|
-Prolog-
Naprawdę źle zaczęło się dziać wtedy, gdy TO pokazało się na niebie.
Wcześniej ludzie się wyrzynali zwyczajnie, ktoś komuś na polu bitwy wepchnął kawał ostrego żelastwa w bebechy, wieczorem dobijano rannych, zgarniano łupy, obie strony wracały do domów, a zmieniało się tylko to, kto komu będzie płacić daninę. Przetasowania następowały tylko na górze drabiny społecznej – podstawy pozostawały względnie nienaruszone.
Nie tym razem.
Wojna i wszystko co szło razem z nią – głód i zaraza – zbierała potężne żniwo, służąc czwartej sile: śmierci. Jeden z niewielu rycerzy, który uszedł z życiem z Rzezi pod Commą, majaczył coś o czarnych oparach wydobywających się z ziemi podczas bitwy i zarzekał się, że nad polem pełnym zmasakrowanych ciał unosiła się czarna postać z ogromną kosą. Z Mewisaan, stolicy Mewisu, wieści nie docierały już od dawna – po opanowaniu zarazy i pokonaniu Bezgłowego, wielkiego potwora – czarodziejka Zila zamknęła się w pałacu i kazała zamknąć bramy na cztery spusty; ostatnią wiadomością było to, że najprawdopodobniej zaraz wybiła resztę członków Kapituły i Zila jest jedyną właścicielką mocy i wiedzy tej organizacji.
Gdzie by nie spojrzeć, płonął ogień wojny. Nawet najmniejsza waśń stawała się powodem do ataku i to nie tylko w przypadku zawsze skorych do wojen królów ludzkich; za broń chwyciły krasnoludy tocząc podziemne wojny z istotami czającymi się w niższych jaskiniach. Na terenie elfickiej enklawy S’elednil po raz pierwszy w historii elf zamordował przedstawiciela swojej nacji. I nawet na spokojnych, rolniczych terenach w środkowej części kontynentu, po których wojna do tej pory przetaczała się niczym stopa po świeżej trawie, czyli przyginając do ziemi, ale nigdy nie łamiąc, płonęły całe wsie, choć żadne wojsko tam nie zawitało... Nienaruszalne reguły które do tej pory stanowiły ostoję znanego świata, zostały złamane.
Nie pozostawało to bez odzewu; pierwszym objawem było zbiorowe samobójstwo plemienia leśnych elfów z Arebein na północy, gdy wojska Palateku wycięły około połowy ich świętych lasów, przeznaczając drewno na machiny wojenne.. Gdy magicznie ożywione stalowe zbroje opierały się strzałom elfów ze wspomnianej enklawy S’elednil, tamtejsi magowie otworzyli magiczny portal, przez który w szybkim tempie przeszła cała społeczność; jedyne co zastali wkraczający rycerze to puste domostwa naznaczone czerwonymi malowidłami. Nieprzypadkowo na czerwony barwnik wybrano kokony b’terni, które przedwcześnie otworzone rozsiewają potworną chorobę... rycerze nie zdążyli jej zanieść do miast i musiał to zrobić za nich wiatr.
I nawet ci, którzy zwyciężali zaraz kłócili się między sobą o podział łupów i walka trwała nadal... szał ogarnął większość świata. W Nienazwanych Górach na południu odezwał się od tysiącleci nieczynny wulkan piekąc żywcem walczących w jego pozornie wygasłym kraterze krasnoludów i gobliny; zupełnie tak, jakby sama ziemia płonęła od wewnątrz i chciała wszystko zniszczyć. Szalejące Morze Zachodnie zatopiło wiele statków i wyrzucało na brzeg nieznane potwory, które do tej pory bezpiecznie kryły się w jego mrokach. Ludzie wpatrywali się w niebo z nadzieją, że póki ono pozostaje spokojne, to jeszcze jest dla nich nadzieja...
I gdy błękit zmienił się w krwistą czerwień i pojawiło się TO, czego nie przepowiedział żaden prorok w swojej najbardziej psychodelicznej wizji... wtedy i ostatnie punkty na mapie świata, które pozostawały nienaruszone przez płomień wojny, zaczęły poważnie powątpiewać w swoją szczęśliwą przyszłość. Ale nim do tego doszło... nim do tego doszło, młody rycerz Mordred wlał w usta Inrami kubek wody do której wrzucił resztkę leczniczych ziół, wznosząc przy okazji modły do dowolnego bóstwa które akurat teraz go słuchało, aby ten koszmar się nareszcie, kurwa, skończył...
-1-
- A ja mam takie pytanie – ciszę przerwał drżący głos, należący najprawdopodobniej do bardzo wystraszonego młodego mężczyzny – co było, na bogów?
- To było wielkie „bum”, tyle zauważyłem – odpowiedział Sedy’emu Kristo.
- Raczej wielkie „jeb” – podsumował Gristel. – Prawie urwało mi ramię, to wam jeszcze powiem – oznajmił i splunął w stronę ogniska, zerkając z ukosa na Serubi, która nic nie mówiła, tylko siedziała oparta o kamień, obejmując kolana rękami, niczym mała, przestraszona dziewczynka. Gristel zrezygnował z kolejnej próby wyciągnięcia od młodej czarodziejki jakiejś opowieści co do tego, co stało się dzisiejszego ranka. Jeszcze będzie czas, pomyślał. A przynajmniej taką mam nadzieję, dodał szybko.
- Eee, ja wiem, że to może nie na miejscu jest pytanie i w ogóle... – skrzekliwy, przytłumiony głos należący do Xethonara rozległ się z noszonej przez Kristo sakwy – ale co teraz robimy?
Jedyną reakcją była cisza. Dopiero po chwili Gristel poruszył się niespokojnie przy ognisku, ponownie splunął (po zdarzeniach dzisiejszego dnia ciągle czuł popiół i piasek w ustach) i burknął niewyraźnie:
- A czy myśmy do tej pory robili cokolwiek?
- Co masz na myśli? – podniósł głowę Kristo. – Przecież cały czas coś robiliśmy, my, jako drużyna... uciekaliśmy z więzienia, pomagaliśmy krasnoludom... ostatnio to mieliśmy nawet polować na smoka! – Kristo usiłował wykrzesać z siebie trochę wesołości, jednak iskra to było zdecydowanie za mało na czarną dziurę, jaką w tej chwili stanowił nastrój Gristela.
- No ale co z tego? – rzucił w odpowiedzi półork. – Już spory kawałek czasu się tułamy po świecie... widzieliśmy początek tego całego wojennego piekła, widzieliśmy niektórych graczy na tej planszy... i wszystko co do tej pory robiliśmy to spieprzanie przed ich planami... uciekając jednym wpadaliśmy w łapy drugich – bard znowu splunął. – I te wszystkie nasze „przygody” – słowo zostało wymówione z wyraźną ironią – nigdy nie wynikały z naszej woli, cały czas łaziliśmy gdzie nas nogi poniosą, bez celu... i tylko w Wyrtten, po tym wygranym konkursie, mieliśmy jako taką chwilę wytchnienia...
Wszyscy zgromadzeni przy ognisku przypomnieli sobie chwile błogiego lenistwa, i gdy wrócili z krainy marzeń i porównali swoją aktualną sytuację do tego, co było wcześniej... znużenie które opadło na ich barki było tak wielkie, że nikt już się tego wieczora nie odezwał, każdy – starając się nie spoglądać towarzyszom w oczy – ułożył się do snu. Po chwili dało się słyszeć spokojne oddechy pogrążonych we śnie trzech mężczyzn... tylko Serubi nie spała. Nie mogła, nie po tym czego świadkiem była dziś rano... ta scena powróciła po raz niewiadomo który przed jej oczy.
-2-
Była na siebie wściekła, że tak mało jest w stanie sobie przypomnieć, że zamiast skoncentrować się na czymś naprawdę istotnym, na białej magii, na czymś, co mogłoby się komuś przydać, zgłębiała tylko durne sztuczki, fajerwerki, dzięki którym mogła teraz co najwyżej zagotować wodę. Te strzępy białej magii, które pamiętała, wystarczyły do powstrzymania krwotoku z rozoranego uda Inrami, ale to było mało, dużo za mało. Widziała bierność i przerażenie Gristela, Sedy’ego i Kristo, podświadomie wyczuwała, że oni już pogodzili się z rychłą śmiercią Inrami i miała ochotę za ten brak wiary sprawić jak największy ból aby im uświadomić, jak bardzo się mylą. Rozglądała się wkoło w poszukiwaniu jakichś magicznych ziół czy innego cudu, który mógłby pomóc, ale znajdowali się na pieprzonym pustkowiu, nie poznawała żadnych roślin, nie było skąd wezwać pomoc i medyka. I kiedy odpadają racjonalne metody, naturalnym odruchem jest kierowanie swoich próśb do sił nadprzyrodzonych...
Do świadomości Serubi wkroczyła myśl, którą kilka lat szkoleń szczelnie zaryglowało za potężnymi wrotami i zdaniem nauczycieli młodej czarodziejki, uczyniono to skutecznie. Nie mieli racji, nie przewidzieli ekstremalności jej obecnego położenia... Na szczęście cały personel akademii, w której szkoliła się Serubi, został wybity przez zarazę i profesorowie czarodziejki już nie wykryli, co ta zamierzała zrobić, by uleczyć Inrami. Nie dowiedzieli się, że w ciągu tej krótkiej chwili, gdy ważyły się na szali życia losy Inrami, Serubi postanowiła poprosić o pomoc Berezena z Otchłani.
Nawet nie przypuszczała, że będzie to takie łatwe.
Granica między tą rzeczywistością a wymiarami piekielnymi nigdy nie była zbyt gruba; często zdarzały się rozmaite „wypadki”, jak łagodnie określano wyprawy różnych demonów do bezbronnych wiosek. Na szczęście przez szczeliny rzeczywistości mogły się przedostać tylko niewielkie istoty; gdy człowiek zapragnął odbyć taką wycieczkę, wymagało to naprawdę sporego wysiłku. Jednak obecne naruszenie porządku świata, połączone z ogromem determinacji Serubi i świeżością myśli o popełnieniu tak zakazanego czynu jak zwrócenie się do Berezena z Otchłani sprawiło, że stało się to dla młodej czarodziejki bardzo prostą czynnością. Niesprecyzowanym ruchem, jakby już magia przejścia kierowała jej rękami, chwyciła nóż i wbiła go sobie w dłoń.
- Co ty... – zaczął Kristo, ale Serubi już nie usłyszała końcówki zdania, rozmyła się ona w trwające w nieskończoność „yyy”, a umysł czarodziejki znalazł się piekielnym ogniu.
***
Z wielu przekazywanych z pokolenia na pokolenie legend można wyciągnąć wniosek, że im większą moc posiadł mag, tym bardziej słabował na umyśle na starość. Berezen był bardzo potężny. Właściwie to powinien być patronem wszystkich akademii i szkół magii, gdyż tak wiele odkryć w tej dziedzinie dokonało się za jego przyczyną... Gdyby tylko Berezen nie rzucił wyzwania jednemu z pomniejszych lordów piekielnego wymiaru i, co gorsza, prawie że wygrał. Ślady tej potyczki do dzisiaj można znaleźć w jednej z górskich kotlin, pod postacią licznych kraterów, kikutów drzew i spalonej ziemi. Diabli lord przystąpił do zmagań pewny swego, ale gdy zaczął przegrywać, zdecydował się na desperacki krok... Co się dokładnie wydarzyło, nie wiadomo – grunt, że Berezen i demon stali się jedną istotą, która zaczęła siać postrach wśród okolicznej ludności, a połączona potęga maga i lorda stanowiła zagrożenie tak poważne, że nawet patrzący na siebie wilkiem adepci wszelkich szkół magii zjednoczyli się i odesłali tą istotę do drugiego świata, gdzie mogła egzystować – czyli do piekielnego wymiaru, choć nie byli zdolni zniszczyć całkowicie przynależności tej istoty do świata ludzi. Dlatego też Berezen z Otchłani mógł i lubił się kontaktować z młodymi adeptami magii... wykorzystując swoją moc i złą wolę nigdy słuchający jego porad dobrze na tym nie wyszedł, a spektakularne wypadki w stylu spopielenia czy rozerwania były całkiem powszechne. Obserwując zachlapany posoką i flakami pokój studenta magii profesorowie zwykli kiwać głowami, cmokać w zamyśleniu i powtarzać znaną mantrę „słuchali Berezena z Otchłani”, po czym wzywali sprzątaczy.
Serubi właśnie szła na spotkanie Berezena z Otchłani w jego własnym piekielnym wymiarze.
Wiedziała, że to było wariactwo tak ogromne, że nawet mogło się udać. Przejście było straszne, miała wrażenie że pali się żywcem i na którejś z pośledniejszych płaszczyzn egzystencji tak w istocie było. Teraz podążała korytarzem jakiejś jaskini, oświetlonym pochodniami, i za wszelką cenę starała się w te ściany nie wpatrywać, nie dopuścić do mózgu informacji, że one się ruszają, bo są zbudowane z ludzkich ciał. „Dopóki ściany nie zaczną wrzeszczeć, to będzie dobrze” – dopiero teraz to powiedzenie jej profesora z akademii magii nabrało dla niej sensu. Wiedziała, że jej pojawienie się tutaj nie przeszło niezauważone i że Berezen z Otchłani już na nią czeka; właściwie mógłby ją spalić, wcielić w swoją jaźń albo posiąść w jakikolwiek inny sposób w każdej sekundzie, ale jej determinacja zaciekawiła go; stąd to przedstawienie z żywymi ścianami. Bawi się. I w tym Serubi upatrywała swoją jedyną szansę na powodzenie.
Właściwie nie było żadnym zaskoczeniem, że za zakrętem znajdzie się wielka sala, a Berezen z Otchłani przybierze postać ognistego potwora siedzącego na tronie. Cały plan (jeśli można mówić o planie) polegał na dotarciu do tej ludzkiej części tej istoty, bo o tej wiedziała sporo i potrafiła to wykorzystać. Ta część, która była kiedyś magiem Berezenem była znudzona, potwornie znudzona wiekami spędzonymi w tym wymiarze... to była szansa.
Na pewno nie mogła w tej sytuacji uklęknąć i błagać, bo tego siedząca przed nią istota oczekiwała; należało działać inaczej. Po chwili namysłu, Serubi zaczęła.
- Czy wiesz, że świat ogarnęła wielka wojna? – jej głos odbił się echem i zabrzmiał w tej pustej hali tak niezwykle, tak nie na miejscu, że wszelki ruch ścian ustał, jak gdyby istoty żyjące w ich wnętrzu zatrzymały się by posłuchać, z jakim to dziwem mają teraz do czynienia. Serubi, zadowolona z efektu, mówiła dalej. – Wszelkie nacje rzuciły się sobie do gardeł... przebudziły się starożytne bestie...
- Bezgłowy, wiem – odezwał się Berezen z Otchłani, poruszył z lekka na tronie. – A wojna... owszem, jej echa docierają aż tutaj – stwór uśmiechnął się do siebie. – Mów dalej.
- Otóż mam kogoś... kto może na losy tej wojny wpłynąć... – improwizowała Serubi. – To jest... – szybko szukała w pamięci – potomkini Meariona, Przyjaciela Smoków... i o jej moc ujarzmiania smoków walczy kilka rodów... bardzo potężnych rodów... i... i jeśli pomożesz mi ją uleczyć, to pomieszasz wielu ludziom szyki i skomplikujesz ich plany – zakończyła szybko.
Zapadła cisza, w tej chwili ważył się nie tylko los życia Inrami, ale też i istnienia duszy Serubi.
- To ciekawe – odpowiedział w końcu Berezen z Otchłani. Serubi jeszcze nie odważyła się odetchnąć, bo wiedziała, że... – a co dostanę w zamian, zakładając, że zgodzę się uleczyć tą... potomkinię Meariona? – Berezen z Otchłani spojrzał na Serubi, rozpierając się na tronie.
- A czego, yyy, chcesz? – Serubi zaczęła sobie powoli zdawać sprawę z tego, co może chcieć od niej potężna istota, będąca w połowie starym, znudzonym magiem, a w połowie demonem. Przełknęła głośno ślinę.
- Oj, przecież wiesz... – płonący demon wstał z tronu i zaczął powolnym krokiem zbliżać się do niej, lekko pochylony, niczym zwierzę gotowe do skoku. – Wiesz to, widzę w twoich oczach... – skoczył do przodu a ona nie mogła mu się sprzeciwić i musiała ulec jego żądzy, mając na względzie życie Inrami i miała tylko nadzieję, że jej poświęcenie nie pójdzie na marne, że to się skończy i wszystko będzie dobrze, i będzie można to zapomnieć, wyrzucić z głowy i że nikt się nigdy nie dowie...
***
- ...robisz!? – Kristo skończył swoje zdanie a Serubi wyjęła ostrze z własnej dłoni; była ogłuszona jakimś hałasem. Dopiero docierający do mózgu ból z rany w ręce ją przebudził i przywrócił do tego świata, w którym minął zaledwie ułamek sekundy. Powoli dochodziła do siebie, jeszcze nie docierało do niej że klęczy na tym spalonym skrawku ziemi, a nie leży na obrzydliwych, wilgotnych i żywych posadzkach w wymiarze Berezena z Otchłani, że padają na nią ciepłe promienie słońca, że twarz owiewana jest przez ciepły wiatr, porywający ze sobą popiół, którego było dookoła aż w nadmiarze.
- Inrami...! – krzyknął Sedy i to przywróciło jasność myślenia czarodziejce; skupiła wzrok na osobie, przy której klęczała...
Inrami była przytomna; więcej, rozglądała się wokoło zdziwionymi oczyma, jakby zapadła w głęboki sen i obudziła się nie w tym samym miejscu, w którym położyła się spać. Poza tym – nic jej nie dolegało, żadnych śladów czy blizn po odniesionych niedawno ranach... cud. A raczej działanie Berezena.
- Co się stało...? – zapytała rozespanym, niewinnym głosem, tak bardzo nie pasującym do sytuacji, że Serubi się w tym momencie rozpłakała.
- Chyba nie dotarło za pierwszym razem, to może ja się spytam ponownie: co teraz? – to Xethonar postanowił przerwać kłopotliwą ciszę.
- Ja bym proponował dotrzeć do jakiegoś miasta... jeśli jest tu w ogóle jakieś na tym zadupiu... – powiedział Sedy.
- Chodźmy już. – Szepnęła Inrami, która jak najszybciej chciała opuścić spaloną ziemię, miejsce śmierci smoka Groula... czuła, że ma w głowie jakąś zaporę, jakieś dziwne pulsowanie w głębi czaszki, a samo błądzenie myślami w tych okolicach przypominało ostrożne macanie koniuszkiem języka bolącego zęba; wiedziała, że gdy naciśnie choć trochę mocniej, to ból przeszyje ją niczym błyskawica.
Szli przed siebie aż do południa; było ciepło, po wyjściu ze spalonego obszaru poruszali się przez rozległe, trawiaste równiny. Całe napięcie powoli z nich opadało; zaczęli nawet śmiać się i żartować. Doszli aż do doliny, gdzie szeroko rozlał się strumień, tworząc rozległe bagno; dalej już widzieli tylko ścianę lasu. Zmęczeni nie tyle samym marszem, co wrażeniami z poranka, postanowili w tym miejscu urządzić sobie dłuższy popas. W końcu czy im się dokądś śpieszyło?
Rozmowa toczyła się nieśpiesznie, leniwie, ale niosła ze sobą ciężar powoli staczającej się ze zbocza lawiny. I w końcu musiało dojść i do tego pytania...
- Inrami... co się właściwie tam stało, gdy rozmawiałaś z Groulem? – po tym pytaniu Kristo na kilka minut zapadła cisza.
- ...Rozmawialiśmy, to pamiętam... to było coś ważnego
czuła pulsowanie skroni
nazywało się „koniunkcja”
ból narasta
i Dziewica Ogn...
Błyskawica przeszyła jej umysł i rzuciło jej ciałem na ziemię, a Serubi natychmiast przypadła do niej; Inrami nie była w stanie myśleć o tej zakazanej rzeczy, nie chcąc się narazić na ból. Kristo zadał kolejne pytanie dopiero wtedy, gdy Inrami usiadła prosto i obdarzyła go zakłopotanym uśmiechem:
- Czy pamiętasz co spaliło ziemię? Czy spadło coś z nieba?
Inrami bała się trochę przypominać sobie ten fragment ale, o dziwo, przyszło jej to z łatwością.
- To... wyszło spod ziemi... – powoli kojarzyła fakty, ale szybko układały się one w jeden, spójny obraz. – Płonęło... jakby przywołaniec, to nie był demon, widziałam u magów Celiki podobną istotę... Groul rozłożył skrzydła, ale ten przywołaniec... skoczył... i chyba eksplodował... tyle pamiętam.
- Przywołaniec, mówisz – zamyślił się Gristel. – Ale kto go mógł wezwać?
- Ognisty... zamyśliła się Serubi. – Może to fałszywy trop, ale w akademii w moim mieście był ktoś, to specjalizował się w takiej magii i był w stanie stworzyć istotę zdolną zabić smoka... oczywiście nie potrafiła wyczarować nic innego – prychnęła czarodziejka.
¬- Ona? – Kristo wykazał podejrzane ożywienie.
- Zila, z akademii... taka suka, która szwendała się z tyłu za profesorami i nie dostrzegała tego, że reszta osób z akademii ma ją gdzieś – Serubi wróciła do swojego zwyczajowego nastroju. – A ile było różnych historii co Zila musiała zrobić żeby dostać się do kadry w akademii...
- To ciekawe! – wtrącił się Kristo i poruszył niespokojnie, jakby nagle zrobiło mu się niewygodnie.
- Może opowiedz nam więcej o tej Zili – Gristela do tej pory nie opuścił ponury nastrój.
- W porządku... ale nie mam pojęcia po co taka płotka jak ona miałaby wysyłać ku nam swój – jedyny udany! – czar...
- Szara eminencja – cicho odezwała się Inrami, jakby do siebie – tak naprawdę tyle czasu obserwowała, śmiała się w duchu, rzucała swobodniewszystkieczaryzktórymi nie tylko studencialeteżiprofesorowie mieli takwielkieproblemy a teraz ona patrzy nanasiobserwuje – oczy Inrami robiły się coraz większe w trakcie tego niepowstrzymanego słowotoku, jakby ktoś to mówił za nią, a ona nie mogła przestać – widziboisięmniebojestemdziewicąognia iwkrótcejużniedługo mogęsiępojawić ujejdrzwiiwydrzeć władzęktórąniedawnoobjęła uczciwie przeztewszystkielataponiżeń i... ...o bogowie, ona nas widzi, teraz, w tej chwili! – Inrami zdołała wypluć wreszcie własne słowa niczym człowiek bliski utonięcia wypada na brzeg i wypluwa wodę, która zebrała mu się w ustach.
***
- Więc odkryła już w sobie dar czytania w umysłach, już nie ma odwrotu... ona albo ja – mruknęła do siebie siedząca przed ogromnym lustrem Zila, wykonała kilka gestów dłonią i po dwóch sekundach obraz, który widziała w lustrze, zapłonął.
***
Z bagna wynurzył się ognisty przywołaniec Zili, wznosząc kłęby pary wodnej, i skoczył ku siedzącej i usiłującej złapać oddech Inrami. Pierwszy zareagował Gristel i, nie mając czasu na sięgnięcie po lutnię z ukrytym w niej toporem, usiłował trzepnąć przywołańca mocarną pięścią; poważnie się sparzył, a impet skaczącego przywołańca nieomal wybił półorkowi bark. Drugi zareagował Kristo, wyciągając miecz, przy radosnym kibicowaniu Xethonara („zajeb mu!”) i wykonał prosty sztych; ostrze wbiło się w ciało płonącego, humanoidalnego kształtu, i tam pozostało, nie robiąc przywołańcowi szczególnej krzywdy. Płonąca łapa chwyciła broń i odrzuciła daleko w bagno, gdzie miecz Kristo zatonął z cichym sykiem. Ale to dało czas Serubi na skoncentrowanie się i stworzenie czaru; użyła najpotężniejszego, który pamiętała i jedynego ze szkoły magii czasu, o szumnej nazwie Czasowy Akcelerator Alterrzeczywistości. Decyzja o użyciu tego zaklęcia pojawiła się nagle, jako reakcja na myśl, że przywołaniec mógł wybuchnąć w każdej chwili; musiała oddalić go od drużyny.
W tym momencie ognista istota już podchodziła do wystraszonej Inrami; ta (zgodnie ze swoimi naukami na obrończynię Celiki) nie zwracając uwagi na otoczenie, na możliwe konsekwencje, rzuciła się do ataku, wyciągając już w locie swoje sztylety. Kiedy dziewczyna poczuła pierwszy ból od płomieni, gdy wbijała sztylet w czaszkę przywołańca, Serubi uwolniła zaklęcie.
-3-
Ciągle widziała grymas bólu i determinacji na twarzy Inrami, gdy czarny wir pochłonął dziewczynę i przywołańca... i oboje zniknęli. Gdzie? Tego nawet sama czarodziejka nie wiedziała, gdyż to zaklęcie powodowało losowe przenosiny. Myśl o rozrywanej przez wybuch Inrami nie dawała jej spokoju; nigdy nawet nie znajdą jej ciała, nigdy nie będą mieli pewności, co się stało... czy będzie nosić tą winę do końca życia? Nie miała już łez, tylko bezradnie patrzyła się w rozgwieżdżone niebo. Nad ranem wszyscy w milczeniu ruszyli dalej, nie rozmawiając wiele, w kierunku gdzie – jak przypuszczali – mogły znajdować się jakieś siedziby ludzkie.
Około południa natrafili na trakt, pod wieczór już zasiadali za stołem w gospodzie. Serubi nie wypowiedziała ani jednego słowa tego dnia, wlokła się jakby trwała w jakimś upiornym śnie, niosła brzemię, które przygniatało ją niemal do ziemi... nie wiedziała, że swoim działaniem uratowała życie i Inrami, i reszty drużyny, ale skąd mogła to wiedzieć?
Bo Inrami znalazła się nagle w głębokiej wodzie, która szybko zagasiła ogień przywołańca, a przy okazji Zila straciła Dziewicę Ognia z obszaru widzenia magicznego zwierciadła. Nie było dla niej żadnym problemem przywoływać choćby i sto ognistych istot po kolei, ale gdy z drużyną już nie było Inrami... straciła zainteresowanie. Dziewczyna z trudem wydostała się na powierzchnię wody (czuła jak pękają jej płuca) i wywlokła się na brzeg... była zamroczona zaskakującym zwrotem sytuacji, miała liczne poparzenia od kontaktu z przywołańcem. Wlokła się przed siebie, przypadkiem trafiając do jakiejś kapliczki w środku lasu... następna rzecz którą pamiętała to to, że jakiś facet ją obmacywał i dostał od niej mocnego kopniaka w krocze i drugiego w głowę, na poprawę. Taak.
- Ała.
- Rusz się tylko a zrobię z ciebie kobietę! – Inrami wyjęła sztylety tak szybkim i sprawnym ruchem, że ostrza zamieniły się na chwilę w błyszczącą smugę i zawisły groźnie nad mężczyzną (z niezbędnym uściśleniem: „młodym”, a nawet „bardzo młodym”), a szczególnie nad jego witalnymi częściami.
- Jeszcze przed chwilą umierałaś! – młodzian okuty w zbroję oskarżycielsko wysunął palec w stronę Inrami.
- Akurat! – dziewczyna dumnie wysunęła podbródek, ale coś jej nie pasowało. – A gdzie reszta?
- Czego reszta? – w głosie rycerza można było usłyszeć zakłopotanie.
- Moich towarzyszy... gdzieś tu będą, wiesz, to wielki półork z lutnią, młoda czarodziejka z długimi włosami, taka trochę postrzelona, ciska czasem czarami na prawo i lewo, rycerz z chustą na twarzy, czasem zdaje się że gada do własnego krocza... i jeszcze Sedy, trochę wciąga szumigaju, ale w sumie to dobry chłopak... na pewno ich widziałeś!
- Nie widziałem, i chyba jestem z tego zadowolony.
- Pewnie są tu gdzieś w pobliżu; a muszę im sporo opowiedzieć, chyba zasnęłam i miałam dziwny sen... gdzie byłam Dziewicą Ognia, jakbym stanowiła ważny punkt w rozgrywce na mapie tego świata... ...ja...pamiętam to wszystko... – sama się zdziwiła, że nie poczuła ucisku w głowie, gdy tylko zaczęła błądzić myślami w tych rejonach wspomnień. Nagle pamiętała wszystko co objaśnił jej Groul, zarówno słowa, jak i wizje, które jej przekazał... jej własne niedowierzenie w swoją rolę na tym świecie... śmierć smoka, twarz Zili unosząca się nad spaloną ziemią, tej czarodziejki, która niedawno została przewodniczącą Kapituły i której sprzeciwił się... Ircaine, który zmierza w jej stronę! Wszyscy, najemnicy, żołnierze, najemni magowie jej szukali... kto zdobędzie jej moc, wygra... a ona... jest tu sama...
Nagły ogrom wiedzy, który spłynął do jej umysłu, przytłoczył ją. Rycerz obserwował, jak Inrami w geście rezygnacji opuszcza ręce i klęka na zimnej posadzce kapliczki. A jeszcze przed chwilą, gdyby tylko odważył się głośniej odetchnąć, mogła mu wyrządzić tymi sztyletami POWAŻNĄ krzywdę. W tej chwili to ona – ponownie w ciągu kilku sekund! – była zdana na jego łaskę. Podniósł się z ziemi i tylko patrzył, niepewny, co dalej zrobić. Podniosła na niego swoje zamglone, w tej chwili nawet trochę szalone oczy...
- Pomożesz mi...?
Nie mógł odmówić.
***
Gdy pomagał jej wsiąść na konia, opowiedział o tym jak znalazł ją praktycznie umierającą na katafalku w świątyni ku czci sir Lorika... a ona – choć przypomniała sobie wiele, do swojego ataku na przywołańca i zarejestrowanego kątem oka gestu dłoni Serubi... jak się znalazła tam, gdzie znalazł ją Mordred (a przynajmniej takie imię ten długowłosy młodzian podał), rycerz z powołania (a w to już nie wierzyła w ogóle) kompletnie nie mogła sobie przypomnieć. Ale zdecydowanie to nie było jej najważniejsze zmartwienie w tej chwili – wyposażeni w magiczne przyrządy (wyczuwała śliskie palce ich magii na sobie) najemnicy różnych władców ścigali ją... widać, że Przepowiednia Meariona była lekturą powszechną i – co najważniejsze – wiarygodną... albo to po prostu w obliczu zagłady ludzie zwracali się ku każdemu rodzajowi nierzeczywistego ocalenia, zamiast porządnie się zorganizować i wziąć do roboty. Szybko jednak wyrzuciła te rozważania, oczyszczając umysł i koncentrując się na tym, co naprawdę istotne – na ucieczce, po pierwsze, na odnalezieniu towarzyszy, z którymi czuła się związana mocniej nawet niż z Celiką (nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale wiedziała, że tak jest), po drugie. Ważyła niewiele i wierzchowiec prawie nie czuł dodatkowego ciężaru; pognali w kierunku, który wskazywała Inrami.
***
- Świat się wali, naokoło wojna, pewnie jakieś olbrzymie stwory grasują po świecie, wkrótce spadnie na nas zagłada z nieba, a ja tu leżę na stole, zapity w trzy dupy, jak zawsze. – Wybełkotał jakiś miejscowy filozof-amator, do którego zmuszeni byli się dosiąść Serubi, Gristel, Kristo i Sedy.
- Wy normalnie macie jakiś talent do ignorowania tego, co ważne, na przykład mnie – Xethonar odezwał się na tyle głośno, że słyszał go również siedzący obok rycerza Gristel.
¬- A o co ci chodzi? – półork pochylał się ponuro nad swoim kuflem piwa.
- Ano na przykład o to, co teraz mamy robić! – Bard spojrzał w oczy Kristo, który nosił Xethonara w sakwie, ale ten tylko wzruszył ramionami.
- Ja proponuję siedzieć na dupach i drapać się po jajach... to najefektowniejsza rzecz, którą możemy teraz zrobić. – Powiedział ociekającym cynizmem głosem i znowu zainteresował się zawartością kufla, z którą zamierzał nawiązać krótką, acz burzliwą znajomość.
- A ja myślę... – niepewnie zaczął Sedy, ale gdy zauważył, że nikt nie zamierza go uciszać i zostało mu okazane jako takie zainteresowanie, kontynuował – w końcu byliście na samym początku tego całego zamieszania. Gdy zginęła Celika i Lester... jak to opowiadaliście? Inrami zabiła Celikę? Jak to było?
- Szumigaj niszczy umysł... – wyburczał półork.
- Ja widziałem jakiegoś stwora, który stał nad ciałem Celiki, miał szpony... – Kristo podrapał się po głowie.
- Nie przypominam sobie nic takiego – Gristel podniósł głowę znad kufla, co znaczyło, że sprawa bardzo go zainteresowała.
- Stwór w płaszczu, z zakrytą twarzą, ze szponami zamiast rąk... to on urządził tą rzeźnię, w którą wkroczyliśmy. Naprawdę nie zauważyliście? Potem wbiegł w jakiś ciemny kąt i już go więcej nie widziałem...
- Płaszcze, szpony, znikanie w cieniu... to wampiry! – powiedział głośno Gristel, zwracając tym na siebie uwagę klientów gospody, ale ci szybko się odwrócili uznawszy, że postawny facet po prostu przesadził z miejscowym napitkiem, zresztą już i tak powoli nabierał typowego, zielonego koloru na twarzy.
- Cała ta wojna zaczęła się od... śmierci Celiki i Lestera... – zauważył przytomnie (wyjątkowo jak na niego) Sedy.
- Czyżby stały za tym wampiry? Olaboga. – Skomentował cierpko beholder.
- No, może nie będziemy się jednak tylko drapać po jajach – półork uśmiechnął się do siebie. – Wampiry nie lubią podróży... widać ten miał siedlisko gdzieś w mieście... stęskniliście się za Maab?
- Tak, choć nawet nie mam szumigaju na sprzedaż – powiedział Sedy.
- Wybieramy się do Maab, tak? – Kristo też podchwycił ten pomysł.
- A żaden się, kurwa, nawet nie zastanowił, czy to miasto na przykład jeszcze istnieje – powiedział Xethonar, ale nikt go nie słuchał. Oprócz Serubi, ale ta nic nie odpowiedziała.
-4-
Podążali na północ, bo tak prowadził trakt i w miarę bezpieczne obszary kontynentu. Kilka razy bywało gorąco, gdy musieli ukrywać się przed maszerującymi wojskami... ale mieli doświadczenie w chowaniu się w lesie. Nie liczyli dni, które upływały im w podróży – koncentrowali się wyłącznie na tym dzisiejszym. Bardzo pomogły im znane drogi przez łańcuchy górskie – drużyna zyskała wielką sławę pomagając zwalczyć wspólnego wroga – karłów – i skoncentrowane na toczeniu wojny krasnoludy przeprowadziły ich ciemnymi korytarzami, które ich osłaniały od oczu wojsk ludzkich. Wprawdzie odkąd nie było z nimi Inrami nie groziło im wielkie niebezpieczeństwo, ale skoro mogli skorzystać z pomocy... krasnoludy nie były skłonne do rozmowy – oprócz podstawowej komunikacji nie przeprowadzono żadnych rozmów na temat aktualnej sytuacji – po prostu szli przed siebie ciemnymi korytarzami prowadzeni przez wymieniających się przewodników, aż stracili rachubę dni i nocy; wyszli przed bramę kiedy słońce już zachodziło, dostali oschłe „żegnajcie” i krasnoludy uznały przysługę za zakończoną, krótko i treściwie – cecha charakterystyczna tej rasy. Po krótkim odpoczynku ruszyli w dalszą drogę do celu – Maab.
Miasto, o dziwo, dotrwało do chwili obecnej w miarę nienaruszone. Owszem, obwieszono parudziesięciu „kolaborantów” po obu stronach traktu celem utrzymania motłochu w ryzach, ale większych ekscesów nie zanotowano. Ot, kilka tajemniczych śmierci, rozszarpań, gwałtów, zdemolowanych karczm... codzienność.
- Ostatni raz jak tu byłem to siedziałem w lochu! – oznajmił Kristo.
- Tak. Proponuję trzymać się razem, żeby każdy pilnował czyichś pleców... – spojrzał na Serubi, która popadała w coraz większą obojętność (od czasu zniknięcia Inrami nie odezwała się ani słowem) i zdaniem półorka wymagała opieki.
Bard, odkąd podjęli jakieś konkretne przedsięwzięcie, czyli odszukanie śladu wampira, wyraźnie się rozchmurzył; myślą o nadchodzących wyzwaniach bronił się przed trawiącym wszystkich strachem i poczuciem beznadziei, a nawet liczył naiwnie, że odnalezienie mordercy Celiki rozwiąże ich problemy... no cóż, czemu by nie spróbować. – Najpierw znajdźmy jakąś gospodę, żeby zasięgnąć języka...
- Może w „Wąsatym Knurze”? – zaproponował Kristo. – To zacna gospoda.
- Moja noga tam więcej nie postanie – Gristel spojrzał spode łba na rycerza.
- Ani moja! To tam straciłem mój cały zapas szumigaju! – zacietrzewił się Sedy.
- To był... twój szumigaj? To ty przyniosłeś tam to chujstwo?
- Tak! To znaczy nie! To znaczy to był porządny towar!
- Ale od tego się zaczęło! Bójka... więzienie... ty też tam byłeś!
- Ależ to syćko tajemnicze, oj wa! – podsumował Xethonar. – Skoro tam był Wielki Początek, to czemu nie zacząć szukać właśnie tam?
- Zresztą to całkiem niedaleko – zachęcał Kristo.
Wszyscy wnet udali się do gospody „Wąsaty Knur” i gdy weszli do środka (Gristel musiał pochylić głowę by zmieścić się w drzwiach) to właśnie rycerz najbardziej żałował tej decyzji. Gdy tylko jego oczy przyzwyczaiły się do półmroku pomieszczenia, Kristo znieruchomiał i zbladł, słowem – przestraszył się, i to bardzo.
- Co się stało? – szepnął Gristel, szturchając rycerza, by ten poszedł do przodu, bo tak to tylko zwracają na siebie niepotrzebną uwagę.
- ON TU JEST. – Grobowym głosem powiedział Kristo.
- Znaczy się on? Ale jaja! – beholder ucieszył się złośliwie. – Coś macie szczęście do siebie, a ty nie miałeś szczęścia do jego siostry...
I wtedy Gristel skojarzył osobę i również go dostrzegł; siedział przy małym stole, skupiony nad jakąś czarką; ogromny miecz był oparty o ścianę. Obok niego – również wpatrzony w misę – siedział jego nieodłączny towarzysz... niewysoka postać w czarnej szacie.
- Szybko siadajmy gdzieś, może nas nie zauważy – wybełkotał Kristo i ruszył się do najbliższego wolnego stolika z gracją nałogowego użytkownika szumigaju po wciągnięciu znacznej ilości tego specyfiku. Rycerz zwrócił uwagę wszystkich, oprócz dwóch osób siedzących przy stole, bardzo zaintrygowanych czarką (sądząc po kolorze, najprawdopodobniej to była woda), którą mieli przed sobą. Nawet knuropodobny barman (zgadliście, miał długie wąsy) wychylił się ze swojego terytorium za barem i sam zapytał, co podać gościom. Uspokojony normalną odpowiedzią („cztery piwa, biegiem, kurwa!”) szybko zapomniał o dziwnych gościach. W końcu bywało gorzej.
- Ostatni raz spotkaliśmy ich... w jaskini z tym konstruktem, tak? – Gristel spytał dla pewności. – A tak naprawdę... to chyba nawet nie zdążyłeś wyjawić nam ich imion.
- Ech... jakoś się nie złożyło. Słyszałem o nich od różnych ludzi, z wielu miast, w których byłem... i przedstawiają się różnymi imionami, ale najczęściej... mój, hm...
- Niedoszły szwagier – podpowiedział Xethonar doskonale zdając sobie sprawę, że gdyby to określenie dotarło do określanego, to Kristo miałby bardzo duże problemy.
- Eee... tego... powiedzmy... najczęściej przedstawia się jako Sanctus, a jego towarzysz, ten lisz, jako Karel. Jeśli oni tu są, to znaczy, że szykują jakąś akcję... już teraz się przygotowują, bo inaczej dawno by nas zauważyli. – Gristel znowu był zaskoczony trzeźwą oceną sytuacji dokonanej przez rycerza, który przeważnie sprawiał wrażenie mocno roztrzepanego i błądzącego w obłokach, ale już nie raz w ten sposób udowadniał, że realna ocena sytuacji nie jest mu obca. – Jeśli dzieją się jakieś niezwykłe rzeczy, to oni będą wiedzieli o tym najwięcej... ale przecież nie mogę zapytać ich ot tak, wprost. Sanctus może mnie rozszarpać na miejscu... z Karelem, jak sami widzieliście na rynku w miasteczku Zaris, da się rozmawiać, ale... jeszcze nie widziałem, by gdzieś poszli osobno.
- Nawet do wygódki? – Sedy uśmiechnął się głupkowato; dopiął się do swojego kufla i już zdążył wciągnąć połowę jego zawartości.
- To że Karel nie chodzi do wygódki to oczywiste, ale ten Sanctus też mi nie wygląda na kogoś zwykłego... – Gristel od początku przejawiał niejaką fascynację osobą wojownika dzierżącego ogromny miecz, właśnie wpatrywał się w ten niezwykły oręż.
- On jest nieumarłym. Rozmowa z nieumarłymi. Za pomocą samego umysłu. Bez dźwięku. – Zachrypnięty głos Serubi zaskoczył jej towarzyszy.
- Jesteś w stanie to zrobić? – ostrożnie zapytał Gristel, jakby miał do czynienia z bardzo kruchym naczyniem, które może spaść z krawędzi stołu przy silniejszym podmuchu wiatru.
- Normalnie nie – czarodziejka pokręciła głową i w trzech umysłach naraz pojawiła się troska o nią, bo taką sztywność ruchów obserwowali tylko u osób, którym pomieszał się umysł – ale ten tam to przecież potężna istota, wyczulona na magię... raczej się uda.
- Przekaż mu, że chcemy znaleźć... dowiedzieć się, gdzie są wampiry w Maab.
- Ktoś mi musi w tym pomóc.
Po parunastu minutach, poprzez jakąś małą i nie do końca zbadaną płaszczyznę wymiaru, popłynął obraz wezwania - typowy wizerunek wampira ze szponami, owiniętego w płaszcz, obraz nieżywej Celiki, pytanie, chęć poznania. Bard, rycerz i uczciwy handlarz nieuczciwym towarem wpatrywali się w mroczną postać; ta drgnęła, ale zaraz skupiła się z powrotem na zawartości czarki. Kristo domyślił się, że Karel w lot zrozumiał sytuację i nie chciał wzbudzić podejrzeń Sanctusa. W tym czasie Sedy wyjął kartkę papieru i położył na stole przed Serubi, wcisnął jej kawałek węgla w dłoń, tak jak prosiła. Po chwili dłoń poruszyła się, jakby sterowana, i na kartce zaczął powstawać obraz. Sedy, przygotowany, zmieniał kartki (na szczęście Serubi poleciła mu przynieść ich więcej), aż w końcu mieli cały ich plik; ręka Serubi poruszała się bardzo szybko i z nieludzką precyzją. Na szczęście Gristel przysłonił swoją posturą widok na tą czynność, aby nie wzbudzić niezdrowego zainteresowania.
Po upływie kilkunastu kartek czarodziejka wypuściła węgiel z dłoni. – To wszystko – oznajmiła. – Dalej musimy poradzić sobie sami... tak przekazał Karel.
- Nic tu po nas – powiedział Gristel. – Poznaję ten budynek... – patrzył na pierwszą kartkę, która została podsunięta Serubi. – Proponuję ruszyć na ło... to znaczy poszukiwania.
Ruszyli.
-5-
Mortimer nie miał wielkich planów na przyszłość. Nieświadomie stał się pionkiem w nieznanej mu grze, za jego przyczyną rozpętała się wojna, która powoli ogarniała cały świat, a on dał się wykorzystać wampirom z Azylu; został wyrzucony, gdy spełnił swoje zadanie. I gdy teraz obserwował, jak wszystko dookoła rozpada się w proch, a sam Azyl pozostaje niewidoczny i przez to nienaruszony, to... wypadałoby napisać, że ciśnienie skakało mu do góry, ale Mortimer ciśnienia nie posiadał, jak to wampiry. W każdym bądź razie postanowił uświadomić osoby dbające o porządek miasta o tym, że całkiem niedaleko znajduje się siedlisko potężnych i złowrogich istot. Szybko sobie uświadomił, że gdy jest się jedną z nich, zadanie może być bardzo trudne; właśnie w swojej krypcie rekonstruował obcięty kawałek powykręcanej dłoni, która – widziana z daleka – przypominała szpon. Ale już miał plan...
Mortimer nie był głupi. Umiejętność skradania się, ukrywania w miejscach, które uważano za dyskretne i odosobnione – jak zaułek za Domem Uciech Madam Margaret – pozwoliła mu usłyszeć i dowiedzieć się wiele, bardzo wiele...jak na przykład to, że za wiele, ekhem, sznurków w mieście pociągała lady Natali, zwana czasami Lodową Księżniczką. Mortimer, z racji młodego wieku w chwili przemiany w wampira, nie rozumiał wszystkich niuansów tego określenia, więc w myślach – aby było krócej – nazywał ją Zimną Panią. Też ciekawie. Lady Natali była bardzo poważana – mimo niewiele ponad dwudziestu lat osiągnęła bardzo wysoki status wśród śmietanki towarzyskiej miasta Maab. Bardzo to naszego wampira dziwiło; widział ją kilka razy i na tyle, na ile mógł ocenić patrząc z wysokości dachu lub belek stropowych, nie była specjalnie urodziwa. Zauważył bardzo dziwne zjawisko – gdy tylko lady Natali głębiej spojrzała delikwentowi w oczy, wypowiedziała kilka ogólnikowych opinii na zadane pytania, temu jakby mieszał się umysł i już wkrótce do willi lady Natali spływały kosztowne prezenty, jej zdanie budziło powszechny respekt i uznanie, w każdym, nawet najmniejszym problemie miała wsparcie ze strony możnych miasta Maab. Mortimer zastanawiał się nad tajemnicą tych sukcesów; z jego perspektywy lady Natali była cokolwiek głupia, a jej opinie strasznie naiwne i na dłuższą metę doprowadzały go do furii, gdyż nawet z najpoważniejszych kwestii lady Natali potrafiła kpić („a ta wojna to tylko zabawa chłopców, o! Tacy młodzi tam giną, chlip i smark” i wystawiała w uśmiechu język, albo o łupach wojennych z pacyfikacji rolniczego regionu Zetr: „cóż za piękne zabawki, och i ach!”), w bardzo marny sposób zresztą. I właśnie ją Mortimer postanowił wykorzystać do przekazania lokalizacji Azylu komuś, kogo to zainteresuje.
Willa lady Natali stała na odosobnionym, małym wzgórzu w północno-wschodniej części miasta Maab; budynek przypominał wręcz mały pałac, ale Mortimer nie zauważył żadnej straży – widać lady Natali była bardzo pewna swego.
Włamanie się do środka było banalne; wampir bez trudu odnalazł sypialnię lady Natali. W pomieszczeniu paliło się światło i do jego uszu dochodziły jakieś jęki; Mortimer pochylił się, spojrzał przez dziurkę od klucza, wyprostował się i zastanowił nad tym, co zobaczył i czy powinien przerywać lady Natali tą samotną zabawę. W końcu zdecydował się na bardzo niewampirze zachowanie – po prostu zapukał. Krótki szelest pościeli, i...
- Proszę! – usłyszał głos, po którym poczuł się bardzo dziwnie i niepewnie; już bardziej rozumiał zachowanie mężczyzn, którzy tracili głowy dla lady Natali. Ale po chwili nawiedziła go druga refleksja: najwidoczniej Zimna Pani jest przyzwyczajona do nocnych, niezapowiedzianych wizyt... Wtargnął do środka. Spodziewał się normalnej reakcji kobiet na swój widok; krzyku przerażenia, pisku, szamotaniny, mdlenia.
- O, jaki miły chłopczyk!
- Nie drzyj... ekhem.
- Chcesz czegoś? Mów śmiało cioci Natali!
- Tak, chcę. Musisz coś przekazać generałowi straży miejskiej...
- Łe... ja tak nie chcę! Myślałam że będzie ciekawie...
- Posłuchaj... niedaleko miasta jest...
- To takie typowe dla faceta! Tylko by brał... zawsze mnie musicie traktować jak pieska, który gdy przestał się łasić, to tylko go kopnąć na odczepkę, tak?
- To znaczy tego...
- Nie tłumacz się, nie musisz, naprawdę. To nie twoja wina, pewnie miałeś wiele problemów w życiu, mną się nie przejmuj.
Mortimer poczuł, że już dawno stracił inicjatywę w tej rozmowie. Postanowił zareagować tak, jak zamierzał od początku; zauważył krzesło i wyjął z tobołka mocną linę. Był przygotowany.
- Chodź tu.
- Nie! – lady Natali uśmiechnęła się głupkowato i pokazała język, jak to miała w zwyczaju; najwyraźniej miała zamiar po dziecinnemu droczyć się z wampirem-mordercą.
- Nie mam zamiaru się kłócić... – oczy Mortimera stały się wąskimi szparkami.
- A kto tu się chce kłócić? Nie wyolbrzymiaj. Jesteś mistrzem nadinterpretacji, no słowo daję!
Jednym susem wampir doskoczył do łoża i chwycił lady Natali w pasie; błyskawicznie doskoczył do krzesła i obwiązał niczym szynkę w wędzarni. Lodowa Księżniczka szynki na pewno nie przypominała; była strasznie chuda, biedaczka musiała niedojadać albo popadła w to pomieszanie umysłu, którego dostają bogate panny nie mogące się zmieścić w kosztowne (i smukłe) suknie i odmawiają przyjmowania pokarmów.
- Lubię tak ostro! – idiotyczny uśmiech, wystawienie języka. Mortimer zaczął być wkurzony nie na żarty.
- Posłuchaj... chodzi o Azyl. To siedlisko wampirów, oni zamierzają...
- Łe, to jest nudne!
Wampir właśnie zamierzał skrzywdzić lady Natali, gdy drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie pod wpływem mocnego kopniaka.
***
- Lepiej mu nie przerywać – Sedy chwycił Kristo za ramię, gdy rycerz właśnie zamierzał poprosić Gristela, aby ten pokazał mu pierwszy z rysunków. – W tej chwili może mieć początki tego swojego szału, lepiej go nie drażnić... – Kristo skinieniem głowy przyznał mu rację.
- To są prawdopodobne miejsca pobytu któregoś z wampirów – zachrypniętym, odległym głosem powiedziała Serubi.
- Któregoś? To jest ich wielu? – zdziwił się Sedy.
- W miastach żyje pełno wampirów... a jak myślisz, że Pan Wampir będzie się chował po lasach przed pospólstwem? – Kristo rozszerzył światopogląd Sedy’emu. – A mamy dużą szansę znaleźć jakiegoś... już jest wieczór.
- Gdy dojdziemy na miejsce, to będzie już noc – powiedział Gristel. – Znam ten dom, występowałem tam raz... nie wiem do kogo należy, ale to bogate domostwo. Pewnie należy do jakiegoś skurwiela wampira...
- I zamierzasz brać wampira na spytki, co? A dlaczego on niby ma nas nie rozszarpać na strzępy albo wypić naszą krew?
- Nieumarli boją się ognia. – Powiedziała Serubi i pstryknęła palcami; między jej palcami przebiegł drobny płomyk.
- A... aha. – Sedy pokiwał głową, zresztą wiele więcej w tej chwili zrobić nie mógł.
Kristo nabrał pierwszych podejrzeń, gdy wchodzili do bogatej dzielnicy Maab, ale postanowił nie wypowiadać ich głośno; nie chciał też przerywać zapału Gristela, jak również nie kwapił się do opowiadania pewnej historii, która by musiała wyjść na światło dzienne... aby dokładnie wytłumaczyć swoje obawy. Na razie więc rycerz milczał. A że było ciemno i nie miał pewności gdzie zdążają, bo truchtał za prącym do przodu niczym taran półorkiem, wkrótce też zapomniał o swoich wątpliwościach.
Bard przystanął na chwilę i rozglądał się czas jakiś; widać stwierdził, że jest w dobrej okolicy, gdyż ruszył zdecydowanie w poprzednio obranym kierunku. Wkrótce zabudowania się przerzedziły, aż znikły zupełnie i szli już kamienistą ścieżką przez dobrze utrzymany trawnik; wątpliwości Kristo powróciły.
Nad drzwiami wisiał ozdobny lampion, paląca się w środku świeczka dawała trochę światła; Gristel – słusznego wzrostu – zbliżył doń kartkę z rysunkiem i porównał; na skrawku papieru widniały te same ozdobne drzwi z wiszącym nad nimi lampionem.
- Ha! Dobrze zapamiętałem te rzeźby po bokach – wskazał na postacie satyrów, których twórca miał najwyraźniej kompleksy na punkcie nikłych rozmiarów własnego przyrodzenia i nadrabiał to w swoich dziełach (jak zresztą większość twórców odreagowuje w swojej sztuce własne frustracje); był to punkt wielce charakterystyczny, trzeba przyznać.
- Posłuchaj... – zaczął Kristo. – Ja chyba poznaję ten dom...
- No i?
- Hm... nic. Raczej nic. Chyba.
Półork zbył go milczeniem i naparł na drzwi; nie były zamknięte i bez problemu po chwili wszyscy byli w bogatym wnętrzu domostwa, było to widać nawet mimo panującego wewnątrz półmroku.
- Tak mi się wydaje... – kontynuował nieśmiało rycerz – że tu chyba nie znajdziemy wampira...
- Skąd wiesz?
- Bo kiedyś znałem... a przynajmniej tak myślałem... osobę która tu... rezyduje...
- I kto to? Jesteś pewien, że to nie wampir?
- Jeśli chodzi o ssanie... to znaczy tego... nie, to raczej nie wampir...
Gristel był mocno zniecierpliwiony i tylko machnął ręką na ten bełkot; ruszył w kierunku światła, które wydobywało się spod drzwi sypialni. Kiedy usłyszał przytłumione przez grube drzwi głosy, a potem łoskot – ruszył biegiem i wyważył drzwi potężnym kopnięciem.
- To wampir! – wykrzyknął półork, przestraszony widokiem szponiastego stwora w płaszczu, bo tak naprawdę nie spodziewał się że cokolwiek znajdzie; zgodność rysunku ze stanem faktcznym jeszcze nie dawała żadnej podstawy by tak sądzić. Tym większe było jego zdumienie, gdy za nim do pomieszczenia wcisnął się Kristo i krzyknął:
- Niech pan uważa!
- Co ty pierdolisz!? – półork wyraził swoje zdziwienie w najprostszy z możliwych sposobów.
- Przecież to lady Natali... nie poznajesz? Jeden z większych potworów w tym mieście... Niech pan się od niej odsunie!
Mortimer w pierwszej chwili miał zamiar się rzucić na intruzów, ale nie uczynił tego z dwóch powodów; pierwszym była oczywiście niezwykła reakcja tego osobnika z czerwoną chustą na twarzy; drugim zaś to, że ich po prostu sobie przypomniał z sali tronowej Lestera. Jaki ten świat jest mały...
- Nadal masz moją chustę, chłopczyku! – uśmiechnęła się głupkowato lady Natali do Kristo. – Miło że znowu wpadłeś, tęskniłam za tobą!
Nawet obojętna na wszystko – jak do tej pory – Serubi skierowała swoje zdziwione spojrzenie na rycerza.
- No toś sobie dojebał – podsumował Xethonar.
- Eee... proszę pana – Kristo się zwrócił do Mortimera – czy ja pana już gdzieś nie widziałem?
- To całkiem możliwe – zastanowił się wampir, podpierając szponem brodę. Gristel tylko chwycił się za czoło.
- Sala tronowa, zamek, Lester, Celika?
- No tak! To ten wampir... ojej!
- Widziałem wbiegających was do sali – powiedział głucho Mortimer. – Nasłał was Azyl? Jesteście częścią ich Układanki? Maskarady? – przybrał pozycję bojową, niczym napotkane w lesie dzikie zwierzę, które jeszcze nie ma pewności czy ma do czynienia z wrogiem, ale nie jest zbyt skore do długich rozważań.
- A co to za Azyl? – zdziwił się Gristel.
- No właśnie – dopowiedział głodny wiedzy Sedy, choć jeszcze przed chwilą o mało co nie zeszczał się w spodnie. Mortimer wyczuł od nich szczerość; wampir, jako istota nadprzyrodzona, nieumarła, funkcjonuje również na kilku innych planach rzeczywistości niż zwykli śmiertelnicy, toteż wyczuwanie emocji dla Mortimera nie było szczególnie trudne, zwłaszcza tak szczerych i silnych, jak w tym przypadku.
- Musimy porozmawiać – powiedział. – Na początek możecie mi powiedzieć, jak tu trafiliście...
***
Zebrali się przy stole w jadalni lady Natali.
- Sanctus...? Nie znam... – zastanowił się wampir. – Ale coś słyszałem... będąc w Azylu... że spodziewają się go i że będą na niego przygotowani... jeśli dobrze pamiętam... jakoś tak...
- Więc to nie ten trop... może Sanctus i Karel też szukają tego całego Azylu?
- Hehe... ja bym się tam w ich sprawy nie wtrącał... – nieśmiało wtrącił Kristo.
- Ale ich sprawy coś za często są naszymi sprawami – posępnie odrzekł Gristel. – Pomogli nam ciebie znaleźć – tu zwrócił się do Mortimera – właściwie to wiedzieli, gdzie przebywasz w tej chwili...
- Przepraszam, że przerwę rozważania szanownemu panu – zaskrzeczał Xethonar – ale skoro mamy już naszego wampira, to cóż pan zamierza zrobić teraz?
Pytanie zgasiło na chwilę półorka. Właściwie do tej pory nie zastanawiał się nad celem; chciał dotrzeć do potwora, który zabił Celikę; wprawdzie ani morderca nie był potworem, ani dotarcie do niego nie sprawiło prawie żadnych trudności... zrządzenie losu? Czy po prostu byli tacy dobrzy? Bard był w połowie orkiem, w połowie człowiekiem – miał w sobie geny dwóch najbardziej buńczucznych ras tego świata. Jesteśmy tacy dobrzy, obracał się mechanizm w jego głowie... czemu by nie uderzyć wyżej?
- Ten Azyl... podobno jest całkiem niedaleko.
- Większość wędrowców zmierzających do miasta ma go prawie pod nosem – powiedział Mortimer. – Wielka, czarna wieża, o szerokiej podstawie... dobudowano do niej potem boczne wieżyczki i teraz w sumie to bardziej przypomina zamek. Każda kasta ma osobną kapitułę w innej wieży...
- To niesamowite... jak zdołali tyle lat przebywać w ukryciu? – zdziwił się Sedy.
- Czary... potężna magia umysłu. Pojedyńczy, stary wampir potrafi oszukać nawet potężne umysły... kiedy wampiry się zorganizują, wymieniają się doświadczeniem, pracują wspólnie, co się zdarzyło chyba tylko w Azylu, są zdolni do tak potężnej magii... Inna sprawa, że nikt specjalnie nie szukał, najciemniej pod latarnią... – Mortimer upił łyk wina z kubka. – Jeśli ktoś trafia to tylko nieudani łowcy wampirów, którym się nie chce daleko wyjeżdżać. A wystarczy trochę pomyśleć... o bogowie, gadam już jak Siger... hm... jacy bogowie... – wampir czasem pozwalał sobie na takie monologi; jeszcze się nie przyzwyczaił do obecności ciepłokrwistych. A przynajmniej takiej, która trwa dłużej niż parę minut.
- Kto to jest ten Siger?
- Mój mentor... jedyna osoba tam, która mną nie pogardzała nawet po tym, gdy już przestałem pasować im do Układanki. To on zmienił mnie w wampira, widocznie decydują o tym więzy krwi... może. Ale to już mnie nie obchodzi... Wykorzystali mnie; dopóki byłem potrzebny, to należałem do nich. Ale teraz... chcę, żeby zniknęli. Świat się wali, a oni nie zasługują, by rządzić na jego zgliszczach...
I, zapytany dlaczego, opowiedział im całą swoją historię.
***
- Wszystko dobrze... – zaczął Gristel, kiedy wampir wygłosił ostatnie zdanie swoim głuchym, nieco niewyraźnym głosem i upił kolejny łyk wina z drewnianego kubka. – Ale powiedz mi, chcesz oznajmić miastu prawdę o Azylu... a czy Lester nie wiedział o nim? Nie kontaktował się z Sigerem?
- Siger jest jakby trochę poza resztą kasty... wolny strzelec. Ale przydatny, i siedzi tam prawie od początku, więc nikt nawet nie śmie go ruszyć... Siger jest bardzo potężny... tak, sam nie wiem, po co się zadawał z Lesterem wtedy... może go to po prostu bawiło. I wątpię, by Lester wiedział o istnieniu Azylu... a to, że nie mogę tam wrócić oznacza, że po prostu – dla większego bezpieczeństwa – postanowili się odciąć...
- Ale zaraz... co ci strzeliło do głowy, Morti, żeby ujawnić prawdę za pomocą tej suki? – Kristo łyknął nieco winka z piwniczki lady Natali i poczuł się zdecydowanie pewniej. Zazwyczaj stroniący od alkoholu rycerz (nie bez przyczyny zwany błędnym) wielce sobie upodobał ów trunek i wlał go w siebie już całkiem sporo. – Ona numeru domu nie pamięta – hik! – dlatego kazała zbudować go na wzgórzu...
- Zwyczajna zazdrość przez ciebie przemawia, wiesz? I ja kompletnie tego nie rozumiem, ale co mnie to... mam inne zmartwienia, na przykład teraz, ojej! zsunął mi się pantofelek... łe... – lady Natali nie przeszkadzał fakt, że siedzi przywiązana do krzesła, a w jej domu stołuje się młody wampir, olbrzymi półork, podpity rycerz, trochę podniecony sprzedawca szumigaju i milcząca, młoda czarodziejka, przebywająca w tej chwili najprawdopodobniej w stanie znieruchomienia, właściwemu schizofrenii katatonicznej.
Gristel i Mortimer przez chwilę na nią patrzyli, po czym obydwaj równocześnie upili po łyku wina ze swoich kubków.
- Aaa zamknij się, bo cię zaknebluję... dawno to powinienem zrobić... – Kristo chwiał się na krześle i wywijał pustym już kubkiem (zadbał o to osobiście) na wszystkie strony. Gristel, nieco pochmurny, chwycił go za ramię.
- Może to nie jest najwłaściwsza chwila – zaczął – ale czy jesteś w stanie nam wyjawić, skąd znasz ową damę? – półork kiwnął głową w stronę durnie wyszczerzonej młodej kobiety.
- Jak to czy jestem w stanie? Ja zawsze jestem w stanie! Ta su... to znaczy ta szacowna niewiasta – skłonił się nisko; gdyby nie oparcia krzesła, wyrżnąłby głową w parkiet – załatwiła mi to, co noszę do dziś. To przez nią musiałem opuścić przed parunastoma laty to miasto... – Ściągnął chustę z twarzy i wyciągnął głowę do góry; tak, aby reszta mogła zobaczyć bliznę na jego gardle. Mroczne wspomnienia jakby otrzeźwiły nieco Kristo, a może po prostu przestało mu być wesoło; w każdym bądź razie przestał wywijać kubkiem, skupił się i zaczął opowieść, nie pozwalając Sedy’emu dokończyć pytania, które powstało w głowach wszystkich... jak mogło upłynąć kilkanaście lat, skoro lady Natali wygląda na niewiele ponad dwadzieścia...? Rycerz zaczął mówić.
***
I zaprawdę wydarzyło się to dnya pyentnastego aprilliusa, gdy ziemia odradzała się y zielenyą pokrywała. Chłopak młody y dzielny na rycerza pasowan został, za zasługi swe wielkye tudzież męstwo na polu bitwy z orkami okrutnyemi. Damy nadobne zebrały się na turnieju, by męstwo walczących podziwyać y cnoty swe przedstawiać, by mężowi swemu przyszłemu możliwie naylepszą się wydać, jako to zostało przeznaczone rodowi niewieścyemu. Rycerz młody Kristo w szranki stanął y równych sobie nie miał, rywali mocarnych sprytem y siłą pokonywując, podziw nyewiast wyelki wzbudzając. Dostrzegł Kristo rycerz wśród tłumu dam jedną szczególną, nikomu nieznaną, a o spoyrzeniu za serce tudzież ynne organa chwytającym i zdarzyło się w ten słoneczny dzień, że młody rycerz zapałał do lady Natali miłością pierwszą w swym życiu y przez to szczerą y silną.
Tyle bajki.
Kristo był najmłodszy z elitarnego oddziału, który wyszedł z licznych bitew podczas kampanii przeciw orkom w prawie nienaruszonym składzie; a nic tak nie zbliża ludzi, jak wspólny trud bitwy. Rycerz stał się niejako maskotką zespołu; a że do niewiast był wstydliwy wielce, to gdy kumple się zwiedzieli iż Kristo ma kogoś „na oku” – uradowali się tym szczerze i dopingowali chłopaka. Pochodzący z dość bogatego rodu Kristo rozpoczął trudny i skomplikowany rytuał zalotny; posypały się pierwsze prezenty, które przyjęto chętnie, a i z adresu willi, gdzie zamieszkiwał ród lady Natali przyszła bardzo przychylna odpowiedź. I Kristo przysyłał coraz więcej podarków, lecz nadal odsyłano go sprzed drzwi, rycerz mógł uznać za sukces fakt, gdy udało mu się spojrzeć choć raz na lady Natali, siedzącą w oknie... co tylko dodawało mu nowych sił do dalszych starań. Dostawał kolejne zapewnienia, słodkie oczka i czułe słówka od lady Natali, a kasa rodu była coraz bardziej pusta... ale wiadomo – miłość. Kristo cierpiał, i to bardzo – nie rozumiał, dlaczego jego zaangażowanie jest niedoceniane... i starał się jeszcze bardziej i bardziej. W końcu zdecydował się na szalony krok... wiadomo – miłość! Chciał porwać lady Natali od złej, trzymającej ją w niewoli rodziny, w końcu ona tak go kochała... chciał ją porwać i uciec gdzieś daleko! Włamał się do willi w nocy... zdziwiło go to, że nikogo nie było w środku, żadnej służby, sypialnia przynależna głowie rodu – pusta... tylko spod drzwi do sypialni lady Natali sączyło się światło. Dziewicze serce młodego rycerza niemalże pękło, gdy zobaczył ją z innym mężczyzną, w dodatku jednym ze swoich kompanów z czasów wojen... nie pamiętał co robił w rozpaczy, czy wyszarpnął miecz, czy się rzucił na nich... obudził się w domu wiejskiego znachora, który opatrywał mu ranę szyi. Młody rycerz poczuł gorycz tak wielką, że mógł tylko leżeć bezwładnie, trwało to niewiadomo ile dni... Lady Natali go wykorzystała, chłonąc od niego prezenty i wykorzystując jego naiwne uczucie; jego kompani – przecież wiedzeli! – również okazali się fałszywi wobec niego... zdradzili. W czasie zalotów, kiedy był zaślepiony uczuciem, zmarł jego ojciec; wstyd było młodemu rycerzowi wracać do miasta, do domu...
Wrócił chyłkiem, opłacił i zwolnił służbę, sprzedał za śmiesznie niską sumę rodowy dom i ruszył w podróż, w poszukiwaniu niewiadomo czego... może spokoju ducha.
Była to opowieść, którą najlepiej byłoby określić mianem antyeposu rycerskiego; gdzie szlachetny i dumny młody rycerz wychodzi na idiotę a cna, niewinna niewiasta okazała się być potworem. Cóż, i tak bywa.
***
- Co się smucisz – zaskrzeczał Xethonar – w końcu pewnego razu znalazłeś Mnie!
- Pocieszyłeś mnie – hik! – i jestem ci bardzo wdzięczny... – Kristo napełnił kubek i wypił kolejny łyk.
- No ale dlaczego... – Sedy zaczął, niecierpliwie; lady Natali już go nie podniecała; raczej napawała go obrzydzeniem.
- Dlaczego ciągle wygląda tak młodo? Nie wiem! Słyszysz, suko? Zaraz tam pójdę i cię rozpruję, w końcu zobaczę, co się kryje pod tą sukienką! Zobaczę czy masz czarne serce i czy jest choć trochę ciepła w tobie, haha! – usiłował wyjąć miecz, ale na szczęście w ogóle mu się to nie udawało.
- Może później. – Spokojnie przemawiał Gristel. – Skoro ona jest tak znana wśród mężczyzn z tego miasta...
- Szeroko znana, powiadam, oj szeroko się jej – hik! – nogi rozkładają... offf... źle się czuję...
- Sedy, odprowadź może Kristo do łóżka... – szepnął półork. – Bo zanim wykorzystamy lady Natali do naszych planów rozbicia Azylu musimy poznać jej tajemnicę...
- To teraz to są już „nasze plany”. – Mortimer zastanawiał się przez jakiś czas. – Podoba mi się to – dodał po chwili.
***
Podeszli do niej we trójkę; półork, wampir i czarodziejka. Prawie całą twarz Serubi zasłaniały długie, nieuporządkowane włosy, jednak można było dostrzec pomiędzy nimi podkrążone oczy i bladą twarz, choć wymagało to odwrócenia uwagi od jej dłoni, po których teraz igrały wesoło malutkie płomienie.
- Kim jesteś? Gadaj!
- Nie wiesz, głuptasku? – lady Natali przymilnie przekrzywiła główkę. Serubi uderzyła ją w twarz. Nie było to zwykłe spoliczkowanie, lecz silny sierpowy; jednak najwyraźniej nie wywarło to wrażenia na lady. – Pfff... i nic więcej. – Na podkreślenie swych Przerażających Słów Natali zacisnęła usta. Oczy Gristela rozszerzyły się, bo przecież to był silny cios, a na twarzy lady nie było najmniejszego śladu.
- To inaczej pogramy, suko. – Serubi powiedziała to głuchym, zachrypniętym głosem i dwaj pozostali jej towarzysze już wiedzieli, że potraktowała sprawę osobiście. Odsunęli się na kilka kroków. – To teraz szczerze. Widzę, że masz magiczny pakt z jakąś istotą; magiem, demonem... Nie wiem z kim. Teraz mi to powiesz. – Odpowiedzią było bezmyślne spojrzenie wielkich oczu. – A może... jesteś tylko kukłą, marionetką? Powiedz mi – odgarnęła włosy z twarzy i Gristel aż się wzdrygnął, jak jego towarzyszka podróży zmizerniała przez ten cały czas i poczuł się winny, że tego wcześniej nie zauważył – czy gdy rozbiję tą śliczną główkę, to na twoje miejsce przyjdzie następna kukła? Czy tylko jesteś skorupą, którą ktoś wyjadł prawie do cna i wykorzystywał... właśnie. Po co? Kto? Jest tam ktoś jeszcze za tymi oczkami? Boisz się...? – Nagle chwyciła obiema rękami twarz lady Natali i zajrzała jej prosto w oczy; z ogromnym impetem wstrzeliła swą jaźń w to, co – przynajmniej w teorii – było umysłem lady. Nie znalazła tam prawie nic, oprócz kilku sznurków i węzłów odpowiadających za proste funkcje i reakcje; nieco bardziej skomplikowana forma nakręcanego zegara, zaszczepiona w pustym już umyśle. Serubi spojrzała głębiej i zobaczyła tą, o której wspomniała Inrami, zanim... zanim zdarzył się ten nieszczęśliwy wypadek (zanim ją zabiłam), ona ją widziała... to Zila, Zila Venice, aktualna Mistrzyni Kapituły, rady najpotężniejszych magów, mająca dostęp do najgłębiej ukrywanej wiedzy... Stoi teraz odwrócona, trzyma kogoś za rękę, to... jestem ja! Młodsza... nie... to... czyżby? Malutka Arubi, tak urosła? Co Zila z nią... odwraca się, widziała cały czas, że tu jestem, teraz ona patrzy przez moje oczy do mojego wnętrza, wycofuję się, biegnę w tył nie widząc co jest za mną, płomień, ogień...!
Głowa lady Natali eksplodowała kulą ognia, która objęła również trzymającą ją Serubi; czarodziejka upadła na posadzkę, Gristel zerwał skądś jakiś kawał szmaty i natychmiast przykrył dziewczynę, gasząc palące się włosy. Kątem oka widział, jak ciało przywiązanej do krzesła kobiety wybrzusza się nienaturalnie, jakby w środku siedziały głodne demony które nie mogą doczekać się wyjścia na zewnątrz, ale zareagować już nie zdążył. Uczynił to Mortimer.
Odłamki szkła wyprysnęły na zewnątrz i razem z nimi wampir, który wbił jeden szpon w bark półorka, drugą kończyną górną chwycił za resztę niespalonych włosów czarodziejki. Sekundę po tym jak upadli na trawnik, kładąc się na nim, nastąpił wybuch i wewnątrz willi rozszalało się inferno; górne piętro zawaliło się chwilę później. Gristel nie pamiętał, jak długo leżeli; wiedział tylko, że pierwsze, co zrobi gdy już odzyska kontrolę nad swoim ciałem, to zapyta co z Kristo i Sedym, choć nie spodziewał się żadnej odpowiedzi.
- Ale pierdolnęło! – zaskrzeczał znajomy głos beholdera. Gristel obrócił się na plecy i zauważył nad sobą dwie sylwetki, które najpewniej należały do rycerza i chłopaka. Stali w krzakach. – Trzeba przyznać, że jeszcze nigdy się tak nie cieszyłem, gdy ktoś wyszedł rzygać – podsumował.
Serubi zaczęła jęczeć; miała poważne oparzenia rąk i twarzy i wymagała natychmiastowej pomocy. – Arubi... Zila... – tylko te imiona mogli zrozumieć z jej bełkotu.
-6-
- Ach... to ty. Jednak tu trafiłeś... mogłem pamiętać, zawsze dostajesz to czego chcesz, prawda?
- Nie zawsze. Heh... nie widzisz, co się dzieje?
- Ależ wiem, nawet całkiem dobrze... w końcu przyłożyłem do tego rękę, czy też – wygiął się dziwnie – szpon, hoho.
- Coś słyszałem o tym... element waszej wampirzej Układanki... ...a zastanawialiście się kiedyś, co będzie, gdy w końcu wszystko ułożycie? Co wtedy będziecie robić, pozabijacie się nawzajem z nudów?
- Wtedy przyjdziesz ty i nam porozrzucasz elementy Układanki na cztery strony świata, czyż nie?
- Moje pytanie i tak było retoryczne... bo chyba teraz trzymam kilka kawałków i na dzień dzisiejszy nie macie mocy, by mi je zabrać.
- Na dzień dzisiejszy... jakież to względne pojęcie, hoho...
- Taak... tak samo jak „my”. Naprawdę się poczułeś już ich częścią? I pytam szczerze, bo nie wiem.
- A więc mam zaszczyt powiedzieć komuś takiemu jak TY coś, czego jeszcze nie wiesz! Cóż za zaszczyt! – skłonił się lekko i przy tym ruchu dotknął głową kamiennej posadzki. – Hm, było nam po drodze przez długi czas... ale widzisz: ja działam na innej płaszczyźnie niż reszta, co nie wzbudza zaufania... zresztą, komu ja to mówię. – Sarkastyczny uśmiech zagościł na jego twarzy.
- Domyślasz się, co teraz mam zamiar zrobić? Kiedy już się dowiedziałem, gdzie jesteście, więcej! Jestem w środku?
- Ach, my... hm... oni mają swoją Układankę, ty co masz? Zabawę? Uciechę? Przygodę? – te słowa nie były złośliwe; raczej łagodne prztyczki między dwoma istotami na mniej więcej podobnym poziomie, a przynajmniej za takie się wzajemnie uważające.
- Nazwijmy to Równowagą – uśmiech zagościł również na tej drugiej twarzy. – Za silni się staliście... hm... oni się stali... za wielki był ich wkład w ostatnie losy świata i zbyt wiele elementów Układanki pasuje do siebie... a na to nie mogę pozwolić.
- Zniszczysz dzisiaj nie Układankę, a tylko jej ramy, bo kiedyś ktoś znowu zacznie ją układać...
- Wiem.
- A co z innymi grami? Mnóstwo ich jest... czy śledzisz wszystkie? Czy jesteś w stanie ocenić, która stała się na tyle groźna?
- Nie, nie jestem. Muszę zdawać się na sygnały, poszlaki... przynajmniej jest co robić – kolejny przelotny uśmiech.
- Ano prawda. W tej chwili jesteś chyba najpotężniejszym aktywnym graczem i masz prawo kontrolować pozostałe gry... Ale wiesz, że kiedyś przyjdzie ktoś, przed kim i ty będziesz musiał przestawiać swoje pionki?
- Ja nie mam pionków, jestem tylko ja sam – i ponownie uśmiech.
- Więc... spakuję się tylko. Trochę szkoda, tak się najwyższe wampiry w radzie cieszyły swoją Układanką... gdy podarowałem im jeden kawałek w postaci tego chłopaka to prawie posrali się ze szczęścia, gdyby oczywiście mieli czym – zmiana w zachowaniu Sigera była gwałtowna, ale wcale nie zdziwiła jego rozmówcy.
- To ja ruszam... rozrzucać kawałki Układanki. Karelu, idziesz ze mną?
- Eee... nie wypada, żeby to tak nieumarły nieumarłego, prawda, Sanctusie?
- Chyba prawda.
-7-
Wszystkich co bardziej rozsądnych ludzi posłano na wojnę i powstało wolne miejsce na stanowisku dowódcy straży miejskiej. A że artyście-malarzowi Mitarenowi tak się nieszczęśliwe zdarzyło, że palnął o jedną bzdurę za dużo w bardzo nieodpowiednim czasie, więc szybko znalazł się on na stanowisku dowodzącego tą „elitarną inaczej” kadrą, na którą na dzień dzisiejszy składał się jeden mizerny goblin, Tatter, który po pijaku tytułował się Wielkim Łowcą Potworów. To właśnie oni jako pierwsi zjawili się na miejscu zdarzenia, by zbadać sprawę. Mitaren był skacowany, Tatter również oscylował blisko takiego stanu, w związku z czym pozostawionego na miejscu Sedy’ego i Kristo (półork i wampir zapuścili się w mroczne zaułki miasta w poszukiwaniu nie bojącego się wyzwań znachora) czekała niemiła niespodzianka.
- To co tu się stało? Dlaczego spaliliście taką piękną, malowniczą willę? Właśnie malowałem obraz z... nieważne... – spojrzał na rycerza spode łba. – No gadaj? Jak to spaliłeś?
- Jakbym to spalił to bym nie wzywał straży i nie czekał tutaj na was, co nie? W dodatku nie prosiłbym o samego dowódcę... naprawdę nie mógł sam przyjść?
- JA jestem tu dowódcą! – Mitaren wypiął dumnie cherlawą pierś, po czym się rozkaszlał. – To pewnie wiecie, kto to zrobił... pewnie ten chłopak, prawda? Wiedziałem!
Kristo i Sedy spojrzeli na siebie. Zaczynali mieć tego powoli dosyć, nic nie układało się jak powinno... a teraz los rzuca im pod nogi kolejną kłodę, a przynajmniej kogoś o inteligencji kłody. No ale nic to, westchnęli równocześnie; i z tym trzeba sobie będzie poradzić.
- Pożar spowodowało eksplodujące ciało lady Natali, która była marionetką Zili Venice, przywódczyni Kapituły, przebywa ona teraz w Mewisaan. – Zrelacjonował Sedy. Mitaren przez chwilę udawał, że coś notował, skrobiąc się równocześnie po zarośniętej twarzy.
- I wszystko jasne... a raczej prawie wszystko! Co robiliście w domu lady Natali o tak późnej porze? – Chłopak, zachęcony przyjęciem bez sprzeciwów pierwszej części historii, z radością podjął dalszą opowieść.
- Nasz znajomy, Mortimer, zna lokalizację ukrytej przed śmiertelnikami siedziby organizacji wampirów, siedziba ta znajduje się nieopodal miasta, właściwie to całkiem blisko; ten Mortimer chciał, aby za pomocą lady Natali jako osoby posiadającej respekt wśród oficjeli miasta, zwrócić uwagę na problem wampirów, przeciwko którym miałaby zostać zorganizowana wyprawa.
- Ha! Więc jednak sprawa ma drugie dno, jak podejrzewałem! – Kristo widząc jak łatwo dowódca-artysta przyjął tą opowieść upewnił się, że Mitaren jest nie tylko skacowany, ale i w dość dużym stopniu szalony. Zastanawiał się tylko, dlaczego ktoś ze struktur władających miastem jeszcze nie zapragnął się go pozbyć w dyskretny (lub efektowny) sposób, i to pozbyć na dobre. Odpowiedź miał poznać jeszcze tego popołudnia.
***
- Nie wiem, czy odzyska wzrok – stary wiejski znachor, którego wojna wygnała do chwilowo bezpiecznego miasta, kiwał w zadumie głową. – Nie mówię, że pozostanie ślepa, ale nie mówię też, że nie... – pochylał się nad Serubi, która miała na oczach okłady z jakichś liści; pokręcił głową. Arubi, Zila, Mewisaan, Kapituła – te słowa powtarzała czarodziejka, aż w końcu wampir i półork nasłuchali się już tyle, że z bełkotu potrafili ułożyć całość opowieści; wiedzieli, że Zila nie zrezygnowała i nadal szuka, ale nie może znaleźć swojej zabawki – Inrami. Zabawki, która się popsuła i kręci się w kółko, nie reaguje na komendy... zabawki, którą należy jak najszybciej zmiażdżyć pod butem, zanim wybuchnie snopem iskier; a przynajmniej tak postrzegała tą sprawę Zila. Arubi była jej potrzebna, by zagęścić sieć magicznych poszukiwań... Ale na razie Serubi musiała tu leżeć, niezdolna do działania. Gristel – z niespotykaną jak na kogoś z orczą krwią w żyłach czułością – obciął jej włosy, gdyż fryzura czarodziejki prezentowała się okropnie i po prostu cuchnęła spalenizną. Przekazawszy znachorowi znaczną sumę pieniędzy z kiesy Mortimera (jechali teraz wszyscy na jednym wózku, jak powiedział Gristelowi, gdy wyszli) zostawili czarodziejkę i ruszyli na wzgórze do ruin, gdzie czekali na nich Kristo i Sedy. Nie wdając się w długie pogadanki (widząc minę barda Kristo postanowił się nie dzielić z nimi swoimi mało optymistycznymi spostrzeżeniami) tylko skinęli sobie głowami i Mitaren poprowadził ich wprost przed zatroskane oblicze króla Mieura, który swoje centrum dowodzenia urządził sobie w pałacu w Maab, aby być bliżej linii frontu. Uzyskanie audiencji u króla przez Mitarena nie było trudne, co nie powinno dziwić, jeśli się jest siostrzeńcem monarchy.
***
- Wampiry, powiadasz? – król ziewnął przeciągle. – To poważna sprawa, oczywiście... zaraz poślę po oddział, który to sprawdzi. Pięciu ludzi wystarczy, tak?
- Z pewnością, wampiry się boją takich jak nas, piękne istoty światła... – artysta wyrzucił prawą dłoń przed siebie i spojrzał w zadumie w niebo, gdyż tak czynią prawdziwi artyści. Mortimer nieznacznie uniósł lewą brew.
- A wy, co się z nim pałę... towarzyszycie Mitarenowi, na pewno też jesteście prawymi – stłumione ziewnięcie – rycerzami... – matołami bez Honoru, co by się zesrali na widok przywódcy klanu orków, myślał sobie król. Gestem przywołał doradcę (mężczyznę w średnim wieku, o zdecydowanie mniejszych ambicjach niż Czarny Luin, jego poprzednik) i szepnął: - pięciu największych obwiesi z garnizonu zamkowego... wyciągniesz ich z loszku i powiesz że jak będą dalej broić, to znowu poślę ich na jakąś wyprawę Mitarena, zrozumiałeś? – Po czym już głośno, do swoich gości, król powiedział: - A teraz, choć też jest mi weso... ekhem, smutno, nadszedł czas rozstania, wiecie, toczymy tutaj wojnę... mocno się musimy napracować, zanim dotrzemy do Mewisaan, prawda? No...
- Życzę Ci królu, abyś w końcu nabił tą sukę Zilę na pal – oznajmił Sedy, skłaniając się. Król przyjął to łaskawym gestem i dopiero po paru minutach od wyjścia swojego szalonego siostrzeńca skojarzył, że ten pętak wiedział, iż to właśnie Zila sprawuje teraz faktyczną władzę w Mewisaan, a o tym fakcie wiedział tylko on i Gildia Magów z jego miasta.
***
Ponure osiłki w milczeniu ciągnęły się za procesją, na czele której stał Mortimer; na szczęście akcesoria zasłaniające twarz zawsze skutecznie chroniły go przed światłem słonecznym, choć o ile to było możliwe, starał w dzień chować się w jakimś przyjaznym miejscu, na przykład w krypcie.
- Nie na to liczyłem, nie na to... – mruczał pod nosem do siebie.
- Ale tak prawdę powiedziawszy, to chyba i tak całkiem przyzwoicie...
- Tak, będę zdolny przez chwilę pokazać Azyl pięciu półmózgom, jednemu zwariowanemu artyście i małemu, pijanemu goblinowi, który zresztą obrzygał mi buty i powiedział, że jest Wielkim Łowcą Potworów.
- Mnie tylko obrzygał – powiedział Gristel.
Dalsza część wędrówki na środek pola pszenicy przebiegła – jak można się było spodziewać – bez przeszkód.
- Tak się zastanawiam, czy to w ogóle ma sens... - powiedział półorkowi Mortimer.
- Dopóki nie spróbujemy, nie będziemy wiedzieć... co ci szkodzi ujawnić Azyl na chwilę. Może jeśli król posłucha relacji z ust tych gór mięśni które by nie potrafiły wymyślić przekonywującego kłamstwa, to prędzej uwierzy... to nie zaszkodzi.
- No to niech tak się stanie... – Mortimer, zrezygnowany, przytknął jeden ze swoich szponów do czoła.
Sztuka polegała na tym, by wyrwać na chwilę umysły śmiertelników z ich ram i wbić je na wyższy poziom. Oczywiście tylko na chwilę, by owe zacne umysły nie odniosły żadnej szkody; zresztą na dłuższe trzymanie na wyższym planie czyjejś jaźni Mortimer był po prostu za słaby. Skoncentrował się; wychwycenie zdrowych, pulsujących energii istot, które mu towarzyszyły, nie stanowiło żadnego problemu. Objął je swoim umysłem i delikatnie szarpnął; tak, aby pokonać czar, który najstarsze wampiry zaklęły w sam kościec budowli i regularnie podtrzymywały. Patrzył przez chwilę oczami Kristo aby ocenić jak wysoko musi ich podsadzić, aby mogli zobaczyć Azyl... o dziwo, kontury zaczęły się pojawiać całkiem szybko...
Mortimer oniemiał. Podobnie jak i reszta towarzyszących mu ludzi – bo wszyscy zgromadzeni tego wieczora zobaczyli coś nowego. Ruiny potężnej budowli, będącej kiedyś Azylem.
***
Po kilku godzinach czar wypalił się już całkowicie i każdy, kto by tamtędy przechodził, mógł zobaczyć porozbijane bloki czarnego kamienia. Mortimer pobiegł co sił w nogach do ruin, aby poszukać jakiegoś śladu; wyglądało to z perspektywy ludzi jakby czarny cień unosił się nad polem, taka była prędkość biegnącego wampira. Na miejscu Mortimer dojrzał w kilku miejscach na kamieniach gładkie, świeże powierzchnie, jakby ktoś odciął je jednym cięciem jakiegoś ostrego urządzenia. Na pozostałościach budowli dało się odczytać ślady systematycznej destrukcji; wielkie pęknięcia rozchodziły się z jednego punktu, a obcięte jakby gigantyczną brzytwą wieże leżały potrzaskane. Mortimer szukał śladów wampirów i znalazł je, w postaci smutnych kupek popiołu powoli rozwiewanych przez wiatr. To wszystko, co zostanie z wampira po jego definitywnej śmierci.
Choć w zasadzie osiągnął swój cel – zniszczenie Azylu – był rozczarowany. Liczył na walkę, że kasta wampirza będzie widziała kto sprowadził na nich zagładę i że był to właśnie on, odrzucony – Mortimer. Pal licho, ta banda skurwieli i tak pewnie smaży się w piekle, o ile nie zniknęli całkowicie i czy oczywiście piekło w ogóle istnieje. Właściwie z tej wyprawy uzyskali tylko jedną, ale jakże ważną korzyść – zyskali wiarygodność u króla Mieura, co miało zaprocentować tuż po powrocie do pałacu.
***
- Wujku-królu, rozsiekłem wampiry, tak jak kazałeś! – powiedział Mitaren do Mieura.
- Spieprzaj stąd i zostaw nas samych – powiedział Mieur do Mitarena. – Więc... – zwrócił się do Sedy’ego (za którym stała reszta ekipy w postaci Kristo, Gristela i Mortimera, którzy w tej chwili wyglądali niczym bohaterowie słynnego poematu maabskiego poety, pod tytułem „Trzej Zamaskowani”) – pograjmy w otwarte karty. – Król wygodniej się rozparł na tronie; gdy nie znajdował się pod wpływem środka odurzającego podawanego mu przez Czarnego Luina, to zdradzał czasem naprawdę wysoką inteligencję... szkoda, że te momenty nieczęsto mu się zdarzały. – Wasze rewelacje o siedlisku wampirów, o ukrytej tuż przed naszymi nosami budowli, okazały się, przynajmniej w części, prawdziwe... a ty, młodzianie, wspomniałeś o Zili. To teraz mi wyjaw, skąd o niej wiesz...?
Sedy’ego na moment zatkało; nie mógł zebrać wszystkich informacji tak, aby poskładać je w sensowną i zrozumiałą dla króla całość. Na szczęście Kristo, jako tako obyty w dworskiej etykiecie, przyszedł mu z pomocą:
- Panie, nasza towarzyszka podróży jest czarodziejką; zmagała się ona z Zilą, lecz została ranna w wyniku jej czarów... Wiemy, że ta Venice sprawuje faktyczną władzę nad siłami magicznymi w Mewisaan, gdyż stoi na czele organizacji zwanej Kapitułą... – Kristo skłonił się i zamilkł, dając królowi czas do namysłu, lecz usłyszał szybkie i celne pytanie ze strony monarchy:
- A czy możesz mi wyjawić, w jaki sposób weszliście w kontakt z tą Zilą? Zapytam wprost: dlaczego zainteresowała się ona takimi jak wy, skoro wszystkie swoje siły koncentruje teraz na prowadzeniu wojny ze mną i z moją Gildią Magów? – nie był to rozkaz udzielenia odpowiedzi, Kristo nie wyczuł przymusu w tym pytaniu... to sprawiło, że postanowił zaufać monarsze i opowiedział o Inrami o jej roli w losach świata.
Król dumał przez parę minut; kiedy już myśleli że Mieur zasnął albo wpadł w jakiś trans, ten zmęczonym głosem zaczął mówić:
- Więc taki był jej magiczny plan... moi czarodzieje ostrzegali mnie przed nią, ale nie przypuszczałem, że byliśmy aż tak blisko od zagłady. Powiedzcie mi, nie ma szans, by Zila odszukała tą Inrami?
- Gdyby mogła to zrobić, pewnie dawno by to już zrobiła... ale szansa zawsze istnieje.
- ...Tak. Na szczęście i tak jesteśmy prawie gotowi; moi magowie, przeciwnicy Kapituły, od dawna przygotowywali zaklęcie wyłamujące, które zniszczy mury Mewisaan i pozwoli kilku moim małym, ale mobilnym oddziałom wedrzeć się do środka i zająć stolicę, a to odetnie wojska wroga od sił koordynujących... to będzie chyba decydujący cios. Bałem się, że nie wygramy wyścigu z czasem, ale chyba się uda... a przynajmniej w tym przypadku – król uśmiechnął się cierpko, mając na myśli zmierzające już hordy orków, na których atak był z kolei kompletnie nieprzygotowany. Ale jeszcze nie czas na te troski... – Dziękuję wam... wlaliście trochę otuchy w moje serce i pewnie też moich magów, gdy im to przekażę. –
O ile oni mają serca, dodał w myślach. – Powiadomię was, gdy zaklęcie będzie gotowe... najpewniej stanie się to pod koniec miesiąca. Zatrzymacie się w Maab? Jeśli tak, to gdzie?
- W gospodzie „Wąsaty Knur”, a gdzieżby indziej?
***
- Najprawdopodobniej... dorwiemy tą Zilę. – Powiedział cicho półork do leżącej na posłaniu Serubi. Reszta towarzyszy podróży tłoczyła się za nim w ciasnej izdebce. – Bo zamierzam się wybrać z tym małym oddziałem...
- Gristel... – Serubi wyciągnęła rękę przed siebie i szukała jego dłoni. Wszystkim (oprócz Mortimera) krajało się serce na widok tej sceny, bo oto młoda, pełna życia kobieta została kaleką, być może na zawsze... nie, nie mogli dopuszczać do siebie tych myśli, póki jeszcze była szansa. A przynajmniej tak twierdził znachor... – Wiem, że tam pójdziesz, widzę to. Kristo też tam będzie z tobą. – Rycerz aż się zachwiał, bo oto usłyszał swoje skryte pragnienie wypowiedziane na głos; też zamierzał razem z półorkiem wybrać się do stolicy Mewisu, by walczyć razem z innymi, w oddziale, w słusznej sprawie, by szukać pomsty na tej, która w ostatnim czasie sprawiła im tyle nieszczęść. Inrami, Serubi... Kristo czuł się odpowiedzialny za te młode kobiety; nie tylko z oczywistych zasad honoru, ale również przez wzgląd na tyle wspólnych przygód; przywiązał się do ich obecności i najpierw stracił jedną swoją podopieczną (bo czasem tak o nich myślał), a teraz druga została okrutnie okaleczona – a on nie mógł nic na to poradzić. Chciał przy tej okazji zakosztować walki... – Wiem, że dojdziecie najdalej, gdzie będziecie mogli... – z zadumy wyrwał Kristo słaby, zachrypnięty głos czarodziejki. – I proszę was, tam jest ktoś... na imię ma Arubi, to moja siostra. Zabijcie ją. Nie pozwólcie, by stała się kukłą w rękach Zili... – głowa Serubi opadła na poduszkę; tak było jej łatwiej znosić ból oczu, z których chciały wypływać łzy, ale nie mogły. Pozostało tylko tępe pulsowanie, niczym dwa rozżarzone węgle wewnątrz głowy.
- Nie obiecam ci, że ją zabijemy. – Gristel i Kristo nachylili się nad cierpiącą. – Ale możemy obiecać...
- ...Że postaramy się ją jakoś ocalić, w sposób, który uznamy za najlepszy. Dla ciebie. – Dokończył Kristo. Więcej już nie mógł powiedzieć w obawie, że załamie mu się głos.
-8-
Dwa tygodnie intensywnego marszu okazało się nie być wcale takie męczące. Głównie dlatego, że do przodu pchała ich żelazna wola zwycięstwa i ogromna determinacja; mieli świadomość, że to od nich zależy los królestwa. Wiedzieli również – po małym pokazie, jaki urządzili im magowie przy demonstracji zaklęcia przebijającego – że mają szansę, mają wielką szansę na wygranie tego.
Do tej pory nie wdali się w żadną bitwę, więcej! unikali zdradzenia swojej obecności jak mogli. Specjalnie opracowaną trasą, z użyciem zaklęć ochronnych (część najpojętniejszych żołnierzy nauczono prostych czarów) i będąc przy pomocy telepatii w stałym kontakcie z magami z Maab, posuwali się do przodu w błyskawicznym tempie; podobnie jak i pozostałe dwa oddziały, przeszkolone i wysłane z taką samą misją. To poczucie, że nie są sami, że są specjalnym oddziałem, mającym wsparcie potężnych sił – dodawało im energii i niesamowicie podwyższało morale; był to najprawdopodobniej najbardziej skuteczny w walce oddział wojska w tej chwili na świecie. A dodatkowo miał w swoich szeregach dwóch zdeterminowanych i pałających rządzą odwetu potężnych wojów – wielkiego półorka z toporem ukrytym w lutni oraz rycerza, mistrza fechtunku, wspieranego przez magicznego stwora, beholdera.
Siedemnastego dnia podróży – odbytej w iście ekspresowym tempie – widzieli już zamglone wybrzeże Morza Zachodniego i mury portowego miasta Mewisaan. Gdzieniegdzie widzieli unoszące się słupy dymu i powiewające smętnie resztki czarnych flag – sygnał, że przez miasto przeszła zaraza. Ucieszyło to wojaków, gdyż było tak, jak powiedzieli im magowie – miasto ledwo co przetrzymało plagę. Lecz nie byli oni żółtodziobami; wcale nie stracili respektu przed magicznym przeciwnikiem. Część z żołnierzy podczas szkolenia magicznego postanowiła zuchwale zapuścić się na tereny magii zdominowane przez Zilę... pozostała z nich mizerna kupka popiołu i – jak zawsze w takich przypadkach – dymiąca para butów.
Właściwie nie za bardzo mogli w to uwierzyć; Gristel, przyciśnięty do zbocza wzgórza i obserwujący mury miasta – jakże bliskie! – kiwał z niedowierzaniem głową; Kristo też nie dowierzał, że poszło tak łatwo. Przynajmniej ta najprostsza część planu, bo druga zakładała ucięcie łba najpotężniejszej czarodziejce, skupiającej w sobie moc i wiedzę pobraną z archiwów Kapituły.
Drużynowy telepata porozumiał się z resztą oddziałów i z magami w mieście udowadniając tym samym, że sprawna komunikacja jest tym, co na wojnie najważniejsze. Po upłynięciu połowy dnia na odpoczynek (przybyli na miejsce wczesnym rankiem), postanowili uderzyć około godziny trzynastej – w tradycyjnej porze obiadowej Mewisańczyków. Magowie otrzymali pozwolenie na użycie zaklęcia przebijającego.
***
- Zaraz zaczną! – Sedy wbiegł do chatki znachora, ale nie znalazł tam ani Mortimera, ani Serubi. Pewnie znowu uczy ją chodzić tak, aby wyczuwała drogę przed sobą stukając kijem, pomyślał; ostatnio coraz częściej ją zabiera, podobno Siger szkolił go przez pewien czas w ten sam sposób... no trudno, wampira i tak to raczej nie zainteresuje, a Serubi tego nie zobaczy – pomyślał chłopak i sam pobiegł za posłańcem królewskim, wprost na szeroki taras letniego pałacu w Maab. Właśnie kończyli montować ogromny koncentrator energii, który wyglądał jak ogromne lustro połączone z garncem o rozmiarach solidnego dzwonu; to do niego zbierali właśnie energię magiczną przez cały ten czas. Teraz magowie – wysocy, chudzi mężczyźni z twarzami ukrytymi pod długimi kapturami, ani trochę nie przypominający grubych, rubasznych magów z licznych zabawnych opowieści sprzedawanych w Maab pospólstwu przez popularnego poetę Pracztikusa – mieli za zadanie tę potężną energię utrzymać, wypchnąć z koncentratora i pilnować, by od ogromu mocy nie eksplodowały im mózgi.
Sedy stał w bezpiecznej odległości, na balkonie; tuż obok króla i dość nielicznej gromady doradców i dowódców. Oni już swoje zrobili, teraz mogli tylko biernie czekać na rozwój wypadków.
Dał się słyszeć cichy szum; to mruczeli magowie, koncentrując się i wznosząc swoje ramiona; powoli, niczym mocarz toczący przed sobą ogromny głaz, rozpędzali się i wkładali coraz większą magiczną siłę w poruszenie skondensowanej bryły magii. W końcu chrzęst kamieni i zafalowanie powietrza wokół wielkiego zwierciadła było wyraźnym sygnałem, że bryła magii zaczęła się toczyć. Magowie naprężali myślowe muskuły i dodatkowo pompowali moc, świeżą, dziką, pobieraną wprost z kośćca planety; bryła powoli stawała się widoczną, wielką, niebieską kulą z przebiegającymi po niej wyładowaniami w postaci fioletowych płomyków; wyłaniała się wolno z tafli zwierciadła. Sedy, zapatrzony w horyzont, mógłby przysiąc, że widzi wśród chmur jakiś mały, czarny obłok, ale ten szybko się oddalił i wkrótce chłopak o nim zapomniał. Z powrotem skoncentrował się na materializującym się z wolna zaklęciu przebijającym; magowie coraz mocniej zapierali się nogami o posadzkę, ich koncentracja magiczna powodowała, że cały taras zaczął drżeć, mniejsze kamyki uniosły się w powietrzu. W końcu kula już prawie cała wynurzyła się ze zwierciadła, niczym nowo narodzony demon wyłania się ze swojej rodni i rozgląda błyszczącymi czerwienią oczami dookoła; teraz przyszedł czas na ostatnią fazę czaru. Tuż przed garniec wyszedł mag, który – sądząc po złotych motywach na szatach – był czymś w rodzaju przywódcy tajemniczej Gildii Magów. Pochylił on głowę i złożył ręce jak do modlitwy; koncentrował się czas jakiś i gdy wydawało się, że skamieniał w tej pozycji, ten nagle podniósł głowę i wysunął szybkim ruchem przed siebie dłonie; wielki garniec przejął wibracje i wydał dziwny, świdrujący dźwięk, tak nieprzyjemny, że Sedy musiał sobie zatkać w pewnym momencie uszy; samo zwierciadło zaczęło drżeć, a po ramach zaczęły przebiegać iskry. I w tym momencie pozostałych piętnastu magów powtórzyło gest swojego przywódcy: podnieśli głowy i wyrzucili przed siebie ręce; garniec zgiął się niczym kartka papieru, a gigantyczne zwierciadło eksplodowało w tysiące wirujących krystałowych odłamków. Kula zmieniła się w promień i wystrzeliła przed siebie; zdążyli jeszcze zobaczyć, jak rozgania przed sobą chmury.
Wszyscy patrzyli, otumanieni wydarzeniami; nie mogli wprawdzie widzieć rezultatów czaru, ale domyślali się, że wszystko poszło jak należy i ich kilkumiesięczne wysiłki nie poszły na marne. Po krótkiej chwili skonfudowania nastała euforia; dowódcy rzucali się sobie w ramiona, poważni magowie śmiali się jak pijani młodzieńcy na festynie... tak, oni już swoje zrobili. I tylko Sedy martwił się o swoich towarzyszy, bo miał świadomość – może jeszcze bardziej niż inni – że jeszcze nic nie zostało wygrane definitywnie... jeszcze nie.
***
- Już leci – szepnął telepata, ale na tyle głośno, że wszyscy mogli usłyszeć. Rzadko słyszeli swoje własne głosy – magiczny kamuflaż wymagał zachowania ciszy. Jeszcze będzie okazja porozmawiać... o ile przeżyją. Teraz czekali tylko na czar wyłamujący, który miał się tu zjawić (tak wyrazili się magowie) lada chwila. Zżerała ich niepewność, czy to w ogóle zadziała, czy ich determinacja nie pójdzie na marne i czy nie przyjdzie im szturmować murów gołymi rękoma, bo przecież nie mieli jak sprowadzić machin oblężniczych. Dwie godziny później te obawy wydawały im się bardzo błache.
-9-
„Co ja tu właściwie robię?”, zadał sobie pytanie, siedząc oparty o fragment rozerwanej kolumny i dysząc ciężko; „czy warto było się tu pchać? nikt mnie o to nie prosił” – myśli przelatywały przez jego umysł z ogromną prędkością. „Czy było warto?”
Straże pałacowej bramy nawet nie zdążyły zauważyć, skąd zostały wystrzelone bełty, które przebiły im gardła – każdy z regularnych żołnierzy oprócz krótkiego miecza nosił też pistoletową kuszę – i już oddział opanowywał pałacowe sale, zmuszając do posłuszeństwa sługi i niewolników, a wartowników cicho likwidując, przeważnie zaskakując ich przy obiedzie w pałacowych salach kuchennych. Dzięki wsparciu magii było to zadanie bardzo łatwe i po pół godzinie wszystkie piętra pałacu – oprócz najwyższych pomieszczeń – były opanowane. W końcu ci, którzy nie byli zajęci pilnowaniem jeńców, stanęli przed wrotami, które wedle zdobytych informacji kryły za sobą pomieszczenia Zili. Nie było wiadomo, dlaczego Zila nie zareagowała na atak i wszyscy mieli złe przeczucia, że stoi tam teraz, już przyszykowała najpotężniejsze zaklęcie i spopieli nim tego, kto odważy się wejść jako pierwszy. Stali tak chwilę, skonsternowani; telepata nie był potrzebny, by odczytać ich myśli. Gristel rozglądnął się niecierpliwie, powiedział: „aaa, pierdolę” i naparł barkiem na lewe skrzydło wrót, które uchyliło się ciężko.
Owszem, Gristel też spodziewał się spopielenia, toteż bardzo się zdziwił, gdy zimny podmuch owionął jego twarz. Odważył się spojrzeć do wnętrza sali; była pusta. Strop podpierały u wejścia cztery kolumny; na wietrze wpuszczonym przez otwarte, ogromne okna, powiewały delikatne, białe tkaniny. Przy przeciwległej do drzwi ścianie stał mały tron; na nim siedziała jakaś niska postać. Gristel wszedł do sali by przyjrzeć się lepiej, za nim ostrożnie wchodzili żołnierze Palateku; Kristo wkroczył, trzymając dłoń na rękojeści miecza. Twarz „gospodarza” sali była skryta pod lśniącą, gładką, metalową maską, bez otworów na oczy; długa, szara szata, w którą ów osobnik był odziany nie pozwalała na stwierdzenie, czy mamy do czynienia z kobietą czy mężczyzną, starym czy młodym; nawet nie było pewne czy to jest człowiek, bo dłonie były skryte w grubych, szarych rękawicach. To spowodowało jeszcze większą konfudację w umysłach atakujących; nie wiedzieli, czy mają do czynienia z przyjacielem, czy wrogiem... Istota w masce wstała z tronu i widzieli, że ma ona najwyżej półtora metra wysokości; ostrzegawczo wysunęli pistoletowe kusze przed siebie gotowi oddać strzał, gdy tylko „gospodarz” zacznie wykonywać jakiekolwiek magiczne gesty; nie mogli sobie pozwolić na najmniejsze ryzyko.
- Ależ to jest przecież... – cichy głos młodego żołnierza został poniesiony przez wiatr i dało się go słyszeć w całej sali. – Piękne... postąpił parę kroków bliżej, po czym wszyscy usłyszeli ciche plaśnięcie; to właśnie odpadł kawałek ramienia żołnierza - tak jak długo gotowane mięso oddziela się od kości - i pacął na posadzkę. Ten spojrzał na to z tępym uśmiechem, ale już rozpadał się cały; warstwa skóry zeszła z jego twarzy i w towarzyszy wpatrywał się już szkielet z ledwo trzymającymi się w czaszce gałkami ocznymi; na ich oczach rozpadł się cały, mdlący smród gotowanego mięsa rozszedł się po całej sali, a oni – zaskoczeni, w końcu ta postać nie wykonała żadnych gestów magicznych! – byli niezdolni do jakiegokolwiek ruchu. Dopiero po dobrej minucie makabrycznego widowiska, gdy już całe ciało nieszczęśnika zamieniło się w dymiącą galaretę, nacisnęli spusty kusz.
Ale był to daremny trud; bełty odbiły się od niewidzialnej magicznej bariery dobre dwa metry przed ich wrogiem. „Jeśli to jeszcze nie jest Zila, tylko jakiś jej pomocnik, to jak potężna musi być ona sama?” – zdążył pomyśleć Gristel, zanim postać w masce uniosła ręce do góry i półork rzucił się do ucieczki.
Zauważył kątem oka, że żołnierz który biegł obok niego dostał na skórze ogromnych bąbli, które się szybko powiększały i on cały eksplodował w chmurze krwi i mięsa; ktoś inny wydał cichy jęk i cała woda z jego ciała wylała się na posadzkę, a on sam w ciągu sekundy zmienił się w wysuszoną mumię. Gristel zdążył pomyśleć, że nie zdąży dobiec do drzwi i zareagował natychmiastowo, uskakując za kolumnę; kilku innych ludzi z oddziału nie miało takiego szczęścia i dosięgnęła ich fala potężnej, magicznej mocy mieszaniny zaklęć. Widział, jak biegnie Kristo i jak osobie biegnącej tuż za nim odpada głowa, jakby ucięta niewidzialnym ostrzem i spodziewał się, że za chwilę ten sam czar zdekapituje i jego towarzysza; w niemym przerażeniu czekał na to wydarzenie, ale tuż przy karku Kristo zalśniła na chwilę iskra, jaki krzesze stalowa broń, której ostrość ktoś próbuje na kamieniu; domyślił się, że to Xethonar uratował głowę swojego wspólnika. Rycerz zdążył uskoczyć za kolumnę, nim kolejny czar ściął jej górną część.
Nastąpiła chwila dla obydwu stron na zaczerpnięcie oddechu; Kristo dyszał ciężko świadom trudności sytuacji, w której się znaleźli; zadał sobie pytanie... „Czy było warto?” Dlaczego tu przyszedł, dlaczego właśnie wszedł w paszczę lwa... w imię jakiej racji? Po co tłukł się przez wiele dni, podróżując w milczeniu przez lasy i moczary, przez trawiaste równiny, nie mogąc zamienić słowa z towarzyszami broni (nawet nie zapamiętał dokładnie ich twarzy), aby nie zniszczyć magicznego kamuflażu... co chciał przez to osiągnąć? Znowu być żołnierzem? Służyć? Nie miał w tym żadnego interesu, zresztą podświadomie przeczuwał, że wojna między Palatekiem a Mewisu to tylko mały wycinek tego, co dzieje się na świecie; właściwie czuł to każdy. Był tylko małym trybikiem w potężnej machinie, w której zaczął szwankować silnik i cały mechanizm zaczął pędzić na łeb, na szyję i całokształt tego, co się dzieje jest tylko sprawdzianem, jak prędko wszystko przestanie działać... w takim razie – po co? „Dla siebie... i dla innych” – pojawiła się odpowiedź. „No jasne... Kółko zębate, tym jestem, a napędzały mnie i moich towarzyszy większe kółka; jedno z nich, Azyl, już nie istnieje... tym drugim, większym, jest Zila, to po nią tu przyszedłem... póki ona istnieje, nigdy bym już nie zaznał prawdziwej wolności, uczucia, że nikt mnie nie obserwuje i nie wpływa na moje życie, że nie jestem pionkiem w czyjejś grze... ten jej pomagier jest tylko kolejnym kółkiem, które można wytrącić z osi... albo samemu zniknąć, próbując; mieć świadomość, że się coś robi...”
„Było warto.” W tym momencie podłoga zaczęła drżeć; chwila na zaczerpnięcie oddechu skończyła się dla obydwu stron.
Rycerz spojrzał na Gristela, do którego za kolumną (jeszcze całą) dołączyło kilku szczęśliwców, którzy oparli się magicznemu zaklęciu; skinął mu głową. Również i rycerz posiadł szczątkową umiejętność telepatii podczas tej podróży; przynajmniej potrafił jasno sprecyzować myśli dla ludzi, którzy potrafili je odczytać. Żołnierze Palateku również skinęli w odpowiedzi głowami i przygotowali proste zaklęcie magicznej bariery, które – skumulowane – rzucili na Kristo; Xethonar za pomocą swoich naturalnych zdolności magicznych też dołożył sporo od siebie. Kristo wstał zza resztek kolumny i zaczął biec w kierunku rzucającej mordercze zaklęcia postaci w masce. Wyładowania magiczne pojawiały się na jego osłonie i Kristo czuł, że wkrótce nawet połączone siły beholdera i żołnierzy nie wystarczą; przyśpieszył i wystawił przed siebie ostrze miecza. Zbliżał się, ale wroga wyczuwał niczym niewzruszony mur; niska postać w szarej szacie nic sobie nie robiła z tej szarży. Rycerz wydał z siebie dziki okrzyk, był już bardzo blisko... czarownik sięgnął prawą ręką jakby zdejmował coś z półki; Kristo nie miał czasu żeby spojrzeć w tamtą stronę. Spory kawałek oderwanej kolumny uderzył w niego z dużą prędkością; przed tym nie mogła go ochronić magiczna bariera. Rycerza odrzuciło aż pod ścianę; uderzył w nią plecami i osunął się powoli. Był przytomny, ale ból uniemożliwiał mu poruszanie się; lewe ramię było z pewnością złamane, prawdopodobnie również i żebra. Gra skończona. Zdążył zauważyć jeszcze, że przeciwnik odetchnął z ulgą. A więc też się bał! Skoro się boi, to można go pokonać... ale ja już nie jestem w stanie, myślał rycerz, może Gristel... postać w masce zaczęła ponownie poruszać dłońmi, szykując jakieś naprawdę paskudne zaklęcie by wykończyć tego, kto doszedł aż tak blisko... Kristo zamknął oczy. I przegapił, jak czarny, gęsty obłok wlatuje przez okno, zahacza o okiennicę (która rozbiła się, sypiąc dookoła deszczem odłamków) i zadziwiająco delikatnie ląduje na podłodze.
***
Proste („gówniane”, jak określali je profesorowie) zaklęcie zasłony dymnej, nie sprawiające kłopotów nawet najmniej pojętnym adeptom sztuki magicznej, w połączeniu z wampirzą mocą dało fenomenalny rezultat.
Oto Serubi, z krótkimi, powoli odrastającymi włosami, z białą opaską na oczach i z grubym kosturem w ręce, stała na posadzce pałacu, w którym rządziła Zila. W gęstym obłoku, chroniącym czarne skrzydła przed światłem słonecznym, stał dumnie wyprężony Mortimer; Gristel i Kristo nie mogli wiedzieć, że znalazł on w ruinach Azylu wystarczająco dużo ksiąg i receptur, aby móc zadziwić swoimi zdolnościami niejednego starszego wampira spoza organizacji. Podążyli oni za czarem przebijającym krótko po tym, jak został wypowiedziany – to ich właśnie widział Sedy jako mały, czarny obłok – i również przybyli, by zmierzyć się z Zilą. Mortimer pojawił się tu głównie za prośbą Serubi, sam dobrze nie był w stanie sprecyzować swoich intencji – po prostu nie chciał zawieść tej osoby, czuł, że może na niej polegać gdy sam będzie w potrzebie, co jak na wampira stanowiło dość niezwykłe reakcje. Serubi przybyła tu z oczywistych względów – zemsta... a właściwie zadośćuczynienie sprawiedliwości, strącenie ze stołka tej, która nie rozumie odpowiedzialności za moc, którą posiadła... no i ze względu na Inrami, której nie mogła ochronić – na upokorzenie i rozpacz, której doznała po przegranej. Czarodziejka zwróciła twarz w kierunku niskiej postaci w błyszczącej, gładkiej masce.
Ta zareagowała szybko; posłała czar wirujących ostrzy w kierunku Serubi. Czarodziejka odbiła je jednym machnięciem drewnianego kostura. Sama uniosła w górę prawą dłoń i cisnęła gromem, przed którym mały czarownik z trudem zasłonił się magiczną barierą; aż przykląkł od siły uderzenia. Kristo wiedział, że dziewczyna ma naturalny talent do magii i dysponuje wielką mocą, ale łatwość, z jaką Serubi wywołała tak mocne zaklęcie... pamiętał przecież, jak mdlała, próbując go uratować z odmętów Morza Zachodniego. Ślepota – o dziwo – powiększyła jej zdolność koncentracji... Mózg miał mniej bodźców do przetworzenia, zresztą Serubi widziała teraz za pomocą odczytu magicznych potencjałów, co stanowiło dodatkowy trening w posługiwaniu się czarami; i, jak się okazało, ta potężna błyskawica okazała się tylko wstępem. Zakręciła koło kosturem i wszystkie tkaniny w sali zerwały się w potężnej wichurze; skręciły się w jednego wielkiego, szmacianego węża, który natarł na postać w masce. Ta zaczęła palić węża zaklęciem ognia, ale Serubi już – prawie w ogóle nie marnując czasu na szczególną koncentrację – wypowiadała kolejne potężne zaklęcie; odłamki kolumn zaczęły pękać na drobne kamyczki i w mgnieniu oka zleciały się na jedno miejsce, na środek sali, i już po chwili stał tam biały golem. Natarł on na strażnika Zili wzbudzając drżenie ścian i zostawiając ślady w postaci wybitych dziur w posadzce; wrogi czarownik znowu musiał przygotować i wypuścić czar trzęsienia ziemi, aby rozproszyć ciało golema z powrotem w kamyki, ale to była już tylko rozpaczliwa obrona. Bo Serubi przez ten czas przygotowała naprawdę silne zaklęcie.
Najpierw uderzyła pięścią w powietrze; wbrew logice, zrobiło to w nim dziurę, przez którą zaczęło się sączyć fioletowe światło. Serubi sięgnęła tam ręką i wyjęła garść czegoś nieokreślonego; dmuchnęła w zaciśniętą garść i w górę wzbił się obłok czarno-fioletowego pyłu, a Serubi zaczęła w tej chmurze machać kosturem; utworzył się wir, który zaczął wsysać co mniejsze kamyki do swojego wnętrza, gdzie – gdzieś bardzo daleko – lśniła jakaś gwiazda; był to wir do innego wymiaru. Serubi pochyliła głowę i wyrzuciła ramiona w bok; wir rozszerzył się na całą wysokość sali, aż Mortimer – dotychczas stojący za plecami czarodziejki, niczym wierny strażnik – uznał, że bezpieczniej będzie mu za kolumną, obok Gristela.
– My zostawiamy was na parę dni, a wy już sobie razem gdzieś latacie – przyszła do głowy w tej sytuacji bardowi uwaga, którą uznał za zabawną, ale nie doczekał się odpowiedzi ze strony wampira.
Tymczasem Czarny Maelstrom był gotowy do rzucenia w chwili, gdy niski czarodziej uporał się właśnie z golemem i skończył koncentrację nad czarem trzęsienia; dopiero wtedy zobaczył, co na niego czeka. Zasłonił się tylko rękami w rozpaczliwym geście, a Kristo, widząc to, zaczął się mimo strzaskanego ramienia czołgać się ku resztkom kolumn; zemdlał z bólu i upadł twarzą na posadzkę.
Czarny Maelstrom popędził w kierunku mizernej wielkości czarodzieja w masce; porwał go i pędził dalej, wprost na przeciwległą ścianę sali, gdzie były drzwi prowadzące do kolejnych pomieszczeń. Czar przeleciał tuż nad Kristo – gdyby nie leżał nieprzytomny na posadzce, prawdopodobnie również by został porwany przez wir. Z towarzyszeniem potężnego huku ściana razem z wrotami rozpadła się, zmieciona niszczycielską siłą czaru, a grube kawały kamienia padały na posadzkę kolejnej, jeszcze większej sali. Sali, gdzie wpatrzona w wielkie zwierciadło, stała Zila.
Serubi weszła pierwsza do komnaty, nawet nie dbając o pozory, że bada drogę przed sobą kosturem; wymijała wybite kawałki ściany zupełnie tak, jakby wszystko doskonale widziała, choć miała opaskę na oczach. Za nią wszedł Gristel i niektórzy żołnierze (część nie poważyła się na ten krok) Palateku; Kristo, który już odzyskał przytomność, wspierał się (choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie: był niesiony) na ramieniu wampira. Zila niechętnie, jakby ktoś przerwał jej jakąś rozrywkę, na przykład czytanie książki, odwróciła się do Serubi.
- Jeszcze chwila... – przemówiła głosem zagniewanej panienki z dobrego domu, który – chyba nie trzeba dodawać – kompletnie nie pasował do sytuacji, w której się znalazła. – Wkrótce ją znajdę i zajmę się wami... o ile będzie jeszcze potrzeba się wami zajmować. – Nawet nie spojrzała na swojego sługę, który leżał teraz twarzą do podłogi niedaleko niej; metalowa maska leżała nieopodal, rozbita na dwie części. Nie okazała mu zainteresowania, choć walczył dla niej z narażeniem życia.
Na olbrzymim zwierciadle, na które patrzyła Zila, ukazany był ciemny las, obraz przeskakiwał między drzewami niczym drapieżnik, węszący za ofiarą; widać było to aż tak zajmujące, że Zila zaniechała nawet obrony własnego miasta przed atakiem magicznym z zewnątrz, przed obroną choćby pałacu.
- Wkrótce... już jestem blisko – wskazała dłonią na zwierciadło – i odpłacę wam, nie martwcie się. – Na jej twarzy zagościł najobrzydliwszy uśmiech, jaki kiedykolwiek Gristel widział; uśmiech słodki i niewinny, wyglądający na jak najbardziej szczery i przyjazny. A wiedząc, że czają się za nim groźby śmierci w niewyobrażalnych męczarniach, było to coś strasznego; ta kobieta traktowała ludzkie życia jak zabawki, które można zabrać i wyrzucić w każdej chwili, kiedy tylko staną się niepotrzebne albo przestaną pasować do wystroju wnętrz. Serubi najprawdopodobniej tego nie widziała, nie mogła też widzieć, że mały strażnik jeszcze żył, zaczął poruszać powoli rękami, jakby budził się z głębokiego snu. Ale to było w tej chwili nieważne, bo rozpoczęło się starcie dwóch potężnych magicznych sił. Tu już nie było czasu na wymyślne formuły; Serubi wysunęła kostur przed siebie i po gładkiej posadzce rozeszła się szeroka rysa, a Zila dłonią zatrzymała to zaklęcie; wyglądało to na pierwszą próbę sił, gdzie żadna ze stron nie chce pokazać pełni swoich możliwości. Serubi zakręciła dłonią i z niczego ukręciła płomienny okrąg i rzuciła w Zilę, ale tej – specjalizującej się w magii ognia – nie sprawiło to żadnego kłopotu; chwyciła płonącą obręcz niczym kółko rzucane dla zabawy podczas festynów i odrzuciła gdzieś w ścianę; po chwili pozostał tam tylko wypalony ślad. Ale w tej krótkiej chwili Serubi postanowiła zaatakować na poważnie Zilę; w końcu marzyła o tej konfrontacji, tak bała się, że poniesie ją entuzjazm gdy odkryła, jak bardzo powiększyły się jej magiczne zdolności i zmuszała swój umysł do posłuszeństwa, leżąc w ciemnościach na słomianym posłaniu u znachora... ale zaraz czarodziejka otrząsnęła się z tych myśli i znowu była skoncentrowana, jej umysł był niczym stalowa kula, jak pocisk pędzący do celu. Jeden ruch kostura i w kierunku posiadaczki sekretów Kapituły posypał się deszcz sztyletów; ta musiała się schronić za magiczną barierą, ale przy okazji – dwa zaklęcia na raz! – wywołała ognistego ducha; ten został momentalnie zdmuchnięty przez magiczną wichurę Serubi niczym płomyk świecy. Zadziwiło to Zilę; jeszcze nikt tak łatwo nie pokonał jej czaru z dziedziny magii ognia, ale przecież nie dopuszczała do siebie myśli, że ktoś jest lepszy od niej. Chciała sprawdzić obraz w zwierciadle, czy to już, ale nie mogła sobie pozwolić na chwilę dekoncentracji; najpierw rozprawi się z tymi przeszkodami, a potem zajmie naprawdę istotną kwestią. Kolejny ognisty przywołaniec – tym razem ten potężniejszy, wybuchający – został momentalnie zamknięty w bańce wody i zgasł. Zilę ponownie zaskoczyło, że przeciwniczka zdążyła jeszcze wypowiedzieć kolejne zaklęcie ofensywne; tym razem wielka świetlista lanca popędziła w kierunku głowy Zili, lecz w ostatniej chwili została wchłonięta przez kulę czerni.
Kristo obserwował w niemym milczeniu starcie potęg, podobnież jak i reszta, nawet Mortimer; nagle – poza strefą pomiędzy czarodziejkami – coś się poruszyło; to był ów magiczny strażnik Zili, który doszedł do siebie, teraz klęczał i wpatrywał się w Serubi wielkimi, dziecięcymi oczami. Kristo patrzył na długie, czarne włosy dziecka, zdziwił się, jak bardzo to dziecko jest podobne do...
- Arubi! – impuls przebiegł przez mózg rycerza gdy ten skojarzył, kto krył się pod tą stalową maską. Gdyby chwilę pomyślał, zamiast reagować, nigdy by nie wydał z siebie tego okrzyku.
Bowiem Serubi się zawahała na moment, żelazna wola w jej umyśle zniknęła w mgnieniu oka, bowiem też szybko skojarzyła, z kim miała do czynienia, na kogo zesłała potężny Czarny Maelstrom. Zila nie była w stanie zrozumieć przyczyn tego rozproszenia, ale natychmiast je wykorzystała; potężna, czysta wiązka energii popędziła w kierunku Serubi. Ta w ostatniej chwili postawiła magiczną barierę, ale strumień energii płynął nieprzerwanie; gdyby choć na chwilę puściła tą barierę, zostałaby nadziana na promień jak na rzucony oszczep. Zila wiedziała, że wkrótce siła przeciwniczki – jak jej tam było na imię? – wkrótce się wyczerpie; potem zajmie się pozostałymi. Wampir spłonie od razu, nie oprze się połączonej magii światła i słońca; dla reszty wymyśli się coś szybkiego, może przenosiny do Próżni, gdzie zostaną rozerwani na strzępy w mgnieniu oka; w końcu nie ma całego dnia na zabawy. Dziecko dostanie nową hipnotyzującą maskę i dalej będzie stało na straży, już ktoś zdolny pokonać Arubi... - o, Serubi, tak jest tej ślepej dziwce – się chyba nie pojawi...
Arubi wpatrywała się w kobietę z przepaską na oczach; miała krótkie włosy, była niższa, niż ją zapamiętała... była potężna. Czy to możliwe... sięgnęła na chwilę do jej umysłu – otwarcie na tą dziedzinę magii było możliwe dzięki podstawowym naukom Zili – i rozum w tym momencie potwierdził to, co serce wiedziało od samego początku, gdy ocknęła się na tej zimnej posadzce, a straszna maska leżała potrzaskana. Co należy w tej chwili zrobić, co chce uczynić Serubi?
Prawie nie musiała czytać w myślach siostry. Odtoczyła się w bok, chwyciła jeden ze sztyletów, który jeszcze nie zniknął po tym, jak wyczarowała je Serubi a Zila strąciła je magiczną barierą, doskoczyła i wbiła Zili ostrze w udo, aż po samą rękojeść.
Szok – zupełnie zapomniała o dziecku, dlaczego to dziecko tak zareagowało! – sprawił, że Zila przestała emitować morderczy promień; Serubi spuściła magiczną barierę i momentalnie uchyliła się, przepuszczając czar bokiem (przeleciał on jeszcze dobre parę kilometrów, robiąc wiele dziur w ścianach pałacowych, zanim zniknął wśród chmur), skoncentrowała się – jej umysł znowu stał się stalową kulą – i przez te kilka sekund, gdy się koncentrowała, wpompowała w czar wszystkie swoje gromadzone przez te miesiące emocje: poniżenie, chęć zemsty, rozpacz, determinację, chęć udowodnienia sobie, że jeszcze na coś się przyda mimo swojego aktualnego kalectwa...
Olbrzymi, pulsujący czerwienią promień wystrzelił w kierunku Zili; ta próbowała postawić podstawową barierę magiczną (jedyną, na jaką w obecnym stanie umysłu mogła się zdobyć) ale promień przebił ją niczym bełt przebija szybę; tęczowe odłamki posypały się na wszystkie strony, a w klatce piersiowej przywódczyni Kapituły pojawiła się wielka, parująca dziura. Zwierciadło za nią nie popękało, gdyż czerwony promień również gładko się przez nie przepalił. Zila – z której ust zaczęła ciec krew – odwróciła się powoli i zobaczyła to, czemu poświęciła ostatnie dwa miesiące życia; w zwierciadle widziała wnętrze skalnej groty, a tam była Inrami, śpiąca obok Mordreda; oboje brudni i wychudzeni – jak to po długim ukrywaniu się w lesie – ale żywi.
W głowie Zili istniała już tylko ostatnia, przedśmiertna myśl i przyszedł czas na jej zrealizowanie; w tej ekstremalnej sytuacji, gdy mózg wie, że za chwilę jaźń przestanie istnieć – czarodziej jest zdolny do niewyobrażalnych rzeczy, gdyż istnieje już praktycznie sama jego moc, uwolniona od ograniczeń ciała. Zila uwolniła ostatnie zaklęcie – jej ciało rozbłysło słabym blaskiem – po czym zwaliła się bezwładnie na ziemię, jakby nagle w tym samym momencie przestały pracować wszystkie mięśnie. Zwierciadło za nią rozbłysło tym samym słabym blaskiem i sczerniało. Przywódczyni Kapituły była martwa, nikt już nie rządził Mewisu... a Palatek zwyciężył w tej wojnie.
***
Kiedy niebieski promień uderzył w mury, zostawiając po sobie ślad wyrwanej przez pęd zaklęcia ziemi, na początku nic się nie stało; na jedną chwilę serca podeszły im do gardeł. Jednak zaraz na potężnych kamiennych blokach pojawiły się pęknięcia; olbrzymi tuman pyłu wzbił się w powietrze i z towarzyszeniem ogłuszającego łoskotu mury Mewisaan zamieniły się w stertę półtorametrowej wysokości gruzów. Żołnierze z Maab – bez wznoszenia żadnych bojowych okrzyków, wszak dowódcy trzech oddziałów mieli ze sobą kontakt telepatyczny – ruszyli zadać ostateczny cios Mewisu. Szybko pokonali równinę, niedostrzeżeni przez nikogo, gdyż warta i obserwatorzy spoczywali teraz pod grubą warstwą gruzów. Wdarli się na teren miasta i zabijali cicho każdego, kto ośmielił się zrobić jakikolwiek hałas; dwa oddziały zmierzały w kierunku koszar, trzeci – ten w którym byli Gristel i Kristo – w kierunku pałacu (sami o to wcześniej zadbali, by właśnie w tym oddziale się znaleźć). Żołnierze Maab opanowywali miasto w podobny sposób, jak podnosząca się powoli woda w strumieniu stopniowo zalewa ulice miasta, a słodko śniący mieszkańcy obudzą się rano po kolana w wodzie... albo nawet i po szyję.
I wydarzyło się to, co się miało stać; Arubi rzuciła się w otwarte ramiona swojej starszej siostry, prawdopodobnie jedynej z jej rodziny, która jeszcze żyła; w tej chwili obie istniały w swoim własnym wszechświecie, przytulone do siebie.
Żołnierze Palateku podbiegli do Zili, aby paroma kopniakami upewnić się, czy naprawdę nie żyje, po czym rozpoczął się festiwal radosnych okrzyków, objęć i tryumfalnych myśli słanych do dowódców w Maab i towarzyszy z oddziałów w mieście.
Kristo siedział oparty o ścianę, dyszał z ulgą; ale był blady, ból był bardzo silny, na szczęście w perspektywie miał parę czarów leczących, które w mig przywrócą go do formy. Gristel siedział otępiały, usiłował jakoś zebrać myśli; gdzieś czaiła się w nim obawa, co będzie jego kolejnym celem – nie przeczuwał, że już niedługo będzie miał znowu bardzo duże zmartwienie na głowie.
Mortimer stał zamyślony; w końcu zdecydował się głośno podzielić swoimi obawami z resztą:
- Zastanawiam się, jaki to czar wypowiedziała Zila tuż przed śmiercią... jak głosi legenda, jeśli mag decyduje się na taki czyn, to jego ostatnie zaklęcie jest potężne... najpotężniejsze ze wszystkich, jakie wypowiedział za życia.
- Nie wiecie, co wyczarowała Zila? To se spójrzcie za okno, geniusze – odezwał się Xethonar z sakwy Kristo. Spojrzeli – i zamarli. Bo oto na zachodzącym na czerwono niebie pojawiło się coś nowego; coś, czego wcześniej tam nie było. Widzieli słońce, widzieli gdzieś tam w górze jeden z dwóch księżyców, ale oto... pojawił się trzeci. Mniejszy od pozostałych, ale płonący złowrogą czerwienią; omen, symbol ostatecznej zagłady.
- Tak – potwierdził ich obawy beholder. – Ta suka załatwiła nas wszystkich, cały nasz świat. Przed śmiercią przywołała meteor. Nie mam pojęcia skąd wzięła na to w swoim umyśle dostateczną ilość mocy, ale jednak jej się udało. Już nie żyjemy. – A że ten wykład okazał się w jego przekonaniu zbyt uczony to, jeszcze dodał w ramach podsumowania: - O kurwa mać.
***
Gdyby zwierciadło Zili nie umarło razem z właścicielką to dostrzegliby, że z jaskini, gdzie spali Inrami i Mordred, pozostała tylko wypalona dziura.
-10-
Jedynymi, którzy nie pogrążyli się w powszechnym załamaniu, była Serubi i jej młodsza siostra; obydwie odkryły na nowo cud bycia ze sobą. Ich dom rodzinny, tak jak przypuszczały, został dotknięty przez zarazę, nie było już do czego wracać. Tak więc wędrowały razem po komnatach niegdyś należących do Zili, Arubi prowadziła starszą siostrę za rękę i opowiadała o naukach, które pobierała, uczyły się od siebie wspólnie i po prostu radowały swoją obecnością. Kristo, Gristel, Mortimer, Sedy (którego wampir przetransportował do Mewisaan pod osłoną nocy, przy okazji przyprawiając chłopaka o stan bliski zawałowi serca, gdyż porwał go bezpośrednio z pokoju w gospodzie) orbitowali wokół nich, przyciągani siłą spokoju; ale na ten przykład półork nie mógł usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Nie mógł znieść myśli, że nic nie da się już zrobić... pytał Serubi czy istnieje jakiś przeciwczar, ale odpowiadało mu milczenie i już sam nie wiedział, czy jego pytanie nie dotarło do czarodziejki, czy po prostu nie chce mu ona odbierać złudzeń.
Bard zaczynał powoli topić swoje smutki w alkoholu; upłynął już tydzień od śmierci Zili. Wprawdzie przebywali na najwyższym piętrze pałacu i nie docierały do nich wszystkie objawy histerii – samobójstwa, stosy ofiarne, bratobójcze walki – ale i tak czuli się przygnębieni... bardzo przygnębieni.
Spożywali w milczeniu wieczerzę; Mortimer zadowolił się pucharem czerwonej substancji, która nie była winem. Serubi wraz z siostrą zazwyczaj zamykały się w dawnej pracowni Zili, dlatego byli zaskoczeni, gdy czarodziejka pojawiła się w drzwiach. Arubi niosła ciężką księgę, którą z wysiłkiem dotaszczyła na stół; otarła pot z czoła i uśmiechnęła się. Była tak żywa i wesoła; i tak podobna do swojej siostry. Ale Serubi zmieniła się; z rzucającej kąśliwe uwagi, skłonnej do buntu dziewczyny w ciągu tego czasu zmieniła się bardzo; poważna, dostojna, jeśli się uśmiechała – to tylko przez delikatne podniesienie kącików ust. Tą zmianę szczególnie było widać gdy była blisko swojej – jakże ruchliwej – młodszej siostry.
- Pytaliście mnie o sposób na zaklęcie meteoru. Oto on. – Wyrzekła spokojnie.
- Ja znalazłam! – oznajmiła wszystkim Arubi, siostra pogłaskała ją po głowie.
- Ale... w jakim języku jest ta księga? – Mortimer nawet nie bardzo wiedział, jak ma czytać piktogramy umieszczone na stronicach. Na jednej z ilustracji dostrzegł zamek wśród chmur; pierwsze skojarzenie które przyszło mu na myśl to książeczka z bajkami, którą matka czytała mu przed snem. Książeczka, która musiała ją kosztować majątek... szybko otrząsnął się tych myśli.
Arubi dopadła do stołu, przekartkowała szybko parę stron, otworzyła – wampir aż się wzdrygnął – na stronie z obrazkiem zamku w chmurach.
- To – wskazała ilustrację – jest... jakby to przetłumaczyć... gildia... bohaterów? Nie, to coś więcej... mitycznych... istot-ponadludzi... nie... gildia herosów! – znalazła określenie z bajek wędrownych opowiadaczy i tak ją to rozbawiło, że zaniosła się śmiechem, który brzmiał bardzo obco w tych ostatnio bardzo ponurych murach. Nawet Gristel się uśmiechnął, choć był równocześnie trochę zażenowany, bo to określenie mitycznego bohatera zabijającego stado smoków jednym cięciem gigantycznego miecza pojawiało się również w jego najlichszych poematach, które wygłaszał najczęściej przed największą i najbardziej podpitą chamownią, gdy już nic bardziej wzniosłego nie było w stanie ich zaciekawić. – Kiedy wydarzy się coś, co w może zakłócić spokój tego świata, naruszyć jego równowagę, należy się do udać do tej gildii herosów – to określenie bardzo bawiło Arubi – i poprosić ich o pomoc.
- Kur... hm... ojej... – Gristel nie chciał kląć przy dziecku – przecież to tylko bajka, sam ją znam od dawna... a bajki mają to do siebie, że są nieprawdziwe... – znużenie ponownie opadło na barki barda.
- Arubi, powiedz im – lekki uśmiech zagościł na twarzy Serubi.
- Dobrze! Tutaj są dokładne wskazówki co należy zrobić by dotrzeć do gildii herosów – znowu to słowo! – Jest również zaklęcie lotu... no i podpisy założycieli najstarszej rady magów na świecie, czyli Kapituły.
- Kiedy wyruszamy? – zapytał półork.
***
- Dlaczego my musimy to robić? Czy nie ma jakichś królów, którzy by się tym zajęli? – Sedy miał wątpliwości, jak zawsze, kiedy w grę wchodziły duże wysokości.
- Królowie mają teraz inne zajęcia – uśmiechnęła się Serubi.
- Zresztą kto ma się tym zająć, jeśli nie najpotężniejsza czarodziejka na świecie!
- To już nie mam więcej pytań – chłopak skapitulował pod argumentami Arubi.
Stanęli na największym tarasie pałacu; pod sobą widzieli miasto powoli zamieniające się w ruinę. Niedawni towarzysze broni Gristela i Kristo, karni żołnierze Palateku, zachowywali się w tej chwili kryzysu jak stada wilków, wzajemnie wyszarpujące sobie ofiarę z pysków; ofiarą tą byli ci cywile, którzy przetrwali zarazę, atak Bezgłowego i zniszczenie murów. Przypuszczalnie tak samo działo się we wszystkich skupiskach ludzkich, ale oni w tej chwili byli jakby ponad tym wszystkim, a mieli wznieść się jeszcze wyżej. Serubi otoczyła Mortimera czarną chmurą, dzięki czemu ten mógł rozłożyć swoje czarne, błoniaste skrzydła; zatoczyła okrąg kosturem, wykonała kilka skomplikowanych gestów (widocznie zaklęcie należało do tych bardziej skomplikowanych i wymagających szczególnej koncentracji) i powoli wszyscy zaczęli unosić się w powietrze. Sedy zaczął machać rękami – widać było po nim, że zaczyna wpadać w panikę – ale obejrzał się na Gristela i Kristo, którzy spokojnie unosili się ku górze i sam też się uspokoił. Ponad nimi było tylko niebo.
Wkrótce miasto stało się tylko wielkim mrowiskiem, rzeka niebieską nitką, a pola uprawne wielobarwnymi kwadratami. W oddali widzieli niebieską linię horyzontu, gdzie niknęło Morze Zachodnie, na lewo widniał złowroki kształt meteoru, wyraźnie większy niż przed tygodniem. Nie mieli za bardzo pojęcia co będzie, gdy (i czy w ogóle) dotrą do budowli w chmurach... kompletnie nie spodziewali się takiego obrotu sytuacji, nie przypuszczali, że oto będą musieli odwołać się do jakiejś tajemniczej, nieznanej siły... ale to było jedyne, co mogli zrobić, a jeśli ostatnią rzeczą jaką zobaczą był widok z góry na cały świat – nawet z chmurami dymu unoszącymi się nad miastami, z zachodzącym na czerwono słońcem, z meteorem wiszącym nad światem jak miecz Damoklesa – nieuniknioną zagładą. Ale oni lecieli, owiewani łagodnie przez podmuchy wiatru, na tą chwilę uwolnieni od zmartwień ziemskiego świata – szczęśliwi. Nawet Serubi się uśmiechała, nawet Mortimer złożył skrzydła i rozkoszował się lotem, w który nie musiał wkładać żadnego wysiłku. Robiło się coraz zimniej i Arubi otoczyła ich ciepłą osłoną – dobrze operowała magią ognia, co było, cokolwiek by nie powiedzieć – zasługą wskazówek Zili, gdy ta dziewczynki potrzebowała i przyuczała ją na swojego niewolnika. Weszli powoli w warstwę chmur – w miejscu zetknięcia się kropel wody z termiczną osłoną drużyny powstawały kłęby pary wodnej.
- To już tutaj – Serubi uśmiechnęła się do siebie, bo już wyczuwała olbrzymi, zawieszony w chmurach pałac; choć jej oczy nie funkcjonowały, widziała najdalej z nich wszystkich. I po chwili rzeczywiście, na olbrzymiej chmurze zobaczyli wielki pałac, ze strzelistymi wieżami i wielkimi wrotami.
- Nie wierzyłem, że coś takiego istnieje – wyszeptał Mortimer.
- Ja nie wierzyłem, że istnieje Azyl, dopóki go nie zobaczyłem – przytomnie zauważył Kristo.
Zaklęcie doniosło ich bezpiecznie tuż przed wrota; Serubi podeszła do nich i lekko je pchnęła; otworzyły się bezszelestnie.
- Chyba nie spodziewają się gości – Sedy rzucił średnio przytomną uwagę; ciągle jeszcze był oszołomiony lotem; w ogóle niezwykłością sytuacji że oto on – prosty chłopak zajmujący się handlem nielegalnym towarem nagle znalazł się w miejscu, gdzie zadecydują się losy świata. Czy mityczni herosi naprawdę tam są? Czy czekają na sygnał pomocy? Czy siedzą tam przy wiecznej uczcie, a może trwają w uśpieniu? Stojąc na kawałku chmury nie dowiedzą się tego... weszli do środka.
Sala była pusta; echo ich kroków odbijało się od ścian. Jedynym wyjściem z tej hali były schody prowadzące na górę; Serubi pewnie zaczęła się po nich wspinać, za nią reszta drużyny. Mimo, że tylko gdzieś prawie przy samym sklepieniu były wybite małe okna, to w pomieszczeniu było zaskakująco jasno. Schody prowadziły na wielki balkon, a dalej do sali na piętrze. Stamtąd... dało się słyszeć śmiechy. Jeden szczery, rubaszny; pozostałe dwa były skrzekliwe i gdyby je usłyszeć w ciemnym zaułku, na pewno nie byłyby zaraźliwe. Popatrzyli na Serubi; ona też się zawahała na moment. Nie wiedziała, z kim (lub czym) przyjdzie jej mieć do czynienia, czy nie robią błędu... a jeśli nawet? „To po prostu zginiemy trochę wcześniej od innych”, pomyślała, wzruszyła ramionami i wkroczyła do sali, skąd dobiegały śmiechy i głosy rozmowy. Reszta podążyła za nią.
Kristo stanął jak wryty, mało nie doznając ataku serca, Gristel wybałuszył oczy. Sedy odsunął się pod ścianę, zaskoczony, Mortimer przybrał postawę obronną, jak to przeważnie czynił, gdy spotykał jakiegoś wampira poza Azylem. Serubi też się zdziwiła, odczytując znany obraz, ten sam, który czuła w gospodzie „Wąsaty Knur”. Arubi tylko stała i obserwowała trzy postacie przy dużym, okrągłym, kamiennym stole. Osoby te przerwały rozmowę i patrzyły na gości.
- Nawet tu musiałeś przyleźć i mnie denerwować? – Sanctus skierował swoje słowa do Kristo i zaczął niebezpiecznie unosić się znad kamiennego siedziska przy okrągłym stole. Obok brata drugiej miłości Kristo siedział jego nieodłączny towarzysz – nieumarły mag Karel oraz... Siger, nauczyciel Mortimera.
- A gdzie są ci herosi? – rzucił w odpowiedzi Kristo; czasem rycerz myślał bardzo wolno, a to był jeden z tych momentów. Sanctus tylko chwycił się za głowę.
- Ja tego matoła kiedyś zabiję...
- A dlaczegóż to? Że nie rozpoznał w cnym Sanctusie prawdziwego herosa? – kpiąco rzucił Siger, szczególnie akcentując słowo „heros”. – W końcu sam się o to tak bardzo starałeś... – Sanctus tylko spojrzał spode łba na mistrza-wampira.
- Przecież... czyżbyś był tą postacią z bajek dla dzieci? Która jednym cięciem... ogromnego miecza... zabija stado smoków? – Gristel nie mógł uwierzyć w to, co nieśmiało błąkało mu się po głowie od tak długiego czasu, odkąd zobaczył po raz pierwszy Sanctusa na placu targowym w miasteczku Zaris.
- Oj, to było dawno... no co, zdenerwowali mnie! Nie lubię smoków. A kto to takie bajki układa? Pewnie ten staruch, co zwoził wtedy gnój z pola... ktoś mu jednak uwierzył, no popatrz... – Sanctus pociągnął łyk z kubka, który miał przed sobą. – Bajka dla dzieci, też coś...
- Mistrzu...? – odezwał się Mortimer.
- Masz, teraz sam się będziesz tłumaczył – zauważył gorzko Sanctus.
- Ha, cny adepcie, widzę, że nieźle sobie radzisz – Siger przekrzywił głowę, by lepiej zobaczyć skrzydła Mortimera. – Sam do tego doszedłeś...?
- Nie, znalazłem w ruinach Azylu formułę, jak opanować sztukę metamorfozy... i jeszcze parę innych ciekawych sztuczek. – Siger pokiwał głową w geście aprobaty. – Mistrzu... dlaczego zniszczyłeś Azyl? Myślałem, że jesteś jednym z nich...
- Nie zniszczyłem Azylu... widzisz, to siedlisko wampirów prowadziło własną grę, Układankę, chciało doprowadzić do wojny, która zniszczy królestwa ludzi, elfów, krasnoludów... oni sami pozostaną nietknięci i wkrótce zapadłyby rządy terroru. Ty, Mortimerze, byłeś jednym z elementów ich Układanki, sam nim zresztą byłem, na własne życzenie, i przygotowałem cię do zadania... wy sami, pojawiając się w sali tronowej Lestera, staliście się częścią Układanki – wskazał na towarzyszy wampira. – Władze Azylu rozstawiały pionki, dopasowywały fragmenty, ale w ich zadufaniu nawet przez myśl im nie przeszło, że sami są pionkami... i napotkali siłę, która ich usunęła z tej planszy, gdyż zaczęli zagrażać...
- Za bardzo się wtrącali w różne sprawy, to poszedłem i rozpieprzyłem to siedlisko – podsumował w jednym zdaniu Sanctus.
- ...Tak, a ja pozwoliłem na to, choć należeli do tego samego rodzaju co ja... byli na niższym poziomie, myśleli jednotorowo, coraz częściej nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach, choćby w sprawie twojego powrotu do Azylu. Dlatego ich nie broniłem...
- I tak byś nie zdołał, Wampirzy Mistrzu – odparł Sanctus z przekąsem.
- A dlaczego tak pusto przy stole? Tylko trzech herosów zostało? – Kristo okrężnymi drogami dążył do swojego celu.
- TAK, tylko trzech. Reszta – Sanctus wskazał na puste miejsca – jest w tej chwili w podróży... do bardzo odległych miejsc. Moja siostra TEŻ – spojrzał spode łba na Kristo, który się wycofał. Nie miał szczęścia, albo bezmózga służąca okrutnej czarodziejki, albo mityczna bohaterka nie mająca czasu na ziemskie sprawy...
- To dlaczego taka wielka ta gildia jest czy jak to się nazywa? Skąd to się w ogóle wzięło? – zapytał Sedy.
- Gildia...? – Sanctus popatrzył ze zdziwieniem na Karela. – Co te dziadki znowu wymyśliły... no dobra: kiedyś miałem sobie taki mały zameczek gdzieś pomiędzy łańcuchami górskimi, ale krasnoludy wyniuchały i co chwila przychodziły, żeby ubić jakiegoś stwora... smoki to fajnie było zabijać, ale potem te ogniste demony, jakieś harpie... potem zaczęli ludzie przychodzić, w końcu regularna procesja takich starych dziadków przyszła... to powiedziałem im że się przenosimy i jak będzie naprawdę potrzeba, to tu mają zaklęcie co ich doprowadzi tutaj, a sam się wyniosłem. Karel nastraszył ich dla efektu jakimś tam czarem, żeby pamiętali że tylko z pilnymi sprawami mają przychodzić! A zaklęcie Lotu w Chmury ograniczało gości tylko do tych, którzy byli w stanie je wypowiedzieć. A przeważnie ten, kto miał dostateczną moc, sam potrafił sobie poradzić ze smokami i balrogami... choć już smoków, takich prawdziwych, to już chyba nie ma, co nie?
- Smoki... krew Przyjaciela Smoków, Meariona... jego potomek... Inrami...
- Że kto? Mearion? To on spłodził jakiegoś potomka w ogóle? Nie wyglądał na takiego! – stwierdzeniu Sanctusa towarzyszył skrzekliwy śmiech Karela.
- Znaliście Proroka Meariona? – Sedy wybałuszył oczy. – Przecież to było tysiące lat temu!
- Oj tam... też mi prorok – Sanctus mrugnął porozumiewawczo.
- No ale przepowiednia głosi tak – Serubi nagle zaczęła cytować ten fragment, który znalazła w pracowni Zili i który odczytała jej młodsza siostra - Zdradziłaś swoją Krew Minerwo. Nie będzie ci to zapomniane. Z krwi mojej i mych Zwierzchników zrodzi się Płomień, który spali twoje potomstwo. Strzeż się Minerwo, albowiem wielkie nieszczęście sprowadziłaś na swój Świat. Magia nie zazna spokoju - dopóty dopóki ofiara nie zostanie spełniona. Zemsta jest kluczem do wszystkiego. Strzeż się Koniunkcji Sfer. – Cała trójka rezydentów Gildii Herosów jak jeden mąż ryknęła śmiechem. Pierwszy jako tako uspokoił się Sanctus:
- Nie mogę, bo się uduszę! Co ten dziad nawypisywał, duszę się, nie mogę... „Zdradziłaś swoją Krew Minerwo.” Buhahaha! – ale widząc niebotyczne zdumienie na twarzy gosci, poczuł się w obowiązku wyjaśnić. – Nie wiem czy wiecie, kim była Minerwa... kiedyś, nad całym tym kontynentem, panowała cesarzowa, Minerwa jej było. Fajna sztuka, z talentem do magii... Mearion, książę Smoczej Baronii, który ze smokami był za pan brat...
- Pamiętasz te żarty ludzi ze stolicy co Maeglir Mearion robi z tymi smokami? – wtrącił z uśmiechem Siger.
- To wcale nie były żarty, w końcu doczekał się potomka! – dopowiedział Karel.
- Gdzieś musiał dziecko jakiejś kurwie zrobić, cała tajemnica potomka Przyjaciela Smoków – machnął ręką Sanctus i podjął dalszą opowieść. – No to Mearion uderzał do cesarzowej, ale jako prosty książę to mógł sobie co najwyżej samemu... no. – Przerwał widząc, jak Arubi ciekawie przekrzywia głowę, żeby lepiej słyszeć. – Maeglir coś tam liznął wiedzy starych smoków, nie wiem dlaczego go tak szanowały; w każdym bądź razie postanowił popisać się przed Minerwą, przygotował jakiś występ...
- Wielkiego ognistego ducha chciał przywołać – przypomniał Karel.
- O właśnie, męczył się z tym niesamowicie, po pół godzinie koncentracji mu się udało...
- Mało się nie zeszczał z wysiłku wtedy – dopowiedział Siger.
- Oj dajcie mi doopowiadać! No i Minerwa zdmuchnęła mu tego demona jednym ruchem dłoni i pan Przyjaciel Smoków musiał uciekać z zamku, wyśmiewany przez dwór. Widocznie na starość coś mu się pomyliło i takie bzdury popisał... ktoś się dał na to nabrać?
- Przecież to wszystko prawda! – rozpaczliwie rozłożyła ręce Serubi. – Przecież zachodzi Koniunkcja Sfer...
- A czy ty w ogóle wiesz co to jest Koniunkcja Sfer? Co ona oznacza? – Zapytał Sanctus. Odpowiedziało mu milczenie. – Ten proces zachodzi od tysięcy lat, wszędzie, w każdym wszechświecie, w każdej sferze... jest on jak najbardziej naturalny. Światy i tak nigdy się nie połączą w całości, bo by były od początku jednym światem... okazyjnie jakiś demon przejdzie w jedną stronę i już zagłada świata... bleh...
- A Smoczy Ród? Zabójczyni Świata? Dziewica Ognia? Potomek Meariona? Ci wszyscy władcy dręczyli Inrami, bo jakiś nieszczęśnik tysiące lat temu popisał całkiem wiarygodne banialuki?
Sanctus potarł czoło w zadumie.
- Przykro mi, ale na to wygląda... posłuchaj. Kiedy żył Mearion, ludzie byli jeszcze młodzi i istniał silny potencjał kreacji całej rasy... Mearion miał wsparcie smoków... naturalnym jest, że każdy kto ma choć kilka jego genów, albo raczej, jak wy to nazywacie – płynie w czyichś żyłach jego krew, to będzie on posiadał jakieś zdolności. Jest kilka rodów rozsianych po świecie, które wywodzą się od starożytnych władców i pielęgnują swoje zdolności. Przypadek tej – jak ją nazywasz - Inrami jest dowodem, że nawet mimo braku pielęgnacji linii dar może przetrwać... sytuacja rzadko spotykana, ale nie nienormalna. Ale w połączeniu z naginaniem prawdy przez Meariona, który chciał sobie postraszyć potomków Minerwy... dało taki a nie inny rezulatat...
- Rezultat w postaci meteroru zmierzającego w naszym kierunku – zaskrzeczał Xethonar z okolic krocza Kristo.
- Meteoru?
- Po to tu przybyliśmy, zapomnieliście? – powiedział beholder.
- ...widzisz Kristo, nie przypuszczałem, że twoje krocze będzie inteligentniejsze od reszty.
***
Stali wszyscy na latającej, kamiennej platformie (Karel wyczarował ją bez większych problemów) i obserwowali meteor.
- Heh... więc mówicie, że już nie ma nikogo, kto byłby w stanie zatrzymać ten czar?
- Wymagałoby to organizacji wielkich sił magicznych, a na to nie ma czasu, wszystko jest pogrążone w chaosie wojny...
- ...Tak. Mogę powstrzymać ten meteor... ale potem będę musiał opuścić was na dość długo... prawdopodobnie na dłużej, niż wynosi przypuszczalny czas waszego życia. – Siger i Karel tylko pokiwali głowami.
- Dlaczego!? – wykrzyknął Gristel.
- Wampiry miały swoją Układankę... ja mam Równowagę. Jeśli teraz zajmę się problemami, które mogłyby zostać rozwiązane w normalny sposób... bo meteor nie jest wcale takim znowu silnym czarem... dla równowagi będę musiał pozostawić sprawy na parędziesiąt lat samym sobie.
- Jestem w stanie to zrozumieć... – powiedziała Serubi i zbliżyła się do Sanctusa, chcąc powiedzieć coś, co będzie przeznaczone tylko dla niego. – Pewnie wiesz o kogo mi chodzi... o Inrami. Podobno żyje... podobno Zila ją znalazła. Czy możesz... powiedzieć mi gdzie ona jest?
Sanctus uśmiechnął się; mógł dać dziewczynie pozytywną odpowiedź.
- Nie martw się... Inrami żyje i ma się dobrze. Co więcej... mam przeczucie, że wkrótce się znowu zobaczycie, może nawet całkiem szybko. Inrami będzie inna, ale ty też się zmieniłaś...
- Zila... zrobiła jej coś?
- Hm... – Sanctus zadumał się nad odpowiedzią. – Nawet przy pomocy przedśmiertnego czaru nie byłaby w stanie wypowiedzieć tak potężnego zaklęcia jak meteor, żyła może sto, może mniej lat na tym świecie... to za mało, by posiąść taką moc. Dlatego posłużyła się mocą Inrami, którą najprawdopodobniej znalazła tuż przed śmiercią. Ale nie martw się! – powiedział szybko widząc, jak opadają ramiona czarodziejki – nic jej się nie stało... złego, tyle mogę powiedzieć.
- No dobra! – krzyknął, aby wszyscy na platformie mogli go słyszeć. – Gildia Herosów ma meteor do zatrzymania...
Siger rozwinął skrzydła; nie potrzebował chronić się przed światłem słonecznym i Mortimer zapamiętał sobie, że musi dojść do tego, jak opanować tą sztuczkę. Karel wykonał kilka gestów dłońmi ukrytymi w rękawach długiej, czarnej szaty i oto Sanctus przy pomocy jego zaklęcia unosił się w powietrzu; osłoniony przez magiczne bariery wspólnie urzymywane przez Sigera i Karela, wystrzelił w kierunku meteoru.
Mogli tylko obserwować to niezwykłe zjawisko; upłynęły ze dwie godziny od startu Sanctusa, a widziana z ogromnej odległości płonąca kula zaczęła najpierw blednąć, po kilku minutach zrobiła się całkiem brązowa (w księgach to zdarzenie opisano za pomocą określenia „cud”). Potem zaczęła... coraz bardziej się przybliżać, jakby Sanctus zamierzał przynieść tu cały meteor i zbadać go sobie na spokojnie.
- Co on robi? – zapytał Siger Karela.
- A żebym ja to wiedział... lepiej zejdźmy na ziemię, on to tu niesie.
Platforma opuszczała się bardzo powoli; spędzili na niej cały wieczór, spędzili noc; gdy nad polami unosiła się poranna mgła, kamienna platforma zetknęła się z ziemią.
- Wkrótce przyleci – ocenił Karel. Około południa już widzieli to wszystko całkiem wyraźnie.
Sanctus, wbiwszy w gigantyczny kamień (miał średnicę około dwudziestu metrów) swój miecz niósł go przed sobą, niczym gigantyczną watę na patyku. Opadł delikatnie na ziemię, ale mimo to jego nogi zagłębiły się w twardej ziemi aż po kolana.
- Nie, nie jest takie ciężkie, nie potrzebuję pomocy – stwierdził z przekąsem i Karel czarami pomógł mu osadzić bezpiecznie meteor na ziemi.
- A teraz objaw nam, pozostałym członkom Gildii Herosów - nie tylko Arubi spodobało się to określenie – dlaczego przytaszczyłeś z Próżni kawał magicznie wyczarowanej skały – zapytał Siger.
- Bo mnie ktoś poprosił – powiedział Sanctus, po czym wyskoczył wysoko w górę i jednym cięciem miecza odłupał spory kawałek wygaszonego meteoru (wtedy Mortimer ostatecznie się przekonał, że ten osobnik był w stanie zniszczyć cały Azyl). W środku... było pusto. A raczej prawie pusto.
– Zapraszam – powiedział do Serubi. Ta uznając, że nic gorszego niż miało miejsce przez ostatnie tygodnie już jej nie spotka, dzielnie wkroczyła do wnętrza meteoru. Reszta drużyny przyglądała się w milczeniu. Bo w końcu czy może się wydarzyć coś dziwniejszego?
- Pomóżcie mi! – krzynęła z ciemnego wnętrza Serubi; Gristel, Kristo, Sedy, Mortimer – wszyscy rzucili się do wnętrza meteoru, wkrótce znikli w środku. Sanctus spojrzał na dwóch towarzyszy, skinął im głową – weszli na kamienną platformę i unieśli się ku niebu. Sanctusa i Karela drużyna już miała więcej w swoim życiu nie zobaczyć; zresztą sami mieli teraz inne problemy. Właśnie wynosili z otworu w skale („przenośna jaskinia”, jak określiła meteor Arubi) dwie postacie; dopiero w słonecznym świetle przekonali się, kto to był.
Serubi, błądząc dłonią po twarzy tej lżejszej osoby (pod wpływem wzruszenia straciła na chwilę zdolość jasnego widzenia za pomocą magii) wiedziała, kto to jest – Sanctus przyniósł z Próżni rezultat czaru, który został zbudowany wokół Inrami, wyrósł z jej wewnętrznej mocy pochodzącej z dziedzictwa Meariona... Zila znalazła Inrami tuż przed swoją śmiercią i zdążyła wypowiedzieć jeszcze to ostatnie zaklęcie. Ale było już wszystko w porządku... chyba... bo oto czarodziejka dotknęła dłonią piór. Kształt wskazywał na małe skrzydła... wyrastające z ramion Inrami. Kim ona się stała teraz? Co ją spotkało, gdy przebywała w Próżni?
- Inrami? – zapytała. – Co ci się stało? – zapytała, a panika w jej głosie narastała jak fala powodzi.
- Ona wygląda na całkiem zdrową – powiedziała Arubi. – Gorzej z nim...
- Z kim?
- To jakiś rycerz... cały w czarnej zbroi... nie wiem, gdzieś kogoś podobnego już widziałem...
- To nie jest jakiś rycerz. – Serubi usłyszała strach w głosie Kristo. – To rycerz śmierci, związany duszą ze swoją zbroją...
- Na imię ma Mordred. – Inrami otworzyła oczy, usiadła, rozprostowała ręce i skrzydła. – I rzeczywiście został rycerzem śmierci... mnie mieli uczynić devą, ale zdążyliśmy uciec – odpowiedziała z uśmiechem, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem, jak spacer leśną ścieżką. – Prawie im się udało – zamachała małymi skrzydłami, nawyżej półmetrowej rozpiętości.
- Ale kto!?
- Oni. Stwórcy.
Serubi wzięła głęboki oddech. Nie tak to sobie wyobrażała...
- Kim są ci stwórcy?
- Potężne, świetliste istoty, które obserwują nasz świat od dawna i przymierzają się, żeby wkroczyć i pewnie wkrótce to zrobią. – Inrami ponownie uśmiechnęła się, jakby tłumaczyła jakąś prostą kwestię małemu dziecku. – Musicie się strzec... – ale w tym momencie Inrami ponownie straciła przytomność.
- Była w jakimś transie, ktoś przemawiał przez nią – powiedziała Arubi. Jej starsza siostra poczuła silne ukłucie bólu; nie zauważyła tego sama, myślała, że to Inrami tak się zmieniła, że straciły kontakt... emocje ponownie wzięły nad nią górę. Inrami wybudzi się z tego transu – przypuszczalnie ten cały Mordred również – i wszystko nam opowiedzą... o ile będą w stanie.
Ale ból nie zniknął; pochodził z brzucha Serubi i już od dawna napawał ją ogromnym lękiem. Na czas konfrontacji z Zilą Venice była w stanie odepchnąć go na dalszy plan, ale teraz... nie, jeszcze nie czas na to. O ile będę miała w tej kwestii coś do powiedzenia, pomyślała Serubi.
-Epilog-
Król Mieur wrócił do Palateku; dzięki sprawnej organizacji nawet niewielu ludzi zostało spalonych/rozsiekanych/okradzionych w wyniku paniki, która zapanowała na całym świecie.
Król nie miał złudzeń; wkrótce koła zębate mechanizmu wojny znowu zaczną się toczyć... niewiele miał czasu na przygotowania, ale jednak czegoś dokonał. Nie był pewien wygranej... ale coś przynajmniej zrobił. Coś, czego owoce świat mógł zobaczyć już całkiem niedługo.
***
Z miasta Mewisaan ocalał tylko pełen przepychu pałac; wszyscy mieszkańcy albo zginęli, albo uciekli. Żołnierze Palateku (ci, którzy ocaleli) widząc, że nawet nie ma czego okupować – po prostu zabrali łupy i również uciekli z miasta. Jedni wracali do Maab, inni postanowili osiąść w jakiejś spokojnej – ich zdaniem – okolicy... każdemu wedle potrzeb.
***
- Wiedziałeś, że z tą Inrami i Mordredem pakujesz się w sprawy Stwórców?
- Ano.
- Dlatego spieprzasz „na czas jakiś z tego świata”?
- Wycofuję się na z góry upatrzone pozycje.
- Nawet Sanctus spotyka czasem zawodników, dla których sam jest tylko pionkiem... no no – uśmiechnął się Siger.
***
Drużyna siedziała skupiona przy ognisku; grzały ich promienie popołudniowego słońca (Mortimer nie odważył się jeszcze na trening odporności na słońce i siedział szczelnie zasłonięty swoim płaszczem); czekali, aż Inrami i Mordred – wedle wszelkich oznak śpiący głębokim snem – się obudzą i spróbują wyjaśnić, co tu się do cholery dzieje. Gristel stroił lutnię; był kontent, że wreszcie wszyscy są razem, choć może nie w takiej kondycji, jakby sobie życzył. Kristo usiłował nawiązać dialog z własnym kroczem... Sedy polazł w kierunku lasu nazbierać chrustu, Arubi szukała kwiatów. Serubi siedziała skulona blisko ogniska i trzymała się za brzuch; starała się na dawać poznać, jak bardzo ją boli, jakby coś, co nosi w środku, próbowało ją rozerwać. Nie miała okresu od trzech miesięcy i widmo tego, że nosi w sobie płód dany jej przez Berezena z Otchłani, któremu oddała się w zamian za uleczenie Inrami, gdy ta została śmiertelnie zraniona przez przywołańca Zili, stawało się coraz realniejsze.
***
Wszyscy o niej zapomnieli... to dobrze? Źle? Atena myślała że źle, a Julia że dobrze. I tak, niezależnie którą była teraz Osobą, podążała do celu... podróż była długa i niebezpieczna, ale czy gracze dadzą zrobić krzywdę swojemu najmocniejszemu pionkowi?
Atena/Julia dotarła w końcu do celu, do ogromnej budowli, która równie dobrze mogła być wielkim silnikiem, pojazdem, świątynią... tego nie wiedziała. Miała tylko wejść do środka.
- JESTEŚ.
- Tak, Blaine.
- CZY JESTEŚ GOTOWA NA ROZSZCZEPIENIE?
- Właściwie...
- NIEWAŻNE. CHODŹ ZE MNĄ.
Nawet gdyby odmówiła, to i tak musiałaby pójść. Podążyła za Blaine’m ciemnym korytarzem, aby ulec rozszczepieniu dwóch osobowości. Co ma być dalej? Nie miała pojęcia.
27. IV. 2005 – 10. IV. 2005 (ta data nie może być
poprawna ;) - dop. Seth)
Mariusz Saint
[ mariuszsaint@interia.pl ]
|