|
-1-
Król Palateku, Mieur, był względnie zadowolony. Jego armie właśnie ruszały na księstwo Mewisu, które zawsze sprawiało problemy; albo się chciało przyłączyć, albo nie chciało, raz było partnerem gospodarczym, a raz sabotażystą... Teraz przynajmniej sytuacja była jasna.
Król Mieur nie wiedział wprawdzie, dlaczego jego armia atakuje Palatek, skoro to na jego dworze zginęła księżna Celika... To oni powinni atakować... Podrapał się w głowę. Ach tak, już pamiętał, dlaczego wysłał swoje wojska. Mewisańscy jeńcy zamordowali jego syna, Lestata... nie, jak mu tam było... O, Lestera. I tak niezbyt go lubiłem, pomyślał. Bez przerwy jakieś intrygi, jakieś coś, czego nie rozumiem... Zresztą i tak chyba nie był mój, zastanawiał się dalej Mieur przypominając sobie, jak to wrócił z trzyletniej wyprawy wojennej i ujrzał żonę w siódmym miesiącu ciąży. Ale nie był tego pewien; przecież większość jego wojów po powrocie zastała swoje żony w błogosławionym stanie.
Król siedział tak na tronie, zadumany; tron zwieńczała czaszka orka. Z odrętwienia wyrwał go dopiero jego doradca, Czarny Luin, zwany przez pałacową służbę Wielkim C lub Wielkim H, zależnie od stopnia edukacji w dziedzinie piśmiennictwa. Król też go niezbyt lubił, ale dostał go niejako w spadku po swoim ojcu; poza tym lubił słuchać tego, co doradca ma do powiedzenia. Zawsze go to wyrywało z nudy.
- Panie, nadal pozostaje kwestia morderców twego, bogowie niech przyjmą jego duszę, syna.
- No i co? - król ziewnął, przeciągnął się i przybrał wyczekującą pozę.
- Moglibyśmy w końcu zobaczyć w akcji tych najemników, o których tyle razy ci wspominałem.
- Naprawdę? Nie pamiętam.
- No i fakt, że ci mordercy chodzą żywi sprawia, że ludzie zaczynają wątpić we władzę...
- Ludzie mogą sobie gadać co chcą... - król ziewnął ponownie.
- To, że ci mordercy są bezkarni, to plama na HONORZE.
Te słowa biegnąc przez mózg króla skręciły nagle w boczną, rzadko używaną przecznicę; uderzyły ośrodek motoryczny poruszając go prawie bez udziału reszty mózgu.
- HONOR! - król Mieur poderwał się z tronu, wyszarpując z pochwy miecz, przy okazji ucinając czubek czarnego kaptura płaszcza, noszonego przez Luina. - Bij, zabij! Na koń!
- Panie, ja się wszystkim zajmę. Już rozmawiałem z najemnikami, nie byle jakimi najemnikami... - produkował się Czarny Luin, ale doskonale widział, że Mieur go nie słucha.
Sięgnął po puchar z winem, równocześnie niezauważalnym ruchem otwierając kapsułkę, która umieszczona była na pierścieniu tak, że sprytnie udawała klejnot. Z kapsułki, delikatnie potrząsając palcem, wsypał do ciemnoczerwonego napoju odrobinę złotawego proszku. - Panie, ostudź swą gorącą głowę tym oto winem - doradca podczas wręczania naczynia niemal przykleił się do podłogi w służalczym geście.
- Wina skosztuję jako zapowiedź mego tryumfu w obronie HONORU i zaraz ruszam w bój, ku łopoczącym chorągwiom, błysku słońca na zbroi... - przerwał na chwilę, upijając połowę zawartości pucharu, zaś drugą połowę rozlewając po podłodze. - ... ku chwale, ku otwartej, szlachetnej walce... ooo... - nogi ugięły się pod biednym królem i klapnął on ciężko na tron; ponownie popadł w to odrętwienie, w którym tkwił na początku.
- A teraz, panie, jeśli byś mógł podpisać ten dokument...
- A... co to jest...? - pamięć Mieura dokonała gwałtownego resetu.
- Dokument, dzięki któremu pieniądze ze skarbca powędrują do najemników, którzy wytropią morderców twego syna.
- Wytropić... tak, wytropić... - król machnął szybko piórem tworząc na pergaminie coś, co mogłoby uchodzić za podpis, jeśli tylko przyglądać się temu w komnacie bez okien, uprzednio gasząc wszystkie świece.
- Teraz odpoczywaj, panie, odpoczywaj...
Czarny Luin schodził w dół po kręconych schodach pilnie uważając, żeby nie zlecieć z nich na pysk, tak bardzo powykręcane były deski od zbyt częstych wędrówek. Doradca królewski czuł ulgę, że znowu się wszystko udało, ale jednocześnie był zły na siebie, że nie może odebrać królowi miecza - czasem spontanicznie Mieur go używał i w większości tego typu przypadków Luin musiał kupować nowy płaszcz; jednak po nowy mały palec lewej dłoni musiałby się udać do nekromanty, a na to nie miał ochoty. Nie lubił magii, choć kochał manipulować ludźmi się nią posługującymi; wkrótce znów to zrobi.
I wcale nie chodziło mu zemstę na mordercach Lestera; był im nawet wdzięczny. Sam miał usunąć go w swoim czasie, gdyż królewski syn widział wiele, podobno prowadził własne polityczne gierki... Ale wielka polityka Czarnego Luina nie interesowała. Bał się tylko społeczeństwa, dlatego też już kontrolnie powieszono kilku żebraków mówiąc, że to właśnie oni zabili księcia.
On chciał tylko sprawdzić tą organizację, która najprawdopodobniej, po tylu latach poszukiwań, będzie mogła sprostać jego wymaganiom. Chciał wypróbować ich skuteczność.
Wprawdzie był jej niemal w stu procentach pewien, ale nie przeżyłby tylu lat na dworze, gdyby dawał wiarę czemuś, czego nie był pewien całkowicie.
Przystanął; rozejrzał się ostrożnie, po czym sięgnął do małej sakiewki i wsypał do pustej kapsułki w pierścieniu odrobinę proszku. Genialny wynalazek, to ziele zwalniające, czy też szumigaj czy jakakolwiek inna nazwa, nadawana przez pospólstwo. Najważniejsze było to, że podawany razem z kilkoma innymi składnikami powodował odrętwienie, a nie euforię, gdy podawać go bez wspomnianych dodatków. Spojrzał z irytacją na resztkę proszku na dnie sakiewki. Znowu będzie musiał gadać z tym dzieciakiem, jak mu tam było... Sedy? Jakoś tak.
***
Otworzył oczy. Ujrzał sufit izby, którą wynajął w gospodzie. Widok ten stanowił miłą, stabilną odmianę w stosunku do tego, co widział jeszcze przed paroma chwilami - czyli wielkie, różowe bąble na tle seledynowego, ruchomego nieba i wielką wieżę stojącą na środku pola czerwonych róż, w dodatku gadających.
Sedy spojrzał w bok - pusta sakwa po szumigaju przypomniała mu o tym, jak spędził ostatni wieczór, a nie było to przyjemne wspomnienie. Najpierw ta dziwna dziewczyna w białej sukni, potem jakaś szalona kobieta wysypuje cały towar po gospodzie, złocisty proszek trafia do nozdrzy tylu osób, ze Sedy nie nadążyłby ze zbieraniem opłat. Sam nawdychał się wtedy tego, a potem jeszcze postanowił poprawić sobie nastrój ostatnią, rezerwową porcją... Niejasno przypuszczał, że nie powinien tej ostatniej, specjalnej sakwy ruszać, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć dlaczego.
Jego ciało ogarnęło lekkie drżenie - objaw braku szumigaju w organizmie. Podnosił się powoli, kolejny raz dziękując dowolnie wybranemu bogu, który akurat słuchał, że będąc w narkotycznym transie nie wyskoczył przez okno, nikogo nie zabił ani nic takiego - tylko doczłapał się do swojej izby na piętrze i położył spać na podłodze.
Chwycił pustą sakwę i schował ją do dużej torby, sprawdził, czy aby na pewno gdzieś na jego ubraniu nie zostały jakieś ślady krwi, wymiocin czy sików - i wyszedł z izby.
Na swoje szczęście nie zaczął zbiegać ze schodów i dzięki temu odpowiednio wcześnie dostrzegł człowieka w czarnej szacie z kapturem, w towarzystwie dwóch rosłych strażników gwardii królewskiej, którym wszystko jedno, czy dzisiaj będą ściągać podatki, zabijać na zlecenie, czy jedno i drugie równocześnie.
W jego myśli wdarł się piorun przypomnienia - jego zleceniodawca. To właśnie jemu miał sprzedać ostatnią porcję szumigaju. Właściwie musiał to zrobić; pamiętał, jak ten pracownik królewskiego dworu zabrał go do sali tortur w zamku letnim króla Mieura w Maab, pokazał działanie niektórych przyrządów i powiedział, że jeśli Sedy zdradzi się komukolwiek, to będzie na nim wypróbowany Ostry Młyneczek. I dlatego nie miał ochoty widzieć się z Czarnym Luinem.
Ostrożnie wycofał się po schodach uważając, by żadna z desek nie skrzypnęła. Wrócił do swojej izby rozglądając się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś sposobu ucieczki.
Wyjrzał przez okno na ulicę; było tam sporo ludzi. To uświadomiło Sedy'emu, ze dzisiaj jest dzień targowy. Wczoraj upłynął termin dostawy szumigaju.
Ujrzał wóz wiozący furę siana; zastanawiał się chwilę, ale usłyszawszy ciężkie kroki gwardzistów na schodach, wszelkie wątpliwości jakoś uleciały. Otworzył okiennice i skoczył.
Wylądował miękko; zapach świeżego siana przypomniał mu różne miłe rzeczy, których dokonywał w stodołach, ale nie było czasu na wspominki. Zeskoczył szybko z wozu i zniknął w jednej z bocznych uliczek, skutecznie usuwając się z widoku gapiom.
***
Czarny Luin otworzył spokojnym ruchem drzwi do izby; była pusta. Oczywiście nie spodziewał się, że zastanie tu handlarza zielem zwalniającym, gdyż uważał Sedy'ego za myślącego człowieka, który wiedział, co go czeka.
Nie po to zawitał do tej gospody.
Zaczął uważnie się przyglądać łóżku, ale zrezygnował widząc, że nie pościel nie jest pognieciona. Pochylił się ku deskom podłogi i ujrzał to, czego szukał. Podniósł to i ostrożnie zawinął w koronkową, białą chusteczkę. Kilka włosów Sedy'ego.
- Może się uda upiec dwie pieczenie na jednym ogniu... - pomyślał i włożył zawiniętą chusteczkę do kieszeni swojej szaty, tuż obok czterech innych. Zmacał w drugiej kieszeni małą, szklaną kulę i wyszedł z izby.
***
Sedy wiedział, że schronienie znajdzie dopiero w swojej chatce w głębokim lesie. Musiał przedostać się traktem na zachód; udało mu się to bez problemu, gdyż wmieszał się w tłum uciekinierów z terenów objętych walkami. Zejście z traktu w puszczę pod osłoną nocy również było banalnie łatwe. Sedy zaczynał powoli wierzyć, że mu się uda. Oczywiście się mylił.
Nie wiedział dlaczego, ale zawsze odnajdywał drogę do swojej chatki. Zawsze. Był to jego mały azyl; znał każde drzewo, każdy kamień w okolicy. Gdyby był starszy, i gdyby oczywiście ktokolwiek mieszkał w promieniu siedemdziesięciu kilometrów, Sedy miałby opinię szamana. Ale było to miejsce całkowicie odludne, do którego nie prowadzi żadna szersza droga, do którego szansa trafienia wynosi niemalże zero. Gdy Sedy zbliżał się do swojej chatki snując myśli o przyszłorocznych zbiorach ziela spowalniającego, zauważył dym unoszący się z komina. Po chwili dojrzał również dwa konie uwiązane do pobliskiego drzewa.
Na jednym z koni siedziała dziewczyna w sukni, którą, gdyby nie gruba warstwa zeschłego błota, można by, po dużych uogólnieniach, nazwać białą. Niewiasta miała niezbyt długie włosy koloru blond; jej głowa opadła na piersi, oczy były zamknięte. Sprawiała wrażenie pogrążonej w jakimś transie. Sedy miał dobrą pamięć do twarzy i rozpoznał w niej tą samą dziewczynę, którą spotkał w gospodzie "pod Wąsatym Knurem" w Maab, gdzie to zaczęło się pasmo jego nieszczęść.
Na razie postanowił się rozejrzeć w sytuacji; ostrożnie podkradł się do okna chatki, starając się nie zwrócić uwagi dziewczyny. Zaglądnął ostrożnie przez okno; zauważył dwójkę rosłych mężczyzn, leżących na podłodze. Byli nieprzytomni, ale prawdopodobnie znacznie szczęśliwsi niż na jawie; Sedy doszedł do takich wniosków na widok leżących nieopodal dwóch pustych sakwach po zielu zwalniającym.
- Moje zimowe zapasy! - wyrwał się mu cichy krzyk. - Skurwysyny!
Poprzednio zamierzał przeczekać w lesie, aż przybysze odjadą; teraz postanowił trochę im zaszkodzić. Równie ostrożnie zbliżył się do przywiązanej do siodła dziewczyny; wyjął swój nóż i przeciął więzy. Szybko chwycił zsuwające się z konia ciało, co było całkiem przyjemnym doznaniem. Położył ją ostrożnie na ziemi; zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wykorzystać sytuacji. Dziewczyna poruszyła głową, a z jej ust wydobyły się słowa:
- Zjednoczenie... zachód... muszę iść...
Na dźwięk słowa "Zjednoczenie" w głowie Sedy'ego pojawił się wyraz "Jenova", nie wiedzieć czemu. Pochylił się nieco, aby lepiej usłyszeć. Ale na ziemi nie leżała już nieprzytomna blondynka, tylko czarnowłosa kobieta, ubrana w czarny, skórzany, ściśle przylegający do jej ciała strój. Nie było jednak czasu na kontemplację, bo Sedy dostał szybkiego kopa w głowę i dopiero padając przypomniał sobie, że to ta sama wariatka, która rozsypała cały jego towar.
Poczuł tylko, jak jej dłoń wyciąga mu zza paska nóż, po czym gwałtownie zetknął się z ziemią.
Podniósł się ostrożnie na łokciach; widział, jak kobieta wbiega do jego chatki trzymając w ręku nóż i zapewne nie wbiegała tam, by ukroić sobie kromkę chleba przed dalszą podróżą. Sedy usłyszał dwa krótkie charknięcia; po dłuższej chwili z mroku jego chatki wyszła ta sama blond-włosa dziewczyna, trzymająca w ręku nóż. Jej suknia była na powrót śnieżnobiała; zapewne dlatego tak wyraźnie odcinały się na niej ślady krwi.
Odrzuciła nóż i pobiegła w las.
- Zaczekaj! - krzyknął Sedy, bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy, i podniósł się powoli, z zamiarem dogonienia dziewczyny. Ale w tym momencie słońce zakrył ogromny cień.
-2-
Cztery postacie były widoczne w ciemności na tle palącego się wysokim płomieniem ogniska. Dwie drobne, kobiece sylwetki, jedna męska, postawna i jedna naprawdę potężna. Ta ostatnia poruszyła się i po chwili dało się słyszeć niski głos jej właściciela, pół-człowieka, pół-orka - Gristela:
- A tak właściwie to gdzie ten koleś zniknął? Ten... Ircaine, czy jak mu tam?
Inrami wiedziała, że się czerwieni, na szczęście wiedziała też, że przy blasku bijącym od ogniska nikt tego nie zauważy. Teraz tylko musiała zapanować nad głosem.
- To znaczy... nie wiem.
- Ale nie byłaś wtedy nieprzytomna ani nie leżałaś na wznak, z zamkniętymi oczami, nic takiego? - głos Serubi wręcz ociekał jadem; oficjalnym powodem tego zachowania była opieszałość Inrami w ratowaniu reszty ekipy, co było oczywistym nonsensem. I tak wszyscy wiedzieli, że Serubi zazdrości Inrami tej przygody. Czemu jej nie wybrał Cień? Nie mogła tego zrozumieć. - Zamiast przejmować się takimi głupstwami - tu wymowne spojrzenie na Inrami, która spuściła głowę - pomyślmy lepiej, co teraz zrobimy.
- Musimy iść pomóc armii Mewisu! Nie możemy dopuścić...
- I niby co chcesz zrobić? - odezwał się Kristo. - Walczyć sama z całą armią? Nie da rady, próbowałem - uśmiechnął się.
Gdyby jeszcze żyła Celika, gdyby można jej jeszcze było bronić... Inrami stanęłaby do walki z całą armią bez wahania. Dzisiaj... nie było po co walczyć. Właściwie nie trzeba było już nic robić, tylko położyć się w trawie i czekać na pierwsze objawy gnicia. Albo pójść z innymi.
I niby... - powstrzymała drżenie głosu, przełknęła ślinę - gdzie teraz mamy iść?
- Byle dalej od wojny, na polu bitwy nie ma nic ciekawego, naprawdę... chyba, że chcesz zobaczyć ghule, zjadające zwłoki i hieny cmentarne, obcinające palce z pierścieniami... - Kristo rozpoczął malowniczy opis.
- A skąd ty to wiesz? - Gristel zwrócił uwagę na towarzysza podróży, jakby go zobaczył po raz pierwszy.
- Z doświadczenia - odpowiedź powalała prostotą. - A ty? Każda miejscowość ma swojego pół-orka grającego na lutni z ukrytymi ostrzami? Które... - tu błędny rycerz lekko się nachylił w taki sposób, że wyglądało to tak, jakby słuchał własnego... ehem, własnych spodni - ... wysuwają się, gdy naciśniesz przycisk na gryfie?
- O kurwa, aleś mądry! A nie wyglądasz! - odciął się Gristel.
- W ogóle nic o sobie nie wiemy - Inrami podniosła głowę. - Los złączył nas ze sobą...
- O bogowie - Serubi przewróciła oczami.
- I chyba jeszcze trochę czasu spędzimy ze sobą...
- Hola hola, panienko! Jak tylko dotrzemy do czegoś, co przypominać będzie miasto i nie będzie tam żadnej wojny, ruszam własną drogą! - czarodziejka jasno postawiła sprawę.
Kristo ponownie nasłuchiwał, co zaczynało powoli już irytować resztę towarzystwa. Jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Dobrze się składa! Na południowy zachód stąd znajduje się Zaris... niewielkie miasto na uboczu... przecudne... - Kristo najwyraźniej się rozmarzył, co Serubi skwitowała kolejnym przewróceniem oczu.
- Daleko to? - przerwała, poirytowana.
- Musimy tylko przejść przez las...
- Tylko!? Przecież to co najmniej trzy dni drogi! Przez dziki las! Po prawej stronie będziemy mieli góry i bogowie jedni wiedzą, co z nich może wyleźć!
- Ale będziemy daleko od głównych traktów, nikt nas nie wytropi...
- Tak, musimy uciekać, bo ktoś tu stracił panowanie - Serubi po raz kolejny posłała Inrami nienawistne spojrzenie - mogłabyś jednak nie obcinać temu Lesterowi jego durnego łba?
- Zejdź ze mnie - w oczach Inrami pojawiły się złowrogie ogniki.
- A co, jeszcze nikt na tobie...
- Może pójdziemy spać - Kristo spróbował zażegnać konflikt.
***
Wśród porannej szarówki, obok dogasającego już ogniska, można było dostrzec trzy sylwetki: trzy leżące i jedna, ta największa, czuwająca na straży. Gristel siedział, zapatrzony w pierwsze tego dnia promienie słońca i nucił cicho:
Tam, gdzie mnie nie ma, gdzie nie ma mnie
Tam gdzie czas załamuje się i gnie
Gdzie jedna sekunda ma tysiąc lat
Gdzie w miejscu zatrzymuje się świat
Ja, odliczając sekundy smutku miarowo
Ja chciałbym być z tobą, chciałbym być z tobą...
Gdy usłyszał, jak podchodzi do niego Kristo, przerwał. W krótkich momentach ciszy mógł przysiąc, że słyszy z krzaków odgłos, jakby rytmiczne uderzanie połączone z mlaskaniem. Nie był to zwyczajny odgłos, ale Gristel po tylu przeżyciach nie był w stu procentach pewien swoich zmysłów.
- Nie jest to chyba popularny w gospodach repertuar... - szepnął Kristo, nawiązując do piosenki śpiewanej przed chwilą.
- ...Masz rację. Trzeba śpiewać bzdury, bo za nie płacą w takich lokalach, gdzie na zapleczu dziwki robią dwie laski naraz, nie przerywając palenia skręta - malowniczo podsumował bard. - A do stolicy nawet bym nie wszedł, przecież nie ma króla, który by nie miał koło tronu czaszki orka.
- Dlatego wędrujesz...
- Tak.
Milczenie przeciągało się, a tym razem Gristel mógł niemal przysiąc, że słyszy ten obrzydliwy dźwięk. Nagle obydwaj odwrócili się, ale to tylko Inrami wstała i poszła za potrzebą. Gristel zapytał:
- A ty? Też jesteś człowiekiem drogi.
- Ale z innych...
W tym momencie leśną ciszę rozdarł krzyk Inrami, ale nie krzyk przerażenia, tylko... zaskoczenia?
- Coś tam jest!!! - wybiegła z krzaków na polanę, w biegu zapinając pas skórzanych spodni. - Tam, coś, obrzydliwe... uciekło... - jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Jednak opanowała się, szybko wytarła oczy i wyprostowała się dumnie. Sięgnęła po zawieszone u pasa sztylety, jej wzrok padł na zarośla. I znowu Gristelowi wydawało się, ze słyszy właśnie z tych zarośli obrzydliwy dźwięk.
- Cokolwiek mnie dotykało, ja to odetnę - podniosła ostrza tak, jakby były one naturalnym przedłużeniem jej ramion.
- Gdzie cię dotykał? - spytała Serubi, podnosząc się z posłania. - Może to jakiś zdesperowany inkub? Albo ten twój Ircaine? - drwiła, ale szybko zrezygnowała widząc, że Inrami nawet jej nie słucha, raźnym krokiem zmierzając w kierunku krzaków, a Kristo i Gristel za nią, z uniesioną do ataku bronią. Westchnęła i sięgnęła po zdobyty w pałacu miecz, bo magia magią, ale lepiej mieć kawałek zaostrzonej stali w pogotowiu.
Gristel czuł, że zbliża się do źródła dźwięku; słyszał go już mimo szelestu gałęzi, szybkich, nerwowych kroków Inrami i spokojnych, ostrożnych Kristo. Nagle dotarło do niego, że zaczynają się oddalać od hałasu; zawrócił. I zobaczył drzewo z rozłożystymi korzeniami; wśród nich widać było czerń jamy. Pokazał ją palcem pozostałym. Przystanęli, zakłopotani, jak wykurzyć niebezpiecznie stworzenie spod drzewa. W tym momencie doszła do nich Serubi, flegmatycznie żując źdźbło trawy. Oceniła sytuację, wykonała kilka gestów rękoma, przypominające gałęzie poruszane wiatrem i w tym momencie pojedyncze, potężne uderzenie wichury wyrwało drzewo wraz z korzeniami, ukazując źródło obrzydliwych odgłosów.
Był to ten sam karzeł, który ich zniewolił i oddał Cieniowi.
- Co on robi!? - krzyknęła zgorszona Inrami. Serubi nie mogła powstrzymać uśmiechu niedowierzania na widok karła.
- Się samogwałci, jak widzisz - oznajmiła.
- Kurduple w kubrakach walą po krzakach - podsumował jakiś inny, nieznany głos dochodzący z poziomu pasa Kristo, ale chwilowo nikt nie zwrócił na to uwagi.
Tymczasem Gristel widząc znienawidzonego osobnika, który śmiał sypać mu proszkami po oczach, więzić i niewiadomo co robić, gdy sam był nieprzytomny, stracił panowanie nad sobą i trzepnął go grubą, ciemnozieloną pięścią w twarz, pozbawiając przytomności i szkiełek na nosie.
- Zajebię gnoja!
Kristo chwilę nasłuchiwał, schylony, po czym chwycił pół-orka za ramię.
- Poczekaj! Może się nam przydać, na przykład pokazać, gdzie mogą być jakieś zapasy, siedziby, ścieżki... - bard powoli opanowywał swój gniew. Zawsze przychodziło mu to z trudem, ale słysząc słowa rozsądku, jakoś się udało.
- Niech go ktoś zwiąże, ja się muszę uspokoić...
Kristo ciasno spętał ręce więźnia grubą liną, tą samą, którą karzeł spuszczał do ich więzienia każąc wychodzić Inrami; ot, taka ironia losu. Nogi powiązał tak, żeby ich niedoszły oprawca mógł chodzić, ale poprzez stawianie bardzo małych kroczków. Połamane okularki w drucianych oprawkach schował do jednej z licznych sakiewek, które nosił u pasa. Mając na względzie dwie młode niewiasty, zapiął również spodnie kurdupla.
- No, Inrami, już możesz odsłonić oczy.
- Wcale ich nie zasłaniałam.
- Eee... dlaczego?
- Muszę przecież wiedzieć, co mam mu odciąć w pierwszej kolejności.
***
Na tle smętnych resztek wygasłego ogniska, na zalanej słonecznym światłem polanie, widać było cztery postacie, stojące nad piątą, nieco tylko wyższą od krasnoluda, siedzącą na trawie.
Kristo pochylił się nad karłem i zapytał łagodnie:
- Gdzie, twoim zdaniem, powinniśmy się udać?
- Tylko nie na zachód! Tylko nie na zachód! - krzyczał więzień piskliwym, histerycznym głosem.
- Dlaczego nie tam?
- Tam są krasnoludy! Oni mnie zabiją! Nienawidzą nas, karłów leśnych!
- Wcale im się nie dziwię - Inrami nadal żywiła nienawiść do więźnia za zachwianie jej godnością osobistą.
- Karłów leśnych? Co za bzdury! - prychnęła Serubi.
- To idziemy na zachód. - Burknął Gristel, ujmując w dłoń sznur, którego drugi koniec przywiązany był do szyi kurdupla.
- Nie pójdę! Nie pójdę! - wrzeszczał, ale Gristel bez najmniejszego wysiłku pociągnął mocno sznur i wlókł szamoczącego się karła leśnego niczym worek kociąt. I szli tak dość długo, a pół-ork specjalnie wybierał kamieniste ścieżki.
***
Okazało się, że miasteczko Zaris wcale nie jest spokojne - przynajmniej teraz, gdy masy ludzi uciekały przed wojną, dając zarobić miejscowym szynkarzom i ludziom oferującym nocleg po cenach promocyjnych, czyli trzykrotnie wyższych niż normalnie.
Jedyną zaletą tej sytuacji był fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na dziwną grupę wkraczającą do miasta, a zwłaszcza na karła prowadzonego jak bydło na postronku.
- Aaach, Zaris - westchnął sobie Kristo. - To tutaj spotkałem tą, która miała szansę stać się moją drugą wielką miłością...
- Wulgarna cipa - odezwał się ponownie przytłumiony, nieznany głos, dochodzący gdzieś z okolicy pasa Kristo. Inrami miała zamiar zrewanżować się Serubi mówiąc "ktoś cię woła", ale na tyle zaintrygowała ją tajemnica pochodzenia głosu, że zapomniała o tym. Już miała zadać pytanie, ale Gristel ją uprzedził.
- Co jest gra... - zaczął, ale Kristo uciszył go gestem. Wpatrzony był w dwójkę osób, stojących na rynku Zaris. Widząc ich reszta drużyny (oprócz karła, który starał się wytrząsnąć piasek z brody) zdziwiła się, że wcześniej ich nie zauważyła. Pierwszy z nich był niezbyt postawny i niezbyt umięśniony, dźwigał jednak na plecach ogromny, dwumetrowy miecz, z podniesieniem którego przypuszczalnie nawet Gristel miałby spore kłopoty. Całości groteskowej prezencji dopełniało wręcz wieśniacze ubranie i fryzura składająca się postawionych do góry ciemnobrązowych włosów.
A ten drugi był jeszcze gorszy.
Spowity był cały w czarną szatę; dłoni nie można było zobaczyć, gdyż tonęły w wodospadach rękawów; z twarzy spod mnisiego kaptura widać było tylko płomyki oczu. Nie, nie białka - płomyki. Zważywszy, że był środek lata, taki ubiór niezbyt pasował do otoczenia.
- Wy tutaj - odezwał się do nich lekko drżącym głosem Kristo.
- Popatrz, popatrz! To nasz kochaś! - odezwał się szyderczo ten z mieczem. - I uprzedzam - przerwał Kristo, który już miał się odezwać - nie ma ze mną mojej siostry, niewyżyty jebaczu.
- Ty... - nasz dzielny rycerz oglądanym wielokrotnie ruchem nachylił się ku swemu... pasowi i nasłuchiwał. - Ty skurczyflaku! Ty sflądrysynu!
Brat niedoszłej kochanki Kristo przypatrywał się całej akcji z uniesioną brwią. Jego towarzysz w czarnej szacie też pewnie był zdziwiony.
- O! Kupiłeś sobie mózg! Dobra nasza!
- Ghrrr...!
- Nasz szlachetny bohater się denerwuje! - dalej drwił ten z mieczem. - Co, chcesz kolejnej lekcji!? Chcesz drugi raz lecieć przez ten plac z gołą dupą!? - Kristo rozejrzał się nerwowo czy nikt z miejscowych go nie rozpoznaje, po czym podniósł czerwoną tkaninę, którą zakrył dolną część twarzy. I ze spokojną złośliwością powiedział:
- Zgadnij, kto mi dał tą chustę...
- Trzymaj mnie, bo go zajebię! Zajebię go!
- Spokojnie, spokojnie... - osobnik w czarnej szacie odezwał się po raz pierwszy; źle się stało, bo głos jego brzmiał niczym dochodzący z zamkniętej krypty. Resztę drużyny, i tak już zdziwioną, że najspokojniejszy z nich wdał się w pyskówkę na środku miasta z nieznajomymi, przeszedł dreszcz. - Może sprawdź, czy nikt z wieśniaków nie dobiera się do naszych sprzętów...
- Patrzyłem przed chwilą! Ci... ... ...masz rację. - Człowiek noszący ogromny miecz odwrócił się i szykował do odejścia, ale jeszcze rzucił na odchodne:
- Ale jeśli ten pacan wejdzie nam jeszcze w drogę, nie ręczę za siebie! - Dopiero teraz zauważył resztą towarzyszy naszego błędnego rycerza. - I szkoda mi was, że wędrujecie z takim życzeniem śmierci jak Kristo! - Spojrzał na związanego karła - widzicie!? Jemu już się udzieliło!
Kristo i postać w czerni patrzyli na siebie czekając, aż krzykliwy mężczyzna odejdzie. Gristel patrzył z fascynacją na lśniący w promieniach słońca, kołyszący się miecz.
W końcu rycerz się odezwał:
- Od kiedy to TY go pouczasz?
- Wiesz, że jego siostra to jego czuły punkt. No, przynajmniej teraz już wiesz.
- Gdybym tylko... - dłoń rycerza zacisnęła się na głowni miecza.
- No... pamiętaj, że, bądź co bądź, jesteś pierwszą mi znaną osobą, która wystrychnęła go na dudka. Ale przecież wiesz, że w bezpośredniej walce nie masz z nim żadnych szans. Mało kto ma.
Dłoń Kristo rozluźniła się.
- ...Wiem.
- Więc po prostu nie staraj się mu rzucać w oczy... może przestać się już całkiem kontrolować i dojdzie do tragedii.
- ... Dziękuję za dzisiaj. Mam nadzieję, że los nie umieści nas ponownie na tej samej ścieżce... - wyciągnął dłoń do spowitej w czarną szatę postaci, ta odwzajemniła gest. Inrami nie widziała wyraźnie, ale mogła przysiąc, że dłoń rozmówcy Kristo była bardzo chuda i blada. Tak blada, że aż biała.
Kiedy powodujący ciarki na plecach osobnik też się oddalił, reszta drużyny zasypała rycerza gradem pytań.
- Walczyłeś z tym gościem z mieczem? - wypalił Gristel.
- Jego siostra to twoja wielka miłość? - zapytała rozmarzona Inrami.
- Biegłeś z gołą dupą przez miasto? - Serubi aż dostała rumieńców.
Wszyscy zapomnieli po raz kolejny o głosie z sakiewki u pasa Kristo.
- Proszę, powoli... zatrzymajmy się gdzieś, wszystko wam opowiem... - rycerz uciekał spojrzeniem w bok, a jego oczy pełne były melancholii.
- Włożyłeś jej? - swoje pytanie zadał karzeł.
- Zamknij się, chuju - warknął Gristel i kontrolnie walnął go w czoło.
***
Osobnik w czerni podszedł do sprawdzającego więzy na skrzyni mężczyzny z mieczem większym niż jego właściciel.
- Kto by pomyślał, że znowu zobaczymy Kristo - grobowy głos spod kaptura miał być modulowany na nonszalancki. Nie udało się. - Postarzał się...
- No kto by pomyślał - ten z mieczem dalej był wkurzony.
- Tak się zdenerwowałeś, że nie zauważyłeś, że z kimś rozmawiał...
- Oczywiście, że zauważyłem! Jakaś istota! Jego ptak był wiecznie aktywny i stale używał go do myślenia, to może wypracował w końcu własną inteligencję, kutas jego mać!
- A ja myślę, że to jakiś stwór, możliwe, że groźny...
- No przecież mówię! - uciął osobnik z mieczem, zarzucając niewyobrażalnie ciężką skrzynię wypełnioną tajemniczym żelastwem sobie na plecy.
Ruszyli w stronę majaczących na północy gór.
***
Cztery osoby zainstalowały się w pokoju nad gospodą; gospodarz zapytany o cenę, obejrzawszy gości, zwłaszcza Gristela, wymienił jakąś zabawną liczbę. Zabawną i nierzeczywistą w porównaniu do tych skromnych zasobów drużyny, które jeszcze ocalały. Gospodarz wtedy wyszedł na chwilę prowadzony za rękę przez Serubi, a gdy wrócił, zgodził się wynająć pokój za pół normalnej ceny. Inrami zwróciła uwagę, że oczy gospodarza były dziwnie puste, a ruchy też miał jakieś sztywne.
Zanim Kristo zaczął opowieść, Inrami zapytała Serubi:
- Coś ty zrobiła temu gospodarzowi!?
- Zwykły czar rozkazu... wkrótce mu przejdzie - odparła z niewinnym uśmiechem.
- Dobra, dobra... - Gristel chciał jak najszybciej dowiedzieć się coś o "człowieku z mieczem", jak go nazywał. - Siadaj, gadaj, opowiadaj... - podsunął stołek dla Kristo, samemu rozwalając się na jednym z trzech łóżek i zajmując je całe. Inrami i Serubi usiadły na dwóch pozostałych.
- Od kiedy mam opowiadać?
- Mmm... od momentu, gdy spotkałeś człowieka z mieczem!
- Nie... od tego, kiedy spotkałeś swoją miłość...
- Dobrze.
Kristo mówił długo i, trzeba dodać, ze szczegółami. Po stracie majątku na rzecz swojej pierwszej miłości uznał, że była to równocześnie miłość ostatnia. Wędrował po świecie, najmował się do różnych zajęć, ochrony, eskorty, zwłaszcza wozów magów, eksterminacji potworów... nigdy morderstw, zastrzegł. Gristel w tym momencie patrzył przez okno zastanawiając się, dlaczego kawałek ściany sąsiedniej gospody wygląda na nieco nowszy niż reszta.
W końcu los skierował go do Zaris, gdzie w pobliskich lasach grasował ponoć olbrzymi odyniec, zabijający zwierzęta domowe. Serubi ziewnęła dyskretnie. Wytropił dzika i zasadził się na niego w krzakach; miał zamiar zarzucić nań siatkę i ubić. Lecz coś spłoszyło ogromne leśne zwierzę. I wtedy...
- Wtedy zobaczyłem ją. Biegła, trzymając napięty łuk... Niczym łania przeskakiwała zwalone pnie i kamienie, jej naprężone uda, jej... mięśnie, poruszające się w idealnej harmonii... jej przecudne piersi, podskakujące w rytm biegu... - Gristel poprawił trochę swoje ułożenie, bo zrobiło mu się nagle dziwnie niewygodnie w rejonie spodni - jej długie, czarne, sięgające do pasa włosy, teraz rozwiane na wietrze... - Kristo przebywał teraz w innej rzeczywistości, zdecydowanie przyjemniejszej od naszej - jej twarz, skupiona na jedynym celu: zabić zwierzynę... brwi zwężone w skupieniu...
- Może wrócimy do tematu - powiedziała Serubi, ponownie ziewając.
- To była siostra tego kolesia z mieczem - upewnił się Gristel.
- Tak. Patrzyłem tak na nią i widziałem, jak ucieka, oddala się ode mnie... wtedy wyskoczyłem z ukrycia, nie zważając na dziką zwierzynę, podbiegłem do niej i chwyciłem za rękę! - popatrzył prosto w rozognioną twarz Inrami, w jej iskrzące się oczy.
- I co, i co!? - spytała.
- Walnęła mnie na odlew krzycząc "puszczaj chuju" - Kristo spuścił głowę i potarł małą bliznę na lewym policzku, uśmiechając się przy tym jak dziecko złapane na tym, że w tajemnicy robiło laurkę dla mamy.
- Ciekawe - pokiwała Serubi głową w zadumie.
- Mieszkała w gospodzie starając się dopaść tego dzika, a ja wznosiłem modły do wszystkich bogów, aby go nie złapała. Przyszedłem pod jej drzwi z kwiatami a ona spytała, czy dają dobrego kopa. Powiedziałem, że nie.
- I dostałeś kopa - podsumowała... tak, zgadliście: Serubi.
- Przychodziłem do niej wiele razy...
- To musiała być bolesna miłość.
- I to bardzo... widzieliście jej brata, ten miecz, który nosi?
- Tak! - Ożywił się Gristel. - To jakiś wielki mocarz!
- Jego siostra jest niewiele słabsza.
- To musiała być bardzo bolesna miłość.
Dalej Kristo opowiadał, jak chodził za swoją wybranką krok w krok - aż w końcu przyzwyczaiła się do niego. Z czasem... przestała go bić. Nawet zaczęła z nim rozmawiać. W końcu po dwóch tygodniach udawała tylko, że poluje na dzika, który i tak chyba gdzieś się wyniósł. Aż wreszcie miało dojść do... zerwania owoców tej zażyłości. I dokładnie w tym dniu do miasta przybył jej brat, wraz ze swoim kompanem.
Słyszał, że jego siostra znajduje się w Zaris; trudno, żeby o kimś takim nie rozchodziły się wieści... a że rzadko się widują, postanowił ją odwiedzić. Bez trudu przyszło mu dowiedzieć się, do której gospody powinien zajrzeć. Mocno zaniepokoiły go informacje o jakimś absztyfikancie, do tej pory nic takiego nie miało miejsca...
- Wpadł do pokoju w momencie, gdy miałem... wiecie. Jego wrzask przypominał ryk dzikiego zwierzęcia... Chwycił łóżko jakby było małą deską i odrzucił tak mocno, że rozwalił spory kawałek ściany. Nie zdążyłem z tego łóżka zeskoczyć... - Kristo pomacał swoją czaszkę na wspomnienie tych wydarzeń. - Słyszałem jak ona krzyczy, że ma prawo robić, co chce... ale on jej nie słuchał. Wyskoczył za mną, wyciągając miecz... mógłbym przysiąc, że wokół niego unosiła się krwawa łuna. Dopiero jego kompan go przywołał do porządku... Ja uciekłem.
Zapadła chwila ciszy; nikt nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego mu dziękowałeś - odezwał się w końcu Gristel.
- I jeszcze za to, że gdy wyszedłem z ukrycia, na łóżku na środku placu było moje ubranie i mój pas - poklepał się po największej sakiewce. - Pewnie on to tam zostawił.
- Nikt nie ukradł? - zdziwiła się Serubi.
- Wokoło łóżka był wykreślony był oktogram nekromantów.
- Aha.
- Bardzo dziwne jest to... rodzeństwo. Skąd oni się wzięli?
- Nie mam pojęcia.
- Silni jak demony... może to demony? Chciałeś spółkować z pomiotem piekielnym! - Serubi wysunęła oskarżycielsko palec.
- On? Może i jest demonem. Ale ona... Holia... to anioł...
- Wulgarna cipa i tyle - głos, choć przytłumiony, tym razem wszyscy słyszeli bardzo wyraźnie.
- Ups...
- Co ty chowasz w gaciach!?
- Eee... - Kristo wydawał się zbity z tropu. - Nic ważnego... nie chcecie wiedzieć...
- Ja jestem ciekawa - oznajmiła Inrami. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z rozmiaru gafy, jaką popełniła.
- To znaczy... och, no dobra. Pokażę wam. - Kristo z rezygnacją zaczął rozpinać pasek.
- Hej! Ja tam nie wnikam, ale mógłbyś być bardziej dyskretny! - zerwał się z posłania Gristel.
- Nie bójcie się, mam go... - ściągnął z pasa zawieszoną na grubym rzemieniu pękatą sakwę - ...tutaj.
- Strasznie duże - Inrami znowu nie pomyślała o wszystkich możliwych interpretacjach swojej wypowiedzi.
- Przedstawiam wam...
W tym momencie na rynku miasta wylądowała dziesięciometrowa, metalowa stopa. Fioletowa.
-3-
Czarny Luin potrafił szybko się przemieszczać. Właściwie to bardzo szybko; w ciągu jednego dnia potrafił przebyć drogę ze stolicy, Palateku, do pałacu letniego w Maab. Bez magii to było niemożliwe.
Doradca królewski szukał kiedyś szybkiego i dyskretnego środka transportu; zwrócił się z tym do ówczesnego nadwornego maga. Kiedy ten wytrzeźwiał, zaproponował Luinowi latający dywan.
Po niedługim czasie znaleziono magika u stóp schodów, ze złamanym karkiem. W oficjalnej notatce podano, że potknął się o wystający kawałek dywanu.
Luin szukał i w końcu znalazł: odwiedził gildię magów powietrza. Wyciągnął kilka papierów z archiwum: podatki, pozwolenie na budowę... I poszedł z nimi do gildii. Zażądał od czarodziejów ich największego projektu, nad którym pracowali, i go dostał. Smoka nieba.
Smok ten, sterowany myślami osoby, która na nim zasiadała, zawsze przybierał taki odcień, jaki aktualnie miało niebo; nawet chmury przewijały się po jego skórze. Dzięki temu był niezauważalny, no bo jak odróżnić jeden kawałek nieba od drugiego?
Smok nieba zapewniał dyskrecję i szybkie przemieszczanie się; był prawdopodobnie jedynym tworem magicznym, do którego Luin miał jako takie zaufanie. A to znaczy, że nigdy nie latał podczas burzy.
Właśnie w tej chwili, pod osłoną nocy, doradca królewski wychodzi na dziedziniec zamku letniego w Maab. Pogmerał chwilę w kieszeni i wyjął małą, szklaną kulę. Uniósł ją wysoko w wyciągniętej dłoni, tak, jakby chciał dotknąć nieba. I rzeczywiście kawałek nieba pojawił się na dziedzińcu. Miał kształt smoka, który wyraźnie odcinał się na tle murów zamku. Bardzo dobrze, pomyślał Luin i zaczął wymacywać sobie drogę na grzbiet smoka.
***
Gdy na horyzoncie za plecami Luina zaczęły pojawiać się pierwsze promyki wschodzącego słońca, doradca królewski był już bardzo blisko gór. Przeszywało go przenikliwe zimno, więc mocniej przycisnął się do ciepłego grzbietu smoka (magowie pomyśleli o wszystkim). Skierował magicznego stwora wprost na malutki płaskowyż ukryty wśród najwyższych szczytów.
Potężne pazury wyżłobiły kolejne bruzdy w skale (w tym momencie zamkowy kuchcik wybierający się na targ po cebulę jest bardzo zdziwiony podobnymi śladami na dziedzińcu), a Luin sprawnie zeskoczył z grzbietu smoka. Ponownie wyjął z kieszeni szklaną kulę i kawałek nieba w kształcie smoka zniknął. Obejrzał się za siebie i zobaczył jego. Mertena. Stał u wejścia jaskini.
Luin był zaszokowany wyglądem Mertena, gdy zobaczył go pierwszy raz; tak samo zresztą było za drugim, i teraz za trzecim razem. Merten ubrany był w długą, bordową szatę, ze złotymi zdobieniami na brzegach, ale to jeszcze nie było takie straszne. Lewe oko zakrywał mu okular w ciężkiej, mosiężnej oprawie, przymocowany do wysięgnika wystającego z jego hełmu. To znaczy Luin miał nadzieję, że to hełm, chociaż przylegał tak ściśle, że możliwe, że była to czaszka. Z owego "hełmu" (tak było łatwiej o tym myśleć) wystawały również liczne cienkie, zginające się druty, zakończone małymi, chwytnymi pazurkami. Ale nie to było najgorsze.
Najgorsze było to, że te niby-rączki się od czasu do czasu poruszały.
- Czy konstrukt gotowy? - Zapytał Luin, a Merten skinął głową i bez słowa zniknął w jaskini. Luin podążył za nim.
Szli dość długo ciemnym korytarzem, aż w końcu weszli do ogromnej sali. Luinowi niemalże zaparło dech. Pomieszczenie było ogromne, tak jakby ktoś wydrążył cały szczyt góry od środka. Do ściany przymocowane było rusztowanie, do którego dochodziły liczne tunele, wydrążone w skale. Na rusztowaniu uwijały się dziesiątki, a może i setki karłów - nieco podobnych do krasnoludów, ale nieco wyższych i mniej krępych. Luin widział w otworach tuneli jakieś światła; były to ogniska pieców, w których wytwarzano metal, będący potem poddawany dalszej obróbce. Po całym pomieszczeniu rozbrzmiewał stukot wielu młotów.
Z tego metalu budowany był ogromny, siedemdziesięciometrowej wielkości konstrukt, który oparty był o rusztowanie. Pierwsze nieśmiałe promienie słońca wpadały przez otwór wybity w sklepieniu pomieszczenia i odbijały się od pancerza humanoidalnego kształtu tworu. Kanciasta głowa wyglądała jak dopiero co ociosany i wstępnie obrobiony kamień, który dopiero później rzeźbiarz zamieni w twarz gargulca czy innego maszkarona. Z ramion wystawał kilkumetrowe kolce.
Prawie cały pancerz był fioletowy.
- Bardzo piękny, ale dlaczego on jest...
- Taka ruda metalu - uprzedził pytanie Luina Merten, gdyż się go spodziewał od bardzo długiego czasu.
- Na pewno będzie potrafił znaleźć wszystko...
- Wystarczy tylko niewielka próbka. Konstrukt znajdzie wszystko, gdziekolwiek to będzie. - Tego pytania Merten również się spodziewał.
- A... jak nim sterować?
- Za mną.
Przeszli w milczeniu przez całą halę, gdyż i tak w tym hałasie nie można było się dogadać. Weszli do korytarza prowadzącego w górę hali; Luin widział liczne odnogi prowadzące na rusztowanie i pracujących tam karłów; żaden nawet nie podniósł głowy na nowego przybysza. Wilgotne ściany korytarza nie sprawiały przyjemnego wrażenia, na szczęście doszli już na szczyt pnącego się ostro do góry korytarza. Byli teraz mniej więcej na poziomie głowy konstruktu. Merten otworzył drzwi i Luin ujrzał pomieszczenie stanowiące ostry kontrast w stosunku do zimnych i nieprzyjemnych skalnych ścian. Wyłożony bogato zdobionym dywanem pokój wyposażony był w liczne drogie meble: szafę, stolik, bogato wyposażony barek, jedno łóżko, kilka krzeseł i stół. Na tym właśnie, wyposażonym w bogatą inkrustację stole spoczywały ubłocone, długie skórzane buciory z ostrogami, chociaż nawet najsilniejszy koń zdechłby w połowie drogi na szczyt góry.
Buty należały do bardzo dziwnej postaci, której twarzy Luin nie mógł w tej chwili dostrzec, bo spod kapelusza z szerokim rondem widać było tylko zarośnięty podbródek. Osobnik miał na sobie skórzaną kamizelkę i koszulę w kratkę, a do krzywo założonych pasów przyczepione miał po obu stronach dziwnie wyglądające pochwy: zbyt małe na miecz, zbyt duże na sztylet; wystawały z nich obite drewnem metalowe uchwyty. Ale Luin nie przebył takiej drogi i nie wydał tylu królewskich pieniędzy, aby przyglądać się nieznajomym.
Postawił torbę z pobranymi ze skarbca szmaragdami na stole; brzęknęła miło. Jakby uruchomiony tym dźwiękiem osobnik w kapeluszu podniósł głowę (choć Luin doskonale wiedział, że ten nie spał, tylko czuwał) i można było zobaczyć jego wąsatą, chudą twarz i zimne, niebieskie oczy.
- Pan jest naszym... - zaczął Luin.
- Uszanowanko, Jonas jestem - przerwał mówiąc z tak dziwnym akcentem, że Luin ledwo go zrozumiał.
- Czy możemy wypróbować konstrukt?
- Czemu nie? - powiedział Jonas, ale najpierw popatrzył na Mertena, który lekko skinął głową.
- Możemy - powiedział Merten. - Drugą warstwę pancerza położymy później.
Wyszli przez drugie drzwi w pokoju na rusztowanie; znaleźli się na szerokiej platformie z desek, prowadzącej wprost do głowy konstruktu.
- Zapodaj próbkę, facet - powiedział Jonas. Luin ledwo się domyślił, o co chodzi. Włożył rękę do kieszeni i wyjął pierwszą z brzegu złożoną chusteczkę i wręczył Jonasowi, który chwycił ją w brudne paluchy, plamiąc nieskazitelną biel. Chusteczkę, w którą zawinięte były włosy Sedy'ego.
Jonas wspiął się po metalowych szczeblach na tył głowy konstruktu i odsłonił klapę. Nie wiedzieć czemu, Luin spodziewał się ujrzeć w środku masę dźwigni, kół zębatych i łańcuchów, niczym we wnętrzu ogromnego zegara, ale nic takiego tam nie było; tylko szklany kanał z fotelem w środku i z dwoma tylko uchwytami z niego wystającymi.
- I jak niby on zamierza sterować...
- Swoją myślą - oznajmił beznamiętnym głosem Merten. To Luin mógł zaakceptować; w końcu sam w ten sposób sterował smokiem nieba. Nareszcie coś zrozumiałego.
Merten pociągnął za łańcuchy wystające ze ściany; rozległ się głośny szum. Uwolniona siła górskich strumieni wprawiła w ruch potężne koła, które sprawiły, że zaczęła poruszać się ta część podłogi, na której stał konstrukt. Luin i Merten zeszli na ramię humanoidalnego tworu.
Otworzyło się sklepienie gigantycznej jaskini; potok światła zalał wnętrze, a oślepione promieniami karły zakrywały oczy i uciekały w głąb tuneli. Platforma z konstruktem zaczęła unosić się ku górze. Merten wszedł do małej, przeźroczystej kabiny umieszczonej z boku szyi tworu; Luin podążył za nim. Gdy całkowicie wyłonili się z czeluści jaskini, konstrukt chwilę stał w absolutnym bezruchu, jakby czegoś nasłuchiwał, po czym błyskawicznie się sprężył i wykonał olbrzymi skok ze szczytu góry.
***
Olbrzymi kształt spadł z nieba, lądująca stopa zredukowała chatkę Sedy'ego z trzech wymiarów do dwóch, w akompaniamencie suchego trzasku, jakby ktoś nadepnął na gałązkę. Bardzo dużą gałązkę.
Rozległ się potężny ryk, który dopiero po chwili Sedy zidentyfikował jako głos, głos należący do urzędnika królewskiego, tylko wielokrotnie wzmocniony.
- Chciałeś mnie oszukać, chłopcze! Panie Jonas, łapać go!
- Sedy nie zdążył nawet dobrze zrozumieć tego zdania, gdy potężne metalowe palce zacisnęły się wokół niego, wyciskając dech z piersi. Czuł, że ta ręka może go w każdej chwili zmiażdżyć bez żadnego wysiłku. Potężna dłoń trzymała go tak przez chwilę a Sedy czuł, że w tej chwili ważą się losy jego życia.
W końcu rozległ się głos Luina:
- Panie Jonas, test się udał! Wracamy!
Konstrukt wykonał kolejny skok wysoko w powietrze. Sedy zanim stracił przytomność zauważył, jak przez zieleń liści przebija się biały kolor sukni.
***
Gdy Sedy się ocknął, poczuł przeszywające zimno. Rozglądnął się i zauważył tylko tkwiący w bezruchu konstrukt, błękit nieba i szczyt góry, który był kilka metrów od niego. Sam leżał na jednym z nich.
I zauważył też postać Luina, który stał przed nim.
- Teraz mi dasz porcję zwalniającego ziela, a ja zrezygnuję z kary śmierci dla ciebie - powiedział, choć nie znaczyło to, że żadnej kary nie będzie.
- Ostatnia... porcja... - rozrzedzone powietrze zdecydowanie nie ułatwiało oddychania - była... w... mojej chatce... - Sedy'emu wypowiedź przerwało uderzenie w twarz. Luin miał zamiar za pomocą kilku kopniaków zrzucić chłopaka ze szczytu, ale w Merten mu przerwał swoim jak zwykle beznamiętnym głosem:
- Może da się coś zrobić.
Sedy wiedział, że pożyje jeszcze trochę.
-4-
Potężny wstrząs sprawił, że wszyscy nagle zapomnieli o tajemniczym głosie. Serubi, a za nią Inrami, wybiegły z izby. Kristo westchnął i przypiął z powrotem sakwę do pasa. Gristel nałożył kaptur i również wybiegł, uprzednio wyjmując karła z szafy.
Wyszli na rynek miasta, zbliżając się do olbrzymiego śladu. Nie było to łatwe, gdyż zgromadził się już wokół niego tłum gapiów; w końcu nie co dzień dzieje się coś takiego. Jednak cała czwórka (plus karzeł) zdała sobie sprawę, że zbiegają się również strażnicy Palateku, których okazało się być całkiem sporo.
- Proponuję się stąd zmywać - szepnął Gristel, poprawiając kaptur i przykrywając połą płaszcza karła.
- Ale dokąd? - Kristo odruchowo zasłonił dolną część twarzy chustą.
- Może w góry? Będziemy poruszali się blisko granicy Palateku, po odludnych terenach; na pewno znajdzie się jakaś jaskinia czy opuszczona warownia, gdzie będziemy mogli się zaszyć... w razie czego możemy odbić na południe...
- I trafić w łapska handlarzy saracenów? Oni się zapuszczają coraz dalej! - szepnęła jadowicie Serubi. - Zresztą ja się tutaj z wami żeg... - na rynek wbiegła kolejna fala strażników i żołnierzy, którzy ściągali tutaj z całej okolicy. - ...Albo pójdę z wami jeszcze kawałek.
W tym momencie karzeł, tkwiący pod spoconą pachą Gristela, dostrzegł swoją szansę i zaczął się drzeć:
- Ratunku! Pomocy! Gwałcą!
- Chciałbyś, kurwa - syknął bard i uciszył karła strzałem na maskę, po czym szczelniej nakrył płaszczem. Cała drużyna szybko się oddaliła widząc, że strażnicy rozglądają się za źródłem krzyku.
***
Szli już kilkanaście dni, można by powiedzieć, że beztrosko - wyszli z lasu podążając teraz już porośniętymi średnią roślinnością wzniesieniami, co przyśpieszyło marsz. Kilka upolowanych kozic zapewniło pożywienie na okres podróży, skapnęło nawet coś dla karła. Podróż trwała, aż pewnego dnia skały majaczące w oddali zmieniły kształt na mniej przypadkowy; kiedy podeszli bliżej okazało się, że był to początek schodów do wejścia do kopalni krasnoludów.
W Palateku miano krasnoludów w jako takim poważaniu; wprawdzie byli cholernymi skąpcami i prostakami, ale przynajmniej nie mordowali nikogo (publicznie) i zawsze płacili za piwo, które żołnierze krasnoludzcy spożywali w ilościach zdawałoby się niemożliwych, biorąc pod uwagę niewielkie wymiary ciała. Żołnierze ci nie brali oczywiście udziału w ludzkich wojnach, bo królów krasnoludzkich nie obchodzili za bardzo monarchowie ludzcy, z wzajemnością zresztą. Krasnoludy miały własne problemy. Toczyły wojnę z orkami.
- Niezbyt się garnę, żeby tam wchodzić - powiedział Gristel.
- Ojeeej! - jęknęła Serubi. - Chcę odpocząć! Możemy zatrzymać się u krasnoludów!
- Nie będą chcieli nam nic wynająć - mruknął Gristel.
- Może gdybyśmy ładnie poprosili... - powiedziała Inrami, której również odniechciało się spać pod gołym niebem i narażać na atak zastępów złowrogich obmacywaczy.
- Tak nisko nie klękniesz - powiedziała Serubi, ale tym razem nie była to udana złośliwość, bo Inrami nie zrozumiała, o co chodzi.
- Przecież ja się w tych ich korytarzach nawet nie zmieszczę! - warknął Gristel.
- No to przykryjesz się kapturem, a ja cię trochę zmniejszę zaklęciem - Serubi chwytała każdą szansę, jaka mogła ją doprowadzić do siedziby krasnoludów, w domyśle wygodnej kryjówki.
- No... niech będzie.
Wspinali się po schodach, które zdawały się nie mieć końca. Gristel co i rusz się potykał, nieprzyzwyczajony do krótszych nóg. Inrami i Serubi były potwornie zmęczone, nawet przeważnie tryskający optymizmem Kristo wydawał się jakiś przygaszony. Ale w końcu ujrzeli przed sobą potężne wrota siedziby krasnoludów; wlało to w ich ciała nowy zastrzyk sił i po krótkim czasie stanęli przed bramą. Szkoda że nie pomyśleli, jak ją otworzyć.
A wrota były zaiste potężne i wspaniałe; całe ozdobione wielkiej piękności płaskorzeźbami, o wykonanie których, dopóki nie zauważyło się, co przedstawiały, trudno by podejrzewać krasnoludy. A na wrotach wykute były scenki przedstawiające dumnych brodaczy z kilofami, krasnoludów z narzędziami do rozłupywania skał oraz niskie, krępe sylwetki z przyrządami górniczymi. Okazyjnie tylko przedstawione były walki (oczywiście zwycięskie) ze smokami i wielkimi, ognistymi demonami.
Nad wrotami, na wysokości około dwudziestu metrów widać było otwory strzelnicze. Przy obsadzeniu wszystkich stanowisk można było całe schody skąpać we krwi wrogów, zanim którykolwiek zdążyłby w ogóle dotrzeć do drzwi. A gdyby nawet zdołał, to musiałby je otworzyć.
Drużyna liczyła na to, że ktoś ich dostrzeże i wpuści, ale żadna twarz nie mignęła w otworach strzelniczych.
- No i co teraz? - spytała płaczliwie Inrami.
Kristo nie zwrócił na nią uwagi; słuchał, teraz dużo bardziej dyskretnym ruchem, aby nikt nie zauważył, głosu dobiegającego z sakwy przy pasie.
- To klan Merduhemz - oznajmił.
- Skąd to wiesz?
- Yyy... z tych, no... płaskorzeźb... o tu... - tknął palcem pierwszego z brzegu radosnego krasnala widniejącego na drzwiach, a te bezgłośnie uchyliły się.
- Rzeczywiście, tu - mruknął Gristel. - Zaraz, mówiliśmy kiedyś o tym głosie... - nie dokończył, gdyż dobiegł ich odgłos zażartej bitwy.
***
Wbiegli do szerokiej, przestronnej hali o gładko wykutych ścianach, oświetlanej przez pochodnie umieszczone w niszach w skale. Na jej końcu, gdzie dostrzegli odnogi prowadzące do korytarzy, trwała walka. Kilkudziesięciu okutych w zbroje krasnoludów stawiało zażarty opór swoimi toporami, młotami i oskardami, ale zalewające ich fale karłów zdawały się nie rzednąć. Karły bardzo przypominały tego, którego taszczył ze sobą Gristel jako pamiątkę - były wyższe i nieco mniej krępe od krasnoludów, nie nosiły zbroi, a walczyły za pomocą krótkich mieczy. I było ich kilka razy więcej od krasnoludów, którzy coraz bardziej cofali się w kierunku drzwi.
Gristel widząc całe morze karłów wypuścił tego, którego trzymał pod pachą (ostatnio było to trudniejsze z powodu krótszego ramienia) i ruszył w kierunku walczących, wyjmując po drodze swoją lutnię i nie dbając o to, że po drodze kaptur zsunął mu się z głowy. Niektóre karły się śmiały widząc osobnika szarżującego na nich z instrumentem muzycznym, ale nastąpiło ciche "klik", a potem "ciach" i "łup" i dwie głowy spadły z karków i już nikt się potem nie śmiał.
Inrami i Kristo również ruszyli do ataku; Serubi postanowiła zostać z tyłu i popilnować związanego karła, na przykład.
Kristo udowodnił, że szermierka nie jest mu obca. Bez trudu parował prostackie sztychy karłów, samemu zatapiając swój miecz w ich szyjach. Dopadło do niego trzech z nich; Kristo sparował sztych tego stojącego w środku krótkim ruchem, po czym zawrócił miecz i szerokim, potężnym cięciem pozbawił głowy karła stojącego po prawej stronie. W trakcie ruchu miecza zdjął prawą rękę z głowni i opancerzoną rękawicą uderzył z obrotu w twarz karła stojącego po lewej, zamieniając mu nos w krwawą miazgę. Ten stojący pośrodku znowu próbował pchnięcia mieczem, ale Kristo przerzucił miecz z lewej do prawej ręki, przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, wymijając sztych, po czym wbił ostrze w czubek głowy wychylonego do przodu karła zupełnie tak, jakby nadziewał plaster mięsa na widelec. Karzeł z lewej spróbował szerokiego, płaskiego cięcia, ale Kristo zasłonił się wyszarpniętym gwałtownie z czerepu kurdupla mieczem, równocześnie go rozłupując, i wyprowadził kontratak, wykonując obrót w lewo i ścinając głowę napastnika tak samo, jak chłop ścina zboże kosą. Jednak już nadciągała kolejna fala wrogów i Kristo musiał przejść do oszczędniejszych ruchów ze względu na ograniczone miejsce; metodycznie parował ciosy karłów i uderzał gdy tylko była czysta sytuacja, cierpliwie na nią czekając.
Było to kompletne przeciwieństwo sposobu walki, jaki prezentowała Inrami. Jej sztylety stały się jakby przedłużeniem ramion, a sama wojowniczka zdawała się bardziej tańczyć, niż walczyć, a dla wielu karłów był to ostatni taniec, jaki widzieli (dla niektórych zresztą równocześnie pierwszy). Ostrza rzucały dzikie odblaski na ściany odbijając światło pochodni; sztylety ani razu przez dwie kolejne sekundy nie znajdowały się w tym samym miejscu. Inrami wiła się jak wąż między sylwetkami karłów przecinając im szyje, zadając szybkie sztychy w uda i w ogóle starała się możliwie najszybciej wywołać jak najwięcej gejzerów tryskającej krwi. Należy dodać, że robiła to z taką szybkością, że nawet nie poplamiła sobie ubrania, tak wspaniała była poezja jej ruchów.
Serubi obserwowała, jak trójka jej towarzyszy podróży toczy walkę. Widziała Kristo, którego ruchy zdawały się być powolne, a w rzeczywistości były śmiertelnie skuteczne; obserwowała Gristela (czar zmniejszenia nie działał już od pewnego czasu), który jest jak góra smagana przez fale napływających karłów, ale trwa niewzruszenie, zadając jednym ruchem topora kilka śmierci naraz; z narastającą zazdrością patrzyła na Inrami, która zdaje się nie zauważać tych wszystkich ostrzy, na które usiłują nadziać ją karły.
Sytuacja zdawała się powoli wyjaśniać; karłów w głównej sali ubywało, krasnoludy zaczęły posuwać się do przodu.
I wtedy z korytarzy napłynęła nowa fala napastników. Natarli oni z furią na broniących się, odrzucając ich dobre kilkanaście metrów w tył. Serubi spojrzała na związanego karła, siedzącego na podłodze. Posłał jej szeroki uśmiech. Czarodziejka postanowiła wkroczyć do akcji.
Rozejrzała się na boki, zauważając palące się pochodnie. Wykonała kilka szybkich ruchów samymi palcami, które miały imitować igrające płomienie. Ogień z pochodni wyrwał się z nisz w ścianach i powędrował pod sklepienie, gdzie uformował małą kulę; w całej sali zrobiło nagle ciemno. Wszyscy na moment przestali walczyć, spoglądając w stronę jedynego obecnie źródła światła.
Kula nagle eksplodowała płomieniem, przybierając postać ogromnego ognistego demona, który rzucił się w kierunku walczących. Było to tak nagłe, że wszyscy, i krasnoludy, i karły, i trójka bohaterów, odruchowo się skulili. Płomień powędrował w kierunku korytarzy, zatrzymując nabiegające karły. Wprawdzie siła ognia była zbyt mała, aby wyrządzić większe szkody ponad małe przypieczenie twarzy i brody, ale morale atakujących zostało złamane. Krasnoludy ruszyły do kontrataku.
W miarę, jak oddziały obrońców posuwały się korytarzami, znacząc drogę trupami karłów, dołączało do nich coraz więcej krasnoludów, którzy do tej pory bronili się w obleganych pomieszczeniach. Tylko nieliczni atakujący usiłowali podejmować walkę; większość po prostu uciekała. W końcu dotarli do korytarza, gdzie piękna, równa ściana została oszpecona przez dziurę wybitą przez karły. Gdy ostatni z wrogów zniknął w jej czeluści, krasnoludy pozwoliły sobie na okrzyk zwycięstwa.
Serubi stała w hali, w której na powrót buzowały światła z zapalonych pochodni. Oparła ręce o biodra widząc jak jeden z krasnoludów, najprawdopodobniej król klanu, zbliża się do niej, zdejmując hełm z głowy. Gdy tak szedł, zastanawiała się, jak odpowiedzieć na słowa podzięki: "nie ma sprawy"? "Codziennie robię coś takiego"? A może nawet "bardzo się cieszę że mogłam pomóc"? Król krasnoludów podszedł i zapytał:
- To ty wywołałaś tego ogromnego demona ognia?
- Demona...? Tak, to ja!
- Nigdy więcej tego nie rób. Przenigdy.
***
Wprawdzie obecność orka w siedzibie krasnoludów to świętokradztwo, ale że Gristel był tylko półorkiem, więc uznano to za półświętokradztwo i zaokrąglono w dół. O wiele ciekawiej przedstawiała się sprawa ze związanym karłem, który, trzeba dodać, już się nie uśmiechał.
- Kazałem już posłać po kata - powiedział król krasnoludów, przedstawiający się jako Gizramz.
- To krasnoludowie mają swoich katów? Myślałem, że nie ma przestępstw w obrębie enklawy... - powiedział Kristo.
- To jest kat dla schwytanych... or-ehem-ów... - Gizramz trochę się zmieszał, patrząc z ukosa na Gristela, ale zaraz odzyskał wątek, gdyż zwrócił się do swojego ludu.
- Kara za atak na odwieczną siedzibę krasnoludów jest tylko jedna! - donośnym, złowieszczym głosem oznajmił król krasnoludów. - Śmierć - oznajmił, a dźwięk ten przywodził na myśl zatrzaskiwane płyty krypty. - Ten oto wróg! - wskazał na karła tak nagle, że Serubi aż podskoczyła - poniesie karę najstraszliwszą z możliwych.
Zapadła ciężka cisza.
- Karę Morza. - dokończył z ponurym namaszczeniem Gizramz. Wszystkie krasnoludy gwałtownie wciągnęły powietrze.
- Nie! Nie! Tylko nie to! - karzeł zaczął krzyczeć i popiskiwać.
- Cicho, kurwa - powiedział Gristel, ale tak jakoś bez przekonania, bo i jemu udzieliła się atmosfera grozy.
***
Przyszedł kat. Okazał się nim być najpotężniejszy krasnolud, jakiego kiedykolwiek widzieli - niemal dorównywał mu wzrostem.
Na twarzy, zamiast czerwonego kaptura nosił żelazną maskę, na której przedstawiona była krasnoludzka twarz wykrzywiona w grymasie rozpaczy; jednak najstraszniejsze były puste oczodoły maski...
Pozostałe krasnoludy przyniosły stół i krzesło, na którym posadzono karła.
Kat przyniósł wielką misę wypełnioną wodą i postawił na stole przed związanym niedawnym towarzyszem podróży całej czwórki.
- Co to będzie? Jakiś ostatni posiłek? Rytualne obmycie? - dopytywał się szeptem Gristel, patrząc równocześnie w poszarzałą i nieruchomą twarz karła.
- Nie wiem - odpowiedziała Inrami.
Kat podszedł do skazańca; wskazał mu palcem jego odbicie w wodzie, po czym wolnym ruchem chwycił głowę karła i wepchnął ją do głębokiej misy. Nieszczęśnik szarpał się jeszcze trochę, ale nie miał szans pokonać oporu w postaci mocarnej ręki kata. Po chwili ostatnie drgawki zanikły.
- Oto najstraszniejsza śmierć dla Niskiego Ludu - oznajmił grobowym, trochę drżącym głosem Gizramz. - Śmierć przez utopienie.
***
Król Gizremz zaprosił całą czwórkę do swojej komnaty.
- Słuchajcie, wielkie dzięki za pomoc - powiedział. - Mamy od zajebania kłopotów z tymi skurwysynami - król na osobności przestał mówić po królewsku, a zaczął mówić po krasnoludzku. - Wpierdolili się pewnego dnia do nowo budowanych komnat, wykopali stamtąd naszych chłopców... i to niby ma być rodzina, kurwa ich mać! Pasożyty pierdolone... - Gizremz emocjonalnie podchodził do sprawy.
- Chcielibyście ich wykurzyć na dobre? - zapytał Gristel.
- Oczywiście! Tylko jest nas trochę mało, a zanim żołnierze wrócą z wypraw wojennych z or-ekhem-mi...
- My wam pomożemy.
***
Krasnoludy po szybkich przygotowaniach zgromadziły się w kaplicy, aby pomodlić się przed walką. Wszystkie wojska modlą się przed bitwą, nawet jeśli będą walczyć o to, do kogo mają się modlić. Wyjątkowo stary krasnolud w szarej szacie kapłańskiej odprawiał nabożeństwo. Nie były to jakieś szczególnie skomplikowane obrzędy; zwykłe wezwania do bogów rzemiosła i zmarłych przodków. Inna sprawa, że czwórka bohaterów była pierwszymi nie-krasnoludami, którzy je mogli oglądać. Kiedy wkraczali do kaplicy, kapłan gwałtownie obrócił się w ich kierunku, jednak nie przerwał nabożeństwa.
Gdy zgromadzone krasnoludy zaczęły się rozchodzić, odprawiający modły krasnolud w towarzystwie dwóch rosłych "ministrantów" podszedł do Kristo i powiedział:
- Chodź ze mną albo zgiń na miejscu, zdrajco.
- C...co?
- Wprowadziłeś na święty teren plugawą, zakazaną istotę. Tylko ze względu na udzieloną nam pomoc nie zginąłeś od razu, a dostajesz szansę obronienia się.
Kristo stał chwilę jak wryty, po czym spojrzał na Gristela, który nie słyszał rozmowy, bo przyglądał się posągowi boga-kowala; posąg wykonany był ze szczerego złota (według jedynego filozofa wśród krasnoludów ludzie powstali po to, aby krasnoludy mogły mieć od kogoś więcej złota). Rycerz westchnął i powiedział:
- Przecież już sobie to wyjaśniliśmy... Gristel popełnia tylko półświętokradztwo i zaokrąglamy w dół...
- Co...? ...nie, nie mówię o pół-człowieku! Mówię o tym! - wskazał na krocze Kristo. Serubi, która jeszcze przed chwilą była przerażona, teraz ogarnęła nagła wesołość. - Chodźmy stąd, przestańmy kalać to święte miejsce - aby zaakcentować te słowa, dwaj potężnie zbudowani "ministranci" wystąpili naprzód.
Ku zdziwieniu Inrami, Kristo zdawał się wiedzieć, o co chodzi i ruszył bez słowa z kapłanem, a za nim reszta drużyny.
Weszli do bocznego pomieszczenia kaplicy, będącego kwaterą kapłana.
- Nauczono mnie wykrywać wszelkie zło pochodzące z Miejsca Pod Skałami - powiedział kapłan. - Dlaczego wprowadziłeś nieczystą, plugawą istotę na nasz teren? - wskazał na sakwę przytroczoną do pasa Kristo.
- Przecież... on jest nieszkodliwy...
- Akurat! - rozległ się przytłumiony głos, nie należący do żadnej z osób obecnych w tym pomieszczeniu.
- Potrafi posługiwać się naszą mową! - przeraził się kapłan.
- Jasne, że potrafię! - jakaś istota ukryta w sakwie Kristo postanowiła wyraźnie zaakcentować swoją obecność.
- Ależ... no dobra, pokażę go - powiedział rycerz i, po rozpięciu pasa, ściągnął sakwę i otworzył ją. - Ale on jest niegroźny...
- Niegroźny!? To się kurwa zdziwisz! Jestem najgroźniejszy na świecie! Dawać tu! - krzyczał zamknięty w szklanej kuli beholder.
***
Beholdery, zwane też obserwatorami, znane są z kilku rzeczy: z ohydnego wyglądu, gdyż są wielką kulą z wystającymi na wszystkie strony mackami, zakończonymi spoglądającymi wszędzie oczami, z niesamowitej sprawności w posługiwaniu się czarami, z zamiłowania do życia w wilgotnych, ciepłych jaskiniach, gdzie mogą zakładać swoje ule oraz przede wszystkim z przeogromnej złośliwości. Beholder zamknięty w kuli Kristo spełniał co najmniej połowę z tych wymagań.
Wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu przyglądali się zmniejszonemu obserwatorowi w kuli trzymanej przez Kristo.
- Chyba rzeczywiście jest niegroźny... - powiedział stropiony kapłan.
- No właśnie... gdyby mógł, już dawno by się przeteleportował na zewnątrz kuli czy coś...
- Mógłbyś być bardziej dyskretny - ofuknął go beholder, przedstawiający się jako Xethonar.
- A gdyby rozbił kulę od środka?
- Wtedy zginąłby on i wszyscy, którzy kiedykolwiek dotykali kuli - oznajmił Kristo. Wszyscy natychmiast się cofnęli jak od trędowatego.
- A więc naprawdę nie ma zagrożenia. Jesteście wolni - oznajmił kapłan z godnością, wstając. W tym momencie wpadł krasnolud w pełnym rynsztunku bojowym i krzyknął:
- Czekamy na was!
***
Oddział krasnoludów, większy, niż ten widziany przez bohaterów w hali, gdyż dołączyli się wojownicy oblegani wtedy w pomieszczeniach (kat bronił wejścia świątyni, jak się dowiedzieli) zgromadził się przy dziurze w ścianie korytarza. Na czwórkę naszych bohaterów patrzono z szacunkiem, ale i ze strachem, zwłaszcza na Serubi.
Krasnoludy w ciszy weszły do otworu; nie napotkały żadnej straży. Dopiero po chwili dostrzegli stojących w ciemnościach karłów, którzy najwyraźniej nie spodziewali się tak szybkiego kontrataku. I w tym momencie z ponad dwustu gardeł wyrwał się ogłuszający okrzyk bojowy. Stojące w korytarzu karły ogłuchły na śmierć.
Do głównej hali wbiegł jeden ze straży. Jego koszula była rozdarta wskutek głębokiego cięcia toporem; ciało pod nią zresztą też.
- Krasnoludy! - wychrypiał. - Atakują...! - głos mu się załamał i upadł, a ostatnie co zobaczył, to skórzane buty z ostrogami.
Jonas obserwował karła bez większych emocji; czekał, co się stanie. Gdy przez do hali wlała się grupa wrzeszczących opętańczo krasnoludów, zaczął biec w kierunku korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania.
Jonas nie uciekał; wcale nie bał się krasnoludów i mógł bez problemu uśmiercić sporą ich grupę; dokładnie dwunastu w ciągu sześciu sekund. Ale nie chciał, bo to nie była jego walka.
***
Karły porzuciły swoje zajęcia i podjęły walkę z nacierającymi krasnoludami. Tym razem, oprócz krótkich mieczy dzierżyły również narzędzia, którymi się posługiwali w chwili ataku - kilofy, młoty, topory. Jednak popełniały zasadniczy błąd strategiczny: zamiast miotać pociskami z rusztowania, wszystkie karły zbiegały korytarzem, aby podjąć walkę wręcz. A tam już na nich czekali.
Wbiegające krasnoludy nie mogły nie zauważyć konstruktu; oczywiście zachwycił ich ten, jak sądzili, cud mechaniki, ale nie było czasu na kontemplację - czekała walka.
Kat krasnoludów zwykł nosić wszystkie właściwe krasnoludom bronie naraz na plecach i wybierać jedną, w zależności od nastroju. Dziś był Dzień Rozłupywania, dlatego też szalał potężny oskard. Inrami ponownie zaczęła swój taniec; tym razem ostrza odbijały światło słoneczne, dobiegające z otworu w sklepieniu ogromnej jaskini. Kristo by stał i patrzył, gdyby zastępy karłów nie chciały pogruchotać mu kolan młotami kowalskimi; musiał często skakać aby uniknąć ciosów i czuł się dość głupio. Gristel natomiast nie miał takich problemów; wywijał ciężkim toporem, jakby był on wierzbową gałązką i po prostu żaden karzeł nie zdążył nawet wziąć zamachu. Serubi natomiast stała z tyłu i pobierając moc wody z wilgotnych ścian, posyłała prosto w twarze atakujących chmury ostrych jak szkło lodowych kryształków. Nie wyrządzały może one wielkiej krzywdy, ale na pewno skutecznie utrudniały karłom walkę. Zawsze za jej plecami stał jakiś krasnolud i pilnował, żeby czarodziejka nie próbowała wywołać demona ognia, a w razie, gdyby tego próbowała, miał delikatnie popukać w ramię. Albo w głowę.
***
Merten badał za pomocą chwytaków wystających z jego głowy sakwę należącą do Sedy'ego, gdyż wśród szwów zachowało się kilka drobin ziela spowalniającego. Właściciel sakwy siedział przywiązany do krzesła ustawionego w rogu pomieszczenia, przy drzwiach prowadzących na platformę rusztowania. Twarz miał mocno poturbowaną, ale nie dlatego, że nie chciał wyjawić jakichś informacji; Czarny Luin po prostu lubił go bić.
W końcu Merten podniósł się znad stołu i przekazał Luinowi wynik badań swoim zwyczajnym, pozbawionym emocji głosem:
- Okazuje się, że aby uzyskać specyfik powodujący odrętwienie, do pozostałych składników zamiast haerbae loccotus, zwanego powszechnie zielem spowalniającym bądź szumigajem, można użyć... - w głosie Martena Luin po raz pierwszy wyczuł jakąś emocję; było to zakłopotanie - ... prostitutae floviris, zwanego kurwim kwiatem lub kurwą przydrożną - skończył, wyraźnie ucieszony z tego faktu.
- Kurwa przydrożna!? Przecież to jest wszędzie! To znaczy rośnie przy każdej drodze!
- Wy... idioci... - wymruczał mocno poobijany Sedy.
W tym momencie usłyszeli wyraźny wrzask z hali:
- Krasnoludy! Atakują...!
***
Kristo i Gristel równocześnie zauważyli Jonasa dobiegającego do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania; jako że pilot konstruktu wyróżniał się z tumultu, uznali go za przywódcę karłów i ruszyli za nim, wyrąbując sobie drogę przez gąszcz kurdupli.
W głównym korytarzu nie spotkali wielu wrogów, dlatego w krótkim czasie dotarli do drzwi, blokujących dalszą drogę. Gristel, nie certoląc się zbytnio, otworzył je z kopa. W środku ujrzeli piękne meble, bogato zdobiony dywan, przywiązanego do krzesła chłopaka o poobijanej twarzy, Czarnego Luina, no i tego, kogo ścigali. Jonas stał w rozkroku przy drzwiach prowadzących na rusztowanie; dłonie były blisko rękojeści wystających z pochew uwieszonych u krzywo założonych pasów, gotowe w każdej chwili je ująć.
- Wielki C! - krzyknął zaskoczony Kristo ujrzawszy w takim miejscu szarą eminencję dworu Palateku, na którym kiedyś przebywał.
- Jestem zdemaskowany! - Luin odruchowo zasłonił twarz rękami, jakby ktoś chciał chlusnąć na niego kwasem, po czym wybiegł przez drzwi w kierunku konstruktu. Gristel, pobudzony walką, nie zastanawiał się wiele i z uniesionym toporem ruszył za Luinem.
Kristo na moment ogłuchł; zarejestrował tylko nagły rozbłysk ognia z przedmiotu, który stojący naprzeciw nich człowiek nagle wyszarpnął z pochwy. Powstały dym powoli się rozwiewał, a rycerz z przerażeniem zauważył, że Gristel trzyma się za prawe ramię, które ktoś najwyraźniej przebił na wylot. Prawdopodobnie coś wystrzelonego z broni tego osobnika, jak się domyślał. Zaszokowany pół-ork pobladł i osunął się na ziemię, wypuszczając topór z ręki. Chyba o nim w tej chwili nawet nie myślał. Kim jest ten, kto w ciągu mgnienia oka potrafi położyć najpotężniejszego barda, jakiego widziałem?, zastanawiał się Kristo i stał bez ruchu widząc, czego może dokonać przeciwnik. I wtedy zza wiszącego na ścianie gobelinu, będącego w rzeczywistości zasłoną dla tajnego przejścia, wyszedł człowiek jeszcze gorszy, któremu z głowy wystawały jakieś chwytaki. Kristo znalazł się między młotem a kowadłem.
- Ja się tym zajmę - powiedział beznamiętnym głosem Merten. Wyciągnął ręce przed siebie i zaczął gromadzić energię, która materializowała się w postaci czarnej, gęstej chmury wokół jego dłoni. Widać, że chciał zakończyć sprawę w efektowny sposób. Gromadzonej energii było naprawdę dużo; tyle, że aż zaczęły drżeć ściany wykutego w skale pokoju. Ale zaraz... Ten osobnik w szacie miał jakiś dziwny wyraz twarzy...
I rzeczywiście; część sklepienia eksplodowała, wrzucając do wewnątrz spore okruchy skały i podnosząc sporą chmurę pyłu. Merten, zaskoczony w takim samym stopniu jak reszta zgromadzonych w pokoju, skierował czarny obłok energii w stronę chmury pyłu. Kristo widział, jak pocisk leci, nieuchronnie zbliżając się do celu, gdzie miał eksplodować z wielką mocą... Ale do tego nie doszło.
Obłok zatrzymał się w miejscu; po chwili pył opadł całkowicie i można było ujrzeć, że zatrzymała go śmiertelnie biała dłoń. Dosłownie śmiertelnie biała, bo była to dłoń kościotrupa, należąca do postaci skrytej w gęstej, czarnej szacie. Tej samej postaci, którą Kristo spotkał na rynku w Zaris.
Pocisk czerni rozpłynął się wydając ciche "pyk", a Kristo uznał, że skoro jest tutaj ten nekromanta, to jego towarzysz, brat jego drugiej miłości, też zaraz się pojawi. I rzeczywiście.
- Ja pierdolę! - rozległo się gdzieś na zewnątrz otworu, a po chwili do środka wskoczył towarzysz nekromanty, ściągając ciężkie, stalowe skrzydła z ramion. - Znowu jakieś metalowe zabawki! Mam już dosyć tego! Jeszcze tylko kurwa smoków brakuje! O! Merten! - wyraźnie się ucieszył. - Ooo... Kristo. - wyraźnie się nie ucieszył. - Znowu wchodzisz mi w drogę, ty...
Kristo nic nie powiedział, tylko pokazał palcem na łopoczący gobelin zasłaniający przejście, którym uciekł Merten.
- Za nim! - krzyknął nekromanta i zniknął za gobelinem, a brat drugiej miłości naszego rycerza podążył za nim.
I wtedy stała się rzecz przedziwna, którą Kristo miał zapamiętać do końca życia: Jonas wykonał błyskawiczny ruch, rozległ się huk, a z ramienia człowieka z mieczem trysnęła mała fontanna krwi. Błędny rycerz widział u brata swojej drugiej miłości próbę uchylenia się z trajektorii pocisku, ale nie zdołał. Po prostu mu się nie udało. Wprawdzie nie padł zemdlony na podłogę, jak Gristel, tylko pognał jak gdyby nigdy nic dalej, a rana już się zasklepiała, ale Kristo widział, jak człowiekowi z mieczem coś się nie udało.
- Jonas! Jeszcze cię dorwę, gunslingerze! - dało się słyszeć w korytarzu. Kristo chciał poznać reakcję Jonasa, ale jego już nie było w pokoju; wybiegł na rusztowanie, zdążając prosto do kabiny konstruktu i czekającego tam na niego Czarnego Luina. Rycerz poczuł, że przestał czynnie brać udział w wydarzeniach i postanowił to zmienić. Pobiegł za Jonasem na platformę.
Gdy się na niej znalazł, spojrzał w dół; tam walka dobiegała końca. Nieliczne już karły uciekały, Inrami i Serubi biegły do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania. Świetnie, pomyślał Kristo i spojrzał przed siebie.
- Stój! - krzyknął do Jonasa. Ten się zatrzymał, odwrócił powoli, stanął w rozkroku; dłonie umiejscowił blisko uchwytów swoich niesamowitych broni.
- Niedobrze - powiedział cicho Kristo.
***
Inrami i Serubi dobiegły do pokoju na szczycie korytarza i ich oczom ukazał się niewesoły widok: Gristel, trzymający się za prawe ramię, usiłował wstać; wcześniej założył lutnię z powrotem na plecy. Drugą osobą w pomieszczeniu był przywiązany do krzesła poobijany chłopak; Inrami natychmiast podbiegła i uwolniła go z więzów.
- Szybko... tym korytarzem... - Gristel wskazał na targany teraz silnymi podmuchami powietrza gobelin.
- A Kristo? - zapytała Inrami.
- Pobiegł tam... ale i tak nie dogoni tego człowieka, nie powinno mu się nic stać... Chodźmy!
Ruszyli przez tajne przejście, a Sedy za nimi, no bo jaki miał wybór.
Ujrzeli wylot jaskini; na małym podeście stał przedziwny pojazd, jakby ktoś umieścił na jednej łodzi drugą, odwróconą do góry dnem. Z tyłu były dwie ogromne tuby, z których wydostawał się potężny strumień powietrza, podnosząc chmury pyłu i małych kamieni. Stał tam osobnik w czarnej szacie i jego towarzysz; silniejszy podmuch zwiał kaptur z głowy nekromanty. Błysnęła biel kości czaszki; Inrami zasłoniła sobie usta w geście zaskoczenia, gdy ujrzała ten chodzący szkielet. Małe kamyczki stukały o kość, gdy osobnik w czarnej szacie podchodził bliżej.
- Zamknij powieki! - poradził osobnik z mieczem.
- Bardzo śmieszne!
- Ja to załatwię, nie martw się!
Człowiek z mieczem podszedł do boku gotującego się do startu pojazdu osłaniając ręką oczy, po czym bez ceregieli wybił w nim pięścią dziurę gdzieś na wysokości własnej głowy. Włożył tam całe ramię, a po chwili wyszarpnął je wraz z trzymanym za szatę Mertenem. Wyrzucił go przez wylot jaskini, który wybity był w gładkim zboczu góry.
- Sprawę Mertena uważam za załatwioną - oznajmił. Jakby na te słowa dysze pojazdu ucichły.
- Ej, ty! - krzyknęła Serubi. - Czemu zrobiłeś taką wielką dziurę w tym... w tej... karocy?
- A czemu nie? I niby jak miałbym go wyciągnąć?
Serubi dojrzała niepowtarzalną okazję pokazania, jak bardzo jest mądra.
- Tu są drzwi! - pociągnęła za mały uchwyt i rzeczywiście, słabo widoczne do tej pory wejście otworzyło się. - Zobaczcie wszyscy, ile tu mechanizmów!
Ciekawie zaglądnęli do środka; było tam wielkie koło, służące zapewne do nadawania kierunku, jak w okręcie. Była duża dźwignia po prawej stronie, były trzy płaskie płyty w podłodze do naciskania na nie stopami. Serubi nie mogąc się powstrzymać, weszła do środka, a za nią Gristel, Sedy i Inrami, trochę zaniepokojona.
- Kristo powinien już tu być...
- Nie martw się - uspokoił ją Gristel. - Ten człowiek z magiczną bronią uciekał przed nim - wskazał na człowieka z mieczem, który z lekkim zainteresowaniem zaglądał do wnętrza - aż się kurzyło... Kristo zaraz wróci.
- Czujesz jakieś drgania? - zapytał osobnik w czarnej szacie, stojący obok człowieka z mieczem, na zewnątrz pojazdu.
- N... - zaczął, lecz w tym momencie potężne dysze zawyły i pojazd niespodziewanie wystrzelił w niebo, razem z czwórką bohaterów na pokładzie. - Teraz czuję. - Dokończył.
***
Jonas obserwował chwilę, jak stojący naprzeciw niego rycerz wyciąga miecz z pochwy. Rozbawiło go to. Jeszcze nie strzelał zaskoczony tym, co Kristo robił: lekko się pochylał i jakby nasłuchiwał.
- No chodź wreszcie! - krzyknął stojący na ramieniu konstruktu przy szklanej kabinie Luin.
Jonas wyciągnął swoją broń i nacisnął spust automatycznie, trzy razy. W bardzo długich, jak dla niego, trzysekundowych odstępach czasu, bo Jonas lubił oglądać zaskoczenie, ból i śmierć na twarzach swoich ofiar.
- Lewo! - rozległ się przytłumiony głos i pocisk zrykoszetował o przesunięty błyskawicznie miecz.
- Prawo! - drugi pocisk brzęknął odbity od klingi.
- Środek góra! - tor lotu trzeciego pocisku został zmieniony za pomocą miecza.
Dla Jonasa było to za wiele jak na jeden dzień. Schował broń i ruszył z powrotem w stronę kabiny pilota. Kristo podążył za nim. Nigdzie nie zauważył Czarnego Luina, bo ten przeszedł na drugie ramię by sprawdzić, czy druga umieszczona tam kabina jest otwarta.
Kristo gdy stanął na ramieniu konstruktu usłyszał, jak jakiś płyn wypełnia kabinę, w której zamknął się Jonas. Po chwili cały twór sprężył się i wyskoczył w górę trzymając wyciągniętą przed siebie pięść, wybijając w szczycie góry olbrzymią dziurę. Kristo ledwo się utrzymał, chwytając się długiego kolca, wystającego z ramienia konstruktu. Przy okazji zauważył też Luina, próbującego dokonać tej samej sztuki. Kiedy robot wylądował na ziemi u stóp góry, zaczął poruszać się w kierunku Morza Zachodniego, ale już nie skokami, tylko normalnie idąc, o ile "normalnie" oznacza wykonywanie pięćdziesięciometrowych kroków. Kristo zaczął powoli przechodzić po karku na drugie ramię, gdzie znajdował się Czarny Luin. Nie zauważył, że królewski doradca wyjął z kieszeni swojej szaty małą, szklaną kulę.
***
- Lecimy! - krzyknęła Serubi, trzymając się równocześnie koła sterującego.
- Co ty nie powiesz! - to był głos Sedy'ego, rozpłaszczonego na tylniej ścianie pojazdu.
- Chyba wiem, jak tym kierować! - powiedziała czarodziejka, kręcąc kołem. I rzeczywiście, pojazd zaczął gwałtownie zawracać. Nie poprawiło to ich sytuacji, a nawet wręcz przeciwnie - lecieli teraz na wprost góry.
- Zawracaj! Mówiłaś, że wiesz jak!
- Ale nie wiem, jak się skręca do góry!
Serubi pociągnęła koło do siebie, a pojazd powoli zaczął się unosić, ale zbyt wolno, zbyt wolno... w desperackim ruchu odbiła kołem sterującym maksymalnie w prawo; pojazd skręcił tak gwałtownie, że wszyscy uderzyli w lewą ścianę; ale na szczęście tylko lekko odrapali burtę. Teraz zdążali w kierunku zachodzącego słońca.
Gdyby uważniej przyjrzeli się szczytowi to zauważyliby, że Merten uczepił się skalnego nawisu za pomocą swoich chwytaków. Część się oderwała, ale te, które wytrzymały, bezpiecznie utrzymywały go nad przepaścią.
***
Człowiek z mieczem wraz ze swoim kompanem szli po platformie, po której można było przejść do głowy konstruktu. Ten w czarnej szacie podniósł trzy łuski po pociskach.
- Domyślasz się, co tu się stało, prawda?
- Tak, ale nie przyjmuję tego do wiadomości.
- Ze Kristo uniknął strzałów Jonasa? Sztuki, która do tej pory nikomu się nie udała? - powiedział zaczepnie nekromanta.
- Nie denerwuj mnie! Miał fuksa i tyle! Zresztą pewnie i tak zaraz zginie, jak i ci wariaci w pojeździe Mertena!
- Ale nie wiemy tego na pewno. A Jonas...
- Jego też dorwiemy.
***
Luin wreszcie zrozumiał, że konstrukt nigdy nie był przeznaczony dla niego. Od początku dawał się oszukiwać parze Jonas - Merten, i zafundował im zabawkę, którą obecnie nawet nie potrafił sterować. Co innego smok - z tym tworem zawsze wiedział, na czym stoi. Na kawałku nieba.
Przywołał smoka i błyskawicznie na niego wsiadł, pałając żądzą zemsty. Nie oceniał swoich szans w walce z konstruktem; po prostu chciał walczyć. W szale bojowym nie zauważył, że Kristo uczepił się ogona smoka.
Tymczasem konstrukt nabierał prędkości, kierując się w stronę Morza Zachodniego. Kristo słyszał co nieco na ten temat; że podobno nocą z głębin wyłażą na plażę potwory polujące na cokolwiek, co było na tyle nieostrożne, by się tam zapuścić... dlatego unikał jak mógł wędrówek w ten rejon. Tym razem uniknąć się tego nie da.
Smok natarł na konstrukt, orając pancerz potężnymi pazurami. Jonas sterujący konstruktem jednak cały czas koncentrował się na biegu i nic sobie nie robił z zadrapań zadawanych przez smoka. Szaleńcza gonitwa trwała przez jakiś czas; jednak w końcu smok przebił się przez pancerz i zadał ranę, z której... pociekła krew. A więc konstrukt... Ale nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać.
Oczom wspinającego się powoli Kristo ukazała się plaża Morza Zachodniego.
Jonas dopiero w tym miejscu zdecydował się podjąć walkę ze smokiem. Potężna metalowa łapa zamachnęła się, ale trudno złapać jeden konkretny kawałek nieba. Twór zaczął wykonywać ruchy na oślep, a Luin wciąż szarżował. W pewnym momencie Kristo zauważył, że poruszająca się szybko metalowa dłoń zmierza bardzo szybko w ich kierunku.
***
Pojazd Mertena pędził bardzo szybko na koronami drzew i, co gorsza, coraz bardziej zniżał lot. Na szczęście las się skończył i ujrzeli już ciągnące się aż po horyzont równiny. Inrami pamiętała, że są coraz bliżej strasznego Morza Zachodniego. Morza, którego nikt do tej pory nie przebył, a przynajmniej nie powrócił by się pochwalić swoim czynem.
Sedy patrzył przez okno na przedzie pojazdu. Wtem ujrzał jakiś pojedynczy, biały punkt, wyraźnie widoczny wśród zielonych traw. Teraz lecieli około dwóch metrów nad ziemią.
Zbliżyli się bardziej do białego punktu i Sedy uświadomił sobie, że patrzy na dziewczynę, którą spotkał już dwa razy: w gospodzie i koło swojej, obecnie mocno wrośniętej w ziemię, chatki. Przypomniał sobie nawet imię tej postaci w białej sukni - Atena.
- Muszę podciągnąć w górę! - powiedziała Serubi.
- Nie! Może uda się ją wciągnąć do środka! - otworzył drzwi; pęd powietrza rozwiewał mu włosy. - Ateno! Wyciągnij ręce! Złapię cię! - krzyknął.
Atena usłyszała go i odwróciła się. Pojazd zbliżał się coraz szybciej. Powoli zaczęła podnosić ręce, jakby niepewna, czy chce to zrobić. Wyciągnęła je trochę, ale po chwili opuściła. Pojazd przeleciał jej nad głową; zdążyła tylko zobaczyć smutne oczy chłopaka, które oddalały się coraz szybciej i szybciej.
- Podciągam do góry! - krzyknęła Serubi, przyciągając koło sterujące tak mocno, że je urwała. Teraz mogli tylko bezradnie patrzeć na zbliżającą się bardzo szybko białą linię plaż Morza Zachodniego i machający rękami konstrukt, niczym człowiek usiłujący opędzić się od komara.
***
Olbrzymia metalowa dłoń zmierzała nieuchronnie ku smokowi nieba. Kristo przygotował się na uderzenie, które wprawdzie nastąpiło, ale gdzie indziej.
***
Pojazd z olbrzymią siłą uderzył w głowę konstruktu; gdyby siedzący we wnętrzu pasażerowie nie zdążyli się w ostatniej chwili przywiązać przymocowanymi do foteli sznurami, prawdopodobnie byliby teraz krwawą miazgą. Pół głowy humanoidalnego tworu zostało wyrwane i, kręcąc się majestatycznie w powietrzu, gruchnęło o plażę, wzbudzając fontanny piasku. Z drugiej połowy, wciąż przymocowanej do karku, chlusnęła z przerwanych przewodów czerwona ciecz.
Tymczasem pojazd Mertena przestał działać, co zresztą nie powinno dziwić, i spadał teraz, grożąc rozbiciem o plażę.
Kristo zdołał zakraść się na sam grzbiet smoka; Luin, zaskoczony obrotem spraw, nawet go nie usłyszał. Kristo chwycił Wielkiego C za kark i zepchnął go ze smoka, po czym sam usadowił się na miejscu dla sterującego i zaczął się zastanawiać, jak kierować magicznym stworem. Na szczęście chęć ocalenia pojazdu była tak silna, że smok nakierowany jego myślami chwycił w pazury pojazd tuż nad ziemią i zaczął lecieć na zachód, przelatując tuż nad powierzchnią Morza Zachodniego. W oddali było widać kłębiące się burzowe chmury.
***
Czarny Luin zdołał uczepić się cielska smoka, ale nie miał w tej chwili żadnych perspektyw na ponowne wdrapanie się na grzbiet. Oprócz jednej. Wyciągnął z kieszeni szklaną kulę i schował do niej smoka nieba. Kristo, Luin i pojazd Mertena zaczęli spadać.
Luin po raz pierwszy spróbował ponownie wywołać smoka samemu będąc w locie. Udało mu się.
Kristo wiedział, że ciężka zbroja pociągnie go na samo dno. Nie ma już ratunku?
Pojazd Mertena pacnął w wodę. Przy okazji wyjaśnił się tak dziwny jego kształt, przypominający łódź - potrafił pływać. Serubi widziała, jak kilkanaście metrów dalej Kristo również uderza w powierzchnię morza i znika jak kamień. Szybko poruszyła rękoma, imitując fale. I rzeczywiście, kilka fal zaczęło się podnosić i zbliżać do pojazdu. Serubi wiedziała, że liczył się czas - im głębiej Kristo opadnie, tym więcej wody trzeba będzie poruszyć, aż w końcu nie da sobie rady. Na szczęście woda wypluła Kristo tuż obok otwartych drzwi pojazdu, gdzie Sedy i Inrami pomogli mu wsiąść.
Tymczasem Luin właśnie obserwował, jak oszalały konstrukt z połową głowy biegnie na zachód coraz bardziej i bardziej pogrążając się w ciemną otchłań Morza Zachodniego, aż znika całkowicie. Odwrócił smoka w kierunku pojazdu Mertena i zaszarżował.
Serubi cały czas obserwowała co się dzieje, ale czuła, że już niewiele zostało jej siły. Nie mogła użyć siły fal, gdyż nie zdążyłaby ich przeciwstawić dostatecznie szybko potężnej sile smoka nieba. W oddali były chmury burzowe, ale też nie była pewna, czy da radę... musi spróbować. Zaczęła kręcić młynek rękami, jakby tasowała karty; burzowe chmury zaczęły się szybko przybliżać, a te, które były nad nimi, stały cię ciężkie i ciemne od kropel wody. Nagle zaczęło padać.
Serubi widziała tylko postać siedzącą na kawałku nieba, ale była to postać przybliżająca się bardzo szybko. Czuła, że zaraz straci przytomność, ale jeszcze nie teraz, nie teraz... Z chmury zdążył błysnąć jeden słaby piorun, po czym Serubi zemdlała. Ale ten piorun wystarczył.
Czarny Luin popełnił podstawowy błąd: odebrał nieprzetestowany sprzęt.
Smok, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, naśladował kolory nieba. Posłusznie przybrał bury kolor burzowych chmur, a potem spróbował wytworzyć piorun, ale tego jego twórcy nie przewidzieli. Potężne cielsko zajęło się elektrycznym ogniem, rozsiewając efektowne fajerwerki piorunów na wszystkie strony.
Po tym krótkim przedstawieniu zwęglony smok spadł do morza, wzbudzając silne fale, które gdy dotarły do pojazdu-łodzi, mocno nim zakołysały.
***
- Nawet szumigaj nie zapewnia takich przeżyć - powiedział Sedy.
- A tak właściwie to kto ty jesteś? - zapytał Gristel. - I kim była ta dziewczyna, którą chciałeś złapać?
- A ty sam? Kim jesteś? ...i dlaczego ten w zbroi słucha własnego rozporka?
Jak można się domyślać, zadaszona łódź, kołysząca się samotnie gdzieś pośrodku Morza Zachodniego, jeszcze długo rozbrzmiewała głosami opowieści.
Epilog
Jonas wygrzebał się z resztek głowy konstruktu; dokładnie z tej połowy, która spadła na plażę. Z trudem się czołgał po piasku; lewe oko zalewała mu krew z rozciętego czoła.
- Mój konstrukt... bez niego... nie wrócę do siebie... ale... ...jeszcze żyję.
Obserwowały go półmetrowej wielkości stwory z bardzo ostrymi szczypcami.
***
Po dnie Morza Zachodniego przechadzały się stwory, których wygląd nie śnił się nawet w koszmarach najwybitniejszych bestiologów w królestwie Palateku. Ujrzały one właśnie coś ciekawego - zwęglone, potężne ciało, które niedawno się tu pojawiło, spływając z góry. Zawsze tego typu znaleziska były interesujące, na przykład drewno kryjące w sobie mięso, czyli statki. Stwory ostrożnie zbliżały się, badając teren przed sobą długimi czułkami. Nagle potężna, czarna dłoń chwyciła najbliższego i zgniotła chitynowy pancerz jak skorupkę jajka; rozległ się cichy pisk, a woda zabarwiła się ciemnoczerwoną krwią.
Zemsta. Wkrótce.
-1-
Król Palateku, Mieur, był względnie zadowolony. Jego armie właśnie ruszały na księstwo Mewisu, które zawsze sprawiało problemy; albo się chciało przyłączyć, albo nie chciało, raz było partnerem gospodarczym, a raz sabotażystą... Teraz przynajmniej sytuacja była jasna.
Król Mieur nie wiedział wprawdzie, dlaczego jego armia atakuje Palatek, skoro to na jego dworze zginęła księżna Celika... To oni powinni atakować... Podrapał się w głowę. Ach tak, już pamiętał, dlaczego wysłał swoje wojska. Mewisańscy jeńcy zamordowali jego syna, Lestata... nie, jak mu tam było... O, Lestera. I tak niezbyt go lubiłem, pomyślał. Bez przerwy jakieś intrygi, jakieś coś, czego nie rozumiem... Zresztą i tak chyba nie był mój, zastanawiał się dalej Mieur przypominając sobie, jak to wrócił z trzyletniej wyprawy wojennej i ujrzał żonę w siódmym miesiącu ciąży. Ale nie był tego pewien; przecież większość jego wojów po powrocie zastała swoje żony w błogosławionym stanie.
Król siedział tak na tronie, zadumany; tron zwieńczała czaszka orka. Z odrętwienia wyrwał go dopiero jego doradca, Czarny Luin, zwany przez pałacową służbę Wielkim C lub Wielkim H, zależnie od stopnia edukacji w dziedzinie piśmiennictwa. Król też go niezbyt lubił, ale dostał go niejako w spadku po swoim ojcu; poza tym lubił słuchać tego, co doradca ma do powiedzenia. Zawsze go to wyrywało z nudy.
- Panie, nadal pozostaje kwestia morderców twego, bogowie niech przyjmą jego duszę, syna.
- No i co? - król ziewnął, przeciągnął się i przybrał wyczekującą pozę.
- Moglibyśmy w końcu zobaczyć w akcji tych najemników, o których tyle razy ci wspominałem.
- Naprawdę? Nie pamiętam.
- No i fakt, że ci mordercy chodzą żywi sprawia, że ludzie zaczynają wątpić we władzę...
- Ludzie mogą sobie gadać co chcą... - król ziewnął ponownie.
- To, że ci mordercy są bezkarni, to plama na HONORZE.
Te słowa biegnąc przez mózg króla skręciły nagle w boczną, rzadko używaną przecznicę; uderzyły ośrodek motoryczny poruszając go prawie bez udziału reszty mózgu.
- HONOR! - król Mieur poderwał się z tronu, wyszarpując z pochwy miecz, przy okazji ucinając czubek czarnego kaptura płaszcza, noszonego przez Luina. - Bij, zabij! Na koń!
- Panie, ja się wszystkim zajmę. Już rozmawiałem z najemnikami, nie byle jakimi najemnikami... - produkował się Czarny Luin, ale doskonale widział, że Mieur go nie słucha.
Sięgnął po puchar z winem, równocześnie niezauważalnym ruchem otwierając kapsułkę, która umieszczona była na pierścieniu tak, że sprytnie udawała klejnot. Z kapsułki, delikatnie potrząsając palcem, wsypał do ciemnoczerwonego napoju odrobinę złotawego proszku. - Panie, ostudź swą gorącą głowę tym oto winem - doradca podczas wręczania naczynia niemal przykleił się do podłogi w służalczym geście.
- Wina skosztuję jako zapowiedź mego tryumfu w obronie HONORU i zaraz ruszam w bój, ku łopoczącym chorągwiom, błysku słońca na zbroi... - przerwał na chwilę, upijając połowę zawartości pucharu, zaś drugą połowę rozlewając po podłodze. - ... ku chwale, ku otwartej, szlachetnej walce... ooo... - nogi ugięły się pod biednym królem i klapnął on ciężko na tron; ponownie popadł w to odrętwienie, w którym tkwił na początku.
- A teraz, panie, jeśli byś mógł podpisać ten dokument...
- A... co to jest...? - pamięć Mieura dokonała gwałtownego resetu.
- Dokument, dzięki któremu pieniądze ze skarbca powędrują do najemników, którzy wytropią morderców twego syna.
- Wytropić... tak, wytropić... - król machnął szybko piórem tworząc na pergaminie coś, co mogłoby uchodzić za podpis, jeśli tylko przyglądać się temu w komnacie bez okien, uprzednio gasząc wszystkie świece.
- Teraz odpoczywaj, panie, odpoczywaj...
Czarny Luin schodził w dół po kręconych schodach pilnie uważając, żeby nie zlecieć z nich na pysk, tak bardzo powykręcane były deski od zbyt częstych wędrówek. Doradca królewski czuł ulgę, że znowu się wszystko udało, ale jednocześnie był zły na siebie, że nie może odebrać królowi miecza - czasem spontanicznie Mieur go używał i w większości tego typu przypadków Luin musiał kupować nowy płaszcz; jednak po nowy mały palec lewej dłoni musiałby się udać do nekromanty, a na to nie miał ochoty. Nie lubił magii, choć kochał manipulować ludźmi się nią posługującymi; wkrótce znów to zrobi.
I wcale nie chodziło mu zemstę na mordercach Lestera; był im nawet wdzięczny. Sam miał usunąć go w swoim czasie, gdyż królewski syn widział wiele, podobno prowadził własne polityczne gierki... Ale wielka polityka Czarnego Luina nie interesowała. Bał się tylko społeczeństwa, dlatego też już kontrolnie powieszono kilku żebraków mówiąc, że to właśnie oni zabili księcia.
On chciał tylko sprawdzić tą organizację, która najprawdopodobniej, po tylu latach poszukiwań, będzie mogła sprostać jego wymaganiom. Chciał wypróbować ich skuteczność.
Wprawdzie był jej niemal w stu procentach pewien, ale nie przeżyłby tylu lat na dworze, gdyby dawał wiarę czemuś, czego nie był pewien całkowicie.
Przystanął; rozejrzał się ostrożnie, po czym sięgnął do małej sakiewki i wsypał do pustej kapsułki w pierścieniu odrobinę proszku. Genialny wynalazek, to ziele zwalniające, czy też szumigaj czy jakakolwiek inna nazwa, nadawana przez pospólstwo. Najważniejsze było to, że podawany razem z kilkoma innymi składnikami powodował odrętwienie, a nie euforię, gdy podawać go bez wspomnianych dodatków. Spojrzał z irytacją na resztkę proszku na dnie sakiewki. Znowu będzie musiał gadać z tym dzieciakiem, jak mu tam było... Sedy? Jakoś tak.
***
Otworzył oczy. Ujrzał sufit izby, którą wynajął w gospodzie. Widok ten stanowił miłą, stabilną odmianę w stosunku do tego, co widział jeszcze przed paroma chwilami - czyli wielkie, różowe bąble na tle seledynowego, ruchomego nieba i wielką wieżę stojącą na środku pola czerwonych róż, w dodatku gadających.
Sedy spojrzał w bok - pusta sakwa po szumigaju przypomniała mu o tym, jak spędził ostatni wieczór, a nie było to przyjemne wspomnienie. Najpierw ta dziwna dziewczyna w białej sukni, potem jakaś szalona kobieta wysypuje cały towar po gospodzie, złocisty proszek trafia do nozdrzy tylu osób, ze Sedy nie nadążyłby ze zbieraniem opłat. Sam nawdychał się wtedy tego, a potem jeszcze postanowił poprawić sobie nastrój ostatnią, rezerwową porcją... Niejasno przypuszczał, że nie powinien tej ostatniej, specjalnej sakwy ruszać, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć dlaczego.
Jego ciało ogarnęło lekkie drżenie - objaw braku szumigaju w organizmie. Podnosił się powoli, kolejny raz dziękując dowolnie wybranemu bogu, który akurat słuchał, że będąc w narkotycznym transie nie wyskoczył przez okno, nikogo nie zabił ani nic takiego - tylko doczłapał się do swojej izby na piętrze i położył spać na podłodze.
Chwycił pustą sakwę i schował ją do dużej torby, sprawdził, czy aby na pewno gdzieś na jego ubraniu nie zostały jakieś ślady krwi, wymiocin czy sików - i wyszedł z izby.
Na swoje szczęście nie zaczął zbiegać ze schodów i dzięki temu odpowiednio wcześnie dostrzegł człowieka w czarnej szacie z kapturem, w towarzystwie dwóch rosłych strażników gwardii królewskiej, którym wszystko jedno, czy dzisiaj będą ściągać podatki, zabijać na zlecenie, czy jedno i drugie równocześnie.
W jego myśli wdarł się piorun przypomnienia - jego zleceniodawca. To właśnie jemu miał sprzedać ostatnią porcję szumigaju. Właściwie musiał to zrobić; pamiętał, jak ten pracownik królewskiego dworu zabrał go do sali tortur w zamku letnim króla Mieura w Maab, pokazał działanie niektórych przyrządów i powiedział, że jeśli Sedy zdradzi się komukolwiek, to będzie na nim wypróbowany Ostry Młyneczek. I dlatego nie miał ochoty widzieć się z Czarnym Luinem.
Ostrożnie wycofał się po schodach uważając, by żadna z desek nie skrzypnęła. Wrócił do swojej izby rozglądając się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś sposobu ucieczki.
Wyjrzał przez okno na ulicę; było tam sporo ludzi. To uświadomiło Sedy'emu, ze dzisiaj jest dzień targowy. Wczoraj upłynął termin dostawy szumigaju.
Ujrzał wóz wiozący furę siana; zastanawiał się chwilę, ale usłyszawszy ciężkie kroki gwardzistów na schodach, wszelkie wątpliwości jakoś uleciały. Otworzył okiennice i skoczył.
Wylądował miękko; zapach świeżego siana przypomniał mu różne miłe rzeczy, których dokonywał w stodołach, ale nie było czasu na wspominki. Zeskoczył szybko z wozu i zniknął w jednej z bocznych uliczek, skutecznie usuwając się z widoku gapiom.
***
Czarny Luin otworzył spokojnym ruchem drzwi do izby; była pusta. Oczywiście nie spodziewał się, że zastanie tu handlarza zielem zwalniającym, gdyż uważał Sedy'ego za myślącego człowieka, który wiedział, co go czeka.
Nie po to zawitał do tej gospody.
Zaczął uważnie się przyglądać łóżku, ale zrezygnował widząc, że nie pościel nie jest pognieciona. Pochylił się ku deskom podłogi i ujrzał to, czego szukał. Podniósł to i ostrożnie zawinął w koronkową, białą chusteczkę. Kilka włosów Sedy'ego.
- Może się uda upiec dwie pieczenie na jednym ogniu... - pomyślał i włożył zawiniętą chusteczkę do kieszeni swojej szaty, tuż obok czterech innych. Zmacał w drugiej kieszeni małą, szklaną kulę i wyszedł z izby.
***
Sedy wiedział, że schronienie znajdzie dopiero w swojej chatce w głębokim lesie. Musiał przedostać się traktem na zachód; udało mu się to bez problemu, gdyż wmieszał się w tłum uciekinierów z terenów objętych walkami. Zejście z traktu w puszczę pod osłoną nocy również było banalnie łatwe. Sedy zaczynał powoli wierzyć, że mu się uda. Oczywiście się mylił.
Nie wiedział dlaczego, ale zawsze odnajdywał drogę do swojej chatki. Zawsze. Był to jego mały azyl; znał każde drzewo, każdy kamień w okolicy. Gdyby był starszy, i gdyby oczywiście ktokolwiek mieszkał w promieniu siedemdziesięciu kilometrów, Sedy miałby opinię szamana. Ale było to miejsce całkowicie odludne, do którego nie prowadzi żadna szersza droga, do którego szansa trafienia wynosi niemalże zero. Gdy Sedy zbliżał się do swojej chatki snując myśli o przyszłorocznych zbiorach ziela spowalniającego, zauważył dym unoszący się z komina. Po chwili dojrzał również dwa konie uwiązane do pobliskiego drzewa.
Na jednym z koni siedziała dziewczyna w sukni, którą, gdyby nie gruba warstwa zeschłego błota, można by, po dużych uogólnieniach, nazwać białą. Niewiasta miała niezbyt długie włosy koloru blond; jej głowa opadła na piersi, oczy były zamknięte. Sprawiała wrażenie pogrążonej w jakimś transie. Sedy miał dobrą pamięć do twarzy i rozpoznał w niej tą samą dziewczynę, którą spotkał w gospodzie "pod Wąsatym Knurem" w Maab, gdzie to zaczęło się pasmo jego nieszczęść.
Na razie postanowił się rozejrzeć w sytuacji; ostrożnie podkradł się do okna chatki, starając się nie zwrócić uwagi dziewczyny. Zaglądnął ostrożnie przez okno; zauważył dwójkę rosłych mężczyzn, leżących na podłodze. Byli nieprzytomni, ale prawdopodobnie znacznie szczęśliwsi niż na jawie; Sedy doszedł do takich wniosków na widok leżących nieopodal dwóch pustych sakwach po zielu zwalniającym.
- Moje zimowe zapasy! - wyrwał się mu cichy krzyk. - Skurwysyny!
Poprzednio zamierzał przeczekać w lesie, aż przybysze odjadą; teraz postanowił trochę im zaszkodzić. Równie ostrożnie zbliżył się do przywiązanej do siodła dziewczyny; wyjął swój nóż i przeciął więzy. Szybko chwycił zsuwające się z konia ciało, co było całkiem przyjemnym doznaniem. Położył ją ostrożnie na ziemi; zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wykorzystać sytuacji. Dziewczyna poruszyła głową, a z jej ust wydobyły się słowa:
- Zjednoczenie... zachód... muszę iść...
Na dźwięk słowa "Zjednoczenie" w głowie Sedy'ego pojawił się wyraz "Jenova", nie wiedzieć czemu. Pochylił się nieco, aby lepiej usłyszeć. Ale na ziemi nie leżała już nieprzytomna blondynka, tylko czarnowłosa kobieta, ubrana w czarny, skórzany, ściśle przylegający do jej ciała strój. Nie było jednak czasu na kontemplację, bo Sedy dostał szybkiego kopa w głowę i dopiero padając przypomniał sobie, że to ta sama wariatka, która rozsypała cały jego towar.
Poczuł tylko, jak jej dłoń wyciąga mu zza paska nóż, po czym gwałtownie zetknął się z ziemią.
Podniósł się ostrożnie na łokciach; widział, jak kobieta wbiega do jego chatki trzymając w ręku nóż i zapewne nie wbiegała tam, by ukroić sobie kromkę chleba przed dalszą podróżą. Sedy usłyszał dwa krótkie charknięcia; po dłuższej chwili z mroku jego chatki wyszła ta sama blond-włosa dziewczyna, trzymająca w ręku nóż. Jej suknia była na powrót śnieżnobiała; zapewne dlatego tak wyraźnie odcinały się na niej ślady krwi.
Odrzuciła nóż i pobiegła w las.
- Zaczekaj! - krzyknął Sedy, bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy, i podniósł się powoli, z zamiarem dogonienia dziewczyny. Ale w tym momencie słońce zakrył ogromny cień.
-2-
Cztery postacie były widoczne w ciemności na tle palącego się wysokim płomieniem ogniska. Dwie drobne, kobiece sylwetki, jedna męska, postawna i jedna naprawdę potężna. Ta ostatnia poruszyła się i po chwili dało się słyszeć niski głos jej właściciela, pół-człowieka, pół-orka - Gristela:
- A tak właściwie to gdzie ten koleś zniknął? Ten... Ircaine, czy jak mu tam?
Inrami wiedziała, że się czerwieni, na szczęście wiedziała też, że przy blasku bijącym od ogniska nikt tego nie zauważy. Teraz tylko musiała zapanować nad głosem.
- To znaczy... nie wiem.
- Ale nie byłaś wtedy nieprzytomna ani nie leżałaś na wznak, z zamkniętymi oczami, nic takiego? - głos Serubi wręcz ociekał jadem; oficjalnym powodem tego zachowania była opieszałość Inrami w ratowaniu reszty ekipy, co było oczywistym nonsensem. I tak wszyscy wiedzieli, że Serubi zazdrości Inrami tej przygody. Czemu jej nie wybrał Cień? Nie mogła tego zrozumieć. - Zamiast przejmować się takimi głupstwami - tu wymowne spojrzenie na Inrami, która spuściła głowę - pomyślmy lepiej, co teraz zrobimy.
- Musimy iść pomóc armii Mewisu! Nie możemy dopuścić...
- I niby co chcesz zrobić? - odezwał się Kristo. - Walczyć sama z całą armią? Nie da rady, próbowałem - uśmiechnął się.
Gdyby jeszcze żyła Celika, gdyby można jej jeszcze było bronić... Inrami stanęłaby do walki z całą armią bez wahania. Dzisiaj... nie było po co walczyć. Właściwie nie trzeba było już nic robić, tylko położyć się w trawie i czekać na pierwsze objawy gnicia. Albo pójść z innymi.
I niby... - powstrzymała drżenie głosu, przełknęła ślinę - gdzie teraz mamy iść?
- Byle dalej od wojny, na polu bitwy nie ma nic ciekawego, naprawdę... chyba, że chcesz zobaczyć ghule, zjadające zwłoki i hieny cmentarne, obcinające palce z pierścieniami... - Kristo rozpoczął malowniczy opis.
- A skąd ty to wiesz? - Gristel zwrócił uwagę na towarzysza podróży, jakby go zobaczył po raz pierwszy.
- Z doświadczenia - odpowiedź powalała prostotą. - A ty? Każda miejscowość ma swojego pół-orka grającego na lutni z ukrytymi ostrzami? Które... - tu błędny rycerz lekko się nachylił w taki sposób, że wyglądało to tak, jakby słuchał własnego... ehem, własnych spodni - ... wysuwają się, gdy naciśniesz przycisk na gryfie?
- O kurwa, aleś mądry! A nie wyglądasz! - odciął się Gristel.
- W ogóle nic o sobie nie wiemy - Inrami podniosła głowę. - Los złączył nas ze sobą...
- O bogowie - Serubi przewróciła oczami.
- I chyba jeszcze trochę czasu spędzimy ze sobą...
- Hola hola, panienko! Jak tylko dotrzemy do czegoś, co przypominać będzie miasto i nie będzie tam żadnej wojny, ruszam własną drogą! - czarodziejka jasno postawiła sprawę.
Kristo ponownie nasłuchiwał, co zaczynało powoli już irytować resztę towarzystwa. Jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Dobrze się składa! Na południowy zachód stąd znajduje się Zaris... niewielkie miasto na uboczu... przecudne... - Kristo najwyraźniej się rozmarzył, co Serubi skwitowała kolejnym przewróceniem oczu.
- Daleko to? - przerwała, poirytowana.
- Musimy tylko przejść przez las...
- Tylko!? Przecież to co najmniej trzy dni drogi! Przez dziki las! Po prawej stronie będziemy mieli góry i bogowie jedni wiedzą, co z nich może wyleźć!
- Ale będziemy daleko od głównych traktów, nikt nas nie wytropi...
- Tak, musimy uciekać, bo ktoś tu stracił panowanie - Serubi po raz kolejny posłała Inrami nienawistne spojrzenie - mogłabyś jednak nie obcinać temu Lesterowi jego durnego łba?
- Zejdź ze mnie - w oczach Inrami pojawiły się złowrogie ogniki.
- A co, jeszcze nikt na tobie...
- Może pójdziemy spać - Kristo spróbował zażegnać konflikt.
***
Wśród porannej szarówki, obok dogasającego już ogniska, można było dostrzec trzy sylwetki: trzy leżące i jedna, ta największa, czuwająca na straży. Gristel siedział, zapatrzony w pierwsze tego dnia promienie słońca i nucił cicho:
Tam, gdzie mnie nie ma, gdzie nie ma mnie
Tam gdzie czas załamuje się i gnie
Gdzie jedna sekunda ma tysiąc lat
Gdzie w miejscu zatrzymuje się świat
Ja, odliczając sekundy smutku miarowo
Ja chciałbym być z tobą, chciałbym być z tobą...
Gdy usłyszał, jak podchodzi do niego Kristo, przerwał. W krótkich momentach ciszy mógł przysiąc, że słyszy z krzaków odgłos, jakby rytmiczne uderzanie połączone z mlaskaniem. Nie był to zwyczajny odgłos, ale Gristel po tylu przeżyciach nie był w stu procentach pewien swoich zmysłów.
- Nie jest to chyba popularny w gospodach repertuar... - szepnął Kristo, nawiązując do piosenki śpiewanej przed chwilą.
- ...Masz rację. Trzeba śpiewać bzdury, bo za nie płacą w takich lokalach, gdzie na zapleczu dziwki robią dwie laski naraz, nie przerywając palenia skręta - malowniczo podsumował bard. - A do stolicy nawet bym nie wszedł, przecież nie ma króla, który by nie miał koło tronu czaszki orka.
- Dlatego wędrujesz...
- Tak.
Milczenie przeciągało się, a tym razem Gristel mógł niemal przysiąc, że słyszy ten obrzydliwy dźwięk. Nagle obydwaj odwrócili się, ale to tylko Inrami wstała i poszła za potrzebą. Gristel zapytał:
- A ty? Też jesteś człowiekiem drogi.
- Ale z innych...
W tym momencie leśną ciszę rozdarł krzyk Inrami, ale nie krzyk przerażenia, tylko... zaskoczenia?
- Coś tam jest!!! - wybiegła z krzaków na polanę, w biegu zapinając pas skórzanych spodni. - Tam, coś, obrzydliwe... uciekło... - jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Jednak opanowała się, szybko wytarła oczy i wyprostowała się dumnie. Sięgnęła po zawieszone u pasa sztylety, jej wzrok padł na zarośla. I znowu Gristelowi wydawało się, ze słyszy właśnie z tych zarośli obrzydliwy dźwięk.
- Cokolwiek mnie dotykało, ja to odetnę - podniosła ostrza tak, jakby były one naturalnym przedłużeniem jej ramion.
- Gdzie cię dotykał? - spytała Serubi, podnosząc się z posłania. - Może to jakiś zdesperowany inkub? Albo ten twój Ircaine? - drwiła, ale szybko zrezygnowała widząc, że Inrami nawet jej nie słucha, raźnym krokiem zmierzając w kierunku krzaków, a Kristo i Gristel za nią, z uniesioną do ataku bronią. Westchnęła i sięgnęła po zdobyty w pałacu miecz, bo magia magią, ale lepiej mieć kawałek zaostrzonej stali w pogotowiu.
Gristel czuł, że zbliża się do źródła dźwięku; słyszał go już mimo szelestu gałęzi, szybkich, nerwowych kroków Inrami i spokojnych, ostrożnych Kristo. Nagle dotarło do niego, że zaczynają się oddalać od hałasu; zawrócił. I zobaczył drzewo z rozłożystymi korzeniami; wśród nich widać było czerń jamy. Pokazał ją palcem pozostałym. Przystanęli, zakłopotani, jak wykurzyć niebezpiecznie stworzenie spod drzewa. W tym momencie doszła do nich Serubi, flegmatycznie żując źdźbło trawy. Oceniła sytuację, wykonała kilka gestów rękoma, przypominające gałęzie poruszane wiatrem i w tym momencie pojedyncze, potężne uderzenie wichury wyrwało drzewo wraz z korzeniami, ukazując źródło obrzydliwych odgłosów.
Był to ten sam karzeł, który ich zniewolił i oddał Cieniowi.
- Co on robi!? - krzyknęła zgorszona Inrami. Serubi nie mogła powstrzymać uśmiechu niedowierzania na widok karła.
- Się samogwałci, jak widzisz - oznajmiła.
- Kurduple w kubrakach walą po krzakach - podsumował jakiś inny, nieznany głos dochodzący z poziomu pasa Kristo, ale chwilowo nikt nie zwrócił na to uwagi.
Tymczasem Gristel widząc znienawidzonego osobnika, który śmiał sypać mu proszkami po oczach, więzić i niewiadomo co robić, gdy sam był nieprzytomny, stracił panowanie nad sobą i trzepnął go grubą, ciemnozieloną pięścią w twarz, pozbawiając przytomności i szkiełek na nosie.
- Zajebię gnoja!
Kristo chwilę nasłuchiwał, schylony, po czym chwycił pół-orka za ramię.
- Poczekaj! Może się nam przydać, na przykład pokazać, gdzie mogą być jakieś zapasy, siedziby, ścieżki... - bard powoli opanowywał swój gniew. Zawsze przychodziło mu to z trudem, ale słysząc słowa rozsądku, jakoś się udało.
- Niech go ktoś zwiąże, ja się muszę uspokoić...
Kristo ciasno spętał ręce więźnia grubą liną, tą samą, którą karzeł spuszczał do ich więzienia każąc wychodzić Inrami; ot, taka ironia losu. Nogi powiązał tak, żeby ich niedoszły oprawca mógł chodzić, ale poprzez stawianie bardzo małych kroczków. Połamane okularki w drucianych oprawkach schował do jednej z licznych sakiewek, które nosił u pasa. Mając na względzie dwie młode niewiasty, zapiął również spodnie kurdupla.
- No, Inrami, już możesz odsłonić oczy.
- Wcale ich nie zasłaniałam.
- Eee... dlaczego?
- Muszę przecież wiedzieć, co mam mu odciąć w pierwszej kolejności.
***
Na tle smętnych resztek wygasłego ogniska, na zalanej słonecznym światłem polanie, widać było cztery postacie, stojące nad piątą, nieco tylko wyższą od krasnoluda, siedzącą na trawie.
Kristo pochylił się nad karłem i zapytał łagodnie:
- Gdzie, twoim zdaniem, powinniśmy się udać?
- Tylko nie na zachód! Tylko nie na zachód! - krzyczał więzień piskliwym, histerycznym głosem.
- Dlaczego nie tam?
- Tam są krasnoludy! Oni mnie zabiją! Nienawidzą nas, karłów leśnych!
- Wcale im się nie dziwię - Inrami nadal żywiła nienawiść do więźnia za zachwianie jej godnością osobistą.
- Karłów leśnych? Co za bzdury! - prychnęła Serubi.
- To idziemy na zachód. - Burknął Gristel, ujmując w dłoń sznur, którego drugi koniec przywiązany był do szyi kurdupla.
- Nie pójdę! Nie pójdę! - wrzeszczał, ale Gristel bez najmniejszego wysiłku pociągnął mocno sznur i wlókł szamoczącego się karła leśnego niczym worek kociąt. I szli tak dość długo, a pół-ork specjalnie wybierał kamieniste ścieżki.
***
Okazało się, że miasteczko Zaris wcale nie jest spokojne - przynajmniej teraz, gdy masy ludzi uciekały przed wojną, dając zarobić miejscowym szynkarzom i ludziom oferującym nocleg po cenach promocyjnych, czyli trzykrotnie wyższych niż normalnie.
Jedyną zaletą tej sytuacji był fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na dziwną grupę wkraczającą do miasta, a zwłaszcza na karła prowadzonego jak bydło na postronku.
- Aaach, Zaris - westchnął sobie Kristo. - To tutaj spotkałem tą, która miała szansę stać się moją drugą wielką miłością...
- Wulgarna cipa - odezwał się ponownie przytłumiony, nieznany głos, dochodzący gdzieś z okolicy pasa Kristo. Inrami miała zamiar zrewanżować się Serubi mówiąc "ktoś cię woła", ale na tyle zaintrygowała ją tajemnica pochodzenia głosu, że zapomniała o tym. Już miała zadać pytanie, ale Gristel ją uprzedził.
- Co jest gra... - zaczął, ale Kristo uciszył go gestem. Wpatrzony był w dwójkę osób, stojących na rynku Zaris. Widząc ich reszta drużyny (oprócz karła, który starał się wytrząsnąć piasek z brody) zdziwiła się, że wcześniej ich nie zauważyła. Pierwszy z nich był niezbyt postawny i niezbyt umięśniony, dźwigał jednak na plecach ogromny, dwumetrowy miecz, z podniesieniem którego przypuszczalnie nawet Gristel miałby spore kłopoty. Całości groteskowej prezencji dopełniało wręcz wieśniacze ubranie i fryzura składająca się postawionych do góry ciemnobrązowych włosów.
A ten drugi był jeszcze gorszy.
Spowity był cały w czarną szatę; dłoni nie można było zobaczyć, gdyż tonęły w wodospadach rękawów; z twarzy spod mnisiego kaptura widać było tylko płomyki oczu. Nie, nie białka - płomyki. Zważywszy, że był środek lata, taki ubiór niezbyt pasował do otoczenia.
- Wy tutaj - odezwał się do nich lekko drżącym głosem Kristo.
- Popatrz, popatrz! To nasz kochaś! - odezwał się szyderczo ten z mieczem. - I uprzedzam - przerwał Kristo, który już miał się odezwać - nie ma ze mną mojej siostry, niewyżyty jebaczu.
- Ty... - nasz dzielny rycerz oglądanym wielokrotnie ruchem nachylił się ku swemu... pasowi i nasłuchiwał. - Ty skurczyflaku! Ty sflądrysynu!
Brat niedoszłej kochanki Kristo przypatrywał się całej akcji z uniesioną brwią. Jego towarzysz w czarnej szacie też pewnie był zdziwiony.
- O! Kupiłeś sobie mózg! Dobra nasza!
- Ghrrr...!
- Nasz szlachetny bohater się denerwuje! - dalej drwił ten z mieczem. - Co, chcesz kolejnej lekcji!? Chcesz drugi raz lecieć przez ten plac z gołą dupą!? - Kristo rozejrzał się nerwowo czy nikt z miejscowych go nie rozpoznaje, po czym podniósł czerwoną tkaninę, którą zakrył dolną część twarzy. I ze spokojną złośliwością powiedział:
- Zgadnij, kto mi dał tą chustę...
- Trzymaj mnie, bo go zajebię! Zajebię go!
- Spokojnie, spokojnie... - osobnik w czarnej szacie odezwał się po raz pierwszy; źle się stało, bo głos jego brzmiał niczym dochodzący z zamkniętej krypty. Resztę drużyny, i tak już zdziwioną, że najspokojniejszy z nich wdał się w pyskówkę na środku miasta z nieznajomymi, przeszedł dreszcz. - Może sprawdź, czy nikt z wieśniaków nie dobiera się do naszych sprzętów...
- Patrzyłem przed chwilą! Ci... ... ...masz rację. - Człowiek noszący ogromny miecz odwrócił się i szykował do odejścia, ale jeszcze rzucił na odchodne:
- Ale jeśli ten pacan wejdzie nam jeszcze w drogę, nie ręczę za siebie! - Dopiero teraz zauważył resztą towarzyszy naszego błędnego rycerza. - I szkoda mi was, że wędrujecie z takim życzeniem śmierci jak Kristo! - Spojrzał na związanego karła - widzicie!? Jemu już się udzieliło!
Kristo i postać w czerni patrzyli na siebie czekając, aż krzykliwy mężczyzna odejdzie. Gristel patrzył z fascynacją na lśniący w promieniach słońca, kołyszący się miecz.
W końcu rycerz się odezwał:
- Od kiedy to TY go pouczasz?
- Wiesz, że jego siostra to jego czuły punkt. No, przynajmniej teraz już wiesz.
- Gdybym tylko... - dłoń rycerza zacisnęła się na głowni miecza.
- No... pamiętaj, że, bądź co bądź, jesteś pierwszą mi znaną osobą, która wystrychnęła go na dudka. Ale przecież wiesz, że w bezpośredniej walce nie masz z nim żadnych szans. Mało kto ma.
Dłoń Kristo rozluźniła się.
- ...Wiem.
- Więc po prostu nie staraj się mu rzucać w oczy... może przestać się już całkiem kontrolować i dojdzie do tragedii.
- ... Dziękuję za dzisiaj. Mam nadzieję, że los nie umieści nas ponownie na tej samej ścieżce... - wyciągnął dłoń do spowitej w czarną szatę postaci, ta odwzajemniła gest. Inrami nie widziała wyraźnie, ale mogła przysiąc, że dłoń rozmówcy Kristo była bardzo chuda i blada. Tak blada, że aż biała.
Kiedy powodujący ciarki na plecach osobnik też się oddalił, reszta drużyny zasypała rycerza gradem pytań.
- Walczyłeś z tym gościem z mieczem? - wypalił Gristel.
- Jego siostra to twoja wielka miłość? - zapytała rozmarzona Inrami.
- Biegłeś z gołą dupą przez miasto? - Serubi aż dostała rumieńców.
Wszyscy zapomnieli po raz kolejny o głosie z sakiewki u pasa Kristo.
- Proszę, powoli... zatrzymajmy się gdzieś, wszystko wam opowiem... - rycerz uciekał spojrzeniem w bok, a jego oczy pełne były melancholii.
- Włożyłeś jej? - swoje pytanie zadał karzeł.
- Zamknij się, chuju - warknął Gristel i kontrolnie walnął go w czoło.
***
Osobnik w czerni podszedł do sprawdzającego więzy na skrzyni mężczyzny z mieczem większym niż jego właściciel.
- Kto by pomyślał, że znowu zobaczymy Kristo - grobowy głos spod kaptura miał być modulowany na nonszalancki. Nie udało się. - Postarzał się...
- No kto by pomyślał - ten z mieczem dalej był wkurzony.
- Tak się zdenerwowałeś, że nie zauważyłeś, że z kimś rozmawiał...
- Oczywiście, że zauważyłem! Jakaś istota! Jego ptak był wiecznie aktywny i stale używał go do myślenia, to może wypracował w końcu własną inteligencję, kutas jego mać!
- A ja myślę, że to jakiś stwór, możliwe, że groźny...
- No przecież mówię! - uciął osobnik z mieczem, zarzucając niewyobrażalnie ciężką skrzynię wypełnioną tajemniczym żelastwem sobie na plecy.
Ruszyli w stronę majaczących na północy gór.
***
Cztery osoby zainstalowały się w pokoju nad gospodą; gospodarz zapytany o cenę, obejrzawszy gości, zwłaszcza Gristela, wymienił jakąś zabawną liczbę. Zabawną i nierzeczywistą w porównaniu do tych skromnych zasobów drużyny, które jeszcze ocalały. Gospodarz wtedy wyszedł na chwilę prowadzony za rękę przez Serubi, a gdy wrócił, zgodził się wynająć pokój za pół normalnej ceny. Inrami zwróciła uwagę, że oczy gospodarza były dziwnie puste, a ruchy też miał jakieś sztywne.
Zanim Kristo zaczął opowieść, Inrami zapytała Serubi:
- Coś ty zrobiła temu gospodarzowi!?
- Zwykły czar rozkazu... wkrótce mu przejdzie - odparła z niewinnym uśmiechem.
- Dobra, dobra... - Gristel chciał jak najszybciej dowiedzieć się coś o "człowieku z mieczem", jak go nazywał. - Siadaj, gadaj, opowiadaj... - podsunął stołek dla Kristo, samemu rozwalając się na jednym z trzech łóżek i zajmując je całe. Inrami i Serubi usiadły na dwóch pozostałych.
- Od kiedy mam opowiadać?
- Mmm... od momentu, gdy spotkałeś człowieka z mieczem!
- Nie... od tego, kiedy spotkałeś swoją miłość...
- Dobrze.
Kristo mówił długo i, trzeba dodać, ze szczegółami. Po stracie majątku na rzecz swojej pierwszej miłości uznał, że była to równocześnie miłość ostatnia. Wędrował po świecie, najmował się do różnych zajęć, ochrony, eskorty, zwłaszcza wozów magów, eksterminacji potworów... nigdy morderstw, zastrzegł. Gristel w tym momencie patrzył przez okno zastanawiając się, dlaczego kawałek ściany sąsiedniej gospody wygląda na nieco nowszy niż reszta.
W końcu los skierował go do Zaris, gdzie w pobliskich lasach grasował ponoć olbrzymi odyniec, zabijający zwierzęta domowe. Serubi ziewnęła dyskretnie. Wytropił dzika i zasadził się na niego w krzakach; miał zamiar zarzucić nań siatkę i ubić. Lecz coś spłoszyło ogromne leśne zwierzę. I wtedy...
- Wtedy zobaczyłem ją. Biegła, trzymając napięty łuk... Niczym łania przeskakiwała zwalone pnie i kamienie, jej naprężone uda, jej... mięśnie, poruszające się w idealnej harmonii... jej przecudne piersi, podskakujące w rytm biegu... - Gristel poprawił trochę swoje ułożenie, bo zrobiło mu się nagle dziwnie niewygodnie w rejonie spodni - jej długie, czarne, sięgające do pasa włosy, teraz rozwiane na wietrze... - Kristo przebywał teraz w innej rzeczywistości, zdecydowanie przyjemniejszej od naszej - jej twarz, skupiona na jedynym celu: zabić zwierzynę... brwi zwężone w skupieniu...
- Może wrócimy do tematu - powiedziała Serubi, ponownie ziewając.
- To była siostra tego kolesia z mieczem - upewnił się Gristel.
- Tak. Patrzyłem tak na nią i widziałem, jak ucieka, oddala się ode mnie... wtedy wyskoczyłem z ukrycia, nie zważając na dziką zwierzynę, podbiegłem do niej i chwyciłem za rękę! - popatrzył prosto w rozognioną twarz Inrami, w jej iskrzące się oczy.
- I co, i co!? - spytała.
- Walnęła mnie na odlew krzycząc "puszczaj chuju" - Kristo spuścił głowę i potarł małą bliznę na lewym policzku, uśmiechając się przy tym jak dziecko złapane na tym, że w tajemnicy robiło laurkę dla mamy.
- Ciekawe - pokiwała Serubi głową w zadumie.
- Mieszkała w gospodzie starając się dopaść tego dzika, a ja wznosiłem modły do wszystkich bogów, aby go nie złapała. Przyszedłem pod jej drzwi z kwiatami a ona spytała, czy dają dobrego kopa. Powiedziałem, że nie.
- I dostałeś kopa - podsumowała... tak, zgadliście: Serubi.
- Przychodziłem do niej wiele razy...
- To musiała być bolesna miłość.
- I to bardzo... widzieliście jej brata, ten miecz, który nosi?
- Tak! - Ożywił się Gristel. - To jakiś wielki mocarz!
- Jego siostra jest niewiele słabsza.
- To musiała być bardzo bolesna miłość.
Dalej Kristo opowiadał, jak chodził za swoją wybranką krok w krok - aż w końcu przyzwyczaiła się do niego. Z czasem... przestała go bić. Nawet zaczęła z nim rozmawiać. W końcu po dwóch tygodniach udawała tylko, że poluje na dzika, który i tak chyba gdzieś się wyniósł. Aż wreszcie miało dojść do... zerwania owoców tej zażyłości. I dokładnie w tym dniu do miasta przybył jej brat, wraz ze swoim kompanem.
Słyszał, że jego siostra znajduje się w Zaris; trudno, żeby o kimś takim nie rozchodziły się wieści... a że rzadko się widują, postanowił ją odwiedzić. Bez trudu przyszło mu dowiedzieć się, do której gospody powinien zajrzeć. Mocno zaniepokoiły go informacje o jakimś absztyfikancie, do tej pory nic takiego nie miało miejsca...
- Wpadł do pokoju w momencie, gdy miałem... wiecie. Jego wrzask przypominał ryk dzikiego zwierzęcia... Chwycił łóżko jakby było małą deską i odrzucił tak mocno, że rozwalił spory kawałek ściany. Nie zdążyłem z tego łóżka zeskoczyć... - Kristo pomacał swoją czaszkę na wspomnienie tych wydarzeń. - Słyszałem jak ona krzyczy, że ma prawo robić, co chce... ale on jej nie słuchał. Wyskoczył za mną, wyciągając miecz... mógłbym przysiąc, że wokół niego unosiła się krwawa łuna. Dopiero jego kompan go przywołał do porządku... Ja uciekłem.
Zapadła chwila ciszy; nikt nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego mu dziękowałeś - odezwał się w końcu Gristel.
- I jeszcze za to, że gdy wyszedłem z ukrycia, na łóżku na środku placu było moje ubranie i mój pas - poklepał się po największej sakiewce. - Pewnie on to tam zostawił.
- Nikt nie ukradł? - zdziwiła się Serubi.
- Wokoło łóżka był wykreślony był oktogram nekromantów.
- Aha.
- Bardzo dziwne jest to... rodzeństwo. Skąd oni się wzięli?
- Nie mam pojęcia.
- Silni jak demony... może to demony? Chciałeś spółkować z pomiotem piekielnym! - Serubi wysunęła oskarżycielsko palec.
- On? Może i jest demonem. Ale ona... Holia... to anioł...
- Wulgarna cipa i tyle - głos, choć przytłumiony, tym razem wszyscy słyszeli bardzo wyraźnie.
- Ups...
- Co ty chowasz w gaciach!?
- Eee... - Kristo wydawał się zbity z tropu. - Nic ważnego... nie chcecie wiedzieć...
- Ja jestem ciekawa - oznajmiła Inrami. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z rozmiaru gafy, jaką popełniła.
- To znaczy... och, no dobra. Pokażę wam. - Kristo z rezygnacją zaczął rozpinać pasek.
- Hej! Ja tam nie wnikam, ale mógłbyś być bardziej dyskretny! - zerwał się z posłania Gristel.
- Nie bójcie się, mam go... - ściągnął z pasa zawieszoną na grubym rzemieniu pękatą sakwę - ...tutaj.
- Strasznie duże - Inrami znowu nie pomyślała o wszystkich możliwych interpretacjach swojej wypowiedzi.
- Przedstawiam wam...
W tym momencie na rynku miasta wylądowała dziesięciometrowa, metalowa stopa. Fioletowa.
-3-
Czarny Luin potrafił szybko się przemieszczać. Właściwie to bardzo szybko; w ciągu jednego dnia potrafił przebyć drogę ze stolicy, Palateku, do pałacu letniego w Maab. Bez magii to było niemożliwe.
Doradca królewski szukał kiedyś szybkiego i dyskretnego środka transportu; zwrócił się z tym do ówczesnego nadwornego maga. Kiedy ten wytrzeźwiał, zaproponował Luinowi latający dywan.
Po niedługim czasie znaleziono magika u stóp schodów, ze złamanym karkiem. W oficjalnej notatce podano, że potknął się o wystający kawałek dywanu.
Luin szukał i w końcu znalazł: odwiedził gildię magów powietrza. Wyciągnął kilka papierów z archiwum: podatki, pozwolenie na budowę... I poszedł z nimi do gildii. Zażądał od czarodziejów ich największego projektu, nad którym pracowali, i go dostał. Smoka nieba.
Smok ten, sterowany myślami osoby, która na nim zasiadała, zawsze przybierał taki odcień, jaki aktualnie miało niebo; nawet chmury przewijały się po jego skórze. Dzięki temu był niezauważalny, no bo jak odróżnić jeden kawałek nieba od drugiego?
Smok nieba zapewniał dyskrecję i szybkie przemieszczanie się; był prawdopodobnie jedynym tworem magicznym, do którego Luin miał jako takie zaufanie. A to znaczy, że nigdy nie latał podczas burzy.
Właśnie w tej chwili, pod osłoną nocy, doradca królewski wychodzi na dziedziniec zamku letniego w Maab. Pogmerał chwilę w kieszeni i wyjął małą, szklaną kulę. Uniósł ją wysoko w wyciągniętej dłoni, tak, jakby chciał dotknąć nieba. I rzeczywiście kawałek nieba pojawił się na dziedzińcu. Miał kształt smoka, który wyraźnie odcinał się na tle murów zamku. Bardzo dobrze, pomyślał Luin i zaczął wymacywać sobie drogę na grzbiet smoka.
***
Gdy na horyzoncie za plecami Luina zaczęły pojawiać się pierwsze promyki wschodzącego słońca, doradca królewski był już bardzo blisko gór. Przeszywało go przenikliwe zimno, więc mocniej przycisnął się do ciepłego grzbietu smoka (magowie pomyśleli o wszystkim). Skierował magicznego stwora wprost na malutki płaskowyż ukryty wśród najwyższych szczytów.
Potężne pazury wyżłobiły kolejne bruzdy w skale (w tym momencie zamkowy kuchcik wybierający się na targ po cebulę jest bardzo zdziwiony podobnymi śladami na dziedzińcu), a Luin sprawnie zeskoczył z grzbietu smoka. Ponownie wyjął z kieszeni szklaną kulę i kawałek nieba w kształcie smoka zniknął. Obejrzał się za siebie i zobaczył jego. Mertena. Stał u wejścia jaskini.
Luin był zaszokowany wyglądem Mertena, gdy zobaczył go pierwszy raz; tak samo zresztą było za drugim, i teraz za trzecim razem. Merten ubrany był w długą, bordową szatę, ze złotymi zdobieniami na brzegach, ale to jeszcze nie było takie straszne. Lewe oko zakrywał mu okular w ciężkiej, mosiężnej oprawie, przymocowany do wysięgnika wystającego z jego hełmu. To znaczy Luin miał nadzieję, że to hełm, chociaż przylegał tak ściśle, że możliwe, że była to czaszka. Z owego "hełmu" (tak było łatwiej o tym myśleć) wystawały również liczne cienkie, zginające się druty, zakończone małymi, chwytnymi pazurkami. Ale nie to było najgorsze.
Najgorsze było to, że te niby-rączki się od czasu do czasu poruszały.
- Czy konstrukt gotowy? - Zapytał Luin, a Merten skinął głową i bez słowa zniknął w jaskini. Luin podążył za nim.
Szli dość długo ciemnym korytarzem, aż w końcu weszli do ogromnej sali. Luinowi niemalże zaparło dech. Pomieszczenie było ogromne, tak jakby ktoś wydrążył cały szczyt góry od środka. Do ściany przymocowane było rusztowanie, do którego dochodziły liczne tunele, wydrążone w skale. Na rusztowaniu uwijały się dziesiątki, a może i setki karłów - nieco podobnych do krasnoludów, ale nieco wyższych i mniej krępych. Luin widział w otworach tuneli jakieś światła; były to ogniska pieców, w których wytwarzano metal, będący potem poddawany dalszej obróbce. Po całym pomieszczeniu rozbrzmiewał stukot wielu młotów.
Z tego metalu budowany był ogromny, siedemdziesięciometrowej wielkości konstrukt, który oparty był o rusztowanie. Pierwsze nieśmiałe promienie słońca wpadały przez otwór wybity w sklepieniu pomieszczenia i odbijały się od pancerza humanoidalnego kształtu tworu. Kanciasta głowa wyglądała jak dopiero co ociosany i wstępnie obrobiony kamień, który dopiero później rzeźbiarz zamieni w twarz gargulca czy innego maszkarona. Z ramion wystawał kilkumetrowe kolce.
Prawie cały pancerz był fioletowy.
- Bardzo piękny, ale dlaczego on jest...
- Taka ruda metalu - uprzedził pytanie Luina Merten, gdyż się go spodziewał od bardzo długiego czasu.
- Na pewno będzie potrafił znaleźć wszystko...
- Wystarczy tylko niewielka próbka. Konstrukt znajdzie wszystko, gdziekolwiek to będzie. - Tego pytania Merten również się spodziewał.
- A... jak nim sterować?
- Za mną.
Przeszli w milczeniu przez całą halę, gdyż i tak w tym hałasie nie można było się dogadać. Weszli do korytarza prowadzącego w górę hali; Luin widział liczne odnogi prowadzące na rusztowanie i pracujących tam karłów; żaden nawet nie podniósł głowy na nowego przybysza. Wilgotne ściany korytarza nie sprawiały przyjemnego wrażenia, na szczęście doszli już na szczyt pnącego się ostro do góry korytarza. Byli teraz mniej więcej na poziomie głowy konstruktu. Merten otworzył drzwi i Luin ujrzał pomieszczenie stanowiące ostry kontrast w stosunku do zimnych i nieprzyjemnych skalnych ścian. Wyłożony bogato zdobionym dywanem pokój wyposażony był w liczne drogie meble: szafę, stolik, bogato wyposażony barek, jedno łóżko, kilka krzeseł i stół. Na tym właśnie, wyposażonym w bogatą inkrustację stole spoczywały ubłocone, długie skórzane buciory z ostrogami, chociaż nawet najsilniejszy koń zdechłby w połowie drogi na szczyt góry.
Buty należały do bardzo dziwnej postaci, której twarzy Luin nie mógł w tej chwili dostrzec, bo spod kapelusza z szerokim rondem widać było tylko zarośnięty podbródek. Osobnik miał na sobie skórzaną kamizelkę i koszulę w kratkę, a do krzywo założonych pasów przyczepione miał po obu stronach dziwnie wyglądające pochwy: zbyt małe na miecz, zbyt duże na sztylet; wystawały z nich obite drewnem metalowe uchwyty. Ale Luin nie przebył takiej drogi i nie wydał tylu królewskich pieniędzy, aby przyglądać się nieznajomym.
Postawił torbę z pobranymi ze skarbca szmaragdami na stole; brzęknęła miło. Jakby uruchomiony tym dźwiękiem osobnik w kapeluszu podniósł głowę (choć Luin doskonale wiedział, że ten nie spał, tylko czuwał) i można było zobaczyć jego wąsatą, chudą twarz i zimne, niebieskie oczy.
- Pan jest naszym... - zaczął Luin.
- Uszanowanko, Jonas jestem - przerwał mówiąc z tak dziwnym akcentem, że Luin ledwo go zrozumiał.
- Czy możemy wypróbować konstrukt?
- Czemu nie? - powiedział Jonas, ale najpierw popatrzył na Mertena, który lekko skinął głową.
- Możemy - powiedział Merten. - Drugą warstwę pancerza położymy później.
Wyszli przez drugie drzwi w pokoju na rusztowanie; znaleźli się na szerokiej platformie z desek, prowadzącej wprost do głowy konstruktu.
- Zapodaj próbkę, facet - powiedział Jonas. Luin ledwo się domyślił, o co chodzi. Włożył rękę do kieszeni i wyjął pierwszą z brzegu złożoną chusteczkę i wręczył Jonasowi, który chwycił ją w brudne paluchy, plamiąc nieskazitelną biel. Chusteczkę, w którą zawinięte były włosy Sedy'ego.
Jonas wspiął się po metalowych szczeblach na tył głowy konstruktu i odsłonił klapę. Nie wiedzieć czemu, Luin spodziewał się ujrzeć w środku masę dźwigni, kół zębatych i łańcuchów, niczym we wnętrzu ogromnego zegara, ale nic takiego tam nie było; tylko szklany kanał z fotelem w środku i z dwoma tylko uchwytami z niego wystającymi.
- I jak niby on zamierza sterować...
- Swoją myślą - oznajmił beznamiętnym głosem Merten. To Luin mógł zaakceptować; w końcu sam w ten sposób sterował smokiem nieba. Nareszcie coś zrozumiałego.
Merten pociągnął za łańcuchy wystające ze ściany; rozległ się głośny szum. Uwolniona siła górskich strumieni wprawiła w ruch potężne koła, które sprawiły, że zaczęła poruszać się ta część podłogi, na której stał konstrukt. Luin i Merten zeszli na ramię humanoidalnego tworu.
Otworzyło się sklepienie gigantycznej jaskini; potok światła zalał wnętrze, a oślepione promieniami karły zakrywały oczy i uciekały w głąb tuneli. Platforma z konstruktem zaczęła unosić się ku górze. Merten wszedł do małej, przeźroczystej kabiny umieszczonej z boku szyi tworu; Luin podążył za nim. Gdy całkowicie wyłonili się z czeluści jaskini, konstrukt chwilę stał w absolutnym bezruchu, jakby czegoś nasłuchiwał, po czym błyskawicznie się sprężył i wykonał olbrzymi skok ze szczytu góry.
***
Olbrzymi kształt spadł z nieba, lądująca stopa zredukowała chatkę Sedy'ego z trzech wymiarów do dwóch, w akompaniamencie suchego trzasku, jakby ktoś nadepnął na gałązkę. Bardzo dużą gałązkę.
Rozległ się potężny ryk, który dopiero po chwili Sedy zidentyfikował jako głos, głos należący do urzędnika królewskiego, tylko wielokrotnie wzmocniony.
- Chciałeś mnie oszukać, chłopcze! Panie Jonas, łapać go!
- Sedy nie zdążył nawet dobrze zrozumieć tego zdania, gdy potężne metalowe palce zacisnęły się wokół niego, wyciskając dech z piersi. Czuł, że ta ręka może go w każdej chwili zmiażdżyć bez żadnego wysiłku. Potężna dłoń trzymała go tak przez chwilę a Sedy czuł, że w tej chwili ważą się losy jego życia.
W końcu rozległ się głos Luina:
- Panie Jonas, test się udał! Wracamy!
Konstrukt wykonał kolejny skok wysoko w powietrze. Sedy zanim stracił przytomność zauważył, jak przez zieleń liści przebija się biały kolor sukni.
***
Gdy Sedy się ocknął, poczuł przeszywające zimno. Rozglądnął się i zauważył tylko tkwiący w bezruchu konstrukt, błękit nieba i szczyt góry, który był kilka metrów od niego. Sam leżał na jednym z nich.
I zauważył też postać Luina, który stał przed nim.
- Teraz mi dasz porcję zwalniającego ziela, a ja zrezygnuję z kary śmierci dla ciebie - powiedział, choć nie znaczyło to, że żadnej kary nie będzie.
- Ostatnia... porcja... - rozrzedzone powietrze zdecydowanie nie ułatwiało oddychania - była... w... mojej chatce... - Sedy'emu wypowiedź przerwało uderzenie w twarz. Luin miał zamiar za pomocą kilku kopniaków zrzucić chłopaka ze szczytu, ale w Merten mu przerwał swoim jak zwykle beznamiętnym głosem:
- Może da się coś zrobić.
Sedy wiedział, że pożyje jeszcze trochę.
-4-
Potężny wstrząs sprawił, że wszyscy nagle zapomnieli o tajemniczym głosie. Serubi, a za nią Inrami, wybiegły z izby. Kristo westchnął i przypiął z powrotem sakwę do pasa. Gristel nałożył kaptur i również wybiegł, uprzednio wyjmując karła z szafy.
Wyszli na rynek miasta, zbliżając się do olbrzymiego śladu. Nie było to łatwe, gdyż zgromadził się już wokół niego tłum gapiów; w końcu nie co dzień dzieje się coś takiego. Jednak cała czwórka (plus karzeł) zdała sobie sprawę, że zbiegają się również strażnicy Palateku, których okazało się być całkiem sporo.
- Proponuję się stąd zmywać - szepnął Gristel, poprawiając kaptur i przykrywając połą płaszcza karła.
- Ale dokąd? - Kristo odruchowo zasłonił dolną część twarzy chustą.
- Może w góry? Będziemy poruszali się blisko granicy Palateku, po odludnych terenach; na pewno znajdzie się jakaś jaskinia czy opuszczona warownia, gdzie będziemy mogli się zaszyć... w razie czego możemy odbić na południe...
- I trafić w łapska handlarzy saracenów? Oni się zapuszczają coraz dalej! - szepnęła jadowicie Serubi. - Zresztą ja się tutaj z wami żeg... - na rynek wbiegła kolejna fala strażników i żołnierzy, którzy ściągali tutaj z całej okolicy. - ...Albo pójdę z wami jeszcze kawałek.
W tym momencie karzeł, tkwiący pod spoconą pachą Gristela, dostrzegł swoją szansę i zaczął się drzeć:
- Ratunku! Pomocy! Gwałcą!
- Chciałbyś, kurwa - syknął bard i uciszył karła strzałem na maskę, po czym szczelniej nakrył płaszczem. Cała drużyna szybko się oddaliła widząc, że strażnicy rozglądają się za źródłem krzyku.
***
Szli już kilkanaście dni, można by powiedzieć, że beztrosko - wyszli z lasu podążając teraz już porośniętymi średnią roślinnością wzniesieniami, co przyśpieszyło marsz. Kilka upolowanych kozic zapewniło pożywienie na okres podróży, skapnęło nawet coś dla karła. Podróż trwała, aż pewnego dnia skały majaczące w oddali zmieniły kształt na mniej przypadkowy; kiedy podeszli bliżej okazało się, że był to początek schodów do wejścia do kopalni krasnoludów.
W Palateku miano krasnoludów w jako takim poważaniu; wprawdzie byli cholernymi skąpcami i prostakami, ale przynajmniej nie mordowali nikogo (publicznie) i zawsze płacili za piwo, które żołnierze krasnoludzcy spożywali w ilościach zdawałoby się niemożliwych, biorąc pod uwagę niewielkie wymiary ciała. Żołnierze ci nie brali oczywiście udziału w ludzkich wojnach, bo królów krasnoludzkich nie obchodzili za bardzo monarchowie ludzcy, z wzajemnością zresztą. Krasnoludy miały własne problemy. Toczyły wojnę z orkami.
- Niezbyt się garnę, żeby tam wchodzić - powiedział Gristel.
- Ojeeej! - jęknęła Serubi. - Chcę odpocząć! Możemy zatrzymać się u krasnoludów!
- Nie będą chcieli nam nic wynająć - mruknął Gristel.
- Może gdybyśmy ładnie poprosili... - powiedziała Inrami, której również odniechciało się spać pod gołym niebem i narażać na atak zastępów złowrogich obmacywaczy.
- Tak nisko nie klękniesz - powiedziała Serubi, ale tym razem nie była to udana złośliwość, bo Inrami nie zrozumiała, o co chodzi.
- Przecież ja się w tych ich korytarzach nawet nie zmieszczę! - warknął Gristel.
- No to przykryjesz się kapturem, a ja cię trochę zmniejszę zaklęciem - Serubi chwytała każdą szansę, jaka mogła ją doprowadzić do siedziby krasnoludów, w domyśle wygodnej kryjówki.
- No... niech będzie.
Wspinali się po schodach, które zdawały się nie mieć końca. Gristel co i rusz się potykał, nieprzyzwyczajony do krótszych nóg. Inrami i Serubi były potwornie zmęczone, nawet przeważnie tryskający optymizmem Kristo wydawał się jakiś przygaszony. Ale w końcu ujrzeli przed sobą potężne wrota siedziby krasnoludów; wlało to w ich ciała nowy zastrzyk sił i po krótkim czasie stanęli przed bramą. Szkoda że nie pomyśleli, jak ją otworzyć.
A wrota były zaiste potężne i wspaniałe; całe ozdobione wielkiej piękności płaskorzeźbami, o wykonanie których, dopóki nie zauważyło się, co przedstawiały, trudno by podejrzewać krasnoludy. A na wrotach wykute były scenki przedstawiające dumnych brodaczy z kilofami, krasnoludów z narzędziami do rozłupywania skał oraz niskie, krępe sylwetki z przyrządami górniczymi. Okazyjnie tylko przedstawione były walki (oczywiście zwycięskie) ze smokami i wielkimi, ognistymi demonami.
Nad wrotami, na wysokości około dwudziestu metrów widać było otwory strzelnicze. Przy obsadzeniu wszystkich stanowisk można było całe schody skąpać we krwi wrogów, zanim którykolwiek zdążyłby w ogóle dotrzeć do drzwi. A gdyby nawet zdołał, to musiałby je otworzyć.
Drużyna liczyła na to, że ktoś ich dostrzeże i wpuści, ale żadna twarz nie mignęła w otworach strzelniczych.
- No i co teraz? - spytała płaczliwie Inrami.
Kristo nie zwrócił na nią uwagi; słuchał, teraz dużo bardziej dyskretnym ruchem, aby nikt nie zauważył, głosu dobiegającego z sakwy przy pasie.
- To klan Merduhemz - oznajmił.
- Skąd to wiesz?
- Yyy... z tych, no... płaskorzeźb... o tu... - tknął palcem pierwszego z brzegu radosnego krasnala widniejącego na drzwiach, a te bezgłośnie uchyliły się.
- Rzeczywiście, tu - mruknął Gristel. - Zaraz, mówiliśmy kiedyś o tym głosie... - nie dokończył, gdyż dobiegł ich odgłos zażartej bitwy.
***
Wbiegli do szerokiej, przestronnej hali o gładko wykutych ścianach, oświetlanej przez pochodnie umieszczone w niszach w skale. Na jej końcu, gdzie dostrzegli odnogi prowadzące do korytarzy, trwała walka. Kilkudziesięciu okutych w zbroje krasnoludów stawiało zażarty opór swoimi toporami, młotami i oskardami, ale zalewające ich fale karłów zdawały się nie rzednąć. Karły bardzo przypominały tego, którego taszczył ze sobą Gristel jako pamiątkę - były wyższe i nieco mniej krępe od krasnoludów, nie nosiły zbroi, a walczyły za pomocą krótkich mieczy. I było ich kilka razy więcej od krasnoludów, którzy coraz bardziej cofali się w kierunku drzwi.
Gristel widząc całe morze karłów wypuścił tego, którego trzymał pod pachą (ostatnio było to trudniejsze z powodu krótszego ramienia) i ruszył w kierunku walczących, wyjmując po drodze swoją lutnię i nie dbając o to, że po drodze kaptur zsunął mu się z głowy. Niektóre karły się śmiały widząc osobnika szarżującego na nich z instrumentem muzycznym, ale nastąpiło ciche "klik", a potem "ciach" i "łup" i dwie głowy spadły z karków i już nikt się potem nie śmiał.
Inrami i Kristo również ruszyli do ataku; Serubi postanowiła zostać z tyłu i popilnować związanego karła, na przykład.
Kristo udowodnił, że szermierka nie jest mu obca. Bez trudu parował prostackie sztychy karłów, samemu zatapiając swój miecz w ich szyjach. Dopadło do niego trzech z nich; Kristo sparował sztych tego stojącego w środku krótkim ruchem, po czym zawrócił miecz i szerokim, potężnym cięciem pozbawił głowy karła stojącego po prawej stronie. W trakcie ruchu miecza zdjął prawą rękę z głowni i opancerzoną rękawicą uderzył z obrotu w twarz karła stojącego po lewej, zamieniając mu nos w krwawą miazgę. Ten stojący pośrodku znowu próbował pchnięcia mieczem, ale Kristo przerzucił miecz z lewej do prawej ręki, przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, wymijając sztych, po czym wbił ostrze w czubek głowy wychylonego do przodu karła zupełnie tak, jakby nadziewał plaster mięsa na widelec. Karzeł z lewej spróbował szerokiego, płaskiego cięcia, ale Kristo zasłonił się wyszarpniętym gwałtownie z czerepu kurdupla mieczem, równocześnie go rozłupując, i wyprowadził kontratak, wykonując obrót w lewo i ścinając głowę napastnika tak samo, jak chłop ścina zboże kosą. Jednak już nadciągała kolejna fala wrogów i Kristo musiał przejść do oszczędniejszych ruchów ze względu na ograniczone miejsce; metodycznie parował ciosy karłów i uderzał gdy tylko była czysta sytuacja, cierpliwie na nią czekając.
Było to kompletne przeciwieństwo sposobu walki, jaki prezentowała Inrami. Jej sztylety stały się jakby przedłużeniem ramion, a sama wojowniczka zdawała się bardziej tańczyć, niż walczyć, a dla wielu karłów był to ostatni taniec, jaki widzieli (dla niektórych zresztą równocześnie pierwszy). Ostrza rzucały dzikie odblaski na ściany odbijając światło pochodni; sztylety ani razu przez dwie kolejne sekundy nie znajdowały się w tym samym miejscu. Inrami wiła się jak wąż między sylwetkami karłów przecinając im szyje, zadając szybkie sztychy w uda i w ogóle starała się możliwie najszybciej wywołać jak najwięcej gejzerów tryskającej krwi. Należy dodać, że robiła to z taką szybkością, że nawet nie poplamiła sobie ubrania, tak wspaniała była poezja jej ruchów.
Serubi obserwowała, jak trójka jej towarzyszy podróży toczy walkę. Widziała Kristo, którego ruchy zdawały się być powolne, a w rzeczywistości były śmiertelnie skuteczne; obserwowała Gristela (czar zmniejszenia nie działał już od pewnego czasu), który jest jak góra smagana przez fale napływających karłów, ale trwa niewzruszenie, zadając jednym ruchem topora kilka śmierci naraz; z narastającą zazdrością patrzyła na Inrami, która zdaje się nie zauważać tych wszystkich ostrzy, na które usiłują nadziać ją karły.
Sytuacja zdawała się powoli wyjaśniać; karłów w głównej sali ubywało, krasnoludy zaczęły posuwać się do przodu.
I wtedy z korytarzy napłynęła nowa fala napastników. Natarli oni z furią na broniących się, odrzucając ich dobre kilkanaście metrów w tył. Serubi spojrzała na związanego karła, siedzącego na podłodze. Posłał jej szeroki uśmiech. Czarodziejka postanowiła wkroczyć do akcji.
Rozejrzała się na boki, zauważając palące się pochodnie. Wykonała kilka szybkich ruchów samymi palcami, które miały imitować igrające płomienie. Ogień z pochodni wyrwał się z nisz w ścianach i powędrował pod sklepienie, gdzie uformował małą kulę; w całej sali zrobiło nagle ciemno. Wszyscy na moment przestali walczyć, spoglądając w stronę jedynego obecnie źródła światła.
Kula nagle eksplodowała płomieniem, przybierając postać ogromnego ognistego demona, który rzucił się w kierunku walczących. Było to tak nagłe, że wszyscy, i krasnoludy, i karły, i trójka bohaterów, odruchowo się skulili. Płomień powędrował w kierunku korytarzy, zatrzymując nabiegające karły. Wprawdzie siła ognia była zbyt mała, aby wyrządzić większe szkody ponad małe przypieczenie twarzy i brody, ale morale atakujących zostało złamane. Krasnoludy ruszyły do kontrataku.
W miarę, jak oddziały obrońców posuwały się korytarzami, znacząc drogę trupami karłów, dołączało do nich coraz więcej krasnoludów, którzy do tej pory bronili się w obleganych pomieszczeniach. Tylko nieliczni atakujący usiłowali podejmować walkę; większość po prostu uciekała. W końcu dotarli do korytarza, gdzie piękna, równa ściana została oszpecona przez dziurę wybitą przez karły. Gdy ostatni z wrogów zniknął w jej czeluści, krasnoludy pozwoliły sobie na okrzyk zwycięstwa.
Serubi stała w hali, w której na powrót buzowały światła z zapalonych pochodni. Oparła ręce o biodra widząc jak jeden z krasnoludów, najprawdopodobniej król klanu, zbliża się do niej, zdejmując hełm z głowy. Gdy tak szedł, zastanawiała się, jak odpowiedzieć na słowa podzięki: "nie ma sprawy"? "Codziennie robię coś takiego"? A może nawet "bardzo się cieszę że mogłam pomóc"? Król krasnoludów podszedł i zapytał:
- To ty wywołałaś tego ogromnego demona ognia?
- Demona...? Tak, to ja!
- Nigdy więcej tego nie rób. Przenigdy.
***
Wprawdzie obecność orka w siedzibie krasnoludów to świętokradztwo, ale że Gristel był tylko półorkiem, więc uznano to za półświętokradztwo i zaokrąglono w dół. O wiele ciekawiej przedstawiała się sprawa ze związanym karłem, który, trzeba dodać, już się nie uśmiechał.
- Kazałem już posłać po kata - powiedział król krasnoludów, przedstawiający się jako Gizramz.
- To krasnoludowie mają swoich katów? Myślałem, że nie ma przestępstw w obrębie enklawy... - powiedział Kristo.
- To jest kat dla schwytanych... or-ehem-ów... - Gizramz trochę się zmieszał, patrząc z ukosa na Gristela, ale zaraz odzyskał wątek, gdyż zwrócił się do swojego ludu.
- Kara za atak na odwieczną siedzibę krasnoludów jest tylko jedna! - donośnym, złowieszczym głosem oznajmił król krasnoludów. - Śmierć - oznajmił, a dźwięk ten przywodził na myśl zatrzaskiwane płyty krypty. - Ten oto wróg! - wskazał na karła tak nagle, że Serubi aż podskoczyła - poniesie karę najstraszliwszą z możliwych.
Zapadła ciężka cisza.
- Karę Morza. - dokończył z ponurym namaszczeniem Gizramz. Wszystkie krasnoludy gwałtownie wciągnęły powietrze.
- Nie! Nie! Tylko nie to! - karzeł zaczął krzyczeć i popiskiwać.
- Cicho, kurwa - powiedział Gristel, ale tak jakoś bez przekonania, bo i jemu udzieliła się atmosfera grozy.
***
Przyszedł kat. Okazał się nim być najpotężniejszy krasnolud, jakiego kiedykolwiek widzieli - niemal dorównywał mu wzrostem.
Na twarzy, zamiast czerwonego kaptura nosił żelazną maskę, na której przedstawiona była krasnoludzka twarz wykrzywiona w grymasie rozpaczy; jednak najstraszniejsze były puste oczodoły maski...
Pozostałe krasnoludy przyniosły stół i krzesło, na którym posadzono karła.
Kat przyniósł wielką misę wypełnioną wodą i postawił na stole przed związanym niedawnym towarzyszem podróży całej czwórki.
- Co to będzie? Jakiś ostatni posiłek? Rytualne obmycie? - dopytywał się szeptem Gristel, patrząc równocześnie w poszarzałą i nieruchomą twarz karła.
- Nie wiem - odpowiedziała Inrami.
Kat podszedł do skazańca; wskazał mu palcem jego odbicie w wodzie, po czym wolnym ruchem chwycił głowę karła i wepchnął ją do głębokiej misy. Nieszczęśnik szarpał się jeszcze trochę, ale nie miał szans pokonać oporu w postaci mocarnej ręki kata. Po chwili ostatnie drgawki zanikły.
- Oto najstraszniejsza śmierć dla Niskiego Ludu - oznajmił grobowym, trochę drżącym głosem Gizramz. - Śmierć przez utopienie.
***
Król Gizremz zaprosił całą czwórkę do swojej komnaty.
- Słuchajcie, wielkie dzięki za pomoc - powiedział. - Mamy od zajebania kłopotów z tymi skurwysynami - król na osobności przestał mówić po królewsku, a zaczął mówić po krasnoludzku. - Wpierdolili się pewnego dnia do nowo budowanych komnat, wykopali stamtąd naszych chłopców... i to niby ma być rodzina, kurwa ich mać! Pasożyty pierdolone... - Gizremz emocjonalnie podchodził do sprawy.
- Chcielibyście ich wykurzyć na dobre? - zapytał Gristel.
- Oczywiście! Tylko jest nas trochę mało, a zanim żołnierze wrócą z wypraw wojennych z or-ekhem-mi...
- My wam pomożemy.
***
Krasnoludy po szybkich przygotowaniach zgromadziły się w kaplicy, aby pomodlić się przed walką. Wszystkie wojska modlą się przed bitwą, nawet jeśli będą walczyć o to, do kogo mają się modlić. Wyjątkowo stary krasnolud w szarej szacie kapłańskiej odprawiał nabożeństwo. Nie były to jakieś szczególnie skomplikowane obrzędy; zwykłe wezwania do bogów rzemiosła i zmarłych przodków. Inna sprawa, że czwórka bohaterów była pierwszymi nie-krasnoludami, którzy je mogli oglądać. Kiedy wkraczali do kaplicy, kapłan gwałtownie obrócił się w ich kierunku, jednak nie przerwał nabożeństwa.
Gdy zgromadzone krasnoludy zaczęły się rozchodzić, odprawiający modły krasnolud w towarzystwie dwóch rosłych "ministrantów" podszedł do Kristo i powiedział:
- Chodź ze mną albo zgiń na miejscu, zdrajco.
- C...co?
- Wprowadziłeś na święty teren plugawą, zakazaną istotę. Tylko ze względu na udzieloną nam pomoc nie zginąłeś od razu, a dostajesz szansę obronienia się.
Kristo stał chwilę jak wryty, po czym spojrzał na Gristela, który nie słyszał rozmowy, bo przyglądał się posągowi boga-kowala; posąg wykonany był ze szczerego złota (według jedynego filozofa wśród krasnoludów ludzie powstali po to, aby krasnoludy mogły mieć od kogoś więcej złota). Rycerz westchnął i powiedział:
- Przecież już sobie to wyjaśniliśmy... Gristel popełnia tylko półświętokradztwo i zaokrąglamy w dół...
- Co...? ...nie, nie mówię o pół-człowieku! Mówię o tym! - wskazał na krocze Kristo. Serubi, która jeszcze przed chwilą była przerażona, teraz ogarnęła nagła wesołość. - Chodźmy stąd, przestańmy kalać to święte miejsce - aby zaakcentować te słowa, dwaj potężnie zbudowani "ministranci" wystąpili naprzód.
Ku zdziwieniu Inrami, Kristo zdawał się wiedzieć, o co chodzi i ruszył bez słowa z kapłanem, a za nim reszta drużyny.
Weszli do bocznego pomieszczenia kaplicy, będącego kwaterą kapłana.
- Nauczono mnie wykrywać wszelkie zło pochodzące z Miejsca Pod Skałami - powiedział kapłan. - Dlaczego wprowadziłeś nieczystą, plugawą istotę na nasz teren? - wskazał na sakwę przytroczoną do pasa Kristo.
- Przecież... on jest nieszkodliwy...
- Akurat! - rozległ się przytłumiony głos, nie należący do żadnej z osób obecnych w tym pomieszczeniu.
- Potrafi posługiwać się naszą mową! - przeraził się kapłan.
- Jasne, że potrafię! - jakaś istota ukryta w sakwie Kristo postanowiła wyraźnie zaakcentować swoją obecność.
- Ależ... no dobra, pokażę go - powiedział rycerz i, po rozpięciu pasa, ściągnął sakwę i otworzył ją. - Ale on jest niegroźny...
- Niegroźny!? To się kurwa zdziwisz! Jestem najgroźniejszy na świecie! Dawać tu! - krzyczał zamknięty w szklanej kuli beholder.
***
Beholdery, zwane też obserwatorami, znane są z kilku rzeczy: z ohydnego wyglądu, gdyż są wielką kulą z wystającymi na wszystkie strony mackami, zakończonymi spoglądającymi wszędzie oczami, z niesamowitej sprawności w posługiwaniu się czarami, z zamiłowania do życia w wilgotnych, ciepłych jaskiniach, gdzie mogą zakładać swoje ule oraz przede wszystkim z przeogromnej złośliwości. Beholder zamknięty w kuli Kristo spełniał co najmniej połowę z tych wymagań.
Wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu przyglądali się zmniejszonemu obserwatorowi w kuli trzymanej przez Kristo.
- Chyba rzeczywiście jest niegroźny... - powiedział stropiony kapłan.
- No właśnie... gdyby mógł, już dawno by się przeteleportował na zewnątrz kuli czy coś...
- Mógłbyś być bardziej dyskretny - ofuknął go beholder, przedstawiający się jako Xethonar.
- A gdyby rozbił kulę od środka?
- Wtedy zginąłby on i wszyscy, którzy kiedykolwiek dotykali kuli - oznajmił Kristo. Wszyscy natychmiast się cofnęli jak od trędowatego.
- A więc naprawdę nie ma zagrożenia. Jesteście wolni - oznajmił kapłan z godnością, wstając. W tym momencie wpadł krasnolud w pełnym rynsztunku bojowym i krzyknął:
- Czekamy na was!
***
Oddział krasnoludów, większy, niż ten widziany przez bohaterów w hali, gdyż dołączyli się wojownicy oblegani wtedy w pomieszczeniach (kat bronił wejścia świątyni, jak się dowiedzieli) zgromadził się przy dziurze w ścianie korytarza. Na czwórkę naszych bohaterów patrzono z szacunkiem, ale i ze strachem, zwłaszcza na Serubi.
Krasnoludy w ciszy weszły do otworu; nie napotkały żadnej straży. Dopiero po chwili dostrzegli stojących w ciemnościach karłów, którzy najwyraźniej nie spodziewali się tak szybkiego kontrataku. I w tym momencie z ponad dwustu gardeł wyrwał się ogłuszający okrzyk bojowy. Stojące w korytarzu karły ogłuchły na śmierć.
Do głównej hali wbiegł jeden ze straży. Jego koszula była rozdarta wskutek głębokiego cięcia toporem; ciało pod nią zresztą też.
- Krasnoludy! - wychrypiał. - Atakują...! - głos mu się załamał i upadł, a ostatnie co zobaczył, to skórzane buty z ostrogami.
Jonas obserwował karła bez większych emocji; czekał, co się stanie. Gdy przez do hali wlała się grupa wrzeszczących opętańczo krasnoludów, zaczął biec w kierunku korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania.
Jonas nie uciekał; wcale nie bał się krasnoludów i mógł bez problemu uśmiercić sporą ich grupę; dokładnie dwunastu w ciągu sześciu sekund. Ale nie chciał, bo to nie była jego walka.
***
Karły porzuciły swoje zajęcia i podjęły walkę z nacierającymi krasnoludami. Tym razem, oprócz krótkich mieczy dzierżyły również narzędzia, którymi się posługiwali w chwili ataku - kilofy, młoty, topory. Jednak popełniały zasadniczy błąd strategiczny: zamiast miotać pociskami z rusztowania, wszystkie karły zbiegały korytarzem, aby podjąć walkę wręcz. A tam już na nich czekali.
Wbiegające krasnoludy nie mogły nie zauważyć konstruktu; oczywiście zachwycił ich ten, jak sądzili, cud mechaniki, ale nie było czasu na kontemplację - czekała walka.
Kat krasnoludów zwykł nosić wszystkie właściwe krasnoludom bronie naraz na plecach i wybierać jedną, w zależności od nastroju. Dziś był Dzień Rozłupywania, dlatego też szalał potężny oskard. Inrami ponownie zaczęła swój taniec; tym razem ostrza odbijały światło słoneczne, dobiegające z otworu w sklepieniu ogromnej jaskini. Kristo by stał i patrzył, gdyby zastępy karłów nie chciały pogruchotać mu kolan młotami kowalskimi; musiał często skakać aby uniknąć ciosów i czuł się dość głupio. Gristel natomiast nie miał takich problemów; wywijał ciężkim toporem, jakby był on wierzbową gałązką i po prostu żaden karzeł nie zdążył nawet wziąć zamachu. Serubi natomiast stała z tyłu i pobierając moc wody z wilgotnych ścian, posyłała prosto w twarze atakujących chmury ostrych jak szkło lodowych kryształków. Nie wyrządzały może one wielkiej krzywdy, ale na pewno skutecznie utrudniały karłom walkę. Zawsze za jej plecami stał jakiś krasnolud i pilnował, żeby czarodziejka nie próbowała wywołać demona ognia, a w razie, gdyby tego próbowała, miał delikatnie popukać w ramię. Albo w głowę.
***
Merten badał za pomocą chwytaków wystających z jego głowy sakwę należącą do Sedy'ego, gdyż wśród szwów zachowało się kilka drobin ziela spowalniającego. Właściciel sakwy siedział przywiązany do krzesła ustawionego w rogu pomieszczenia, przy drzwiach prowadzących na platformę rusztowania. Twarz miał mocno poturbowaną, ale nie dlatego, że nie chciał wyjawić jakichś informacji; Czarny Luin po prostu lubił go bić.
W końcu Merten podniósł się znad stołu i przekazał Luinowi wynik badań swoim zwyczajnym, pozbawionym emocji głosem:
- Okazuje się, że aby uzyskać specyfik powodujący odrętwienie, do pozostałych składników zamiast haerbae loccotus, zwanego powszechnie zielem spowalniającym bądź szumigajem, można użyć... - w głosie Martena Luin po raz pierwszy wyczuł jakąś emocję; było to zakłopotanie - ... prostitutae floviris, zwanego kurwim kwiatem lub kurwą przydrożną - skończył, wyraźnie ucieszony z tego faktu.
- Kurwa przydrożna!? Przecież to jest wszędzie! To znaczy rośnie przy każdej drodze!
- Wy... idioci... - wymruczał mocno poobijany Sedy.
W tym momencie usłyszeli wyraźny wrzask z hali:
- Krasnoludy! Atakują...!
***
Kristo i Gristel równocześnie zauważyli Jonasa dobiegającego do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania; jako że pilot konstruktu wyróżniał się z tumultu, uznali go za przywódcę karłów i ruszyli za nim, wyrąbując sobie drogę przez gąszcz kurdupli.
W głównym korytarzu nie spotkali wielu wrogów, dlatego w krótkim czasie dotarli do drzwi, blokujących dalszą drogę. Gristel, nie certoląc się zbytnio, otworzył je z kopa. W środku ujrzeli piękne meble, bogato zdobiony dywan, przywiązanego do krzesła chłopaka o poobijanej twarzy, Czarnego Luina, no i tego, kogo ścigali. Jonas stał w rozkroku przy drzwiach prowadzących na rusztowanie; dłonie były blisko rękojeści wystających z pochew uwieszonych u krzywo założonych pasów, gotowe w każdej chwili je ująć.
- Wielki C! - krzyknął zaskoczony Kristo ujrzawszy w takim miejscu szarą eminencję dworu Palateku, na którym kiedyś przebywał.
- Jestem zdemaskowany! - Luin odruchowo zasłonił twarz rękami, jakby ktoś chciał chlusnąć na niego kwasem, po czym wybiegł przez drzwi w kierunku konstruktu. Gristel, pobudzony walką, nie zastanawiał się wiele i z uniesionym toporem ruszył za Luinem.
Kristo na moment ogłuchł; zarejestrował tylko nagły rozbłysk ognia z przedmiotu, który stojący naprzeciw nich człowiek nagle wyszarpnął z pochwy. Powstały dym powoli się rozwiewał, a rycerz z przerażeniem zauważył, że Gristel trzyma się za prawe ramię, które ktoś najwyraźniej przebił na wylot. Prawdopodobnie coś wystrzelonego z broni tego osobnika, jak się domyślał. Zaszokowany pół-ork pobladł i osunął się na ziemię, wypuszczając topór z ręki. Chyba o nim w tej chwili nawet nie myślał. Kim jest ten, kto w ciągu mgnienia oka potrafi położyć najpotężniejszego barda, jakiego widziałem?, zastanawiał się Kristo i stał bez ruchu widząc, czego może dokonać przeciwnik. I wtedy zza wiszącego na ścianie gobelinu, będącego w rzeczywistości zasłoną dla tajnego przejścia, wyszedł człowiek jeszcze gorszy, któremu z głowy wystawały jakieś chwytaki. Kristo znalazł się między młotem a kowadłem.
- Ja się tym zajmę - powiedział beznamiętnym głosem Merten. Wyciągnął ręce przed siebie i zaczął gromadzić energię, która materializowała się w postaci czarnej, gęstej chmury wokół jego dłoni. Widać, że chciał zakończyć sprawę w efektowny sposób. Gromadzonej energii było naprawdę dużo; tyle, że aż zaczęły drżeć ściany wykutego w skale pokoju. Ale zaraz... Ten osobnik w szacie miał jakiś dziwny wyraz twarzy...
I rzeczywiście; część sklepienia eksplodowała, wrzucając do wewnątrz spore okruchy skały i podnosząc sporą chmurę pyłu. Merten, zaskoczony w takim samym stopniu jak reszta zgromadzonych w pokoju, skierował czarny obłok energii w stronę chmury pyłu. Kristo widział, jak pocisk leci, nieuchronnie zbliżając się do celu, gdzie miał eksplodować z wielką mocą... Ale do tego nie doszło.
Obłok zatrzymał się w miejscu; po chwili pył opadł całkowicie i można było ujrzeć, że zatrzymała go śmiertelnie biała dłoń. Dosłownie śmiertelnie biała, bo była to dłoń kościotrupa, należąca do postaci skrytej w gęstej, czarnej szacie. Tej samej postaci, którą Kristo spotkał na rynku w Zaris.
Pocisk czerni rozpłynął się wydając ciche "pyk", a Kristo uznał, że skoro jest tutaj ten nekromanta, to jego towarzysz, brat jego drugiej miłości, też zaraz się pojawi. I rzeczywiście.
- Ja pierdolę! - rozległo się gdzieś na zewnątrz otworu, a po chwili do środka wskoczył towarzysz nekromanty, ściągając ciężkie, stalowe skrzydła z ramion. - Znowu jakieś metalowe zabawki! Mam już dosyć tego! Jeszcze tylko kurwa smoków brakuje! O! Merten! - wyraźnie się ucieszył. - Ooo... Kristo. - wyraźnie się nie ucieszył. - Znowu wchodzisz mi w drogę, ty...
Kristo nic nie powiedział, tylko pokazał palcem na łopoczący gobelin zasłaniający przejście, którym uciekł Merten.
- Za nim! - krzyknął nekromanta i zniknął za gobelinem, a brat drugiej miłości naszego rycerza podążył za nim.
I wtedy stała się rzecz przedziwna, którą Kristo miał zapamiętać do końca życia: Jonas wykonał błyskawiczny ruch, rozległ się huk, a z ramienia człowieka z mieczem trysnęła mała fontanna krwi. Błędny rycerz widział u brata swojej drugiej miłości próbę uchylenia się z trajektorii pocisku, ale nie zdołał. Po prostu mu się nie udało. Wprawdzie nie padł zemdlony na podłogę, jak Gristel, tylko pognał jak gdyby nigdy nic dalej, a rana już się zasklepiała, ale Kristo widział, jak człowiekowi z mieczem coś się nie udało.
- Jonas! Jeszcze cię dorwę, gunslingerze! - dało się słyszeć w korytarzu. Kristo chciał poznać reakcję Jonasa, ale jego już nie było w pokoju; wybiegł na rusztowanie, zdążając prosto do kabiny konstruktu i czekającego tam na niego Czarnego Luina. Rycerz poczuł, że przestał czynnie brać udział w wydarzeniach i postanowił to zmienić. Pobiegł za Jonasem na platformę.
Gdy się na niej znalazł, spojrzał w dół; tam walka dobiegała końca. Nieliczne już karły uciekały, Inrami i Serubi biegły do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania. Świetnie, pomyślał Kristo i spojrzał przed siebie.
- Stój! - krzyknął do Jonasa. Ten się zatrzymał, odwrócił powoli, stanął w rozkroku; dłonie umiejscowił blisko uchwytów swoich niesamowitych broni.
- Niedobrze - powiedział cicho Kristo.
***
Inrami i Serubi dobiegły do pokoju na szczycie korytarza i ich oczom ukazał się niewesoły widok: Gristel, trzymający się za prawe ramię, usiłował wstać; wcześniej założył lutnię z powrotem na plecy. Drugą osobą w pomieszczeniu był przywiązany do krzesła poobijany chłopak; Inrami natychmiast podbiegła i uwolniła go z więzów.
- Szybko... tym korytarzem... - Gristel wskazał na targany teraz silnymi podmuchami powietrza gobelin.
- A Kristo? - zapytała Inrami.
- Pobiegł tam... ale i tak nie dogoni tego człowieka, nie powinno mu się nic stać... Chodźmy!
Ruszyli przez tajne przejście, a Sedy za nimi, no bo jaki miał wybór.
Ujrzeli wylot jaskini; na małym podeście stał przedziwny pojazd, jakby ktoś umieścił na jednej łodzi drugą, odwróconą do góry dnem. Z tyłu były dwie ogromne tuby, z których wydostawał się potężny strumień powietrza, podnosząc chmury pyłu i małych kamieni. Stał tam osobnik w czarnej szacie i jego towarzysz; silniejszy podmuch zwiał kaptur z głowy nekromanty. Błysnęła biel kości czaszki; Inrami zasłoniła sobie usta w geście zaskoczenia, gdy ujrzała ten chodzący szkielet. Małe kamyczki stukały o kość, gdy osobnik w czarnej szacie podchodził bliżej.
- Zamknij powieki! - poradził osobnik z mieczem.
- Bardzo śmieszne!
- Ja to załatwię, nie martw się!
Człowiek z mieczem podszedł do boku gotującego się do startu pojazdu osłaniając ręką oczy, po czym bez ceregieli wybił w nim pięścią dziurę gdzieś na wysokości własnej głowy. Włożył tam całe ramię, a po chwili wyszarpnął je wraz z trzymanym za szatę Mertenem. Wyrzucił go przez wylot jaskini, który wybity był w gładkim zboczu góry.
- Sprawę Mertena uważam za załatwioną - oznajmił. Jakby na te słowa dysze pojazdu ucichły.
- Ej, ty! - krzyknęła Serubi. - Czemu zrobiłeś taką wielką dziurę w tym... w tej... karocy?
- A czemu nie? I niby jak miałbym go wyciągnąć?
Serubi dojrzała niepowtarzalną okazję pokazania, jak bardzo jest mądra.
- Tu są drzwi! - pociągnęła za mały uchwyt i rzeczywiście, słabo widoczne do tej pory wejście otworzyło się. - Zobaczcie wszyscy, ile tu mechanizmów!
Ciekawie zaglądnęli do środka; było tam wielkie koło, służące zapewne do nadawania kierunku, jak w okręcie. Była duża dźwignia po prawej stronie, były trzy płaskie płyty w podłodze do naciskania na nie stopami. Serubi nie mogąc się powstrzymać, weszła do środka, a za nią Gristel, Sedy i Inrami, trochę zaniepokojona.
- Kristo powinien już tu być...
- Nie martw się - uspokoił ją Gristel. - Ten człowiek z magiczną bronią uciekał przed nim - wskazał na człowieka z mieczem, który z lekkim zainteresowaniem zaglądał do wnętrza - aż się kurzyło... Kristo zaraz wróci.
- Czujesz jakieś drgania? - zapytał osobnik w czarnej szacie, stojący obok człowieka z mieczem, na zewnątrz pojazdu.
- N... - zaczął, lecz w tym momencie potężne dysze zawyły i pojazd niespodziewanie wystrzelił w niebo, razem z czwórką bohaterów na pokładzie. - Teraz czuję. - Dokończył.
***
Jonas obserwował chwilę, jak stojący naprzeciw niego rycerz wyciąga miecz z pochwy. Rozbawiło go to. Jeszcze nie strzelał zaskoczony tym, co Kristo robił: lekko się pochylał i jakby nasłuchiwał.
- No chodź wreszcie! - krzyknął stojący na ramieniu konstruktu przy szklanej kabinie Luin.
Jonas wyciągnął swoją broń i nacisnął spust automatycznie, trzy razy. W bardzo długich, jak dla niego, trzysekundowych odstępach czasu, bo Jonas lubił oglądać zaskoczenie, ból i śmierć na twarzach swoich ofiar.
- Lewo! - rozległ się przytłumiony głos i pocisk zrykoszetował o przesunięty błyskawicznie miecz.
- Prawo! - drugi pocisk brzęknął odbity od klingi.
- Środek góra! - tor lotu trzeciego pocisku został zmieniony za pomocą miecza.
Dla Jonasa było to za wiele jak na jeden dzień. Schował broń i ruszył z powrotem w stronę kabiny pilota. Kristo podążył za nim. Nigdzie nie zauważył Czarnego Luina, bo ten przeszedł na drugie ramię by sprawdzić, czy druga umieszczona tam kabina jest otwarta.
Kristo gdy stanął na ramieniu konstruktu usłyszał, jak jakiś płyn wypełnia kabinę, w której zamknął się Jonas. Po chwili cały twór sprężył się i wyskoczył w górę trzymając wyciągniętą przed siebie pięść, wybijając w szczycie góry olbrzymią dziurę. Kristo ledwo się utrzymał, chwytając się długiego kolca, wystającego z ramienia konstruktu. Przy okazji zauważył też Luina, próbującego dokonać tej samej sztuki. Kiedy robot wylądował na ziemi u stóp góry, zaczął poruszać się w kierunku Morza Zachodniego, ale już nie skokami, tylko normalnie idąc, o ile "normalnie" oznacza wykonywanie pięćdziesięciometrowych kroków. Kristo zaczął powoli przechodzić po karku na drugie ramię, gdzie znajdował się Czarny Luin. Nie zauważył, że królewski doradca wyjął z kieszeni swojej szaty małą, szklaną kulę.
***
- Lecimy! - krzyknęła Serubi, trzymając się równocześnie koła sterującego.
- Co ty nie powiesz! - to był głos Sedy'ego, rozpłaszczonego na tylniej ścianie pojazdu.
- Chyba wiem, jak tym kierować! - powiedziała czarodziejka, kręcąc kołem. I rzeczywiście, pojazd zaczął gwałtownie zawracać. Nie poprawiło to ich sytuacji, a nawet wręcz przeciwnie - lecieli teraz na wprost góry.
- Zawracaj! Mówiłaś, że wiesz jak!
- Ale nie wiem, jak się skręca do góry!
Serubi pociągnęła koło do siebie, a pojazd powoli zaczął się unosić, ale zbyt wolno, zbyt wolno... w desperackim ruchu odbiła kołem sterującym maksymalnie w prawo; pojazd skręcił tak gwałtownie, że wszyscy uderzyli w lewą ścianę; ale na szczęście tylko lekko odrapali burtę. Teraz zdążali w kierunku zachodzącego słońca.
Gdyby uważniej przyjrzeli się szczytowi to zauważyliby, że Merten uczepił się skalnego nawisu za pomocą swoich chwytaków. Część się oderwała, ale te, które wytrzymały, bezpiecznie utrzymywały go nad przepaścią.
***
Człowiek z mieczem wraz ze swoim kompanem szli po platformie, po której można było przejść do głowy konstruktu. Ten w czarnej szacie podniósł trzy łuski po pociskach.
- Domyślasz się, co tu się stało, prawda?
- Tak, ale nie przyjmuję tego do wiadomości.
- Ze Kristo uniknął strzałów Jonasa? Sztuki, która do tej pory nikomu się nie udała? - powiedział zaczepnie nekromanta.
- Nie denerwuj mnie! Miał fuksa i tyle! Zresztą pewnie i tak zaraz zginie, jak i ci wariaci w pojeździe Mertena!
- Ale nie wiemy tego na pewno. A Jonas...
- Jego też dorwiemy.
***
Luin wreszcie zrozumiał, że konstrukt nigdy nie był przeznaczony dla niego. Od początku dawał się oszukiwać parze Jonas - Merten, i zafundował im zabawkę, którą obecnie nawet nie potrafił sterować. Co innego smok - z tym tworem zawsze wiedział, na czym stoi. Na kawałku nieba.
Przywołał smoka i błyskawicznie na niego wsiadł, pałając żądzą zemsty. Nie oceniał swoich szans w walce z konstruktem; po prostu chciał walczyć. W szale bojowym nie zauważył, że Kristo uczepił się ogona smoka.
Tymczasem konstrukt nabierał prędkości, kierując się w stronę Morza Zachodniego. Kristo słyszał co nieco na ten temat; że podobno nocą z głębin wyłażą na plażę potwory polujące na cokolwiek, co było na tyle nieostrożne, by się tam zapuścić... dlatego unikał jak mógł wędrówek w ten rejon. Tym razem uniknąć się tego nie da.
Smok natarł na konstrukt, orając pancerz potężnymi pazurami. Jonas sterujący konstruktem jednak cały czas koncentrował się na biegu i nic sobie nie robił z zadrapań zadawanych przez smoka. Szaleńcza gonitwa trwała przez jakiś czas; jednak w końcu smok przebił się przez pancerz i zadał ranę, z której... pociekła krew. A więc konstrukt... Ale nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać.
Oczom wspinającego się powoli Kristo ukazała się plaża Morza Zachodniego.
Jonas dopiero w tym miejscu zdecydował się podjąć walkę ze smokiem. Potężna metalowa łapa zamachnęła się, ale trudno złapać jeden konkretny kawałek nieba. Twór zaczął wykonywać ruchy na oślep, a Luin wciąż szarżował. W pewnym momencie Kristo zauważył, że poruszająca się szybko metalowa dłoń zmierza bardzo szybko w ich kierunku.
***
Pojazd Mertena pędził bardzo szybko na koronami drzew i, co gorsza, coraz bardziej zniżał lot. Na szczęście las się skończył i ujrzeli już ciągnące się aż po horyzont równiny. Inrami pamiętała, że są coraz bliżej strasznego Morza Zachodniego. Morza, którego nikt do tej pory nie przebył, a przynajmniej nie powrócił by się pochwalić swoim czynem.
Sedy patrzył przez okno na przedzie pojazdu. Wtem ujrzał jakiś pojedynczy, biały punkt, wyraźnie widoczny wśród zielonych traw. Teraz lecieli około dwóch metrów nad ziemią.
Zbliżyli się bardziej do białego punktu i Sedy uświadomił sobie, że patrzy na dziewczynę, którą spotkał już dwa razy: w gospodzie i koło swojej, obecnie mocno wrośniętej w ziemię, chatki. Przypomniał sobie nawet imię tej postaci w białej sukni - Atena.
- Muszę podciągnąć w górę! - powiedziała Serubi.
- Nie! Może uda się ją wciągnąć do środka! - otworzył drzwi; pęd powietrza rozwiewał mu włosy. - Ateno! Wyciągnij ręce! Złapię cię! - krzyknął.
Atena usłyszała go i odwróciła się. Pojazd zbliżał się coraz szybciej. Powoli zaczęła podnosić ręce, jakby niepewna, czy chce to zrobić. Wyciągnęła je trochę, ale po chwili opuściła. Pojazd przeleciał jej nad głową; zdążyła tylko zobaczyć smutne oczy chłopaka, które oddalały się coraz szybciej i szybciej.
- Podciągam do góry! - krzyknęła Serubi, przyciągając koło sterujące tak mocno, że je urwała. Teraz mogli tylko bezradnie patrzeć na zbliżającą się bardzo szybko białą linię plaż Morza Zachodniego i machający rękami konstrukt, niczym człowiek usiłujący opędzić się od komara.
***
Olbrzymia metalowa dłoń zmierzała nieuchronnie ku smokowi nieba. Kristo przygotował się na uderzenie, które wprawdzie nastąpiło, ale gdzie indziej.
***
Pojazd z olbrzymią siłą uderzył w głowę konstruktu; gdyby siedzący we wnętrzu pasażerowie nie zdążyli się w ostatniej chwili przywiązać przymocowanymi do foteli sznurami, prawdopodobnie byliby teraz krwawą miazgą. Pół głowy humanoidalnego tworu zostało wyrwane i, kręcąc się majestatycznie w powietrzu, gruchnęło o plażę, wzbudzając fontanny piasku. Z drugiej połowy, wciąż przymocowanej do karku, chlusnęła z przerwanych przewodów czerwona ciecz.
Tymczasem pojazd Mertena przestał działać, co zresztą nie powinno dziwić, i spadał teraz, grożąc rozbiciem o plażę.
Kristo zdołał zakraść się na sam grzbiet smoka; Luin, zaskoczony obrotem spraw, nawet go nie usłyszał. Kristo chwycił Wielkiego C za kark i zepchnął go ze smoka, po czym sam usadowił się na miejscu dla sterującego i zaczął się zastanawiać, jak kierować magicznym stworem. Na szczęście chęć ocalenia pojazdu była tak silna, że smok nakierowany jego myślami chwycił w pazury pojazd tuż nad ziemią i zaczął lecieć na zachód, przelatując tuż nad powierzchnią Morza Zachodniego. W oddali było widać kłębiące się burzowe chmury.
***
Czarny Luin zdołał uczepić się cielska smoka, ale nie miał w tej chwili żadnych perspektyw na ponowne wdrapanie się na grzbiet. Oprócz jednej. Wyciągnął z kieszeni szklaną kulę i schował do niej smoka nieba. Kristo, Luin i pojazd Mertena zaczęli spadać.
Luin po raz pierwszy spróbował ponownie wywołać smoka samemu będąc w locie. Udało mu się.
Kristo wiedział, że ciężka zbroja pociągnie go na samo dno. Nie ma już ratunku?
Pojazd Mertena pacnął w wodę. Przy okazji wyjaśnił się tak dziwny jego kształt, przypominający łódź - potrafił pływać. Serubi widziała, jak kilkanaście metrów dalej Kristo również uderza w powierzchnię morza i znika jak kamień. Szybko poruszyła rękoma, imitując fale. I rzeczywiście, kilka fal zaczęło się podnosić i zbliżać do pojazdu. Serubi wiedziała, że liczył się czas - im głębiej Kristo opadnie, tym więcej wody trzeba będzie poruszyć, aż w końcu nie da sobie rady. Na szczęście woda wypluła Kristo tuż obok otwartych drzwi pojazdu, gdzie Sedy i Inrami pomogli mu wsiąść.
Tymczasem Luin właśnie obserwował, jak oszalały konstrukt z połową głowy biegnie na zachód coraz bardziej i bardziej pogrążając się w ciemną otchłań Morza Zachodniego, aż znika całkowicie. Odwrócił smoka w kierunku pojazdu Mertena i zaszarżował.
Serubi cały czas obserwowała co się dzieje, ale czuła, że już niewiele zostało jej siły. Nie mogła użyć siły fal, gdyż nie zdążyłaby ich przeciwstawić dostatecznie szybko potężnej sile smoka nieba. W oddali były chmury burzowe, ale też nie była pewna, czy da radę... musi spróbować. Zaczęła kręcić młynek rękami, jakby tasowała karty; burzowe chmury zaczęły się szybko przybliżać, a te, które były nad nimi, stały cię ciężkie i ciemne od kropel wody. Nagle zaczęło padać.
Serubi widziała tylko postać siedzącą na kawałku nieba, ale była to postać przybliżająca się bardzo szybko. Czuła, że zaraz straci przytomność, ale jeszcze nie teraz, nie teraz... Z chmury zdążył błysnąć jeden słaby piorun, po czym Serubi zemdlała. Ale ten piorun wystarczył.
Czarny Luin popełnił podstawowy błąd: odebrał nieprzetestowany sprzęt.
Smok, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, naśladował kolory nieba. Posłusznie przybrał bury kolor burzowych chmur, a potem spróbował wytworzyć piorun, ale tego jego twórcy nie przewidzieli. Potężne cielsko zajęło się elektrycznym ogniem, rozsiewając efektowne fajerwerki piorunów na wszystkie strony.
Po tym krótkim przedstawieniu zwęglony smok spadł do morza, wzbudzając silne fale, które gdy dotarły do pojazdu-łodzi, mocno nim zakołysały.
***
- Nawet szumigaj nie zapewnia takich przeżyć - powiedział Sedy.
- A tak właściwie to kto ty jesteś? - zapytał Gristel. - I kim była ta dziewczyna, którą chciałeś złapać?
- A ty sam? Kim jesteś? ...i dlaczego ten w zbroi słucha własnego rozporka?
Jak można się domyślać, zadaszona łódź, kołysząca się samotnie gdzieś pośrodku Morza Zachodniego, jeszcze długo rozbrzmiewała głosami opowieści.
Epilog
Jonas wygrzebał się z resztek głowy konstruktu; dokładnie z tej połowy, która spadła na plażę. Z trudem się czołgał po piasku; lewe oko zalewała mu krew z rozciętego czoła.
- Mój konstrukt... bez niego... nie wrócę do siebie... ale... ...jeszcze żyję.
Obserwowały go półmetrowej wielkości stwory z bardzo ostrymi szczypcami.
***
Po dnie Morza Zachodniego przechadzały się stwory, których wygląd nie śnił się nawet w koszmarach najwybitniejszych bestiologów w królestwie Palateku. Ujrzały one właśnie coś ciekawego - zwęglone, potężne ciało, które niedawno się tu pojawiło, spływając z góry. Zawsze tego typu znaleziska były interesujące, na przykład drewno kryjące w sobie mięso, czyli statki. Stwory ostrożnie zbliżały się, badając teren przed sobą długimi czułkami. Nagle potężna, czarna dłoń chwyciła najbliższego i zgniotła chitynowy pancerz jak skorupkę jajka; rozległ się cichy pisk, a woda zabarwiła się ciemnoczerwoną krwią.
Zemsta. Wkrótce.
Mariusz Saint
[ mariuszsaint@interia.pl ]
|