|
Rozdział XII,
czyli papużki nierozłączki...
Noc minęła jak szalona i na dodatek nie udało mi się podczas niej zmrużyć oka. Kelly słodko spała, podczas gdy ja rozmyślałem o tym, kim ona właściwie jest. Zbierały mi się łzy w oczach, kiedy przypominało mi się zachowanie Kate i jednocześnie zadawałem sobie masę pytań na temat tego, ile ona właściwie wiedziała o moim życiu. W głowie miałem straszny mętlik, a na dodatek nie mogłem poruszać jedną ręką, gdyż Kelly była w nią mocno wtulona. Czułem się jak pieprzony macho w tanim filmie akcji dla popkulturowej młodzieży. Czułem i nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy zdarzają się również w realnym świecie.
***
W końcu Kelly się obudziła. Patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, ale nic nie mówiła. Wyglądała jak przestraszona sarenka, która na widok drapieżnika chowa się w objęciach mamusi.
- Cześć! - powiedziałem tonem wyraźnie zachęcającym do kontynuowania rozmowy. Z ust nowopoznanej nie wydobył się jednak żaden dźwięk. Kelly ścisnęła tylko moją dłoń i wyprowadziła mnie na zewnątrz. To było więcej niż dziwne, jednak byłem na tyle zaskoczony jej zachowaniem, że słuchałem "poleceń" niczym kundel po półrocznej tresurze.
Jasnowłosa zaprowadziła mnie wprost do domku Jacka i spółki. Na sam widok tej posiadłości zagotowałem się w środku, bo rozmowa z jej lokatorami była ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem tamtego dnia. Już chciałem się cofnąć, kiedy Kelly szybkim ruchem ręki zapukała do drzwi. Nie mogłem pojąć celu jej działania, gdyż byłem przekonany, że Kate i Jessica są jej zupełnie obce. Początkowo przewinęła mi się przez głowę myśl, że blondi może chcieć jakiegoś rozliczenia, jednak myliłem się. Drzwi otworzyła Kate.
- Gdzie go zabrali? - zapytała z grubej rury Kelly.
- Kogo? O co chodzi? - wzruszyła ramionami i odpowiedziała z oburzeniem Kate.
- No, Jacka! A kogo myślałaś? - zaczęła strofować koleżankę Kelly. Tak, koleżankę, bo w dalszej części rozmowy okazało się, że Kelly była kuzynką Jacka i kumpelą Jessici oraz Kate. Fakt, że te dwie jej za bardzo nie lubiły, jednak musiały tolerować ze względu na Jacka. Okazało się również, że Jacka poprzedniej nocy zabrały gliny, a dziewczyny na turniejowej imprezie zalewały robaka z tego powodu. Mojego wątpliwego kumpla skasowali za posiadanie i raczej nie miał szans na wyjście bez wpłacenia kaucji.
- Ty zdziro, to przez ciebie!!! - nagle zaczęła krzyczeć Kelly. Na krzykach się nie skończyło, gdyż moja nowa znajoma szybko przeszła do rękoczynów. Na szczęście w porę ją powstrzymałem i skończyło się jedynie na podbitym oku i kilku wyrwanych włosach po obu stronach. Pierwszy raz w życiu widziałem walczące dziewczyny. Po tym doszedłem do wniosku, że każda przedstawicielka płci pięknej jest delikatna, ale drzemie w niej prawdziwa bestia.
***
Po incydencie w chatce Jacka stało się jasne, że Kelly jest zdana tylko na mnie. Było mi jej trochę szkoda, szczególnie dlatego, że miała tak kłopotliwego kuzyna. Chciałem jej pomóc. Chciałem również poznać odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań, jednak nie potrafiłem w sobie znaleźć odwagi, aby je zadać. To trochę popieprzone, bo ja jestem człowiekiem otwartym na ludzi i żadnej rozmowy się nie boję. W zachowaniu Kelly było jednak coś takiego, co mnie hamowało. Jasnowłosa ściskała moją dłoń jak małe dziecko, które potrzebuje pomocy. Właściwie nie wiedziałem, jakim ona mnie darzyła uczuciem. Nie wiem, czy wtedy w ogóle można było mówić o jakimkolwiek uczuciu, gdyż znaliśmy się zaledwie kilkanaście godzin. Jedno było pewne: byłem do tego stopnia przez nią opętany, że na skinienie palca potrafiłbym wskoczyć w ogień lub strzelić sobie w łeb. To był paradoks, bo Kelly od spotkania na plaży nie powiedziała do mnie ani słowa. Ja już nawet nie pamiętałem, o czym wtedy rozmawialiśmy. W uszach dudniło mi jedynie usłyszane przed chwilą "ty zdziro, to przez ciebie!!!".
***
Wróciliśmy do mojego domku. Kelly wyglądała na zakłopotaną, ale się nie załamywała. Ja w jednej chwili podjąłem decyzję, że wpłacę kaucję za Jacka. Wiedziałem, że ten sukinsyn na to nie zasługiwał, ale chciałem, żeby jasnowłosa była choć przez chwilę szczęśliwa. Wiesz, drogi czytelniku, ja czasami zachowuję się jak cholerny dzieciak - upatruję sobie dziewczynę i robię wszystko, żeby tylko jej się przypodobać. Moja taktyka nie zmieniła się od pierwszej klasy podstawówki, kiedy to zakochałem się po raz pierwszy. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że bardzo często ten schemat działania jest skuteczny. Inaczej przecież nie trzymałbym Kelly za rękę...
- Ja go wyciągnę, mam pieniądze! - w końcu zdobyłem się na odwagę i wydusiłem z siebie te słowa w kierunku Kelly.
- Ale... - zaczęła szeptać Kelly, lecz nie dokończyła, gdyż ścisnąłem jej rękę i zacząłem ją prowadzić w kierunku miasta. Po drodze nazwała mnie wariatem i pocałowała w policzek. To był wielki sygnał, że naprawdę mnie lubi. A mnie jak zwykle coś ciekawiło. Ale nie, nie powiem, bo będziesz się ze mnie, drogi czytelniku, głośno śmiał.
***
Posterunek policji znaleźliśmy bardzo szybko. Jack siedział w areszcie i widać go było już przy wejściu, gdyż tamtejsza siedziba "niebieskich" była bardzo mała. Od ręki wpłaciłem tysiąc dolarów, które uprzednio pobrałem z banku, podpisałem jakieś papiery i Jack był wolny. No, może to za dużo powiedziane, ale do czasu rozpoczęcia procesu miał wolną rękę. Mój kolega był bardzo zdziwiony i początkowo nie wiedział co ma powiedzieć. Kaucja nie była tego jedynym powodem, gdyż należy pamiętać, że obok mnie stała jego kuzynka.
- Nie chcesz to nie mów... - postanowiłem przerwać tę krępującą ciszę.
- Pewnie, że nie chcę. Ale wiesz - to byłoby cholernie nie w porządku - Jack wreszcie zaczął logicznie mówić.
- Nie pieprz, tylko mów co się stało! - Kelly ostrym tonem zaczęła ponaglać swojego kuzyna. Ja, szczerze powiedziawszy, byłem bardzo ciekaw kryminalnego wątku z udziałem Jacka, jednak jeszcze bardziej ciekawiła mnie w nim rola Kate, Jessici i Kelly.
- Dobra, będę mówił od początku, bo wiesz - Steave pewnie nic z tego nie rozumie... - ospale zaczął cedzić słowa Jack.
- OK, tylko wreszcie zacznij! - nie dawała za wygraną Kelly. Ja byłem wtedy jakby nieobecny. Dziwiło mnie to, w jaki sposób kuzynostwo ze sobą rozmawiało. Wyglądało tak, jakby Kelly miała do Jacka jakieś pretensje. Jack w tym wszystkim wyglądał jak rutyniarz, dla którego całonocny pobyt w pierdlu nie jest niczym wielkim. Oczywiście to wszystko mogło być wynikiem szoku, w jakim oboje się znaleźli, ale jakoś nie chciało mi się w to uwierzyć.
- Wczoraj postanowiliśmy zacząć już od rana. W tym celu wybraliśmy się na plażę, aby obalić kilka browarków - wreszcie przeszedł do konkretów Jack.
- A rano to jeszcze ja przyjechałam. A na plaży to byliśmy razem z Kate i Jessicą- wtrąciła jasnowłosa.
- Dobra, kuzynka, nie wtrącaj się! - rzucił na odczepne Jack. - Więc poszliśmy na te browarki, obróciliśmy po cztery na łebka, ale było jeszcze mało. Szczególnie chętna na dalsze obalanie była Kate. Mówiła, że musi zalać robaka, bo pewien facet kompletnie ją olewa - coraz ciekawiej opowiadał Jack. We mnie w tamtym momencie cholernie się zagotowało. Chodziło przecież tajemniczego mężczyznę, który mógł być mną i równie dobrze innym, na pewno bardziej przystojnym twardogłowcem. Na pierwszą myśl miałem ochotę podskakiwać i machać rękoma, na drugą natomiast chciało mi się zwyczajnie płakać. Będąc w stanie tak wielkiego rozdarcia emocjonalnego, moim towarzyszom wydawało się, że opowiadania Jacka słucham z braku laku, i że nie robi ono na mnie żadnego większego wrażenia.
- Pieprzysz od rzeczy, Jack! - Kelly zaczęła strofować kuzyna. Moja ręka zrobiła się w tamtym momencie zimna i jasnowłosa chyba wyczuła o co chodzi.
***
Staliśmy tak pod tym cholernym komisariatem, a opowieść Jacka ciekawiła mnie coraz bardziej. Okazało się, że na tych kilku piwach poprzestały jedynie dziewczyny, a Jack dokupił jeszcze kolejne trzy, które obrócił bardzo szybko. Browar tak zaszumiał mu w głowie, że jak gdyby nigdy nic wyciągnął z kieszeni starą działkę amfy. Wszystko działo się na oczach ludzi i komuś to się chyba nie podobało, bo po kilku minutach na miejsce przybyła policja. Dziewczyny w porę nawiały, jednak Jack nie był w stanie.
- Ale wiesz, Steave, my nie jesteśmy takie jak ci się wydaje... - Kelly zaczęła się tłumaczyć - Postaw się w naszej sytuacji, no wiesz - adrenalina, alkohol, zresztą wiesz, Jack był w takim stanie, że daleko sam by nie zaszedł. Inaczej wszystkich nas by zgarnęli, rozumiesz... - jasnowłosa sprawnie kontynuowała i nie przestawała ściskać mojej ręki. Ja już sam nie wiedziałem, co myśleć. Z jednej strony ich zachowanie było okropne - zostawiły przyjaciela w potrzebie. Z drugiej - podobnie jak on zostałyby złapane i Jackowi nie miałby już kto pomóc. Przynajmniej bez powiadamiania rodziców. W końcu pomyślałem: "raz kozie śmierć" i ścisnąłem rękę Kelly. Ta odwdzięczyła mi się buziakiem w policzek.
***
Ruszyliśmy w stronę ośrodka. W końcu trochę dziwnie wyglądało troje ludzi głośno dyskutujących tuż pod komisariatem policji. Szczególnie o sprawach natury kryminalnej...
- Wiesz, zapomniałem. Wielkie dzięki, Steave! - szczerym głosem powiedział Jack i podał mi rękę. Mnie nie pozostało nic innego, jak jej uściśnięcie i zapewnienie kolegi, że to nic wielkiego, że przecież sąd po jakimś czasie odda mi te pieniądze. To była oczywiście wielka ściema, bo doskonale wiedziałem, że uratowałem tyłek niesfornego kumpla. Nie lubię jednak, gdy ktoś jest w stosunku do mnie zbytnio skrępowany, dlatego przed Jackiem machnąłem na to wszystko ręką. Był to taki mach z nadzieją, że pobyt w areszcie tak wpłynie na naszego ćpunka, że wreszcie dojdzie do niego, czym grożą dragi, i że je wreszcie odstawi raz na zawsze. Wiem, że łudziłem się jak pięciolatek przed Bożym Narodzeniem, ale taki już po prostu jestem - ślepo wierzę w ludzi. Co dziwne, ta reguła zaczęła także dotyczyć Jacka, a dobrze wiesz, że od samego początku nie darzyłem go zbytnią sympatią. Zresztą pieprzyć Jacka - tak naprawdę liczyło się to, że Kelly była szczęśliwa, bo to ona była w tamtym momencie moim natchnieniem.
***
Po powrocie do ośrodka okazało się, że dziewczyn zwyczajnie nie ma. Nie było również ich bagaży. Na łóżku Kate leżała tylko kartka, na której było napisane: "Dalej tak nie możemy, spadamy stąd".
- No nie, kurwa, nie! - zaczął krzyczeć Jack i biegał po pokoju z tą kartką.
- Uspokój się, daleko nie uciekły - sprytnie skwitowałem złość kolegi.
- Przestańcie! Musimy je znaleźć! Musimy, Steave! - błagalnym tonem mamrotała Kelly i znowu ścisnęła moją rękę. Nie miałem już siły. Wyciągnięcie Jacka z paki kosztowało mnie naprawdę sporo kasy i wysiłku, a tu jeszcze taki problem zwalił mi się na głowę. Najgorsze było to, że musiałem działać w pojedynkę, gdyż Kelly była za bardzo rozbita, aby logicznie myśleć, a Jack był na to za pusty.
- Pakujemy się i jedziemy do Color Town! - rzuciłem z braku laku.
- Do chaty, ale po co? - wzruszył ramionami i parsknął Jack.
- Nie pieprz, tylko pakuj walizę. Dziewuchy na pewno pojechały do domu - powiedziałem z przekonaniem, lecz było ono tylko w moim głosie, gdyż wewnątrz czułem, że sprawa Kate i Jessici nie jest aż tak banalnie prosta. No, ale nie chciałem denerwować Kelly. Ona w końcu była z nas najmniej winna, a najbardziej wszystko przeżywała.
- Dobra. Mam nadzieję, że wiesz w co nas pakujesz! - krzyknął z przekąsem Jack i zaczął pakować swoją torbę. Kelly nie miała czego pakować, a ja wyruszyłem do swojej nory, aby przygotować moją fioletowo-czarną torbę do dalszej podróży. U siebie zdałem sobie sprawę, że mijał już dwunasty dzień od mojego wyjazdu z domu, i że w sumie był najwyższy czas aby wracać. Wtedy, podczas pakowania tego cholernego wora, nie zdawałem sobie sprawy, że mój powrót do gniazda nie będzie taki łatwy i oczywisty.
***
Po około godzinie byliśmy już na dworcu. Oczywiście Jack nie miał kasy na bilet i to ja musiałem wyłożyć ją za niego. Kelly niestety nie mogła, bo nie miała aż tyle. Podczas pobytu na dworcu w mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy sprzed kilku dni. Przyjechałem tam taki szczęśliwy, gotowy na czerpanie z życia garściami. Okazało się jednak, że pobyt nad oceanem był kolejnym pasmem dziwnych wydarzeń, które naruszały mój wewnętrzny spokój. Ech, gdybym nie spotkał Jacka i paczki oraz tych dwóch napalonych nastolatek. Gdyby... Nie, nie wiem. A może te wszystkie wydarzenia i spotkania sprawiły, że moje wakacje były bardziej kolorowe? Może bez tego gniłbym całymi dniami w hotelu i rozpaczał nad tym, jakie to życie jest popieprzone? Ale istniała także inna możliwość: mogłem ten czas spędzać z kumplami nad jeziorkiem i z przypadkowo poznanymi dziewczynami pod kołdrą. Mogłem mieć takie prawdziwe, nastoletnie wakacje, które przeżywa każdy, kiedy jest w stosownym wieku. Gdyby moja matka wiedziała z kim się zadawałem i co robiłem to dostałbym chyba szlaban aż do ukończenia studiów, do czasu, kiedy młody człowiek wyfruwa z rodzinnego gniazdka. Ale wiesz co, drogi czytelniku? Te wakacje i tak byłyby warte takiej ceny!
- Hej, to nasz! - krzyknęła nagle Kelly, wskazując palcem na niebieski pociąg, który właśnie podjechał na peron. Bez zastanowienia wsiedliśmy do niego zaraz po otwarciu się drzwi. Zajęliśmy pierwszy wolny przedział. Ja usiadłem obok Kelly, a Jack naprzeciwko nas. Kelly cały czas trzymała mnie za rękę, a ja cały czas się temu dziwiłem.
***
Pod koniec drogi do naszego przedziału wparowało czterech dresów. Od razu wiedzieliśmy co się święci, dlatego razem z Jackiem wstaliśmy i chcieliśmy z nimi "podyskutować". Żaden z nas nie zdążył się odezwać, gdyż dresy wkroczyły do akcji. Dostałem solidnego łupnia w brzuch, a Jack w twarz. Nie było nam wtedy do śmiechu i szybko straciliśmy ochotę na dalszą walkę z intruzami. Po prostu byliśmy rozsądni, bo ich było czterech, a nas dwóch. Poza tym nie chcieliśmy narażać Kelly na żadne urazy.
- Wyskakiwać z kasy! - rzucił największy z nich. Był ubrany w niebieski dres "adasia" oraz czerwone buty "nike". Wyglądał jak rasowy, pociągowy złodziejaszek. Wyciągnąłem z kieszeni trzydzieści dolców, które mi zostało i mu dałem. Jack oraz Kelly nie dali nic, bo niczego nie mieli. Drechom to się nie spodobało i Jack dostał kopniaka w brzuch. Zabolało go jak jasna cholera, bo od razu zgiął się w pół. Ja także dostałem kopniaka, ale w kolano. Na nieszczęście wypadła mi wtedy z kieszeni komórka, którą ekspresowo zainteresowali się złodzieje. Ten najbardziej charakterystyczny podniósł ją, wyjął kartę SIM, oddał mi ją, ale aparat zabrał.
- Dzięki! - rzucił beznamiętnie i razem ze swoimi kompanami oddalił się z miejsca zdarzenia.
Po wyjściu dresów przez dłuższą chwilę leżeliśmy w takich pozycjach, w jakich nas zostawiono. Cholernie mnie wszystko bolało, a mina Jacka wskazywała, że nie czuje się lepiej
- Boli cię? Jejku, Steave... - wyszeptała Kelly i chwyciła mnie za rękę.
- Kurwa! - tyle zdołałem z siebie wydobyć w jej stronę. Wiem, że nie było to zbyt elokwentne, ale w tamtym momencie czułem się po prostu fatalnie. Nie chodziło o utraconą forsę i telefon, ale o sam fakt. Wystarczyło kilku pustogłowych wyrostków, abym był kompletnie bezsilny. Powiesz czytelniku, że mogłem walczyć, ale przecież rezultat tej walki był z góry znany. Rozumiem sprać każdego po kolei, w uczciwym pojedynku. Ale nie, dresy nie mają zasad i zawsze chodzą i walczą grupami. I w tym tkwi ich siła.
Przez krótki czas zastanawiałem się nad zgłoszeniem kradzieży odpowiednim służbom, jednak szybko odszedłem od tego pomysłu. Zaczęłoby się od podawania danych osobowych, a coś mi podpowiadało, że moim towarzyszom nie byłoby to na rękę. Zresztą mnie także. Po prostu nie lubię zbędnych formalności i rozmów z urzędaskami.
***
Podczas podróży do Color ostatnią stacją było West. W pewnym momencie chciałem niepostrzeżenie ewakuować się z pociągu, ale nie wybaczyłbym sobie pozostawienia znajomych w potrzebie. Poza tym Kelly była taka słodka...
Już w samym Color Jack zaproponował, żebyśmy przenocowali u niego w domu. Ja go szybko od tego pomysłu odwiodłem, gdyż byłem przekonany, że to utrudniłoby nam poszukiwania dziewczyn. Poza tym Color miało być tylko taką naszą bazą poszukiwań. Spodziewałem się, że dziewczyny nie wróciły do domów, i że zaszyły się gdzieś w pobliżu. Powiedziałem o tym moim towarzyszom i razem zdecydowaliśmy się, że kilka nocy spędzimy w hotelu Sky, który mieścił się w centrum. Hotel ten polecił Jack. Jako jego atut podał możliwość wynajmowania pokojów na godziny, co testował kilkakrotnie z Jessicą. Na te słowa tylko się we mnie zagotowało, ale hotel z zewnątrz wyglądał ciekawie, więc nie protestowałem.
Wewnątrz również nie było najgorzej - czyste łóżka i w miarę bogate wyposażenie. Cuda nie były nam potrzebne, gdyż melina ta miała nam służyć jedynie do spania. I od tego ostatniego się zaczęło. Po policyjnych perypetiach i długiej podróży każdy padł na swoje łóżko i nawiązał długą i wyczerpującą rozmowę z piaskowym dziadkiem. No, może prawie każdy. Tylko ja nie mogłem przez kilkanaście minut zasnąć. Zadawałem sobie masę pytań co do osoby Kelly. Nie wiedziałem, skąd się w ogóle poprzedniego dnia znalazła w Light. Nie wiedziałem, co do mnie czuje. Wiedziałem, że to uczucie pozytywne, ale nie potrafiłem określić na ile. Myślałem także o nowej komórce, którą miałem zamiar kupić zaraz po przebudzeniu. Tak, bo jeszcze matka ze zdenerwowania odwiedziłaby kumpli nad jeziorem. Lepiej nie myśleć, co bo było wtedy...
Zabójca
[ zabojca@buziaczek.pl ]
strona opowiadania: http://nagigancie.prv.pl
|