więcej wyprysków na twarzy, niż człowiek mieć powinien oraz od czasu do czasu zdarzało mu się przypadkowo opluć kogoś podczas mówienia (jak na złość, rodzice dali mu imię wręcz do tego predysponowane!), ale nie oznaczało to, że wolno komuś bezkarnie z niego szydzić.
Zerwał się z siedzenia z zamiarem rąbnięcia Osuja w ryj, kiedy Kemoh gwałtownym gestem powstrzymał masywnego mężczyznę przed zrealizowaniem swego pomysłu. Sullaf popatrzył w oczy dowódcy i po chwili spoczął z powrotem na zydlu, który jęknął przy tym tak, jakby był zarzynanym właśnie zwierzęciem.
- Spokojnie, chłopcy. – rzekł Kemoh. – Nie czas teraz i miejsce, by załatwiać takie sprawy. Szczególnie, że chyba jeszcze nie skończyłeś. – skinął na Pathy’chaka.
- Owszem. Prócz tych szczątkowych, kurwa, informacji... – zerknął na moment na Osuja, nieznacznie unosząc kąciki ust. - ...wiemy jeszcze, że chłopak mieszka sam z matką i, co najważniejsze, jest... zniekształcony.
- To snacsy?
- Ma zgrubiałe, wyglądające na opuchnięte nadgarstki oraz zniekształcone palce zakończone szponiastymi, przerośniętymi pazurami. Żeby zbytnio nie zwracać na siebie uwagi, owija je bandażami, niczym chorzy na grobowiznę . Jego gęba ma wyglądać tak, jakby ktoś tuż po urodzeniu rąbnął nim w ścianę. Poza tym podobno jest upośledzony...
- Csyli csuchnie śledsiem?
- Nie... – westchnął Pathy’chak. – Po prostu jest głupi.
- Ty, Sullaf, może to twój brat? W sumie z opisu wydaje się być podobny do ciebie!
- Spiertalaj, Osuj! – burknął sepleniący jegomość wiedząc, że gdyby znowu chciał podnieść się ze stołka, to Kemoh mógłby uczynić nieco więcej niż tylko skinienie ręką.
- Spokojnie, kurwa, tylko nas nie utop! – zaśmiał się Osuj widząc, jak spora ilość śliny zaczyna spływać Sullafowi po brodzie, ale potem zobaczył, że nie jest obdarzany najmilszym spojrzeniem przez ich szefa, więc się uspokoił. – Kurwa, pożartować sobie nawet nie można. – mruczał jeszcze pod nosem.
- Czyli mamy znaleźć przygłupiego chłopaka, którego gęba jest paskudna jak gówno po borówkach, ręce zaś wyglądają jak łapska jakiejś bestii i są owinięte jak u tych, których ciało rozkłada się jeszcze za życia? – Kemoh raczej stwierdził niż zapytał. – No dobra, to nie powinno być takie trudne. Wystarczy zaciągnąć języka w okolicy, potrząsnąć sakiewką przed oczami mieszkańców, a na pewno wskażą jakiegoś dupka odpowiadającego opisowi... ale czy tylko jednego? Kurwa, w końcu może się znaleźć kilka takich osób. Jak będziemy mieli pewność, że wskazana osoba będzie tą, której szukamy? Znasz jego imię?
- Tak, nazywa się Mortimer, a matka to Larisa.
- Hmmm... Mortimer... Brzmi podobnie do gościa, który swego czasu, już dawno temu, wziął się cholera wie skąd i latał po północnym świecie w asyście trzech debili i mordował w imieniu jakiejś pierdolniętej religii.
- Jakiej? – zaciekawił się Osuj.
- Bym ja, kurwa, wiedział jak ona się nazywała... Coś tam z katem w nazwie było... – podrapał się po głowie, po czym machnął ręką. – Zresztą, srał to pies jak ją nazywali, i tak nikt teraz nie wie, że coś takiego istniało. No, bo i kto chciałby wierzyć, że na świecie jest tylko jeden Bóg, a nie kilku, że trzeba się miłować, wybaczać wrogom, nie chlać i nie żreć za dużo, żyć w celibacie...
- Cselibat? Cso to?
- Zakaz dupczenia. – wytłumaczył Pathy’chak.
- I ludzie do tego się stosowali? – niedowierzał Osuj.
- Zawsze twierdziłem, że religia jest dla głupców. – Kemoh uśmiechnął się paskudnie. – Ale nikt nie był aż tak jebnięty, żeby iść za czymś w tym stylu. Dlatego, gdy tamten fanatyk wraz ze swoimi koleżkami zaczął chlastać mieczem tych, co mają w dupie jego zdanie - określał to „silnym nawracaniem” - ludzie zebrali się do kupy i postanowili się go pozbyć. I wiecie, gdzie go znaleźli? – popatrzył po przyglądających mu się kompanach, których miny sugerowały, że najwyraźniej nie wiedzieli. – W jakimś burdelu pół dnia drogi on terenów, które nękał, narżniętego jak świnia, w dodatku gołego, bo gdy ludzie wpadli do izby z grabiami, widłami i tym podobnymi narzędziami, to był zajęty posuwaniem wraz z koleżkami jakiejś tam kurwy. I zanim świętoszek ze swoją ekipą zdążył beknąć, to już go spętanego na rynek nieśli. Tam do słupów ich przywiązali i zjarali niczym słomę. Ponoć fanatyk odgrażał się jeszcze swoim Bogiem, że On i Jego słudzy ześlą karę na lud niewierny, ale jak dotąd nic się nie stało. Jak widać, słowo głoszone nie szło w parze z czynami. – pociągnął nosem, odcharknął i wypluł gluty pod stół. – No dobra, my tu pierdolimy, a w sumie nic więcej nie wiemy na temat zadania. Gadaj dalej.
- W sumie nic więcej nie ma. – rzekł Pathy’chak po chwili zastanowienia.
- Czyli gówniarz nazywa się Mortimer i jest krzywusem, tak? – upewnił się Osuj. – No dobra, ale odpowiedz mi na jedno pytanie. Co z chłopakiem jak już go znajdziemy?
- Dać znać komu trzeba, po czym w nocy zakraść się, spuścić wpierdol, obezwładnić, ale nie zabić. Z jakiejś przyczyny oboje są potrzebni żywi.
- Żywi, kurwa?! Nie lubię takich zadań! No, ale za taką kasę, to da się przeboleć... Coś mnie jednak zastanawia: skoro nasz zleceniodawca tyle wie o tym gnojku, którego mamy odszukać, to po chuj nas wysyła?
- A bym to ja wiedział. – Pathy’chak wzruszył ramionami. – Nie mówił, a ja nie pytałem. Bo i po co? Przecież nie chcielibyście, żebym pozbawił nas tak łatwego chleba uświadamiając ks... – cudem powstrzymał swój język, po czym kontynuował znalazłszy inne, bardziej pasujące słowo. - ...uświadamiając szefa, że może na nas oszczędzić. Mam jednak wrażenie, że chodzi mu o dyskrecję. W końcu my w Rynsztokowni nie powinniśmy rzucać się zbytnio w oczy. A jego słudzy zapewne nie byliby w stanie opędzić się od żebraków, nawet będąc ubranym po cywilnemu. Zresztą, pamiętajcie, że zadanie nie powinno być trudne, a kasa ma być spora. – uśmiechnął się z zachłannym błyskiem w oku; w wyobraźni już dzielił majątek i rozbijał swoją dolę w przeróżnych przybytkach, pełnych egzotycznych dziwek i jeszcze bardziej wymyślnych środków odurzających, a także na walkach zwierząt, jego ulubionej formie spędzania wolnego czasu.
- Tak, racsja! – seplenił Sullaf. – To jak? Idsiemy?
- Moment, moment! – Kemoh pomachał uniesionym palcem w powietrzu. – Jest jeszcze jedno...
Nie zdążył zapytać, bo wtedy usłyszeli trzask i krzyki dochodzące zza ich kotary.
*
Pricksy nie wierzył własnemu szczęściu. Przecież opis młodzieńca idealnie wręcz pokrywa się z jego sąsiadem! Cóż za wspaniała okazja! Nie dość, że w końcu będzie mógł pozbyć się wrednego gówniarza, to jeszcze na tym zarobi!
Wiedział, że dobrze by było wysłuchać całej rozmowy do końca, ale euforia przepełniała go energią do tego stopnia, że nie był w stanie usiedzieć na miejscu. Zdawał sobie jednak sprawę z faktu, że jakikolwiek większy hałas oznaczałby zdemaskowanie i podejrzenie o szpiegostwo, co w wypadku podsłuchiwanych jegomości bez wątpienia równało się egzekucji na miejscu. Tylko co tu zrobić by zwrócić na siebie ich uwagę? Najprostsze wydawało się wyjść na zewnątrz i zaczepić ich na ulicy, jednakże to mogło oznaczać, że zna plany bandy. Nie miał innego pomysłu, ale uznał, że warto wyjść chociaż na świeże powietrze. Co prawda zapach panujący na ulicy trudno nazwać było przyjemnym, to jednak w porównaniu do smrodu stęchłego piwa, starego potu, kadzideł łojowych, nieświeżego jedzenia, odoru uryny i nieco bardziej gęstych fekaliów dochodzących z pobliskiego ustępu oraz jeszcze kilku trudnych do określenia woni, powietrze na zewnątrz wydawało się być mieszanką ekskluzywnych perfum przeznaczonych dla dam dworu (swoją drogą Putason zastanawiał się jak karczmarz mógł powiedzieć, że Pricksy odstrasza mu klientów swoim zapachem, skoro to w jego lokalu unosił się fetor momentami gorszy od niejednej obory).
Z sercem łomocącym jak oszalałe począł wysuwać się z boksu. Każdy ruch wydawał się trwać wieczność, a każde skrzypnięcie ławy czy podłogi łomotem porównywalnym do trzasku upadającego drzewa. Na szczęście to tylko jego wyobraźnia wyolbrzymiała sygnały docierające do mózgu, toteż gdy tylko udało mu się wyjść zza kotary do głównej izby, odetchnął z ulgą, a jego nerwy uległy rozluźnieniu. Nie wiadomo, czy tak być po prostu musi, czy też złośliwy los sprawia, że akuratnie w takich chwilach, podczas momentu dekoncentracji, przytrafiają nam się niezbyt przyjemne rzeczy.
Niziołek poczuł jak ktoś na niego wpada i że przewraca się wraz z ową osobą na klejącą się posadzkę, przy akompaniamencie brzdęku tłuczonego szkła.
- Co, do chu... – klął właściciel przybytku nie znając jeszcze przyczyny swego upadku. Czyżbym potknął się o coś, pomyślał, a może zagapiłem się i zaczepiłem o stolik? Wtedy to oprzytomniał nieco i zobaczył przez co, a właściwie kogo, siedzi teraz na podłodze. – Pricksy, kurwa, ty jeszcze tutaj?! Myślałem, że ino jużeś sobie poszedł w pizdu! A ty mi tu, kurwa, szkity podstawiasz, bym się ino na ziemię z tacą wyjebał!
- Ależ, Thrall, ja... – niziołek próbował protestować.
- Nie pierdol! Zemścić się chciałeś, ot co! Już ja ci pokaże, ino pokurczu jeden ty! – skinął w kierunku swoich strażników. – Chłopy, wypierdolić mi stąd tego konusa zasranego! Wykopać go za drzwi, na ulicę, a najlepiej, by doleciał do Rynsztokowni, tam gdzie ino je jego miejsce.
I tak oto Putason został bez większych ceremonii chwycony pod ramiona przez dwóch spoconych osiłków, zaniesiony na próg przybytku zwanego „Pod kurwim kwiatem”, podrzucony w powietrze i kopnięty w tyłek przez dwa twarde buty naraz. Co prawda do domu nie doleciał, to było technicznie niemożliwe, chyba, że gospodarz dysponowałby katapultą, ale i tak trwało chwilę zanim znów zetknął się z piaszczystym podłożem. Impet uderzenia o ziemię wyrzucił mu całe powietrze płuc, przez po rozpaczliwie spróbował zaczerpnąć powietrza. Niestety, pył unoszący się wokół miejsca jego upadku dostał się do układu oddechowego, powodując atak duszącego kaszlu. Moment potem leżał na ulicy, dysząc ciężko i mając tylko nadzieję, że nie zostanie stratowany przez konia bądź przejechany przez bryczkę.
Po chwili słońce, świecące Pricksy’emu w oczy zasłonił jakiś ciemny kształt. No, to już po mnie, pomyślał, przyszli mnie dobić!
Faktycznie, niziołek znowu został uniesiony w powietrze, tym razem za brudne, dawno nie prane fraki. Putason szybko jednak odzyskał wzrok i zauważył, że nie są to osiłki od Thrall’a, a jacyś inni ludzie. Dokładnie czterech. I wtedy to Pricksy poczuł, że los, jak zwykle zresztą, w dosyć pokrętny sposób się do niego uśmiecha.
- Te, konusje! – ten, co go trzymał, opluł twarz niziołka. – Jesteś z Rynstokowni?
- Tak.
- A czy znasz niejakiego Mortimera? – zapytał inny, wysoki i szczupły. – Bo z tego, co wiemy, mieszka w twojej dzielnicy. Widzisz, mamy do niego sprawę...
*
I Pricksy opowiedział im o swoim młodym sąsiedzie, odpowiadając przy tym na ich pytania tak, jakby słyszał je po raz pierwszy. Zaprowadził ich nawet do swojej okolicy, by mogli się chłopakowi przyjrzeć. Co ciekawe, banda oprychów (bo na takich bez wątpienia wyglądali) od razu dała mu pieniądze i ulotniła się bez słowa. Co zrobią z chłopakiem i jego matką? A czy to jego problem? On w końcu miał sakiewkę wypełnioną nie tylko powietrzem, ale także brzęczącymi monetami, więc pora skończyć się zbierać i wyruszyć na miasto.
Gdy stał przez zabrudzonym, pękniętym lustrem przykładając do siebie pożartą przez mole koszulę odniósł dziwne wrażenie, że jest obserwowany. Rozejrzał się po pokoju, ale nic nie dostrzegł. Przeświadczenie jednak nie znikło. Odrzucił ubranie trzymane w ręku i jeszcze raz zaczął obserwować otoczenie. Wszystko wydawało się być w normie, aż cień przy uchylonym oknie się nie poruszył i nie zaczął nieśpiesznym krokiem zmierzać w jego kierunku. Wtedy to Pricksy zapragnął uciekać, wynieść się z tej rudery gdzie go nogi poniosą, byle dalej stąd. Niestety, jego stopy były niczym wmurowane w ziemię, a cień był coraz bliżej...
W końcu zbliżył się na tyle, że dało się wyróżnić cechy ubioru i wygląd twarzy, choć na te Putason raczej nie zwrócił uwagi. O wiele bardziej interesujący wydawał mu się fakt, iż cień, gdy przeszedł obok lustra, w ogóle się w nim nie odbił.
*
I tak oto Pricksy przebudził się, przytwierdzony kajdanami na łańcuchach do zimnego, gładkiego, metalowego stołu. Spróbował poruszyć którąś z kończyn, ale te były zablokowane do tego stopnia, że mógł zapomnieć o podniesieniu się. W tym wypadku pozostawało mu poruszyć głową, co też uczynił, aby lepiej zorientować się w swej sytuacji, szczególnie, że nie chciał przyglądać się zwisającym z sufitu łańcuchom zakończonym hakami.
Znajdował się w komnacie bez okien, oświetlanej żółtopomarańczowym blaskiem pochodni. Prócz zajmowanego przez niego stołu były tutaj jeszcze dwa identyczne meble, jeden po prawej, drugi po lewej stronie. Przy ścianach stały kredensy wypełnione książkami, pergaminami, jakimiś metalowymi naczyniami oraz słojami zawierającymi... coś. Nie był w stanie określić dokładnie co to jest, bo kształty zawieszone w różnokolorowych płynach i zamknięte w szklanych pojemnikach wydawały się mocno zdeformowane, tym nie mniej momentami wydawało mu się, że dostrzega w nich przeróżne zwierzątka jak jaszczurki, myszy, żaby, robactwo, a także czyjeś uszy, oczy, palce oraz jakieś wnętrzności. Co prawda wmawiał sobie, iż to tylko wytwory jego wyobraźni, pobudzanej dziwnym, słodkawym zapachem unoszącym się w powietrzu, że w tych słoikach ktoś po prostu przechowuje sobie owoce i warzywa na zimę, ale w takim razie po co owy ktoś przykuł Putasona do tego przeklętego stołu?
Skrzypnięcie zawiasów spowodowało, że niziołek przerwał oględziny pomieszczenia i popatrzył w kierunku drzwi znajdujących się naprzeciwko niego.
Z mroku korytarza wychynęły dwie postaci; jedna, większa, należała do osobnika, który porwał Pricksy’ego z jego mieszkania ostatniej nocy (co prawda nie był w stanie określić jak długo jest tu trzymany, ale dla własnej wygody wołał myśleć, że jest tu od ostatniej nocy), druga zaś...
Putason rozwarł oczy w jednoczesnym zdziwieniu i przerażeniu. To był Mortimer! Ten sam, który przez tyle czasu uprzykrzał mu życie swoim złośliwym sposobem bycia, czego przykładem było chociażby organizowanie prób kapeli grającej ten parszywy, praktycznie już zapomniany strunogwałt w pustostanie koło domu Pricksy’ego, a którego wskazał bandzie oprychów jako obiekt ich poszukiwań. Myślał, że młodzieniec dawno jest trupem, a tymczasem stał tutaj i patrzył na niego! Jednakże było w nim coś... innego. Nie zastanawiał się jednak co też mogło ulec zmianie, gdyż wtedy miał o wiele bardziej istotne sprawy na głowie.
- Czego... Czego chcecie? – zapytał.
- Oj, nic wielkiego. – odparł Siger, choć niziołek nie mógł znać jego imienia. – Życie wystarczy. – wyszczerzył zęby w uśmiechu, ukazując przy tym swe potężne kły. – Ale nie martw się, wbrew pozorom przysłużysz się słusznej sprawie. Uznaj to za odkupienie tego, co uczyniłeś temu oto młodzieńcowi i jego matce.
- O czym... ty mówisz? – powiedział Pricksy wysokim, łamliwym głosem przypominającym cnotkę-niewydymkę tuż przed inicjacją seksualną. Wszystko dlatego, że dopiero teraz zdał sobie sprawę z dwóch faktów: po pierwsze, istota, z jaką miał do czynienia była wampirem, a po drugie nie widział szans na przeżycie tego spotkania.
- Doskonale zdajesz sobie sprawę o czym. Przyznaj przed nim, że to ty wskazałeś go chłopakom Lestera. Jesteś mu to winien. – skinął na Mortimera. – Obiecuję, że jak dobrze się sprawisz, to nie będzie cię bardzo bolało. – dodał Siger jakby na zachętę.
- Jakiego Lestera? Któż to? Nie znam go! – bronił się Putason.
- Oj, biedactwo, nie mówili dla kogo pracują? No cóż... dla ciebie to i tak nie będzie miało znaczenia. – wampir wzruszył ramionami. – Gadaj! Wskazałeś go, prawda?
Niziołek popatrzył przerażony na Mortimera, mając nadzieję, że ten jednak uratuje go od śmierci. Młodzieniec stał jednak bez ruchu, oczekując na wyznanie Pricksy’ego. Niegdysiejszy kupiec wyczytał w oczach chłopaka, że nie ma szans na przeżycie, że jak tylko się przyzna, to Mortimer rozerwie go na strzępy.
- A tak! Ja to zrobiłem! – prychnął niziołek, samego siebie zaskakując takim zachowaniem; miał wrażenie, że stracił nad sobą kontrolę. – I możecie mnie pocałować w dupę! – nie był w stanie obrócić się na brzuch w celu wyeksponowania wymienionej wcześniej części ciała, więc postanowił głośnym pierdnięciem podkreślić swe słowa. – O! He he he! A żeby wam włosy w tych parszywych kicholach powykręcało na drugą stronę! – krzyknął, po czym zaczął śmiać się jak opętaniec bądź osoba poddana działaniu szumigaju.
- Mortimerze, powstrzymaj się, proszę, zanim nie wyjaśnię ci kilku spraw. Po pierwsze obserwujesz właśnie przypadek powolnego odchodzenia od zmysłów w obliczu utraty życia. Nie jest to nic dziwnego, wprost przeciwnie, podobne zachowanie jest często spotykane wśród śmiertelników. A teraz podejdź ze mną do stołu.
Siger zbliżył się do metalowego mebla, chwycił Pricksy’ego za szyję i ścisnął tak, że rechot niziołka momentalnie przestał rozchodzić się po pomieszczeniu.
- Tak, teraz lepiej. – kontynuował. – Po drugie, popatrz na żyły, jakie pojawiły się na karku naszego konfidenta. Najlepiej byłoby, gdybyś to w nie się wgryzał.
- Dlaczego?
- Walory smakowe. Trudno powiedzieć dlaczego, ale stamtąd po prostu smakuje najlepiej. A co, myślałeś, że jak ugryziesz gdzie indziej, to coś ci się stanie? Bzdura! Krew z każdej innej części ciała ma dla nas takie same właściwości, poza smakiem, oczywiście, bo na przykład z łydki smakuje po prostu paskudnie. – Siger skrzywił się straszliwie na podkreślenie tych słów. – Zresztą, będziesz mógł zaraz spróbować... – uśmiechnął się, a Mortimer już sam nie wiedział, czy twarz jego rozmówcy wyglądała gorzej przed chwilą, gdy grymas niesmaku nadawał jej upiornego wyglądu, czy też teraz, kiedy to wyszczerzone zęby nadawały obliczu Sigera czegoś zwierzęcego, wręcz demonicznego.
Jednocześnie jednak był świadom, że i w nim coraz silniejszą władzę ma jego nowa, mroczna natura. I, co więcej, uznawał to za bardzo przyjemne, poddawał się jej z rozkoszą. W końcu będąc wampirem mógł robić to, czego nigdy by nie osiągnął jako śmiertelnik.
Tymczasem Pricksy odpływał. Jego organizm, nie mając dostępu do tlenu, począł spowalniać swe funkcje, a obraz przed oczami zasnuwała coraz gęstsza mgła. Dźwięki otoczenia zdawały się dochodzić z coraz większej odległości, najpierw jakby zza ściany, potem z dna studni, w końcu spod ziemi. Był przekonany, że za chwilę się udusi, ale straszliwa obręcz ściskająca mu gardło puściła nagle, powodując gwałtowne wdarcie się powietrza do płuc i powrót wszystkich zmysłów tak, jakby Putason w pośpiechu wypłynął z dna jakiegoś stawu ponad powierzchnię wody.
- Inaczej sprawa ma się ze świeżością. – rzekł Siger z satysfakcją wsłuchując się w spazmatyczny oddech niziołka. – Dobrze, żeby ofiara była żywa jak będziesz pozbawiał ją krwi. Co prawda wbrew obiegowej opinii z truposzy też spijać można, ale im taki starszy, tym jego krew jest mniej dla nas przydatna. Zwłok sprzed tygodnia w sumie nie ma co ruszać, bo tym gównem, jakie ma w żyłach najpewniej się strujesz. A poza tym po co odżywiać się padliną, skoro na wyciągnięcie ręki jest coś cieplutkiego, świeżego... – schylił się, kłapnął zębami tuż przed nosem Pricksy’ego, po czym wyprostował się ruchem tak szybkim, że ludzkie oko nie byłoby w stanie go zarejestrować. – Od biedy, jeśli nie możesz dorwać człowieka, to zabij świnię, kota czy inne zwierzę, w końcu one też mają w sobie ten cenny dla nas płyn. To jest jednak ostateczność, gdyż po pierwsze ich posoka nie daje nam tyle, co ta z istot humanoidalnych, a także rzadko kiedy dobrze smakuje. – splunął tuż obok głowy niziołka. – No dobra, na razie dość pierdzielenia. Zabij go!
Pricksy drgnął, podobnie zresztą jak Mortimer. Ten pierwszy z przerażenia, drugi zaś samemu nie wiedząc czemu. Chciał przecież zamordować niziołka za to, że wydal ich ludziom Lestera, a co za tym idzie, był współwinny śmierci Larisy, ale nie sądził, że kiedykolwiek stanie nad kimś bezbronnym i będzie jego katem. Ten dylemat szybko jednak przestawał mu doskwierać, wypierany czymś innym, dotychczas mu nieznanym.
Otóż Mortimer zaczął czuć... głód. Straszliwy, przebierający na sile głód. Miał przemożną potrzebę, by zagłębić swe kły w karku Putasona, smakować jego krew, wyssać ją z niego aż do ostatniej kropelki, napawać się zabieraniem życia tego kurdupla.
Po chwili to nowe uczucie zwyciężyło. Młodzieniec wbił swe przerośnięte zęby w miejsce wskazane przez Sigera jako najlepsze ku temu. I rzeczywiście, było tak, jak podpowiadała mu podświadomość, a nawet lepiej, bo każde z przedstawionych wcześniej doznań zdawało się o wiele silniejsze, przyjemniejsze, niż sobie wyobrażał.
Pricksy z początku krzyczał, próbował wierzgać, walczyć, ale z czasem jego ciało stawało się coraz bardziej wiotkie, sflaczałe niczym balonik, z którego powoli uchodzi powietrze. Ból był silny, kły zatopione w karku były niczym dwa sztylety, które każdym swym drgnieniem podrażniały nerwy i mięśnie umiejscowione w szyi. Każdy taki impuls, wysyłany przez receptory do mózgu był jednak coraz słabszy, a niziołka poczęła ogarniać ciepła senność.
Gdy Mortimer poczuł, nie, usłyszał, że serce byłego kupca, a jego niegdysiejszego sąsiada przestało bić, przez ciało przepłynęła mu fala ekstatycznej satysfakcji. Wyprostował się pozbawiwszy Putasona prawie całej krwi i zakręciło mu się w głowie tak, jakby był zalany w sztok. Cudowne! Ale mimo to był nienasycony. O nie, wyssanie posoki z tego pokurcza mu nie wystarczyło!
Uniósł swą szponiastą dłoń z zamiarem zatopienia jej w ciele swej pierwszej ofiary, powodowanego chęcią rozerwania jej ciała na kawałki. Już miał zadać cios, gdy silna, zimna, chropowata ręka ścisnęła go za nadgarstek, zatrzymując uderzenie. Znał już ten dotyk i to go otrzeźwiło.
- O, nie, nie, nie, nie! – Siger pomachał Mortimerowi wysuniętym palcem wskazującym wolnej dłoni przed nosem. – Nie wolno! Prócz krwi w tym ciele są jeszcze inne przydatne części. Niszczyć je tylko dla samej zabawy byłoby głupie i nie na miejscu!
- Jak to?! – krzyknął młodzieniec w nadal silnej, ale uchodzącej z niego euforii.
- Uspokój się, a wszystko ci wyjaśnię.
Kiedy Mortimer zaczął spokojniej oddychać, a kły schowały się nieco, Siger puścił jego rękę, po czym podszedł do kredensu wypełnionego słojami, otworzył szufladę i wyjął z niej kilka pustych naczyń. Wziął je w dłonie i położył na stole, na którym spoczywało ciało Pricksy’ego.
- Popatrz. – rzekł Siger, po czym rozciął swym szponem skórę na lewym boku niziołka z taką łatwością, jakby zatopił rozgrzany nóż w maśle; włożył łapę w zrobiony przed chwilą otwór i wyjął jakiś organ wewnętrzny, którego Mortimer nie znał, a który kształtem przypominał przerośnięte ziarno fasoli. – To jest nerka. Z niej, a dokładnie z nadnercza można wyrobić ekstrakt adrenalinowy, istny napój energetyczny, dzięki któremu będziesz silniejszy, a twe zmysły ulegną wyostrzeniu, na pewien czas, oczywiście. Zresztą, widzę, że na razie nie ma sensu, bym ci wszystko tłumaczył, bo nie wydaje mi się, abyś posoadał wystarczającą wiedzę anatomiczną.
- Analo... co? – młodzieniec pokręcił głową.
- Ech, anatomiczną. – westchnął wampir. – Wiedza o wnętrznościach, trzewiach, flakach, bebechach, podrobach czy jak je tam jeszcze określasz. Nazewnictwo nie jest takie istotne, wszystkiego zostaniesz nauczony, ważne, byś pamiętał, że ze sporej ilości organów można wyrobić eliksiry o różnych właściwościach. Jak to zrobić samemu, to również zostanie ci przedstawione. Tymczasem... – klasnął dwa razy w dłonie i do pomieszczenia weszły dwie postacie w czarnych habitach. – Oni, niech zajmą się ciałem tego konfidenta, my zaś...
* * *
...poszliśmy do sali treningowej, a potem... Ach, to wydaje się takie odległe, pomyślał Mortimer, a przecież działo się tak niedawno! Te wszystkie szkolenia, lekcje, rozmowy, ćwiczenia...
Przed oczami przeleciały mu obrazy związane z treningiem, jaki odbył, aby stać się samowystarczalnym nocnym łowcą. Mimo, iż wymagania nauczycieli były bardzo wysokie, to okazał się pojętnym uczniem i z łatwością przyswajał nowy materiał.
Nauczył się między innymi całej anatomii wszystkich istot humanoidalnych, co można otrzymać z różnych organów oraz jak wyrabiać z nich ekstrakty. I tak, dla przykładu, umiał wycisnąć z nerki opisany wcześniej, pobudzający i wyostrzający zmysły adrenin (bo tak nazywały go wampiry), albo otrzymać z wątroby katz’a, czyli eliksir oczyszczający organizm z wszelkich trucizn i niepożądanych związków. Dowiedział się przy tym, że każdy ze związków ma swoje efekty uboczne; adrenin po okresie zwiększonej aktywności powoduje silne zmęczenie, katz z kolei co prawda błyskawicznie neutralizuje wszelkie toksyny, ale odbywa się to w dosyć gwałtowny sposób, gdyż w moment po jego spożyciu wymiotuje się jak po wypiciu nadmiernej ilości alkoholu bądź zjedzeniu czegoś bardzo nieświeżego. Doznanie to niezbyt przyjemne, ale najważniejsze, że środek spełniał swoje zadanie, nieprawdaż?
Dowiedział się również co nieco o swoim ciele: był w stanie wykonywać długie i wysokie skoki, rany goiły się o wiele szybciej niż u śmiertelników, mięśnie były silniejsze, ruchy bardziej zwinne, oczy dostrzegały więcej szczegółów i pozwalały widzieć w ciemności, nos miał szersze spektrum zapachów, uszy były w stanie wychwycić nawet najcichsze dźwięki, jego palce stwardniały, zamieniły się w ostre szpony, takie jak te, które miał Siger, czyniąc z nich śmiercionośną broń... Odrodzenie się jako wampir pomogło mu nawet w jakiś nieokreślony sposób zlikwidować wrodzoną wadę wymowy, gdyż od dziecka nie potrafił wymówić głoski „ch”, która u niego brzmiała jak dźwięczne „w”. Teraz nie miał już tego problemu, ale mimo to zdarzało się jeszcze młodzieńcowi przejęzyczać od czasu do czasu, szczególnie w momentach silnego podenerwowania.
Poza tym wpojono mu jak poruszać się, by nie zostać usłyszanym ani zauważonym. Oprócz odpowiedniego stawiania kroków na różnych rodzajach podłoża, pomagały w tym buty podszyte materiałem tłumiącym dźwięk oraz specjalny czarny strój, uszyty z nieszeleszczącej tkaniny i pozwalający, przy pozostaniu w bezruchu, bez większych problemów wtopić się w cień.
Jednakże najważniejszym celem całego szkolenia było nauczenie Mortimera JAK zabijać. Młodzieniec poznał kilka technik walki, zależnych od tego jaką bronią dysponuje przeciwnik. Nie było w tym jednak żadnego artyzmu, gdyż esencją wszystkich stylów było zlikwidować przeciwnika, a nie popisywać się przed nim gracją i umiejętnością utrzymania równowagi jak podczas zawodów tanecznych na balu w pałacu. Bo co z tego, że efektownie kręcisz się w powietrzu, wykonujesz zapierające dech w piersiach figury, skoro oponent może w tym czasie jednym, byle jakim cięciem, na odlew chociażby, skrócić cię o głowę?
Toteż Mortimer uczył się walki efektywnej, nie efektownej. I wychodziła mu ona nader sprawnie, choć rzadko kiedy jego ofiary były w stanie stawić mu jakikolwiek opór. Zawsze zachodził je od tyłu, starał się uderzyć z zaskoczenia, by szybko i bez krzyku się pożywić oraz zdobyć kilka organów na eliksiry. I w sumie to liczyło się najbardziej: działać tak, by nikt nie zauważył, że się działało.
Jednym słowem, po meczącym treningu, Mortimer stał się sprawną i skuteczną maszyną do zabijania. Podobało mu się to, bo za każdym razem, gdy zabierał komuś życie, to czuł się jak pan świata, jak bóg decydujący kto, kiedy i jak zginie. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie ma nic za darmo, że Siger nie zamienił go w wampira z samego kaprysu. Tu chodziło o coś więcej...
Teraz, leżąc na kamiennej posadzce i pozwalając, by krew z niego uchodziła, wiedział dlaczego został tym, czym jest. Wtedy jednak...
* * *
...był wycieńczony po kolejnej dawce ćwiczeń zaaplikowanej przez Leizara, jego nauczyciela sztuk walki. Teraz spoczywał w łożu, w swej skromnej komnacie, regenerując siły. Nadal nie mógł wyjść z podziwu, że odzyskiwanie energii, nawet po intensywnych zajęciach, jakie zwykle serwował mu Leizar, trwało tak krótko. Wystarczyło poleżeć góra kilka dłuższych chwil i już było się gotowym do równie wielkiego wysiłku. Żaden śmiertelnik, nawet najbardziej wyćwiczony, zahartowany, zaprawiony w boju i ciężkiej pracy, nie był w przekonaniu Mortimera w stanie równie szybko wracać sił.
Drzwi skrzypnęły, a młodzieniec przeklął pod nosem. Znowu bujał myślami gdzieś daleko, przez co uśpił swą czujność i nie wyczuł zbliżającego się gościa. Teraz co prawda nie groziło mu niebezpieczeństwo, ale gdyby coś podobnego zdarzyło się poza tymi murami, to podobny błąd mógłby kosztować Mortimera nawet życie.
- Witam, mistrzu Siger. – młodzieniec zerwał się z łoża i ukłonił.
- Spokojnie, darujmy sobie formalności. – machnął ręką. – Chodź ze mną, są pewne sprawy, które w końcu muszą zostać wyjaśnione, które zapewne od dawna chodzą ci po głowie, a na które nie dostałeś jeszcze obiecanej odpowiedzi. Zapewniam, że ta jest już blisko. Ale, bez pośpiechu. – uśmiechnął się w ten charakterystyczny, wredny sposób. – Chodźmy.
Siger obrócił się na pięcie i opuścił komnatę, a Mortimer podążył za nim. Szli w milczeniu przez korytarze Azylu, opuszczonej warowni na uroczyskach niedaleko Maab, w której kwaterowały się wampiry. Młodzieniec wiele razy zastanawiał się czy śmiertelnicy nie wiedzą, kto tu mieszka, a jeśli tak, to jakim cudem nie próbowali się pozbyć obecnych lokatorów mrocznej budowli. I pewnie nadal trwałby w niewiedzy, gdyby nie Leizar, który podczas krótkiej przerwy w zajęciach nie wyczytał owego pytania z twarzy ucznia.
To dlatego, powiedział wtedy, że całą warownię i pobliskie tereny otacza bardzo silne zaklęcie kamuflujące, przez co nie widać, by cokolwiek się tu działo. A jeśli zapuści się tu jakiś śmiertelnik? Cóż, czar ma dodatkową właściwość, bo powoduje u nich natychmiastową utratę świadomości; jeśli zabłądzi tu jakiś osobnik, to pada po kilku krokach od przekroczenia bariery zaklęcia. Dlatego o szczęściu może mówić ten wampir, który znajdzie leżącego w trawsku delikwenta, gdyż ma darmową wyżerkę. Z tego wszystkiego wynika jeszcze dodatkowa korzyść. Dzięki zaginięciom, okolica zyskuje złą sławę skutecznie odstraszającą intruzów. I, co najlepsze, wszyscy myślą, że to wina zbłąkanych dusz wojowników, którzy zginęli tu podczas wielkiej bitwy dawno, dawno temu. Prymitywnemu strachowi ścierwa zawdzięczamy nasz spokój i oby tak zostało jak najdłużej.
Mówiąc prościej, Azyl nie bez powodu nosił właśnie taką nazwę; to było najbezpieczniejsze miejsce, w jakim mógł znaleźć się wampir. Do czasu, oczywiście... ale to nie czas i miejsce na historię owego wydarzenia.
Skończyli wchodzić po schodach na jedną z wież warowni i spojrzeli w kierunku świateł migoczących w oddali. To właśnie tam stało Maab, najbardziej znienawidzone przez Mortimera miejsce na świecie, które przecież do niedawna było jego domem. Nie wiązał się z nim jednak żaden sentyment, miłe wspomnienia, bo i nie doświadczył tam nic innego prócz braku akceptacji oraz przygnębiającego życia w cuchnącej Rynsztokowni, w rozpadającym się domu wraz z chorą matką.
Dla Mortimera Maab umarło wraz z nim. Teraz, po odrodzeniu, traktował je jedynie jako spiżarnię pełną świeżego mięsa. Teraz Azyl był jego domem. Bo tutaj nie czuł się jak wyrzutek, a ułomności, które były brzemieniem w poprzednim życiu, obecnie były dodatkowym atutem. Jednakże mimo dobrego traktowania zawsze odnosił wrażenie, że coś się przed nim ukrywa i miał nadzieję, że w końcu dowie się o co chodzi.
- Po co tu przyszliśmy? – zapytał Sigera.
- By dopełnić danego słowa. – odparł wampir. – Mimo, iż jest ze mnie kawał skurwysyna, to zawsze staram się go dotrzymywać... Ale wymagam tego również od innych. – popatrzył w oczy Mortimera swymi skrzącymi się czerwienią ślepiami.
- Rozumiem, że w końcu nadeszła noc, na którą czekam? Do której byłem przygotowywany?
- Tak, można tak powiedzieć.
- To może dowiem się dlaczego?
- Nie pamiętasz już jak się umawialiśmy?
- Pamiętam.
- Więc wiesz, że wszystko zdradzę ci jak już wrócisz spełniwszy swą misję?
Mortimer skinął głową.
- Dobrze! – powiedział Siger. – Słuchaj mnie teraz uważnie. Najważniejsze, byś zgładził Lestera właśnie dzisiejszej nocy. Posunął się za daleko w swych knowaniach i trzeba go zlikwidować, wraz z tą zdradziecką dziwką, Celiką, władczynią Mewisu. Powinni ucztować dzisiejszego wieczora w sali bankietowej twierdzy Tholemac, w Maab. Nie wątpię, że wiesz gdzie to jest.
- Tak, wiem. To główna siedziba lokalnych władz i jednocześnie więzienie.
- Właśnie. Zadanie w sumie masz proste: zakraść się do sali tak, by nikt cię nie zauważył, w odpowiednim momencie ujawnić się, zajebać wszystkich obecnych i ulotnić się, zanim ktokolwiek zorientuje się co zaszło. Dzisiejsza noc jest jak najbardziej dogodna jeszcze z jednego powodu: Lester, przekonany, że nic mu nie grozi, skoro będzie w najlepiej strzeżonym miejscu w Maab, puścił swych ochroniarzy na miasto, bo się rozerwali. Bardzo nierozsądne, biorąc pod uwagę fakt, że w mieście miały dziś miejsce zamieszki... Co prawda Maab już się uspokoiło, nie znaczy to jednak, że jest tam bezpiecznie... – Siger zmrużył oczy, w których błysnęła ta demoniczna, czerwona iskra. – Mam nadzieję, że nie poczułeś się urażony? Nie mówię, że byś nie poradził sobie z ochroniarzami Lestera, ale bez nich zadanie będzie łatwiejsze, nieprawdaż? Nie wspominam tutaj o strażnikach z Tholemac, bo ci to dupki tylko udające wojowników. W razie walki powinieneś roznieść ich na strzępy bez większych problemów. Rozmawiałem z Leizarem o tobie, i mówił, że jesteś pojętnym uczniem, więc nie wątpię, iż umiejętnie wykorzystasz wiedzę zdobytą w Azylu...
- Rozumiem, że mam zaraz wyruszyć?
- Oczywiście! Nie musisz nawet wracać do komnaty po ekwipunek, bo pozwoliłem sobie dostarczyć tutaj, na miejsce. – wysunął rękę ku górze i moment potem przyfrunęła do niej torba Mortimera. – Weź ją i ruszaj... Choć nie, jest jeszcze jedno.
Młodzieniec popatrzył zaciekawiony.
- Obiecałem, że zemścisz się na tych, co uczynili krzywdę tobie i Larisie. Lester oczywiście jest jednym z nich, ale nie zapominajmy również o bandzie Kemoha. W końcu to oni wdarli ci się do domu i przygotowali was niczym, danie dla księciunia Maab, a dziedzica tronu Palateku. – Siger uśmiechnął się paskudnie, jak to miał w zwyczaju. – Niestety, większości członków właśnie dzisiaj przytrafiły się nieszczęśliwe wypadki, o ile oczywiście właśnie tak można je nazwać: potężny, sepleniący Sullaf opluł podczas gwałtownej wymiany zdań w karczmie „Pod kurwim kwiatem” nie tę osobę, co trzeba i zanim się zorientował w sytuacji, leżał na podłodze z dodatkowym, podłużnym otworem w szyi; Osuj, jak zwykle wyładowujący stresy życia codziennego na grze w karty, upił się przy tym do tego stopnia, że nie mając już za co grać, zapewne idąc za sugestią innych graczy, postawił swoje nerki i wątrobę, po czym przegrał partię, a przeciwnik postanowił od razu wyegzekwować swą należność (tylko po co jaką cholerę komuś potrzebne są czyjeś nerki i wątroba, nie uważasz?); Pathy’chak zaś chyba nazbyt gorliwie kibicował homarokoszmarowi, na którego postawił znaczną sumkę, gdyż podczas walki, która odbywała się w słynnym domu rozrywek Kyzdyr’a, za mocno wychylił się poza barierkę, w efekcie czego spadł na arenę, a na widok niespodziewanego gościa dwaj niegdysiejsi przeciwnicy sprzymierzyli się i rozszarpali biedaka na oczach wszystkich widzów, po czym zapadli w letarg... – zapadła chwila ciszy, po czym Siger kontynuował: – Tak! Zaprawdę, nic dziwnego, że takie rzeczy się dzieją, w końcu dziś Noc Krwi! – wskazał palcem na wschodzący właśnie księżyc, duży okrąg, zabarwiony na jasnoczerwony kolor. – Jeszcze wszystko może się zdarzyć, a godzina jeszcze taka młoda! Czy chcesz, by ofiarą Nocy padł również Kemoh?
- Tak, wcę! – odparł Mortimer bez namysłu, w podnieceniu, przez co stracił kontrolę nad językiem. – Wciałem zarżnąć iw wszystkiw, ale skoro los zdecydował za mnie... – wzruszył ramionami zdając sobie sprawę, że los ani trochę nie decydował o śmierci Sullafa, Osuja i Pathy’chaka.
- Dobrze! Niech będzie! – Siger klasnął w dłonie. – Pamiętaj jednak, że najważniejsze jest, byś dzisiaj zabił Lestera. Ale jak się postarasz, to i Kemoha załatwisz. Tak na rozgrzewkę. Znajdziesz go w burdelu zwanym „Koci pazur”, na obrzeżach Maab, gdzie będzie oddawał się swym najgłębiej skrywanym zboczeniom. Nawet jego kumple o nich nie wiedzieli! Ty zaś przekonasz się na miejscu... W torbie masz mapę jak tam trafić, bo owy przybytek jest skryty w niepozornym, nie wskazującym na to, co się w nim odbywa, budynku. Poza mapą powinieneś też mieć w środku dwa flakoniki. Są?
- Tak. – odparł młodzieniec wyjmując z torby dwa nieduże, podłużne szklane naczynia. – Co jest w środku?
- A widzisz, posłuchaj...
I Mortimer posłuchał, uśmiechając się coraz szerzej z każdym słowem wypowiadanym przez Segira. Księżyc Krwi powoli zalewał świat swą złowieszczą poświatą.
*
- No dalej, weź, kurwa, do buzi! – rozkazał Kemoh klęczącemu przy nim chłopcu.
Herszt (nieistniejącej już wtedy, ale o tym nie mógł jeszcze wiedzieć) bandy był właśnie bliski ekstazy, odbywał rozkoszną, wewnętrzną walkę między wytrzymaniem jeszcze chwilę dłużej a wyrzuceniem z siebie tego, co przecież tak bardzo chciało wydostać się już na zewnątrz. Do tego dotyk masującego go chłopaka był taki przyjemny, pobudzający...
Zdawał sobie sprawę, że gdyby pozostali dowiedzieli się o tym, co teraz robił, byłby skończony, straciłby swój autorytet w grupie. Dlatego krył się ze swoimi upodobaniami jak tylko mógł. Raz nawet omal się nie zdradził! Kiedy to było..? Ach, wtedy, gdy wpadli do tej rudery w Rynsztokowni i obezwładnili tego krzywusa wraz z jego popierdoloną matką. Stanął wtedy przed tym gówniarzem i w przypływie chuci począł rozpinać spodnie, nie zważając na obecność oraz uwagi Sullafa... Co z tego, że ten sepleniący idiota zapewne miał co innego na myśli, niż Kemoh zamierzał zrobić? Kto wie co by się stało, gdyby Lester nie pojawił się wtedy w drzwiach? Czy byłby się w stanie powstrzymać? Wątpił. Ten gnojek był wtedy taki bezbronny, a przez to taki pociągający...
Teraz, na szczęście, nie musiał się martwić o nic. W końcu mieli wolny wieczór, chłopcy poszli się zabawiać, więc nikt nie będzie go szukał. Zresztą, nawet jakby chcieli go odnaleźć, to nie byliby w stanie, gdyż burdel „Koci pazur”, w którym urzędował obecnie Kemoh, był znany jedynie wąskiej grupie wtajemniczonych; takich, którzy byli skłonni płacić spore sumki ze sesje z istotami do towarzystwa (bo do dyspozycji byli nie tylko ludzie, ale także elfy, krasnoludy, gnomy, a nawet dwa orki; wszystko to w obydwu wariantach płci i przeróżnym wieku), ale w zamian otrzymywali spełnienie każdej, nawet najbardziej wyuzdanej fantazji. Zaprawdę, „Koci pazur” był jednym z niewielu miejsc w świecie, gdzie wiedziano, co to prawdziwa, niczym nie skrępowana rozpusta i, co najważniejsze, gdzie twoje najgłębiej skrywane życzenia mogły być urzeczywistnione. O ile oczywiście miałeś wystarczającą sumkę ze sobą.
- Och, zaraz nie wytrzymam! Nie przestawaj masować! – wysapał. – I lepiej weź to, kurwa, w mordę, bo jak nie, to...
Nie dokończył, gdyż akurat wtedy nadszedł moment najwyższej ekstazy i jego słowa zmieniły się w jęk rozkoszy. Owy jęk wymieszał się z przeciągłym, donośnym pierdnięciem i z każdą chwilą tracił na mocy, tak, jakby był zsynchronizowany z gazem coraz słabiej uchodzącym z odbytu Kemoha. Po pomieszczeniu rozszedł się zapach zgniłych jaj i przetrawionej fasolki, którą zjadł na obiad.
Chłopak wykonał wszystko zgodnie z poleceniami zleceniodawcy: masował mu tyłek, a gdy ten zapowiedział mu, że jest blisko granicy wytrzymałości, to zbliżył twarz do miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, otworzył usta, nabrał powietrza do płuc i czekał, aż klient puści bąka. Potem chwycił część pierda do buzi i zacisnął szczękę tak, by nic a nic nie uleciało, bo wiedział, że Kemoh go sprawdzi (w końcu nie pierwszy raz go obsługiwał), każąc sobie dmuchnąć w gębę tym, co chłopak miał złapać. Tak też się zresztą stało po chwili stało.
Ale zaraz, czytelniku, cóż to się dzieje, czyżbyś był zgorszony? A czemuż to? Przecież fakt, że Kemoh lubi puszczać bąki w usta młodych chłopców, to jeszcze nie jest jakaś straszliwa dewiacja. Owszem, zapewne wydaje Ci się to obrzydliwe, ale spójrzmy prawdzie w oczy, człowiek nie raz miewa o wiele gorsze upodobania powodujące u niego poczucie spełnienia. Zresztą, nie ma chyba takiego zboczenia, którego świadkiem nie byłyby mury „Kociego pazura”. A gdyby ściany burdelu mogły mówić, to na pewno powiedziałyby, że Kemoh to spokojny, zrównoważony mężczyzna, nie mogący się równać z fantazją rozpieszczonych, zblazowanych szlachciców, którzy spółkowali z dziewkami służebnymi jeszcze zanim zauważyli w lustrze zarysy pierwszego zarostu pod nosem, a teraz poszukiwali nowych doznań, bo zwykłe dupczenie już im się najnormalniej w świecie znudziło.
- Dobrze! – stwierdził bandyta wciągnąwszy to, czym chuchnął usługujący mu chłopak. – A teraz pomasuj mnie po tyłku. Mamy jeszcze trochę czasu... – westchnął osuwając się na łoże.
*
Kemoh nie wiedział, że w pomieszczeniu prócz niego i chłopaka znajdował się ktoś jeszcze. Tym kimś był Mortimer, który wślizgnął się do środka przez uchylone okno w dachu i zastygł w bezruchu, stapiając się w jedno z ciemnością panującą przy suficie. Przyglądał się temu, co Kemoh wyczyniał z chłopakiem i od razu przypomniał sobie, jak ten skurwiel zbliżył się do niego i zaczął rozpinać spodnie. Kazał mi wziąć do buzi, pomyślał, tak jak jemu. Czyżby właśnie o to chodziło? Czy chciał mi wtedy pierdnąć w twarz, a nie...?
Zresztą, skarcił się w myślach, czy to ważne? Nie czas na wspominki tego, co było kiedyś! Bądź czujny i panuj nad emocjami! Zaraz może nastąpić dogodny moment!
I rzeczywiście, sytuacja sprzyjająca zaskoczeniu nastąpiła chwilę po tym, jak o niej pomyślał, kiedy to Kemoh, rozluźniony po osiągnięciu „szczytu”, zwalił się na łóżko, oczekując dalszych pieszczot ze strony chłopaka. Teraz, ponaglił się Mortimer, tylko tego nie spierdol!
*
- No dalej, na co czekasz? – niecierpliwił się Kemoh. – Do roboty!
Już miał obrócić głowę na bok i skarcić gnojka za to, że się ociąga, kiedy głos ugrzązł mu w gardle. To, co dotykało mu pośladków, to nie były gładkie, delikatne i wypielęgnowane dłonie chłopaka do towarzystwa, a coś chropowatego, twardego, co żłobiło krwawe rysy na jego skórze. Próbował się zerwać, ale te same szponiaste łapska, które jeszcze przed chwilą raniły mu tyłek, błyskawicznie zmieniły położenie i docisnęły go z powrotem do łoża.
- Dokąd to? – zapytał ktoś zimnym głosem. – Przecież mamy jeszcze trochę czasu...
- K... km js...eś? – wydusił z siebie Kemoh w poduszkę.
- Słucham? Ach, wybacz, za mocno dociskam? Chciałbyś odetchnąć? – uniósł szefa nieistniejącej już bandy w powietrze tak, jakby ten ważył niewiele więcej, niż kilkuletnie dziecko.
- Kim jesteś? – dociekał mężczyzna nadal nie wiedząc kto nim tak miota. I jakim cudem udało mu się go podejść?
- Chcesz wiedzieć? Proszę bardzo! – rzucił Kemoha z powrotem na barłóg i moment potem wylądował na brzuchu mężczyzny, wbijając mu kolana w nerki.
Ból temu towarzyszący zaćmił bandytę na kilka chwil, ale to wystarczyło, by doszedł do siebie jako osoba z kończynami unieruchomionymi przez specjalne uprzęże, przytwierdzone do każdego z narożników łoża. Wyglądał jak żywa litera „X”.
Kemoh nie wierzył własnym oczom; oto leżał nagi, obezwładniony, chłopak, który mu usługiwał leżał na podłodze z nienaturalnie skrzywioną głową (skręcony kark, przemknęło przez umysł mężczyzny), a przed nim stała postać w czarnej szacie, która jakimś cudem go tu odnalazła, wdarła się do pokoju nie czyniąc najmniejszego hałasu i nie przejawiała najlepszych intencji.
- Patrzysz na mnie i nadal nie poznajesz? Spojrzyj na moje dłonie, może to ci pomoże.
Tajemniczy osobnik wysunął do przodu swe ręce i wtedy w umyśle Kemoha coś zaświtało. Przypomniał sobie, jak on i jego chłopaki dostali zlecenie odnalezienia pewnego młodziana i jego matki na życzenie księcia Lestera. Poszukiwany miał mieć zdeformowane ręce z nabrzmiałymi nadgarstkami, owijane bandażami... Mieli go obezwładnić, ale nie zabić... Tak, teraz sobie przypomniał, w końcu taka dłoń omal nie oszpeciła jego twarzy... I w sumie owy młodzian był jedynym, u którego Kemoh widział ręce, które teraz prezentowała mu postać w czarnym stroju. Czyżby...?
- Ty jesteś... Mortimer... – wydukał najemnik mimo przerażenia ściskającego mu gardło.
- W rzeczy samej. – wykonał parodię ukłonu.
- Ale... przecież ty... miałeś nie żyć! Ponoć Siger cię zabił!
- Owszem, tak było. Tylko, że dostałem od życia drugą szansę. – Mortimer uśmiechnął się, prezentując swe uzębienie. – A teraz przepraszam, ale zgłodniałem. – błyskawicznym ruchem skoczył ku szyi chłopaka leżącego na podłodze, za topił w niej kły i upił trochę krwi. – Hmmm... Trochę już ostygła, ale nadal dobra. – powiedział ocierając usta koszulą, która wisiała na pobliskim krześle.
- Bogowie! Ty jesteś...! – Kemoh chciał krzyczeć, wzywać pomocy, ale zanim zdążył mrugnąć oczami, to paskudna, chropowata ręka Mortimera ścisnęła go za gardło.
- Tak, jestem. A ty lepiej siedź cicho, bo... A zresztą, i tak umrzesz, to co to za różnica? Wiesz chyba, że tutejsze ściany są dźwiękoszczelne. A nawet jeśli ktoś usłyszy twoje wrzaski, to nie zwróci na nie uwagi, bo tutaj krzyki to są chyba równie powszechne, jak pijackie śpiewy w karczmach. Ale mam dla ciebie propozycję. Jeśli na nie odpowiesz, to zginiesz szybko i bezboleśnie, tak jak twój koleżka. – popatrzył staremu wykidajle prosto w oczy. – Czy wiesz dlaczego Lester chciał się pozbyć mnie i mojej matki?
Kemoh przeszukiwał swoje banki pamięci, ale nie znalazł odpowiedzi. Przeklinał Pathy’chaka na wszelkie możliwe sposoby za to, że jednak wtedy nie zainteresował się zbytnio tą kwestią. I co z tym teraz zrobić...
- Coś za długo myślisz. – stwierdził Mortimer. – Albo nie wiesz, albo chcesz mnie zrobić w chuja. I jedno i drugie mnie nie satysfakcjonuje. – pokręcił głową. – Cóż, trudno.
- Nie! Poczekaj! Dam ci wszystko, co chcesz, ale...
- A co ty możesz mi dać, ścierwo?! Nic! Nawet nie chcę pić twojej krwi, bo się brzydzę! – splunął. – Chociaż nie, jest jedno...
- Co, co, powiedz, a to uczynię!
- Możesz mi dać satysfakcję.
- Z czego?!
- Z patrzenia, jak będziesz zdywał! – uniósł się Mortimer.
Kemoh już miał zacząć wrzeszczeć, kiedy wampir ponownie wykazał się refleksem i ścisnął za gardło, odcinając dopływ powietrza. Najemnik patrzył oczami, które omal nie wyskoczyły mu na wierzch, jak Mortimer grzebie wolną ręką pod połą swego czarnego stroju, po czym wyjmuje dwa flakoniki.
- Widzisz, co tu mam? – zapytał wampir, wysuwając naczynia przed oczy Kemoha; w każdym z nich był mały żuczek, którego pancerz mienił się wszystkimi kolorami tęczy, w zależności od natężenia i kąta padania światła. – W środku każdego z tych pojemników siedzi sobie taki mały, specjalny, bardzo głodny robaczek, który na dodatek nie przepada za swoim kolegą. Nie lubi go do tego stopnia, że jak tylko znajdą się w jednym ciele, to obaj dążą do zabicia przeciwnika... Nie bacząc na koszta. – Mortimer uśmiechnął się paskudnie. – A teraz, kiedy mnie już wysłuchałeś, krzycz sobie do woli. Ponoć to pomaga.
W momencie, gdy puścił usta Kemoha, wydobył się z nich opętańczy ryk rozpaczy. Jednakże naszemu bohaterowi wcale on nie przeszkadzał, mimo, iż jego wyczulone uszy wychwytywały go jeszcze mocniej, niż ludzkie. O, nie! On napawał się tym wrzaskiem, krzyki i błagania dodawały mu siły. Zadziwiające, pomyślał odkorkowując pierwszy flakon, jak los potrafi być przewrotny. Kiedyś to Kemoh polował, a teraz kończy jako zaszczuta zwierzyna.
Wpuścił żuczka do niewielkiego otworu wykonanego szponem w klatce piersiowej najemnika. Owad bez zastanowienia zabrał się do pożerania ciała, widać było, jak przesuwa się pod skórą.
Mortimer przez chwilę miał zamiar wpuścić drugiego robaka przez odbyt bandyty, ale odszedł od tego pomysłu. Zarzucił go jednak nie z powodu chęci zaoszczędzenia cierpienia swej ofierze, a przez przekonanie, że takie działanie mogło by jej sprawić przyjemność. A ostatnią rzeczą, jakiej teraz chciał, to dać rozkosz temu skurwielowi.
Dlatego też postanowił, że drugi żuczek wejdzie przez udo. Ten również bez zbędnego czekania zabrał się do roboty i począł zgłębiać tajemnice ludzkiego ciała. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż robaczki wyczują swa obecność i zaczną ze sobą walczyć.
Owady szybko zorientowały się, że nie buszują same po ciele Kemoha, gdyż wybrzuszenia pod skórą zaczęły w sporym tempie podążać ku sobie. Gdy się spotkały zaczął się straszliwy taniec małych wojowników, którzy wirując wokół siebie niszczyli, szarpali i rozrywali wszystko w swoim sąsiedztwie. Mortimerowi ten widok bardzo się podobał i mógłby nań patrzeć w nieskończoność, ale pamiętał, że ma jeszcze jedno, o wiele bardziej istotne zadanie do wykonania. Dlatego z odrobiną żalu zostawił ryczącego Kemoha w jednym z pokoi „Kociego pazura”. Było mu szkoda, że nie zobaczy tego, o czym zapewniał go Siger. Otóż te dwa małe robaczki miały podczas swego pojedynku przetoczyć się przez prawie całe ciało ofiary, czyniąc z jego wnętrzności jedną, wielką, krwawą galaretkę. Czuł jednak, że coś podobnego dane mu będzie jeszcze kiedyś zobaczyć, podczas gdy okazja na dowiedzenie się dlaczego jego życie uległo tak radykalnym zmianom może się już nie powtórzyć.
Ta myśl towarzyszyła mu przez całą drogę do twierdzy Tholemac.
*
- Moja droga Celiko, możemy już wypić za nasze wspólne zwycięstwo. – rzekł Lester teatralnym, wyniosłym tonem. – Armie Mewisu będą bezbronne, gdy poprowadzi je polecony przeze mnie generał. Dzięki tobie wkupił się w łaski mewisańczyków, a teraz poprowadzi wojska w bój aby pomścić twoją rzekomą śmierć. Poprowadzi według naszych wskazówek... – zarechotał, przyjmując nieco bardziej wygodną pozycję na tronie.
- Teraz Mewis nie będzie zależny od Palateku, lecz stanie się jego częścią. Twój plan był genialny, o książę. – zmrużyła oczy robiąc chytrą minę, a wyraz jej twarzy skojarzył się Lesterowi z mordą lisa, któremu udało się zakraść do kurnika bez bycia zauważonym.
- Zaiste. – stwierdził dziedzic tronu Palateku. – Lecz bardzo pomógł nam ten dziwny zbieg okoliczności z uliczną bójką. – wzruszył ramionami. – Nic to jednak, widocznie bogowie nam sprzyjają. – powiedział unosząc kielich w górę.
Celika już miała odwzajemnić gest, gdy zamarła z naczyniem w połowie drogi do ust. Oto w sali, nie wiadomo skąd, pojawił się nowy gość. Owy osobnik był wysoki, chudy, odziany w dziwne, wyglądające na poszarpane, czarne szaty, a jego blada skóra poryta była paskudnymi bruzdami. Gdyby zobaczyła kogoś podobnego na ulicy, to pewnie wzięłaby go za kolejnego obdartusa, który przymiera głodem, śpi w śmierdzących, zawszonych norach i wciąż szuka swego miejsca w świecie. Ale mężczyznę, który bez słowa zaczął zmierzać w ich stronę, od bezdomnego różnił jeden, zasadniczy szczegół: krew, zaschnięta krew na zdeformowanych, zwieńczonych szponami rękach. Dopełnieniem upiornego wyglądu przybysza był zimny, morderczy błysk w jego czarnych oczach.
- Straże! – krzyknął Lester, w przerażeniu wypuszczając kielich z rąk.
*
W Maab chyba nie znalazłoby się teraz miejsca, gdzie, o ile było to możliwe, nie było choć uchylonego okna. Wszystko przez królującą wówczas, najgorętszą porę roku. W ciągu dnia słońce nagrzewało powietrze do tego stopnia, że ludzie czuli się jak w wielkim, dusznym piecu nawet w kilka godzin po zniknięciu gwiazdy za linią horyzontu. I właśnie temu Mortimer zawdzięczał łatwość, z jaką dostał się zarówno do sali bankietowej w twierdzy Tholemac jak i do pokoiku w „Kocim pazurze”.
Przycupnął w zacienionym kącie pomieszczenia, dziękując w duchu za to, iż w wielkim, kryształowym żyrandolu podwieszonym pod sufitem nie paliły się świece. Zapewne inaczej było, kiedy odbywało się tu jakieś wystawne przyjęcie, na którym śmietanka towarzyska spotykała się pod pozorem intelektualizmu i rozmów o sytuacji na świecie, a tak naprawdę chciała sobie pochlać i nażreć się niczym motłoch w najgorszej spelunie. Jedyna prawdziwa polityka, jaką widziały te ściany, odbywała się w formie, jakiej właśnie przyglądał i przysłuchiwał się Mortimer: zaledwie kilku (w tym wypadku dwoje) rządzących spotykało się tu potajemnie, aby spiskować i snuć wielkie plany.
Nasz bohater nie do końca wiedział czego dotyczy rozmowa Lestera i Celiki, ale uznał, że warto chwilę posłuchać. Po powrocie miał zamiar wypytać Sigera o co im chodziło.
Lester wzniósł toast i wtedy Mortimer postanowił się ujawnić. W końcu nie ma to jak popsuć komuś atmosferę nagłym pojawianiem się na przyjęciu, na które nie było się zaproszonym. Dlatego z zadowoleniem przyglądał się, jak Celika zamiera w zaskoczeniu, a książę Maab przerażonym głosem wzywa straż, upuszczając przy tym na podłogę kielich pełen zapewne bardzo drogiego wina.
Tych dwóch gwardzistów, którzy byli w sali od początku, leżało na posadzce z rozerwanymi gardłami jeszcze zanim zdążyli wyszarpnąć miecze z pochew. Celika widząc, czym grozi kontakt z nieznajomym, podjęła próbę ucieczki, daremną jednak, gdyż Mortimer był przy niej w dwóch susach. Bez problemu uniósł ją w powietrze i z całych sił cisnął o podłogę. Uderzenie było dla Celiki o tyle niefortunne, że jej głowa jako pierwsza miała kontakt z podłożem, przez co na jeden ułamek sekundy cały ciężar upadającego ciała skumulował się na kręgach szyjnych. Te jednak nie są przystosowane do aż tak wielkich napięć, toteż uległy połamaniu, kończąc przy tym żywot zdradzieckiej królowej.
Potem do pomieszczenia wpadło kolejnych czterech strażników, zapewne zaalarmowanych dźwiękami jatki dochodzącymi zza drzwi. Z tymi Mortimer również poradził sobie bez większych problemów. Dwóch pierwszych załatwił za jednym zamachem, skacząc ku nim z wysuniętymi łapskami, które moment potem zatopiły się w oczach. Wampir szarpnął rękami i wyrwał im głowy, a ich zdekapitowane ciała legły bezwładnie, ochlapując posoką wszystko w swoim otoczeniu.
Nie napawał się jednak tym widokiem i ruszył na dwóch pozostałych strażników, w powietrzu odrzucając za siebie czerepy tych, których pozbawił już życia. Najważniejsze, to nie przerywać, powtarzał w myślach słowa Leizara, nie wypaść z rytmu. Poza tym nie możesz się zawahać, bo to pozwala im wyjść z oszołomienia i daje czas na atak.
Pierwszy z wojowników próbował uderzyć go mieczem siekąc w poziomie. Mortimer uniknął ciosu dzięki przeniesieniu ciężaru ciała do przodu, co obniżyło jego lot i ostrze rozcięło powietrze tuż nad nim. Wylądował, wbił mężczyźnie rękę w bok i przy kolejnym wybiciu się w powietrze wyrwał mu spory kawałek kręgosłupa i kilka żeber.
Ostatni przeciwnik chciał prosić Mortimera o litość, ale wampir w amoku nie zna takiego pojęcia. Dlatego gdy młody chłopak rozłożył ręce w geście poddania się, nasz bohater wskoczył na niego, przewrócił, przygniótł do podłogi, po czym chwycił pod ramiona i wyrwał mu obie kończyny górne. Młodzian począł wrzeszczeć z bólu, ale z tak wielkich ran krew uchodzi szybko, więc zamilknął w kilka chwil potem.
Mortimer odrzucił ręce strażnika za siebie i rozejrzał się dokoła. To, co ujrzał, radowało jego serce. Pomieszczenie, w którym się znajdował, w niczym nie przypominało wytwornej, bogatej sali bankietowej twierdzy Tholemac: piękne obrazy mistrzów pędzla oszpecone były plamami posoki; kryształowy żyrandol wisiał rozbity, a w jego wnętrzu spoczywał jeden z wyrwanych czerepów; druga głowa leżała roztrzaskana u podstawy wapiennego posągu, który w wyniku jej uderzenia przewrócił się roztrzaskał na kawałki; na podłodze wprost skąpanej we krwi leżały jeszcze dwie wyrwane ręce, kawałki wnętrzności i siedem trupów, z czego sześć w stanie, jaki trudno by określić jako „kompletny”.
Najlepsze jednak było to, że Lester przez cały ten czas nawet nie drgnął na swym tronie, po prostu siedział tam, zastygły niczym osoba potraktowana zaklęciem petryfikacji. Dobrze, pomyślał Mortimer, przynajmniej nie będę musiał się za nim uganiać.
- K... Kim jesteś i czego chcesz? – wydukał dziedzic tronu Palateku, gdy nieznajomy zbliżył się do niego.
- To ja, wuju. – zaprezentował kły i szpony w parodii ukłonu, jakiej nauczył się od Sigera, klnąc jednocześnie na swój brak opanowania, przez który nie nazwał Lestera „chujem”. – Wróciłem.
- Mortimer! – krzyknął książę. – Na Boga, odesłałem cię w zaświaty wraz z twoją matką! Czym ty jesteś?!
- Stałem się tym, na czego pastwę mnie wydałeś, Lesterze.
- Strzyga! Wampir! Piekielne nasienie!
- Zwij mnie jak chcesz, śmiertelniku. Sprawiasz tylko, że umrzesz w większych mękach niż pierwotnie planowałem. – rzekł wyniosłym tonem, unosząc swą szponiastą dłoń z zamiarem wyrwania serca siedzącego przed nim mężczyzny.
- Stój! – rozległo się z tyłu.
Mortimer obejrzał się za siebie, zdenerwowany tym, że ktoś przeszkadza mu akurat w takim momencie.
W drzwiach komnaty nie stała jednak kolejna grupa lokalnych gwardzistów, a dwie kobiety, jeden mężczyzna i jeden wielki osobnik, będący zapewne mieszanką orka i człowieka. W ogóle cała ta grupa wydawała się być jakaś... dziwna: pochlapani krwią, każde w zupełnie innym stroju, w dodatku facet w zbroi co chwila zerkał sobie na krocze, a pół-ork dzierżył w ręku broń, wyglądającą jak skrzyżowanie lutni i topora bojowego. Wyglądali jak banda osób, które wpadły na siebie przez przypadek na targowisku i postanowiły dla rozrywki szturmować twierdzę Tholemac, choć to był tylko pozór, gdyż to, z jakiego powodu przedarli się do tego miejsca nie miało dla Mortimera wielkiego znaczenia. Ważniejszy był fakt, że jednak UDAŁO im się dotrzeć aż tutaj, a to znaczyło, iż albo mieli sporo szczęścia, albo jednak znali się na walce nieco lepiej niż strażnicy, których położył trupem kilka chwil wcześniej. Posoka na ich strojach świadczyła bardziej na rzecz drugiej możliwości.
Dziewczyna w bordowym, mewisańskim stroju skoczyła, zamierzając się na niego zdobycznym scimitarem. Mortimer uchylił się jednak przed ciosem i zdzielił kobietę z taką mocą, że ta swój lot skończyła na ścianie tuż obok wejścia do komnaty balowej.
Wampir nie czekał jednak na reakcję pozostałych przeciwników i skrył się w cieniu. Dla nowoprzybyłych wyglądało to tak, że wysoki, chudy jegomość ze szponiastymi łapskami po prostu rozpłynął się w ciemności. Mortimer nie miał zamiaru stąd uciekać, o nie! Postanowił, że poprzygląda się dalszemu rozwojowi wypadków z bezpiecznej kryjówki i, jeśli zajdzie taka potrzeba, to jeszcze wkroczy do akcji. Ta ekipa sprawiała wrażenie zdeterminowanej, by kogoś lub coś odnaleźć. Tylko kogo lub co?
- Celiko...! – załkała powalona przez niego dziewczyna, podnosząc się właśnie na nogi; te słowa, pełne bólu i rozpaczy, rozwiały wątpliwości wampira.
Lester, który nagle uzyskał władzę nad ciałem, próbował czmychnąć, ale oszołomieni zaistniałą sytuacją członkowie osobliwej grupy szybko się otrząsnęli i natychmiast go otoczyli.
Dziewczyna w bordowym stroju zbliżyła się do księcia Maab i poczęła mierzyć go wzrokiem, tak, jakby rozważała co z nim zrobić. Po chwili ciężkiej, głuchej ciszy, bez słowa uniosła z górę swój scimitar i zamaszystym, pełnym energii uderzeniem rozpłatała czaszkę Lestera; jego oczy wyskoczyły na wierz i potoczyły się po podłodze, a mózg ochlapał szaty dziewczyny, spływając po nich cienkimi, różowymi pasmami. Tak oto zginał książę Maab, prawowity dziedzic tronu Palateku.
Mortimer skrzywił się, bo to on chciał go zabić i to w o wiele bardziej bolesny i finezyjny sposób. Ale cóż, tak czy siak Lester nie żył, zadanie można było uznać za wykonane, zemsta się dokonała, a na dodatek winą za całą masakrę zostanie obarczona ta grupa cudaków, gdyż w chwilę po tym, jak truchło księcia legło na lepkiej od posoki posadzce, do sali wpadł cały oddział gwardzistów. To ich, a nie Mortimera, widzieli nad zwłokami Lestera i pozostałych ludzi, więc to oni musieli zostać uznanymi za winnych. Zresztą, niewinny przecież by nie uciekał przez okno, a ta banda jednak dała nogę na widok żołnierzy.
Wampir patrzył, jak dowódca przybyłych wojsk, których zbroje przyozdobione były niebieskimi szarfami, podrapał się po głowie, burknął coś nosem, po czym zniecierpliwionym tonem ponaglił swych podwładnych, by rozpoczęli pościg za ewidentnymi sprawcami tej masakry. Moment potem jego ludzie kotłowali się w drzwiach, próbując przecisnąć się na korytarz. Gdy sala opustoszała, wyszedł z niej również dowódca, by z nietęgą miną powlec się za swoimi gwardzistami.
Ciekawe, pomyślał Mortimer, zaiste, bardzo ciekawe.
Opuścił bezpieczny mrok upewniwszy się, że nikt się nie zbliża. Podszedł do zwłok Lestera, schylił się nad jego strzaskaną głową i wyrwał z niej uszy oraz język; te pierwsze jako dowód śmierci (teraz już byłego) księcia Maab, bo Siger mówił mu, że nie ma sensu targać ze sobą całej głowy, skoro jego ludziom wystarczy choć skrawek ciała, by stwierdzić kim była dana osoba; język zaś miał być dla Mortimera osobistą pamiątką, istnym trofeum.
Chciał jeszcze jakoś zbeszcześcić zwłoki tego kutasa, którego na dodatek przez przypadek nazwał wujem (bo miał być chujem!), ale gdy usłyszał ciężki stukot metalowych buciorów niosący się przez korytarz, postanowił ulotnić się z twierdzy Tholemac. Nie było sensu pozostawać tu dłużej. Owszem, mógł zabić jeszcze kilka osób, tak dla rozrywki, ale obietnica otrzymania nagrody była o wiele silniejszym magnesem niż kilka trupów więcej na koncie.
Skoczył ku oknu, przez które dostał się do niegdyś wytwornej, a obecnie upstrzonej krwią, pourywanymi kończynami i zmasakrowanymi ciałami sali, nawet nie wiedząc jak wielkie skutki dla całego świata przyniosą wydarzenia owego wieczora.
*
Mortimer, skacząc po dachach, szybko i przez nikogo nie zauważony wydostał się poza mury Maab i podążał w kierunku Azylu. Nie dotarł tam jednak, gdyż tuż przy granicy zaklęcia drogę zastąpiły mu, wyrastając jak spod ziemi, trzy rosłe wampiry i jeden nieco mniejszy, szczuplejszy, imieniem Naik. Wszyscy byli w czarnych, przypominających habity szatach.
- Zrobiłeś to, co miałeś zrobić? – zapytał Naik.
Mortimer skinął głową.
- To dobrze. Masz dowód?
- Mam.
- Dawaj.
- Nie! Oddam go tylko Sigerowi, nikomu innemu.
- Spokojnie, mu działamy z jego polecenia. – uśmiechnął się Naik. – Dał nam coś dla ciebie.
- Jak to dał? Mieliśmy się spotkać po robocie.
- Ale jednak się nie spotkacie. Nie wolno ci wracać do Azylu, zapomnij, że takie miejsce w ogóle istnieje... dla własnego dobra. – dodał, mocno akcentując ostatnie słowa.
- Co to ma, kurwa, znaczyć?! – nasz bohater nie mógł uwierzyć, oni, jego bracia, mu grozili! – Chcę z nim rozmawiać! Muszę z nim porozmawiać!
- A co ty, głuchy jesteś? Mówię przecież, że ci nie wolno! Dawaj dowód, że Lester nie żyje, my damy ci to, co przegotował dla ciebie Siger, a potem spierdalaj stąd. – mówił spokojnym, obojętnym tonem, który Mortimerowi wydał się jeszcze bardziej irytujący, niż gdyby Naik podnosił na niego głos. – Na twoim miejscu poszukałbym ukrycia, bo dzień coraz bliżej. – stwierdził, a towarzyszące mu wampiry parsknęły śmiechem.
Nasz bohater bez słowa przełknął ewidentne szyderstwo, po czym sięgnął do swej torby i wyjął ucięte uszy Lestera, owinięte w kawałek szorstkiego, białego materiału. Nie widział sensu w dyskusji z nimi, mieli przewagę liczebną. W końcu walka z czterema wampirami na raz, to nie to samo, co walka z taką samą liczbą ludzi. W tej chwili praktycznie nie miał szans, więc postanowił zastosować się do słów Naika. Być może zdarzy się jeszcze okazja, by wyjaśnić dlaczego nie dane jest mu wrócić do miejsca, które uznawał za dom.
Przywódca grupy wampirów zabrał zawiniątko z rąk Mortimera, poprzyglądał się mu, powąchał, po czym schował do sakiewki przy pasie. Skinął na mięśniaka stojącego po jego prawej, na co ten podał mu drewnianą tubę i kopertę, trzymane przez cały ten czas w rękach.
- Trzymaj. – powiedział Naik. – To powinno nieco wyjaśnić. Wybacz i... Żegnaj. – rzekł, po czym odwrócił się na pięcie i wraz z kompanami ruszył tam, gdzie Mortimer już nigdy nie miał wrócić.
Do Azylu.
Tymczasem nasz bohater usiadł na trawie i patrzył tępym wzrokiem w ziemię. Czuł się zdradzony, wykorzystany niczym młoda dziewczyna po nocy spędzonej na sianku z mężczyzną, który z rana zniknął i już więcej się nie pojawił. Po chwili odrętwienia zerkał to na podłużną, drewnianą tubę, to na list w kopercie, wahając się czego zawartość sprawdzić najpierw. Ostatecznie padło na to drugie.
Rozerwał papier osłaniający pergamin i zaczął czytać treść listu, zapisaną mocnym, zamaszystym charakterem pisma, mimo, iż światła dostarczały mu jedynie gwiazdy, mrugające niczym świetliki na ciemnym, nocnym niebie.
Drogi Mortimerze!
Wybacz, że właśnie w taki sposób to wszystko się odbywa, ale wiedz, iż w ostatecznym rozrachunku chodzi o twoje bezpieczeństwo. Nie możesz już wrócić do Azylu. Dlaczego? Tego nie mogę Ci wyjawić za pomocą listu. Na twoim miejscu poszukałbym jakiegoś schroniska, miejsca, gdzie ludzie nie chodzą i nikt by Ci nie przeszkadzał. Znasz Maab, wiesz gdzie szukać, ale jeśli nie chcesz tam wracać, to wybierz inne miejsce, byle szybko jednak, by nie zastały Cię promienie wschodzącego słońca.
Nie myśl jednak, że nie dotrzymam obietnicy. Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że Naik dostał dowód wykonania zadania. Oto więc Twoja nagroda. Zaznaczam jednak, że wytłumaczę Ci to drogą dosyć okrężną, ale nie wątpię, iż domyślisz się zakończenia tej historii zanim skończę ją przedstawiać.
Otóż, jak wiadomo, gdy królowie wyjeżdżają na długie wyprawy wojenne, to zostawiają swe żony w pałacu, co by się im nic nie stało. Wiadomo też jednak, że małżeństwo małżeństwem, ale kuśka też ma swoje potrzeby, a co za tym idzie, władcy kopulują z innymi kobietami, najczęściej wieśniaczkami, by zaspokoić to, od czego w zamku mają żonę i oficjalne nałożnice (bo i królowej należy się czasem trochę odpoczynku).
Tak też było w wypadku Mieura, króla Palateku, który swego czasu wybrał się na trzyletnią wyprawę wojenną. On jednak nie chciał mieć do czynienia z brudnymi, wsiowymi cipkami (jak sam je określał), a jedynie z pannami wysoko urodzonymi. Dodha była jedną z nich, jednakże, w odróżnieniu od pozostałych, zaszła z Mieurem w ciążę. On jednak o tym nie wiedział, gdyż zanim wszystko wyszło na jaw, wojna się skończyła i władca Palateku mógł wrócić na swoje włości. Sama Dodha również nie wiedziała z kim ma dziecko, gdyż w owym czasie utrzymywała bliskie stosunki z większością wielmożów kwaterujących się w zamku jej ojca podczas tej trzyletniej wojny.
Mijały lata. Lester, syn Mieura, z którym jego żona była już w siódmym miesiącu ciąży, gdy król Palateku wrócił z tej trzyletniej wyprawy wojennej (czyli nie był jego prawdziwym synem, ale Mieur sprawiał wrażenie, jakby niezbyt go to obchodziło), uczył się tego, co może się przydać dziedzicowi tronu, czyli walki, dowodzenia, wiedzy o świecie... Jednakże najważniejszego, czyli snucia intryg, Lester nie nauczył się w żadnej szkole, a poprzez obserwowanie tego, co się dzieje w pałacu. I, jak widać, była to nauka owocna...
Wróćmy jednak do głównego wątku opowieści. Otóż minęło szesnaście lat i na dwór Mieura przybyła nowa grupa służek, złożonych z córek wysoko urodzonych rodów. Jak już pisałem wcześniej, król Palateku zawsze miał słabość do właśnie takich dziewczyn, więc żadnej nie przepuścił. Tak się jednak stało, że jedna z nich, Larisa, zaszła w ciążę. Pół biedy, gdyby urodzone dziecko było normalne i zdrowe, medycy stwierdzili jednak, ze ma ono szereg patologicznych zmian i jest upośledzone. Sugerowali, by owe dziecko uśmiercić. Król jednakże, o dziwo, nie postanowił pozbyć się niewygodnego i niewątpliwie hańbiącego potomka, a przenieść go oraz jego matkę w odosobnione miejsce, zapewniając im skromne, bo skromne, ale stałe finanse na życie.
Zaczynasz już nieco rozumieć? Pewnie tak, ale pozwól, że jeszcze coś powiem, a właściwie napiszę. Tak, tym upośledzonym dzieckiem, które miało zostać zabite, jesteś Ty, Mortimerze. Skąd jednak Twe deformacje? Czy wzięły się ot tak, same z siebie, czy też pojawiły się w wyniku czyjegoś uroku? Nie. Przez przypadek doszło do czegoś, co uczeni nazywają wtórnym „krzyżowaniem się genów”, wątpię jednak, byś zrozumiał ten zwrot, więc powiem inaczej – kazirodztwo. Mieur nie wiedział, i zapewne do teraz nie wie, że Larisa była owocem jego związku z Dodhą, więc nie zdawał sobie sprawy, że pieprzy własną córkę. A wiedz, Mortimerze, że z takich związków zawsze wychodzą dzieci zdeformowane, upośledzone umysłowo, a nawet martwe; ty jednak nie jesteś najgorszym przypadkiem. Wprost przeciwnie, możesz uważać się za szczęściarza, bo w końcu czym są zgrubiałe nadgarstki, szponiaste ręce, brzydka gęba i problemy z wymówieniem litery „ch” w porównaniu z kończynami powykrzywianymi pod niewyobrażalnym wręcz kątem, brakiem słuchu, wzroku bądź mowy czy wiecznym sraniem pod siebie i nieumiejętnością wymówienia czegoś więcej niż nieartykułowane bulgoty. Zaprawdę, powiadam Ci, niczym.
Tak więc jesteś synem Mieura, króla Palateku. Czy teraz rozumiesz dlaczego Lester tak bardzo chciał usunąć Ciebie i Larisę? By pozbyć się ewentualnych pretendentów, gdyż nie jesteś jedynym bękartem Mieura. Co prawda Twoja matka zastrzegła w umowie, że w zamian za pomoc finansową będzie trzymać gębę na kłódkę, to jednak on wolał dmuchać na zimne. W końcu przezorny zawsze ubezpieczony.
A co mogła oznaczać eliminacja ewentualnych rywali do tronu? Oczywiście, chęć usunięcia obecnie panującego w celu zajęcia jego miejsca. Wierz mi, nie byłby to pierwszy i ostatni tego typu przypadek w historii. Ale czy to miało jakiś głębszy sens? Tego jeszcze nie wiem...
Chciałbym przy okazji wyjaśnić Ci pewną sytuację. Nie myśl sobie, że Dzieci Nocy na co dzień plamią swe imię współpracą ze ścierwem, tak jak ja wtedy, gdy wraz z Lesterem wtargnęliśmy do Twego domu. Jeśli już tak się dzieje, to z konieczności lub ewentualnych sporych korzyści zeń wynikających. W końcu z reguły nie mieszamy się w sprawy ludzi, ale czasami musimy, bo jednak nasz byt też od tego zależy. A wiedz, że eliminacja Lestera była z naszego punktu widzenia po prostu konieczna.
Wróćmy jednak do głównej treści tego listu. Zdaję sobie sprawę, że cała ta historia zapewne wydaje Ci się być nieprawdopodobna, ale dowód ją potwierdzający masz w tubie...
Mortimer porzucił dalszą lekturę listu i wręcz rzucił się na podłużny drewniany pojemnik. Otworzył go i zobaczył, że w środku...
* * *
...Larisa spoglądała na niego z portretu wiszącego na ścianie. Był jego jedyną pamiątką po niej. Wedle tego, co pisał Siger, sporządzono go tuż przed jej wyjazdem na służbę do Mieura, by Dodha mogła popatrzeć na córkę w momencie tęsknoty.
Na obrazie nie wyglądała na wyniszczoną chorobą kobietę, którą stała się przez ostatnie lata. Jej oblicze nie było też oszpecone paskudnymi ranami zadanymi przez Lestera. O nie, na malowidle była młodą dziewczyną w pięknej dworskiej sukni, ze złotym wisiorem na szyi i charakterystycznymi dołeczkami na policzkach, pojawiającymi się na nich za każdym razem, gdy się uśmiechała. Mortimer zawsze spoglądał na wizerunek matki gdy chciał, by powróciły te najlepsze wspomnienia i odwzajemniał jej piękny uśmiech, szczerząc do Larisy swe krzywe zęby i przerośnięte kły.
Wspomnienia dzieciństwa...
* * *
...co się z nimi stało?! Dlaczego nie powróciły?! Co to miało znaczyć?!
Gwałtownie rozwarł powieki i zerwał się z podłogi, przechodząc z pozycji horyzontalnej do siedzącej. Nie mógł w to uwierzyć, ale po raz pierwszy od momentu, gdy stał się stworzeniem nocy, coś było w stanie go przestraszyć. Wszystko przez to, że zamiast obrazów z przeszłości, miał wizję...
- Matko, co to miało znaczyć? – zapytał kierując spojrzenie na portret Larisy. – Dlaczego mi to wszystko pokazałaś?
Mortimer wpatrywał się w obraz, oczekując odpowiedzi, ale ta nie padła. W piwnicy, która była jego kryjówką, rozchodził się tylko dźwięk ciężkich oddechów wampira oraz kapanie wody cieknącej z sufitu. Nie wiedział czy było to spowodowane gmeraniem gryzoni, partactwem wykonawców tego dawno opuszczonego budynku czy też po prostu niszczącym działaniem czasu, ale wiedział natomiast, iż jeśli z miejsca, na które teraz zerknął płynie woda, to bez wątpienia na zewnątrz pada deszcz (choć raz zdarzyło się, że krople pociekły stamtąd nie z powodu opadu atmosferycznego, a dlatego, że jakiś obdartus z biała grzywą, medalionem z głową wilka na szyi i wielkim mieczem wybrał sobie akurat to miejsce na wypuszczenie uryny ze swego organizmu; Mortimer nie rozerwał bezczelnego natręta na strzępy, tylko go przepędził, gdyż, jak się szybko okazało, rzeczony osobnik był dobrze wyuczony w sztuce władania mieczem, znał nawet proste czary, ale naszemu bohaterowi w końcu udało się przekonać białowłosego, że to nie za jego głowę wojownik miał dostać nagrodę; jeśli zaś chodzi o piwnicę Mortimera, to mimo, iż jakimś cudem udało mu się ją wywietrzyć, to jeśli noc była gorącą i powietrze w lochu robiło się duszne, nadal dało się wyczuć denerwujący zapach szczyn). Do podziemnej komnaty wdarł się cichy, basowy pomruk, marna pozostałość monumentalnego grzmotu błyskawicy, która uderzyła niedaleko jakby na potwierdzenie słów Mortimera. A niech sobie leje, pomyślał, to i tak nie ma teraz większego znaczenia...
Skierował swe spojrzenie z powrotem na portret matki i zamarł. Postronny obserwator nie dostrzegłby żadnych zmian w stosunku do stanu sprzed kilku chwil, ale nasz bohater do owych postronnych nie należał. W końcu on znał ten obraz kawałek po kawałku, odcień po odcieniu, linia po linii, plama po plamie.
Wyraz twarzy Larisy nie uległ żadnej zmianie. Za to jej oczy... Te oczy wyrażały...
No właśnie, co? Tego nie wie nikt, nawet ja, czytelniku. Jedynym, który mógł zrozumieć po głębokim spojrzeniu w oczy rodzicielki był Mortimer.
- Tak! – krzyknął wstając. – Zrobię to! Obiecuję!
Narzucił na siebie swój czarny strój, a na to łachmany, które niegdyś nosiły dumną nazwę „ubranie”, a obecnie mogły służyć jedynie jako okrycie dla żebraka lub szmaty do mycia podłóg w prowincjonalnej twierdzy; przełożył przez ramię starą skórzaną sakwę, wypełnioną głównie pojemnikami z adreninem, katz’em i paroma innymi eliksirami oraz przydatnymi drobiazgami, po czym ruszył w kierunku wyjścia ze swej kryjówki. Gdy stanął na progu obejrzał się za siebie i jeszcze raz popatrzył na wizerunek Larisy.
- Wrócę po ciebie jak tylko zrobię to, co muszę. I już nigdy więcej nie będziemy spać w tej norze. – rzekł Mortimer.
Wbiegł po schodach na górę i wpadł w objęcia nocy, swojej drugiej matki. Poczucie misji dodawało mu sił. Wiedział jednak, że owe przeświadczenie nie jest wystarczające i należy coś upolować, by zaspokoić głód, wyostrzony upuszczaniem sobie krwi. W końcu nikt przecież nie wyrusza w taką podróż z pustym żołądkiem...
Opole, 12 listopada – 23 grudnia 2004
NoNamemaN
[ nonameman@tlen.pl ]
|