Przejdź do spisu treści...

Empatia 2 Prolog

Nie ma to jak gnić w burdelu
zamknąć się w komnacie
ściągnąć z siebie gacie
kurwę ruchać całą noc
aż ta straci swoją moc

Tak, nie ma to jak żyć!

Fala oklasków przebiegła przez salę i rozbiła się o scenę, z której schodził, ukłoniwszy się wpierw, człekorczy trubadur. Ogromna sylwetka wkrótce zniknęła w tłumie chwiejących się i cuchnących mężczyzn. Smród zwarzonego piwa mieszał się z odorem potu.
Knajpa nosiła miano "Wąsatego Knura" i znajdowała się mniej więcej w centrum Maab. Mniej więcej - to znaczy że więcej ludzi do niej z owego centrum przychodziło, a mniej potem wracało. Samo miasto było drugim w księstwie pod względem wszelkich standardów, czyli ilości spożywanego piwa na jednego mieszkańca, liczby klientów przypadającej dziennie na jeden dom pogrzebowy oraz liczby strażników, starającej się nie stać kolejnymi gośćmi owych przybytków. Ci ostatni obrodzili wyjątkowo tłumnie ostatnimi czasy, jednak nie byli to wojacy ze zwyczajowymi maabańskimi insygniami w kolorze błękitu, lecz rycerze w bordowych kontuszach księstwa Mewisu.

- Ale nawet setka strażników nie uchroni cię przed jednym zdolnym asasynem, pani - szepnęła dziewczyna. - Ta wizyta nie jest dobrym pomysłem, Celiko, a już szczególnie przemarsz ulicami miasta!
Księżna uśmiechnęła się do strażniczki i uspokajającym gestem chwyciła ją za dłoń. Zwolniła kroku; trzy szeregi jej gwardzistów przystosowały tempo. Błoto zaczęło plaskać w większych odstępach czasu.

- Moja droga Inrami... - rzekła matczynym tonem. - Wiesz dobrze, że ufam ci całkowicie i gdybym tylko mogła, posłuchałabym twoich rad. Jednak zdajesz sobie sprawę, czego wymaga tradycja.
- Dzięki niej już raz spotkałaś siepaczy opozycjonistów... - powiedziała gwardzistka z dziecięcą nutą wyrzutów w głosie. Mimo powagi i umiejętności, wciąż wyglądała jak nastolatka. Więcej - wciąż była nastolatką.
Celika pogładziła dłonią bliznę biegnącą przez lewy policzek dziewczyny.
- Pamiętam to doskonale.
Przeszli dostojnie przez pełne harmidru targowisko; gwardziści na czele orszaku brutalnie odpychali ludzi stojących im na drodze. Jakiś młody mężczyzna wskutek powyższego wylądował twarzą w rynsztoku, postękując żałośnie.
- Myślicie że kim wy jesteście, bydlaki z Mewisu... - burknął, wczołgując się pod stragan w poszukiwaniu zrzuconej z ramienia torby.
Dosięgnął jej i wstał, otrzepując połatane łachmany z godnością panicza. Wypiął się na żołnierzy i wstąpił do najbliższej knajpy.
Przekroczył spróchniały próg. Ciężkie, zawiesiste powietrze o aromacie gnijącego świńskiego truchła przewierciło mu nozdrza. Rozejrzał się.
Ze sceny przy jednej ze ścian schodził właśnie ogromny, orczy trubadur z lutnią pod pachą; po chwili znikł gdzieś w tłumie. Karczmarz uwijał się jak w ukropie, starając się nalewać kolejne kufle piwa szybciej, niż składano zamówienia. Chłopak przyjrzał się mu i w jednej chwili pojął, od czego wzięła się nazwa lokalu - "Wąsaty Knur".
W kącie sali, przy oświetlonym świecą stoliku, dostrzegł siedzącą samotnie osobę. Ciemnozłote, niedługie włosy, jasna cera, szczupła sylwetka, biała suknia.
- Klientka! - zatarł ręce i z uśmiechem przysiadł się do dziewczyny. - Witaj, panienko, może chcesz się rozerwać? - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Kobieta spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Muszę iść - odparła. - Odpocznę chwilę i ruszam w drogę. Zjednoczenie czeka.
Młodzieniec uniósł brew i przez moment wyglądał, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał, ale po chwili wrócił jego zniewalający, pusty niczym amfora uśmiech.
- Jestem Sedy i mogę sprawić, że wyzbędziesz się biedy - zaprezentował swoje hasło reklamowe, a następnie położył na nieoheblowanym stole torbę i wysypał nieco jej sproszkowanej zawartości.
- Tylko trzy guldeny od garści, wdychać, nie spalać. Satysfakcja gwarantowana. Interes? - wyciągnął dłoń w typowym geście handlarza.
Widząc, że jego rozmówczyni najwyraźniej jest nieco rozkojarzona i nie zrozumiała przesłania tej krótkiej przemowy, Sedy pochylił się nad nią i zapytał:
- Jak cię zwą, moja piękna?
- Atena.
- Ateno, czy wiesz co to jest? - wskazał proszek.
- Nie.
- A czy chcesz poczuć się lepiej?
- Tak!
Ponownie wskazał proszek.
- Dwa machy szumigaja ci to zagwarantują.
Przyjrzała się używce.
- Czyli to coś sprawi, że przeniosę się na zachód?
- To coś sprawi, że przeniesiesz się dokąd zechcesz.
- To magiczny proszek?!
- Najmagiczniejszy jaki znam - uśmiechnął się szelmowsko. - Bierzesz?
- Ale ja nie mam pieniędzy... - rzekła z rozczarowaniem.
Mężczyzna powstał, obrzucając Atenę pogardliwym spojrzeniem; bez słowa wsypał towar do torby i skierował się w inne rejony obskurnej knajpy. Zauważył, iż człekork wrócił na scenę i przygotowywał się do kolejnego występu. Tymczasem potencjalni klienci już czekali dwa stoły dalej...
- Czekaj, chłopaczku - usłyszał kobiecy, nieco zachrypnięty głos za plecami.
Odwrócił się, chcąc wykrzyknąć coś w rodzaju "przymknij się, nędzaro" i więcej nie zwracać uwagi na dziewczynę, lecz na jej miejscu ujrzał ubraną w ciasny, czarny kombinezon ponętną pannę o kruczoczarnych, krótkich włosach. Wyglądała złowrogo niczym ulice Maab nocą, a może i wyglądała jak sama noc... Błyszczał jedynie sztylet u jej boku.
- Skoro już masz tyle towaru - powiedziała, wstając i prężąc się jak kocica - to szkoda by było, gdybyś zmachał go sam.
Wyrwała mu sakwę z dłoni, wskoczyła na stół, przy którym w karty cięli półprzytomni najemnicy i, rozkręciwszy się szaleńczo w rytm przygrywającej muzyki człekorka, rozsypała kilka kilogramów szumigaja po całym pomieszczeniu. Roześmiała się na "ej, co robisz", które ledwo słyszalne w gwarze wymsknęło się z ust zdumionego Sedy'ego. Tańcząc wariacko i chichocząc, podziwiała majestatycznie opadający proszek, osadzający się na wszystkim niczym szron.
Klientela karczmy po kilku głębszych oddechach rozochociła się do zabawy i wtem poleciały pierwsze krzesła. W epicentrum zamieszania dało się słyszeć dźwięk pierwszych wybitych zębów, który dochodził z coraz to większego obszaru. Bójka rozprzestrzeniała się jak wirus, ogarniając miejsca, w których lądowały krzesła. Nikt nie zauważył, że muzyka ucichła - zielonkawa skóra estradowego artysty, zdradzająca półczłowiecze pochodzenie, zżółkła, a sam muzyk kołysał się lekko, walcząc z nadchodzącym otępieniem.
- Bawcie się wszyscy! - wrzasnęła dziewczyna, zeskakując ze stołu i znikając w tłumie. - Julia stawia!
- Pieprzona wariatka - mruknął Sedy, po czym zaklął szpetnie i trzymając się nisko opuścił lokal.
Bójka rozgorzała na dobre, w ruch poszły ostre narzędzia. Kilka kończyn przefrunęło nad stolikami, kilka innych nieartystycznie i bez efektu spadło na ziemię. Zarówno stołujący się najemnicy, gwardziści Maab, jak i mieszczanie, prali się po gębach z błogim uśmiechem, pasującym raczej do oglądania tańca słynnej w pewnych kręgach Sarny Joelson, artystki z nogami po szyję i szyją niczym jedwab, niż do rzeźni, w jaką rozróba niechybnie się przekształciła. I tylko połowiczny ork, a w całości trubadur siedział na scenicznych deskach, nie dając się ogarnąć szaleństwu.
Do czasu.
Do czasu, aż na jego twarzy nie wylądowała nieopróżniona klubowa spluwaczka. Wtedy właśnie palec olbrzyma powędrował do ukrytego przycisku w gryfie lutni. Syknęło i z pudła rezonansowego wysunęły się ogromne ostrza, a sam instrument zmienił się w bitewny toporek.
Człekork wydał bojowy okrzyk i ruszył w tłum. Liczba latających kończyn wzrosła niepomiernie, lecz zdawało się, że zaangażowanych w bijatykę nie ubywa.
W jakiś nieokreślony sposób zawierucha przemieszczała się i wkrótce wyległa na ulice Maab, a dokooptowawszy do walczących kilkunastu mieszkańców i gwardzistów, przemieściła się za załom kamienicy i wylądowała na targowisku, gdzie drugą turę dookoła miasta robił właśnie orszak Celiki. Niefortunnie - jeden z zamieszanych w burdę maabowskich strażników wpadł na mewisańskiego gwardzistę, co ten odebrał za zaczepkę i jako kontrargument w wynikłej sprzeczce wysunął miecz z pochwy. Widząc nadciągający, kotłujący się w stalowych uściskach i łamiący sobie kręgi tłum, reszta mewisańskich żołnierzy przybrała pozycje bojowe i wkrótce zaangażowała się w jatkę.
- Zamach! Wiedziałam! - syknęła młoda Inrami do Celiki, wyjęła długi sztylet i rzuciła się w wir walki z okrzykiem - Palatekińskie, zdradliwne świnie, potnę was w imię Celiki!
Kilkoma ruchami ręki i wywołanym za ich pomocą czarem odepchnęła najbliższych wrogów; ostrzem rozcinała tętnice tym, którzy stanowili największe zagrożenie dla mewisańskiej dostojniczki. Krew wrogów zrosiła obszerne, aczkolwiek lekkie szaty Inrami. Dziewczyna deptała odcięte głowy pokonanych i skręcała karki tych, którzy do wspomnianej grupy jeszcze się nie zaliczali. Robiła to, do czego ją przez długi czas szkolono. Zmieniała przy tym miejski rynek w bajorko krwi.
Nie wytrenowano jej jednak na tyle, aby widziała co dzieje się za jej plecami, więc gdy Inrami znalazła się w centrum kotłowaniny - a kiedyś chyba stał tu stragan, zauważyła przelotnie - ktoś za nią zamierzył się małym, lecz równie zabójczym co każdy inny, nożem. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Nie przestraszyło to jednak gapiów, brudnych i cuchnących jak wieprze obywateli Maab, dla których była to ciekawa przerwa od codzienności. W oknach każdej kamienicy dookoła rynku widniały uśmiechnięte twarze.
Wspomniany zamachowiec zamachnął się wspomnianym nożem, co Inrami zauważyła zbyt późno i zdążyła jedynie kątem oka uchwycić błysk ostrza. I gdyby mężczyźni byli jak glisty, Inrami miałaby kłopot, gdyż stałoby naprzeciw niej dwóch przeciwników. Lecz ludzie po przepołowieniu toporem-lutnią zazwyczaj osuwają się na ziemię, gubiąc przy okazji mózg, przełyk, jelita i wątrobę, i zazwyczaj już nie wstają. W tej sytuacji nic nadzwyczajnego nie było, toteż z zamachowca wraz z życiem uleciały narządy wewnętrzne, po czym padł.
- Dzięki ci, wojowniku - gwardzistka skinęła głową w kierunku jej człekorczego wybawiciela. - Jestem ci coś dłużna, nieznajomy.
- Gristel się nazywam - rzucił przyjacielsko olbrzym, dochodząc do siebie i zaczynając rozumieć w jakiej sytuacji się znalazł. - Lepiej się wycofajmy, panienko, bowiem ta bitwa nie wygląda na jedną z tych, co szybko się kończą.
Inrami przytaknęła i wraz z Gristelem, człekorczym trubadurem składającym feralnego dnia wizytę w jednej z karczm Maab, skierowała się w pobliże Celiki, czekającej w towarzystwie napięcia i kilku wojowników na wynik bitwy.
- Moja pani, teraz widzisz, że należało mnie posłuchać - wysapała dziewczyna. - Dostojnicy Maab przebrali wojska za wieśniaków i w ten sposób chcieli się do ciebie niepostrzeżenie zbliżyć, ale ten oto dzielny człekork stanął po naszej stronie i odpowiednio wcześnie wdał się w walkę ze zbójami!
Celika milczała. Nie była do końca przekonana, co powinna zrobić; planowała nieco inny przebieg dzisiejszych wydarzeń. Skinęła głową Gristelowi w geście podzięki.
- To oczywiste, że musisz wypowiedzieć wojnę Księstwu Palatek, moja pani, teraz to już nieuniknione - kontynuowała Inrami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, wycierając sztylet z krzepnącej powoli krwi. - Teraz jednak winniśmy jak najprędzej wracać do Mewisu, gdyż już poległa połowa twojego orszaku! - i widząc niezdecydowanie władczyni, dodała - pójdźmy lasem, w Koralowie znajdziemy tymczasowe schronienie. Prędzej, moja pani, następni możemy być my!

- Wy... Wy gnoje, wy zasrane gnoje, czego ode mnie chcecie? - wrzeszczała Julia, rzucając się w sieci niczym ryba.
Nie mogła sięgnąć sztyletu; ręce miała unieruchomione grubym sznurem. Sieć, zawiązana na dwóch długich drągach i niesiona przez czterech rosłych mężczyzn w powłóczystych, wełnianych płaszczach, również nie wyglądała na taką, co rozerwie się jeśli wystarczająco się szamotać.
Julia wiedziała, gdzie popełniła błąd - szła przez las najczęściej używaną drogą, w biały dzień - i to głośno śpiewając. Nie przypuszczała wprawdzie, że wysłannicy Kliniki dla umysłowo zmienionych szamana Bungdauiego tak szybko zdołają zablokować i te drogi, ale mimo to powinna była zachować ostrożność. Teraz mogła liczyć tylko na cud.
- Te, a co właściwie jej dolega? - spytał jeden z tragarzy.
- Rozdwojenie jaźni - odparł drugi. - Podobno najcięższy przypadek, jaki Bungdaui widział.
- Powaga? Jak na razie wygląda mi, normalnie, na jedną rozhisteryzowaną maniaczkę.
- Zobaczysz...
- Przepraszam panów - usłyszeli za sobą jedwabny, dziewczęcy głos. - Dlaczego jestem skrępowana?
Wszyscy czterej spojrzeli na sieć. Zaplątana w nią była jasnowłosa dziewczyna w białej sukni, o imieniu Atena, ta sama, której podobizna widniała na listach gończych tuż obok wizerunku Julii.
- Nie wiedziałem, że jak mówisz o rozdwojeniu jaźni, to masz na myśli że ona jest dwiema osobami naraz.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Bywa i tak.
- Stójcie i uwolnijcie tę piękną panienkę, podli szubrawcy!
- A to co ma być?
Znienacka, a dokładniej spomiędzy drzew, wyłonił się rycerz. Od innych rycerzy nie różnił się niczym prócz tego, iż nie nosił szyszaka, a u pasa miał przytroczone... coś. Nazwijmy to - z braku lepszego określenia - okręconą dookoła jakiegoś przedmiotu szmatą.
- Stójcie, mówię! - wrzasnął wojownik. - Bo... was zabiję!
Stał tak niepewnie przez chwilkę, następnie pochylił się na tyle, na ile pozwalała mu zbroja i zamienił kilka słów z kimś, kogo najwyraźniej nie było.
- Te, Fendler - szepnął jeden z mężczyzn do drugiego - czy on gada z własnym... no wiesz...?
- Musi jakiś cymbał - odparł tragarz Fendler. - Zapytajmy... - po czym wrzasnął - hej, panie, przepraszam pana, czy może pan powiedzieć kim pan jest i czego pan chce?
Rycerz nie zwrócił uwagi na zawołanie, dalej konwersując z rozporkiem. Wreszcie wyciągnął miecz w teatralnej pozie i krzyknął groźnie:
- Stójcie i uwolnijcie tę piękną panienkę, jeśli chcecie zachować wszelkie członki przy sobie, nędzni plugawcy, jakem Kristo Waleczny!
Po czym się uśmiechnął, zadowolony z efektu. Musiał zrobić na nich wrażenie.
Zbliżył się do wysłanników Kliniki. Poczuli, że Kristo może i był tępy, ale jego miecz nadrabiał ostrością za ich dwoje. Uwolnili Atenę, która podziękowała wybawcy ukłonem i niechybnie oddaliłaby się pod eskortą rycerza, gdyby nie wrzask:
- Stać, żałosne ścierwa, teraz należycie do nas.
Ośmioro uzbrojonych po zęby, które zresztą dawno stracili, tęgich mężczyzn otoczyło polanę. Każdy ze schwytanych w pułapkę - oprócz Ateny - wiedział, że oto wpadli w ręce wyjętych spod wszelkich praw łowców niewolników, co oznaczało nie mniej, nie więcej niźli "czeka nas odcięcie jednej kończyny i dożywotnia służba u jakiegoś lokalnego baronika w charakterze spluwaczki". I zapewne zdążyliby się przerazić tą myślą, gdyby nie głos:
- Stójcie, w imieniu księżnej Celiki nakazuję wam wyzwolić tych ludzi!
- Nie powinniśmy się w to mieszać, moja pani, to nie nasz interes - szepnęła Inrami.
- Moja droga, nie możemy pozwolić aby na naszych oczach łowcy niewolników porywali jakieś nieszczęsne istoty.
W lesie zrobiło się tłoczno. Na skinienie swej władczyni, dwudziestu pozostałych przy życiu gwardzistów otoczyło bandytów, szykując się do ewentualnego użycia zakrwawionych już w bitwie na rynku Maab, mieczy. Zaskoczeni łowcy w całej swej inteligencji zapewne rzuciliby się w wir skazanej na porażkę walki - gdyby tylko mieli czas, gdyż oto do ich uszu dobiegł kolejny krzyk:
- W imieniu księcia Lestera, namiestnika Maab, dostojnika Palateku, nakazuję wam: poddajcie się lub zostaniecie zgładzeni za... - głos zawahał się - zabójstwo... niejedno... za rzeźnię... A, zresztą, sami wiecie.
Otoczoną przez mewisańskich żołnierzy polanę otoczyli palatekińscy żołnierze. Na rozkaz Celiki wszyscy odłożyli broń - niektórzy, na przykład Inrami, raczej niechętnie, a niektórzy wcale - łowcy, widząc kolejny cel i będąc od lat szkolonymi do walki, unieśli szczerbate miecze i z rykiem na szpetnych twarzach rzucili się w stronę błękitnie odzianych wysłanników Lestera. Rzeczony ryk urwał się trzy sekundy później, kiedy tchawice walecznych wojów przeszyły strzały i trysnęła z nich rześkim strumieniem jasna, rzadka krew.
- O co nas oskarżacie? - spytała dostojnie Celika.
- Mamy na was paragraf - rzekł dowódca oddziałów. - Rozpętaliście bójkę w Maab, w wyniku której śmierć poniosło przynajmniej dwudziestu palatekińskich gwardzistów.
- To nie nasza wina, to wyście zaczęli! - wrzasnęła z oburzeniem Inrami.
- O właśnie, droga księżno - kontynuował żołnierz - ta oto panienka jako jedna z pierwszych rzuciła się na naszego strażnika z okrzykiem, jak podał anonimowy świadek "palatekińskie świnie, potnę was w imię Celiki". Jesteś więc oskarżona o napaść na wojska Palateku. Ty i cała ta twoja kompania.
Zapanowała cisza.

- Kochanie, zabiorę cię nawet na księżyc jeśli uwolnisz mnie z tych łańcuchów - powiedziała młoda kobieta.
Była przykuta do ściany lochu, jej ręce krępowały potężne kajdany, zapewne dość ciężkie, ale o to trzeba by zapytać samej uwięzionej. Wątpliwe, czy by uzyskano grzeczną odpowiedź, bowiem więźniarka drżała z zimna, siłą rzeczy opierając całe ciało o wilgotne, porośnięte mchem kamienie. A ciało miała wcale kształtne jak na dwudziestolatkę, tak przynajmniej stwierdzili Gristel i Kristo, zamknięci w celi obok.
- Skoro już się poznaliśmy, to może nam powiesz dlaczego tu siedzisz, Serubi? - spytała z jadowitą uprzejmością Inrami, zdenerwowana oddzieleniem od swej księżnej.
- Nie twoja sprawa, skarbie - rzekła więźniarka. - Uwolnij mnie, a pomogę ci wydostać się stąd i odbić tę kobietę, proste. A wiesz, że musimy się spieszyć. Twoja gwardia już dynda na stryczku i zostały tylko te dwa oszołomy w sąsiedniej celi - wskazała na człekorka i rozbrojonego rycerza, którzy - co uzasadnione - poczuli się lekko urażeni.
- W każdym razie ja stąd znikam, panienko - usłyszeli zachrypnięty kobiecy głos.
W miejscu, w którym przed chwilą siedziała skulona i przerażona Atena, wsadzona do jednej celi z mewisańską wojowniczką, teraz opierała się niedbale o ścianę ciemnowłosa, opasana ciasnym skórzanym kombinezonem dziewczyna. Zapanowała ogólna konsternacja połączona z delikatną nutką przerażenia. Julia przedstawiła się osłupiałej ekipie i zaczęła sumiennie, regularnie kopać w zakratowane drzwi celi, ignorując pytania o przyczyny zniknięcia Ateny. Zniechęcona piętnastominutowym wysiłkiem, poczęła mocować się z kajdanami Serubi, licząc na obiecaną pomoc w wydostaniu się z celi. Inrami jednak przeszkodziła jej w oswobadzającym procederze, mówiąc:
- Nie wiemy, czy warto ją uwalniać.
- Chcesz odbić Celikę czy nie? - zapytała retorycznie Julia i nie czekając na odpowiedź powróciła do uwalniania uwięzionej dziewczyny.
Dołączyła do niej mewisańska gwardzistka i już po chwili, dzięki delikatnemu, aczkolwiek silnemu czarowi mewisanki, trzy kobiety stały przy żelaznych drzwiach lochu, milcząc i oczekując na działanie Serubi. Ta wykonała rękoma kilka gestów, jakby mieszała gorącą kawę lub wachlowała nad kieliszkiem wina chcąc poczuć aromatyczny bukiet, po czym pręty zaiskrzyły i zmieniły się w nicość. Gdy tylko przeszło początkowe osłupienie zdolnościami wyglądającej jak żebraczka dziewczyny, Julia zniknęła w mroku korytarzy, pozostawiając resztę więźniów własnemu losowi.
- Uwolnij ich - nakazała czarodziejce Inrami.
- Nie trzeba, nie trzeba, damy sobie radę - oznajmił ze stoickim spokojem człekork, prezentując dumnie swoją lutnię, którą zdołał uchronić przed konfiskatą, obiecując iż w wolnych chwilach zagra naczelnikowi lochu piosenkę o Lubieżnej Mary.
Nacisnął na przycisk w gryfie i kiedy ostrza się pojawiły, transformując instrument w topór, uderzył kilkakrotnie w stalowe pręty. Zaiskrzyło, a już po chwili mężczyźni byli wolni.
- Sprytne - pochwalił Kristo, poklepując tajemniczą przypasaną paczuszkę.
- A teraz - rzekła gwardzistka - ruszam odbić moją panią. Mam nadzieję, że jeszcze żyje.
- Zgodnie z obietnicą, pomogę ci odparować w niebyt kilku osiłków Lestera - oznajmiła Serubi uśmiechając się łobuzersko. - A co z wami dwoma?
Mężczyźni popatrzyli po sobie.
- Poczuwam się do obowiązku pomóc ci, wielmożna panienko - oznajmił Kristo, kłaniając się niczym prawdziwy dżentelmen, aż do usłyszenia trzaskających kręgów.
- Dobra, też idę - rzucił Gristel, szczerząc się do Inrami i licząc na odwzajemnienie uśmiechu. - Ale się pospieszcie, bo zaraz ten hałas sprowadzi nam na karki tłumy strażników.
Zgodnie weszli w otaczający, wilgotny mrok.


DRAMATYCZNE, WAMPIRZE CAMEO
(mroczna zamkowa sala tronowa, ustrojona jak mroczna zamkowa sala tronowa; na tronie siedzi LESTER, obok niego DORADCA i przy drzwiach dwóch STRAŻNIKÓW. CELIKA siedzi na ławie przed tronem, zwrócona twarzą do LESTERA; w mroku czai się KTOŚ...)

LESTER
(teatralnie, sztucznie, drętwo)
Moja droga Celiko, możemy już wypić za nasze wspólne zwycięstwo. Armie Mewisu będą bezbronne, gdy poprowadzi je polecony przeze mnie generał. Dzięki tobie wkupił się w łaski mewisańczyków, a teraz poprowadzi wojska w bój aby pomścić twoją rzekomą śmierć. Poprowadzi według naszych wskazówek...
(śmieje się demonicznie)

CELIKA
(patrząc chytrze)
Teraz Mewisu nie będzie zależne od Palateku, lecz stanie się jego częścią. Twój plan był genialny, o książę.

LESTER
Zaiste. Lecz bardzo pomógł nam ten dziwny zbieg okoliczności z uliczną bójką. (wzrusza ramionami) Nic to jednak, widocznie bogowie nam sprzyjają.
(wznosi toast)

(nagle z mrocznego kąta sali wyskakuje upiorny, odziany w postrzępione czarne szaty, chudy mężczyzna

LESTER
(wypuszczając kielich z rąk)
Straże!

(strażnicy rzucają się na nieproszonego gościa, lecz ten rozcina ich ostrymi jak brzytwa pazurami; nieznajomy rzuca próbującą uciec Celiką o ziemię, łamiąc jej trzeci kręg szyjny i powodując zgon; wbiega kilku kolejnych strażników, zaalarmowanych odgłosami jatki - krew rozbryzguje się po ścianach, kończyny fruwają, mózgi z plaskiem upadają na ziemię, armageddon!)

LESTER
(zatrwożony, kuli się na tronie)
K... Kim jesteś i czego chcesz?

NIEZNAJOMY
(demonstrując połyskujące kły i długie pazury w parodii pokłonu)
To ja, wuju. Wróciłem.

LESTER
(z przerażeniem tak wielkim, że aż trudnym do opisania)
Mortimer! Na Boga, odesłałem cię w zaświaty wraz z twoją matką! Czym ty jesteś?

MORTIMER
(wychodzi z mroku w blask świec, odsłaniając bladą niczym mąka cerę)
Stałem się tym, na czego pastwę mnie wydałeś, Lestacie.

LESTER
Strzyga! Wampir! Piekielne nasienie!

MORTIMER
(wyniośle)
Zwij mnie jak chcesz, śmiertelniku. Sprawiasz tylko, że umrzesz w większych mękach niż pierwotnie planowałem.
(unosi szponiastą dłoń i zamierza się na LESTERA)

CHÓR GŁOSÓW
(znienacka)
Stój!

KONIEC CAMEO

Inrami, osobista strażniczka księżnej Celiki; Serubi, uwolniona przez nią czarodziejka; Kristo, waleczny rycerz oraz Gristel, dzielny człekorczy bard; wszyscy oni zakrwawieni i ze zdobytą w bojach ze strażami zamku bronią w rękach; wszyscy oni stali, ze zdziwieniem wpatrując się w tronową salę posesji Lestera. Sześć trupów rozerwanych na strzępy leżało na całej powierzchni pomieszczenia, tworząc miękki, czerwony dywan dla chimerycznego, nienaturalnie wysokiego człowieka w czerni.
- Stój! - zakrzyknęli zgodnie widząc, iż wampir zamierza zakończyć problem istnienia na tym świecie jednego z kilku czarnocharakteralnych książąt.
Inrami rzuciła się na strzygę, dostrzegając leżącą z przetrąconym karkiem księżną Celikę. Potwór błyskawicznie odpowiedział uderzeniem, które zwaliło dziewczynę z nóg i rzuciło nią o ścianę. Widząc zwartych, gotowych - i wprawionych w bojowy nastrój po zmasakrowaniu więziennych strażników - ludzi, którzy wyraźnie mieli jakiś cel w wyrąbywaniu sobie drogi do komnaty Lestera, Mortimer postanowił usunąć się w cień. Tak też zrobił, jednym susem umykając w mrok i więcej się w tej scenie nie pojawiając.
- Celiko... - dramatycznie załkała Inrami, podnosząc się po upadku.
Oszołomieni zastaną sytuacją wojownicy stali jeszcze chwilę bez ruchu, lecz gdy tyko dostrzegli próbującego wymknąć się cichcem księcia Maab, otoczyli go jak stado krwiożerczych krwiożerców.
Inrami, masując obolałe miejsca, zbliżyła się do przerażonego Lestera. Tokiem błyskawicznej dedukcji ustaliła, iż to jego winą jest śmierć jej pani, w następstwie czego rozpłatała jego czaszkę szybkim cięciem zdobytego na jednym z gwardzistów scimitara. Śluz z rozłupanej głowy ochlapał bordowy strój dziewczyny, zwisając z niego kleistymi nićmi. Inrami z pogardą splunęła na truchło poległego przeciwnika i z uniesioną głową skierowała się ku wyjściu; podobnież postąpili jej towarzysze...
...jednakże wycofując się oknem, ujrzawszy rozjuszoną hordę maabskich gwardzistów, którzy zdążyli się zorganizować od czasu, gdy jeden z niedobitków powiadomił pozostałe oddziały o "grupie więźniów, co uwolniła się i próbuje się wtrynić do sali tronowej".
Trzy oddziały wojska wtłoczyły się z niemałym hałasem do komnaty. Gruchot zbroi ozdobionych błękitnymi szarfami ucichł jak na komendę. Więcej - ucichł na wyraźną komendę. Dowódca wojsk zdjął szyszak i podrapał się w czubek głowy, zastanawiając się jak wyjaśnić królowi widok jego syna, leżącego bez głowy w kałuży krwi i śluzu, w towarzystwie ciała wrogiej księżnej z którą potajemnie spiskował oraz szczątków jego straży przybocznej. Nie było jednak problemem znalezienie winnego - bez wątpienia za rzeź odpowiadają mewisańscy jeńcy - lecz trudno było przewidzieć, jak król Palateku potraktuje dowódcę gwardii, który zamiast dowodzić, kiedy się tego od niego wymaga, spędzał czas w towarzystwie mieszczańskiej dziewki.
- Jakby ktoś pytał, to byłem w delegacji - poinstruował podwładnych.
Popatrzył na nich oczekującym wzrokiem, milcząc. Cisza przedłużała się.
- No łapcie tych tamtych, co wyskoczyli przez okno... - powiedział z pretensją, wzruszając nagląco ramionami.
Zbroje znów zagruchotały i trzy oddziały wojska wymanewrowały się z upstrzonej w krwiste wzoru sali tronowej Lestera, byłego księcia Maab.
Kiedy sala opustoszała zupełnie, wyszedł z niej również zmartwiony dowódca. Pozostał tylko jeden, niewyraźny, chimeryczny kształt w mroku, z ciekawością obserwujący wydarzenia tego wieczora...

military [ militarypolice@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści